niedziela, 28 grudnia 2008

Lista pobożnych życzeń

Spotkanie z koleżankami z liceum natchnęło mnie do spisania listy postanowień noworocznych.
Nie żebym w nie wierzyła, ale...
Dla spokoju i czystości mojego sumienia.
Kolejność przypadkowa.

1. Mimo wszystko poszukać sobie lepszej pracy. Nauczanie innych to może i przygoda, ale nie jest to zajęcie zbyt opłacalne.
2. Pisać więcej mejli do koleżanek. Rozmowy na gg to czasem zbyt mało, poza tym prowadzenie dyskursu w trzech okienkach bywa zbyt męczące (choć z drugiej strony można poczuć się jak Napoleon dyktujący siedem listów). Pozostają zatem mejle.
3. Skupić się na fabule. Jeszcze za czasów szkolnych, wraz ze Sroką wpadłyśmy na szalony pomysł stworzenia komiksu. Ona tworzyła rysunki, moim zadaniem była fabuła. Nic odkrywczego, wpakowałyśmy wszystkich naszych ulubionych bohaterów do naszej klasy i zawiązały się romanse, Danielle Steele byłaby ze mnie dumna! Ale sprawiało to nam masę frajdy. Potem się rozjechałyśmy i skończyło się tworzenie.
Mam nadzieję, że uda mi się kontynuować temat. Zrobić przeskok w czasie, dać napis "6 lat później" (jak to do mnie dotarło...nawet nie wiem kiedy mi to uciekło; przypomnijcie sobie co robiliście sześć lat temu!) i dalej z koksem!
Naprawdę muszę nad tym przysiedzieć.
4. Sprawić sobie więcej książek w oryginale. Mam już upatrzonego McCabe'a i klasykę "Draculę" Stokera. Mam nadzieję, że nie będzie to "horrorek" z rodzaju "Szkarłatnej litery"...
5. Zapisać się wreszcie na jogę! Bez dyskusji!
6. Nie pozwolić by znowu w czasie składania życzeń usłyszeć "no i życzę ci chłopaka". Brrr. Wyłączyć dźwięk i nie patrzeć na usta by przypadkiem tego nie odczytać. Zupełnie jakby drugą osobę można było sobie sprawić niby nową parę butów.
7. Zdecydowanie pójść na więcej koncertów. Pierwszy będzie chyba w lutym w Eskulapie. Zagra Myslovitz. Nie mogę tego przegapić!
8. Częściej używać lakierów do paznokci. Bo tak!
9. Tak gospodarować pieniędzmi, żeby mi na wszystko wystarczyło.
10. ....?

sobota, 27 grudnia 2008

Nasza wspólna radość

Ostatnio w przedświątecznym Newsweeku przeczytałam ciekawy artykuł pani Lisy Miller o małżeństwach homoseksualnych. (angielski tekst dostępny tutaj, polski dostępny jest chyba tylko w wydaniu papierowym)

Hierarchowie Kościoła twierdzą, że nie mogą się zgodzić na takie małżeństwa, gdyż Biblia mówi, iż jest to związek tylko między mężczyzną a kobietą.
Jednak p. Miller, podpierając się przykładami, pokazuje, że tak naprawdę Biblia na ten temat mówi bardzo mało.
Albo bardzo mętnie.
Zauważa jednak ciekawą prawidłowość.
W Księdze Kapłańskiej, o ile mnie pamięć nie myli, są dokładne opisy prawidłowych sposobów składania ofiar z gołębi czy kóz.
Dziś nie praktykujemy składania ofiar, ale p. Miller pyta, dlaczego zatem omijamy fragmenty tak skrupulatnie opisane a koncentrujemy się na tym co "drobnym druczkiem"?
Wskazuje jeszcze jedną ciekawą rzecz.
Opisuje małżeństwo Abrahama. Gdy jego żona nie mogła dać mu potomka, zachęcała go by sypiał ze służącą. A co z "nie cudzołóż"?

Wszystkie powyższe przykłady są ze Starego Testamentu i ktoś mógłby słusznie zarzucić, że my, katolicy, opieramy się na Nowym Testamencie.
Jezus nie był żonaty.
Proszę wymienić imiona żon apostołów?

Wiara to coś nieuchwytnego.
Święte księgi tłumaczą pewne meandry, podpowiadają co i kiedy czynić, wciąż jednak są spisywane przez ludzi będących "niewolnikami" swoich czasów.
Wierzymy, że ci ludzie, podczas spisywania byli natchnienie Duchem Świętym, a jednocześnie uczula się nas, że nie można odczytywać Pisma dosłownie (stworzenie świata w 7 dni?).
Wierzę, że chrześcijaństwo to wiara ludzi uciskanych, którzy szukali pocieszenia. Uczy się nas, że nie powinniśmy odwracać się od wszystkich tych, którzy nie są akceptowani przez ogół, mamy wyciągnąć do nich rękę i zapewniać ich, że nie są sami.
Mamy okazywać miłosierdzie.

Najlepszego w Nowym Roku, w razie gdybym niczego już nie dopisała w grudniu.

piątek, 19 grudnia 2008

Come on let's get high!

...so sinister, so sinister but the last night was wild!

Sposób wyśpiewywania ostatniego słowa przyprawia mnie autentycznie o dreszcze. "Ulysses", utwór promujący trzecią płytę Franz Ferdinand.
Gęsty, zimny i seksowny.
Jakby melancholia podlana elektronicznym sosem znana z "Auf Achse" spotkała pulsującego mrocznym pożądaniem "Michaela".

Niektórzy świat opisują barwami, inni kolorami, opisując muzykę opisuję jakie emocje we mnie wywołuje. Ubieram je w słowa tworząc czasem kreaturki przyprawiające o ból zębów.
Na szczęście tylko moich własnych.

To chyba w "Kronikach Majipooru" Silverberga była mowa o urządzeniu, które miało na płótno przelewać obrazy tworzone w głowie.
Przydałoby mi się coś takiego.
Nie umiem oddać słowami tak dobrze tego co czuję, gdzieś tuż pod powiekami, tuż pod skórą.
To łaskotanie, ten zimny prąd towarzyszący obrazom.

I've found a new way baby!

Z tego coś będzie, kolejna kartka w Muzycznym Notatniku, to więcej niż pewne. Ta piosenka ma potencjał, ma to co lubię, nutkę szaleństwa i ten zimny urok. A pomysł niech dojrzewa, z każdym przesłuchaniem będzie wyraźniejszy, dojrzalszy aż pewnego dnia będzie gotowy do spisania.

Póki co muszę zwrócić honor swojemu uczniowi.
Temu od zakładu z babcią.
Chyba jednak chłopiec przejmuje się stanem swojej wiedzy, bo jak ostatnio zobaczył ile błędów zrobił to znowu głos mu się zatrząsł.
Może jestem dla niego za ostra?
Jednak mi zależy na tym, żeby mówił poprawnie.
Literówki w słowach to małe piwo.
Zobaczymy.
Póki co czekam aż zwrócą mi potrącenie.
Doczekałam się kiedy wreszcie przyczepili się, że za późno zgłosiłam brak dowodu wpłaty. W takich chwilach mimo wszystko dobrze spojrzeć na pięknie przyozdobione miasto i pomyśleć o zbliżających się świętach, tylko po to by uspokoić się.
Choć to co sobie pomyślałam to moje.
I niech takim pozostaje bo nie nadaje się do druku.
Niekoniecznie dlatego, że niecenzuralne, raczej dlatego, że dużo tam powtórzeń.

Poza tym zakończyła się (dobrych parę dni temu) konferencja klimatyczna.
Restauratorzy i taksówkarze stwierdzili, że wcale nie zarobili, bo goście albo podróżowali tramwajami, albo jedli w hotelach.
Sklepikarze i właściciele pubów też narzekają.
No tak... wystarczy studentów uniwerku na dwa tygodnie wysłać do domu i nagle wszyscy liczą straty.
Liczna to grupa a i owszem, ale na miejscu studentów innych uczelni poczułabym się mimo wszystko dotknięta.
Uniwerek ponoć szykował się na udostępnienie swoich miejsc w akademikach gościom konferencji, ale okazało się to niepotrzebne. Wolne w każdym razie było.
Póki co wszyscy milczą na temat ewentualnego odrabiania i mają nadzieję, że sprawa rozejdzie się po kościach.
Co wcale nie jest niemożliwe.

środa, 10 grudnia 2008

Kosa, piła bądź inne ostre narzędzie.

Podnoszę wzrok znad kolejnego zdania, w którym roi się od błędów. To nic, że czas teraźniejszy ciągły wałkuję z moim młodziutkim uczniem już od miesiąca a on dalej zapomina o "is" albo "are". Albo jest mu wszystko jedno czy w zdaniu jest "książka" czy "książki". W każdym razie, nie komentowałam tego w żaden sposób, spokojnie poprawiałam błędy. Nagle podnoszę głowę i widzę zaczerwienione i załzawione oczy, lekko opuchniętą twarz.

W pierwszej chwili pytam czy ma katar choć dobrze wiem, że to nie katar.

Doprowadziłam chłopca do płaczu, choć wcale nie miałam takiego zamiaru.
Naprawdę.
Tylko sprawdzałam mu zadanie. Owszem miał masę błędów, ale jedyną "karą" za to było przepisanie tych zdań z uwzględnieniem moich poprawek.
Nijak też nie czyniłam żadnych zgryźliwych komentarzy.
Sprawdzałam mu zadanie domowe jak zwykle.

Choć potem okazało się, że łzy może jednak nie były wywołane stanem wiedzy, tylko... przegranym zakładem.

Polski jest cudnym językiem, w którym jeśli chcemy zadać pytanie używamy magicznego słówka "czy". Żeby zadać pytanie po angielsku trzeba się już trochę bardziej natrudzić. I mojemu uczniowi zadałam zdania do przetłumaczenia z nieszczęsnym "czy". "Czy lubisz...?" Założył się z babcią o 100zł, że tym "czy" będzie "is".
Niestety tym razem chodziło o "do".
Resztę już znacie.

Zatem może jednak to nie kosa-nauczycielka wywołała te łzy tylko chudszy (i to o ile!) portfel.

Przy okazji, dobiega powoli koniec konferencja nt. zmian klimatu. Zapowiadano, że będzie strasznie, że będzie jedna wielka katastrofa komunikacyjna, no, że istny Armageddon tu będzie.
Nic z tych rzeczy. Zupełnie jakby się nic nie działo.
Za wyjątkiem większej liczby policjantów.
Jak nagle wszyscy karnie stoją na czerwonym świetle!
Nikt nie przebiega, nikt się nie wyrywa. Normalnie przykładni obywatele.

A mi stuknęła ćwiartka.
I z tego miejsca wszystkim bardzo dziękuję za piękne życzenia.
Gdy nagle dostaje się tak potężny zastrzyk pozytywnej energii to stwierdzam, że urodziny mogłabym mieć codziennie.
Raz jeszcze dzięki za pamięć, życzenia i kwiaty.

niedziela, 30 listopada 2008

Sadyści

Ostatnio jak byłam u kosmetyczki słyszałam ciekawą scenę.

Młode małżeństwo przyprowadziło szkraba, dziecko nie potrafiło jeszcze mówić zatem zgaduję, że było dość młode.

Po co przyszli?
Żeby szkrabowi przekłuć uszy.

Nie mogłam przesłuchać płaczu tego biednego dziecka.
Sama mam po trzy kolczyki w uchu, ale nikt mnie do nich nie zmuszał. Sama ich chciałam, wiedziałam, że to może boleć ale mimo to byłam zdecydowana.
Rodziców którzy decydują się na przekłucie uszu swoim dzieciom kiedy te w ogóle nie są świadome "po co, na co i dlaczego" wysłałabym do salonu tatuażu na przymusowe tatuowanie, żeby poczuli jak to jest, gdy cierpi się, bo ktoś tak chce.

Jutro zaczyna się Konferencja Klimatyczna w Poznaniu.
Pozdrawiam zatem z jeszcze przejezdnego miasta.
Jutro będzie tu istne oblężenie.

niedziela, 23 listopada 2008

It's always better...with Franz Ferdinand!

Nawet nie przypuszczałam jak łatwo dostać się do klubu Stodoła. Praktycznie od dworca prosto i w lewo. Długa kolejka, która na szczęście szybko się posuwała i po chwili jestem w środku. Wizyta w szatni i zaraz wchodzę do sali, gdzie zajmuję miejsce blisko sceny. Cały czas mam nadzieję, że kurczak w cieście, który zjadłam na szybko na dworcu był świeży i nie będę miała żadnych sensacji żołądkowych w czasie koncertu.

Jak ta za mną jeszcze raz się o mnie oprze to ją chyba strzelę.

Porzucam jednak zbrodniczy plan i odpłacam jej tym samym, czyli równie bezczelnie opieram się o nią. Zobaczymy, która wytrzyma dłużej.
Po chwili odpuszcza.
Poczekaj jak tylko użyję swojej tajnej broni, wystawionych kościstych łokci.

Nie cierpię na nic czekać. Czas okropnie się dłuży.
Może dłużyłby się mniej, gdybym miała z kim porozmawiać.

Wreszcie wychodzą!
Zaraz... ten jeden koleś nawet taki jakby trochę do Alexa podobny ale to nie on. Drugi szybko przedstawia zespół (nie zrozumiałam nazwy niestety) i zaczynają grać.
Chłopak, który stoi obok mnie nagle mdleje.
Na szczęście podnosi się i koleżanka wychodzi z nim na powietrze.
A ja słucham co oferuje support i daję się porwać ich muzyce.
Przyjemne syntezatorowe brzmienie z rodzaju "tra lala a teraz skaczemy i klaszczemy".
Ten Alexopodobny zaczyna mi się coraz bardziej podobać. Taki w moim typie, wychudzony. Koszula, duże okulary, grzywka na boczek, wygląda jak pilny uczeń. Ale jak go gnie nad tymi syntezatorami!
Chciałabym mieć go w takiej wersji mini a'la maskotka by móc postawić go na stole i móc patrzeć jak się giba.
Uroczy widok.
Czas poskakać!

Kto tam stoi na balkonie?
Nick?
Może.
O Boże!
Obok chyba-Nicka stoi Alex w czarnej kurtce ze skóry i w czarnym golfie.
Nie mogę skupić się na tym co dzieje się na scenie.
I pomyśleć, że mam z tym facetem zdjęcie!
Że zamieniłam z nim parę słów, choć z miejsca zapomniałam jak się nazywam.
Dwa lata minęły od tego czasu.
Zupełnie jakby to było wczoraj.

Support kończy, Alex i chyba-Nick znikają z balkonu.
Techniczni kręcą się po scenie podłączając sprzęt.
Przypominam sobie zemdlonego chłopaka, który wrócił w międzyczasie i rozglądając się, myślę sobie, że kijowe miejsce na zasłabniecie.
Niepokoi mnie to moje ziewanie, przecież nie jest wcale późno.
Ten dźwięk jakbym miała watę w uszach też wcale nie jest dobrym sygnałem.
Żółto czarne kropki przed oczami i kolana jak z waty.
A po chwili ciemność przed oczami.
Stanie w tłumie ma jedną zaletę. Nawet jak się zasłabnie to się nie upadnie bo po prostu się nie da.
Are you feeling ok?
Czyjś głos wyrywa mnie z otchłani, otwieram oczy by stwierdzić, że dalej widzę świat na żółto i czarno i po chwili znowu odpływam.
Chyba opieram się o kogoś.
Nie wiem, ale jako, że nie znajdę potem żadnych siniaków, zgaduję, że nie padłam na ziemię.
Po chwili czuję, że ktoś bierze mnie na ręce i szybko wynosi.
Powiew powietrza otrzeźwia mnie i na dobre wyrywa z czarnej otchłani.
Dobrze się czujesz?
Dobrze zbudowany pan wyniósł mnie do przedsionka, gdzie już na dobre odzyskałam wigor.
Usiadłam i pochyliłam głowę w dół bo słyszałam, że przy takich zasłabnięciach to najlepszy sposób.
Nie jestem specjalnie zestresowana tym co się stało, takie "zejścia" zdarzały mi się w dusznych miejscach.
Po chwili podchodzi do mnie pan ratownik i widząc moją nietypową pozycję pyta czy coś mnie boli.
Odpowiadam, że nie, że wszystko w porządku, że czuję się dobrze.
Jasne.
Właśnie dopiero co wyniesiono mnie bo zasłabłam w tłumie, prawdopodobnie jestem blada jak ściana, ale czuję się świetnie.
W każdym razie zaprosił mnie do ambulatorium i ani myślał usłuchać, że naprawdę nic mi już nie jest.
W sumie rozumiem go, to w końcu jego praca.
Kazał mi się położyć, zmierzył mi ciśnienie (było w normie) a ja jak oszalała nasłuchiwałam.
Gdyby się okazało, że zaczęli grać beze mnie...
Nie po to jechałam tyle, by teraz siedzieć w ambulatorium!
Opowiedziałam panu przebieg zdarzenia i poradził mi żebym teraz stanęła w bardziej przewiewnym miejscu.
No ba!
Ustawiłam się z tyłu sali, niedaleko drzwi zatem przewiew był dość dobry.
Nawet miałam sporo miejsce wokół siebie by skakać i tańczyć. Szkoda tylko, że do sceny tak daleko.
W każdym razie zdążyłam tylko zająć dogodną pozycję gdy na scenę wyszli ONI!

Franz Ferdinand proszę Państwa!

Pierwszy utwór z nowej płyty. Nie wiem jeszcze co to było, ale dalej brzmi to jak stary, dobry Franz, jednym słowem tak, by dziewczyny chciały tańczyć.
Potem miks utworów z pierwszej i drugiej płyty (i szaleństwo przy "Michaelu", tudzież cała sala śpiewająca "I love the sound of you walking away!") i znowu coś z trzeciej.
Rewelacja!
Jest dokładnie tak jak sobie to wyobrażałam!
Więcej syntezatorów, jak obiecali. Afrykańskie rytmy? Nie słyszę, ale to nie znaczy, że ich tam nie ma.
Wyśpiewuję gardło przy "Take me out!", skaczę jak mały kangur by dojrzeć Alexa i by dać upust tej energii.
This fire is out of control I'm gonna burn this city!
To już koniec koncertu. Cholera, jak to szybko zeszło.
Myślę, że zagrali w miarę po równo kawałków ze wszystkich płyt (czyli trzech z czego ta ostatnia ma się dopiero ukazać).

Godzina 22. Gdybym się sprężyła mogłabym zdążyć na pociąg o 22:55. Biegiem do szatni gdzie natrafiam na straszliwy zator.
Nie rozumiem.
Czyżby wszyscy śpieszyli się na pociąg, że prawie zabijają się aby tylko wyjść?
Jakoś nie chce mi się w to wierzyć.
W każdym razie koło 22:20 zaprzestałam prób wydostania kurtki.
Nie chciałabym wpaść na dworzec tylko po to by widzieć odjeżdżający pociąg.
Tym bardziej, że następny był dopiero 5:55 zatem długa noc przede mną.
Z klubu wyszłam o 12.
Zadziwiające. Jak mi Mapa podała, że z klubu na dworzec na piechotę idzie się 34 minuty tak też tyle szłam.
Pomyślałam, że na Dworcu Centralnym w Warszawie McDonalds powinien być czynny całą dobę.
Przeliczyłam się.
Na szczęście znalazłam tam jedną otwartą piekarenkę, gdzie wypiłam morze barszczu i herbaty.
Najgorzej było, gdy książka, którą ze sobą wzięłam skończyła mi się o 4.
Ale to już tak blisko odjazdu...

Wiecie, że toaleta na Dworcu Centralnym jest czynna od godziny 7?
Bo ja już wiem.

Zadziwiające jak niekiedy pociągi potrafią szybko jechać.

Ta wycieczka to poniekąd taki mały przełom w moim życiu.
Nawykłam robić wiele rzeczy sama, nie rusza mnie gdy sama idę do kina, co niektórym wydaje się dość... niezwykłe.
Nie byłam jeszcze sama na koncercie, bo wydawało mi się, że jednak takie emocje to lepiej przeżywać z kompanią.
Jeśli jednak wyrwałam się do stolicy sama na koncert i następnie zaliczyłam nockę na dworcu w oczekiwaniu na pociąg to jeszcze jaka inna "granica" została mi samej do przekroczenia?
W każdym razie, mimo przygód i pewnych niedogodności, gdybym miała zrobić to drugi raz... nie wahałabym się ani minuty.

...niby kometa, która leci nie oglądając się na nic...
Ale o kometach to przy innej okazji.

piątek, 14 listopada 2008

Quantum of Solace

Już kiedyś przyznałam się, że jestem fanką bondowskiego cyklu, zatem nie mogłam nie pójść na "Quantum of Solace", najnowszą odsłonę przygód Agenta JKM z licencją na zabijanie i zabójczą prezencją w garniturze.

Prawdą jest, że słynne zdanie "My name is Bond. James Bond" nie pojawia się.
Także nie pada nazwa "Wódka Martini". Ale za to podany jest przepis na drinka a'la Bond.

Cykl ewoluuje, to widać było już po "Casino Royal".
Dlatego byłam bardzo ciekawa czołówki.
Dziewczyny wróciły.
Pojedyncze dźwięki pianina którym wkrótce wtóruje przesterowana gitara (uwielbiam Jack'a White'a!) i piosenka tytułowa w pełnej krasie.

Jest sporo akcji, wydaje się, że takiej akcji w starym stylu gdzie panowie leją się i rzucają o ściany aż się kurzy. James w wydaniu Craig'a jest jak dzikie zwierzę gotowe ugryźć każdego, kto zagrozi mu klub jego bliskich. Czytałam kiedyś, że taki brutalny Bond jest bliższy literackiemu oryginałowi. W każdym razie kiedy trzeba to James potrafi sprać przeciwnika na kwaśne jabłko ale potrafi być też czarujący i ujmujący.
W ogóle oglądając ten film można odnieść wrażenie, że ciężkie czasy nastały dla szpiegów. Kiedyś podział na "dobrych" i "złych" wydawał się bardziej klarowny, teraz jest zamazany, są raczej "źli" i "jeszcze gorsi". Zarówno M jak i James zdają się trochę gubić w tych gierkach, wyznają zasadę, bądź jaki chcesz, ale graj ze mną fair.
I ani waż się mnie zdradzić.

Znowu dostało się Amerykanom (choć ich honoru dzielnie broni Felix Leiter, jedyny sprawiedliwy, chciałoby się powiedzieć). Znowu dostało się złym politykom. I dostało się nam wszystkim (choć dyskretnie) za to, że nie chronimy środowiska. Znowu Bond uratował świat ale, o dziwo!, bez pomocy wymyślnych zabawek (bo ten jego telefon to w sumie... nic nadzwyczajnego, ot lekko zmieniona wersja tych zabawek jakie dziś sami możemy kupić, fascynująca sprawa!).

Dobrze, że Bond mimo wszystko chodzi w garniturze, bo kiedy przestaje się przedstawiać i zamawiać wódkę Martini to niebezpiecznie upodabnia się do innych filmowych agentów. Jeśli coś ich jeszcze odróżnia to chyba tylko to, że Bond nie posługuje się fikuśnymi metodami walki, wali po mordach mówiąc kolokwialnie i tyle, bez kopniaków z półobrotu. A i cokolwiek Bond robi, robi to za Anglię i Królową.
Chyba, że akurat robi coś dla siebie, bo w końcu nawet taki profesjonalista jak on ma uczucia i nawet on może pałać chęcią zemsty. A wtedy lepiej zejść mu z drogi, bo nowy Bond to taki trochę człowiek-demolka.
Ale z jaką frajdą się to ogląda!

Kupuję nowego Bonda, choć mimo wszystko mam nadzieję, że lifting jakiemu poddano jego postać, nie zmieni go w kogoś innego.

PS. Twórcy w jednej scenie ładnie zamrugali do widzów parafrazując scenę z innego odcinka przygód agenta 007. Banalna zagadka, z jakiego odcinka twórcy "ściągają"?

poniedziałek, 10 listopada 2008

Zawód: Tłumacz

Kim jest tłumacz?
To zależy od tego czy myślimy o tłumaczu ustnym czy pisemnym.
Ten pierwszy to lekko bezczelny typ z defektem mózgu, który to defekt pozwala mu jednocześnie słuchać, mówić i zapisywać to czego słucha.
Jest ich mało i są traktowane jako istne kurioza natury.
Ten drugi z kolei to typ, który ma poczucie, że musi wiedzieć ABSOLUTNIE wszystko i dlatego wciąż siedzi z nosem to w słownikach albo raczej przed migającym ekranem szukając, szukając, szukając...
To ktoś, kto żyje w świecie słów i potrafi tworzyć z nich kompozycje.
Taki znawca ikebany, tyle, że zamiast kwiatów używa wyrazów.
Ktoś kto nurza się w morzu komunikatów. by zamknąwszy oczy usłyszeć w ciszy szum zdania, które najlepiej odda to co ktoś inny miał na myśli.
Artysta, który zawsze pozostaje w cieniu by nie przysłaniać materii z którą ma do czynienia.
Bo tłumacz powinien być niewidzialny bez względu na to jak barwną osobowość posiada.
Najlepiej żeby był to filolog, ale żeby interesował się nauką, techniką, polityką, medycyną, fizyką jądrową.. itd.
Najlepiej, żeby przez 50 lat zbierał doświadczenie a dopiero potem zabierał się za robotę.
...i żeby potrafił wszystko zrobić na wczoraj...

Niech zatem zacznę...

czwartek, 6 listopada 2008

Zębate i włochate

Ostatnio, trochę pod wpływem pewnego enigmatycznego znajomego, kupiłam książkę "Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności" pana Erberto Petola. Jeszcze jej nie skończyłam bo lekturę należy szanować i nie pożerać na jedno posiedzenie.

W każdym razie podczas czytania tego opracowania naszły mnie pewne przemyślenia.
Pierwsza z nich jest taka, że mężczyźni to się chyba w głębi duszy kobiet boją.
Pierwsze zapisy o demonach atakujących ludzi czy to wysysających z nich krew pojawiają się za czasów sumeryjskich. Nie opisują może przystojnego acz bladego jegomościa ze skłonnością do dziewczęcej krwi ale demona nocy.
Demona płci żeńskiej.
Mimo wszystko zaskoczyło mnie to.
Myślałam, że mężczyźni (bo to w końcu mężczyźni spisywali te mity) najbardziej mogli obawiać się innych mężczyzn.
A jednak wygląda, że bardziej obawiali się tych pozornie słabszych, kobiet.
Czyżby ukryta mizoginia?
Wtedy przypomniałam sobie pewne zdarzenie. Jakiś czas temu na forum pojawił się temat o feminizmie. Ogólnie dyskusji merytorycznej było tam mało za to sporo było wynurzeń młodych chłopców o tym jakie to kobiety/dziewczyny są wstrętne, okropne i w ogóle fe. Uwielbiam kiedy rozmówca przytacza tylko same drastyczne argumenty na poparcie swojej tezy, ot tworzy sobie taki solidny mur, który nie pozwala ni na krztynę zwątpić mu w to w co wierzy. W każdym razie czytając to co mieli oni do powiedzenia, cały czas miałam ochotę zadać jedno pytanie "Która ci tak za skórę zalazła i czym?".
Kto wie, czy za tworzenie się pierwszych wierzeń w wampiry i inne złe stwory nie odpowiadają właśnie podobni tym chłopcom?
Ale to nie wszystko co mnie zafrapowało. Także w ciekawy sposób zostały przedstawione wilkołaki.
Jeśli to mężczyzna jest w nie zmieniony to najczęściej jest to dobry władca (albo po prostu dobry człowiek) na którego zły urok rzuciła podstępna żona. Po wielu perypetiach dobry król odzyskuje swoją postać a zła żona dostaje na co zasługuje. Jeśli z kolei to kobieta jest wilkołakiem to jest najczęściej dość bezmyślnym stworem i jest zawsze zła. Wszelkie opowieści w których bohater odcina łapę wilkołakowi kończą się tym, że łapa zmienia się w kobiecą rękę.
To, że w wilkołaki zmieniają dobrych ludzi czarownice to szczegół.

Może jednak to nie tyle mizoginizm przejawia się w tych opowieściach, tylko idąc śladem dra Freuda.... niezaspokojony popęd płciowy? Zwykła chcica, która nie mogąc znaleźć ujścia, nakazuje rozładowanie emocji w inny sposób.
Czemu tak sądzę? Zaintrygował mnie fakt, że te żeńskie demony nocy są nie tylko zachłanne na krew (nośnik życia) ale i ... na spermę. Miały się te demony kryć czy to w pościeli albo pojawiać się, kiedy nasienie nie trafiało do miejsca przeznaczenia (czyt. pochwy żony). Kiedy wreszcie pokazały się straszydła płci męskiej to jakoś średnio były one zainteresowane bałamuceniem niewiast.
Dracula wg. Brama Stokera ze swoim uwodzicielskim wdziękiem pojawił się dużo później. Niektórzy zastanawiają się czy aby pocałunek wampira nie jest alegorią aktu płciowego ale... pytanie które mi się nasuwa to do kogo ten obraz bardziej przemawia, czy do mężczyzny czy jednak kobiety? Przystojny, nieszczęśliwie zakochany, trochę dziki mężczyzna, który czaruje swym wdziękiem? Bardziej mi to wygląda na kobiecą fantazję inspirowaną bohaterem romantycznym (np. takiego jak "Giaur" z powieści Byrona).
W każdym razie tworzenie dość wyraźnej opozycji "my, dobrzy choć zaklęci mężczyźni" i "wy, złe, wredne kobiety" każe mi się zastanowić czy ta niechęć nie jest faktycznie wywołana jakimiś niespełnionymi pragnieniami.
Że teraz ja popadam w wynaturzenia z rodzaju "spiskowa teoria dziejów"? Cóż...
To ja może wrócę do lektury.

niedziela, 26 października 2008

Krajobraz po weselu

Tydzień minął, zatem mam już dystans do tego co było.

I garść spostrzeżeń.

Panowie, słuchajcie mnie proszę uważnie, a nuż napiszę coś co może się Wam przyda w przyszłości!
Wiadomo nie od dziś, że masowe imprezy rodzinne to świetne miejsce by także poznać znajomych państwa młodych.
To jak już się będziecie w tańcu zapoznawać jedna prośba, nie przybliżajcie twarzy do twarzy tej drugiej osoby. Trzymajcie twarz na dystans. Na jaki? Polecam metodę "na sowę", czyli kiedy nagle zaczynacie zezować na tę drugą osobę to znak, że jesteście za blisko!
Niektórym zezowanie naprawdę przeszkadza...
Odczuwam dyskomfort gdy widzę twarz partnera zredukowaną do jednego oka. Jak chcę się pośmiać ze śmiesznego wyglądu to idę do gabinetu luster.
A od ciągłego odsuwania się można nabawić się bólu karku.
Dwudniowego.
Zatem, trzymajcie dystans! A jeśli chcecie się przytulic to nie czółko do czółka tylko policzek do policzka jeśli już!
I żadnego uwieszania się na partnerce. Wierzę, że ci co wyżsi mają problem natury takiej, że muszą się mocno składać nad partnerką, ale... kochani, jak powiedzieliście "a" i wystartowaliście do niskiej dziewczyny to trzymajcie fason!
Ręce.
Mimo wszystko nie wypada badać wypukłości tylnych przy pierwszym czy drugim tańcu.
Szczególnie kiedy na schodach stoją dzieci.
Kojarzycie sceny z filmów, kiedy to bardzo-uwodzicielski-mężczyzna dotyka policzka kobiety i przesuwa po nim palcem w sposób-ultra-uwodzicielski a panna patrzy na niego pełnym uwielbienia wzrokiem?
Jeśli nie masz hipnotyzującego spojrzenia Johnnego Deppa a panna ma wiedźmowate poczucie humoru możesz usłyszeć, żebyś nie ścierał jej makijażu.
Uwaga! Bo to co robicie potem może mieć wpływ na dalszy przebieg zabawy!
Jeśli sympatycznie roześmiejecie się i natychmiast zabierzecie rękę dodając jakiś uroczy komplement (choć nie jest to wymagane) to zabawa będzie trwać dalej.
Jeśli z kolei walniecie tyradę "Jaki makijaż! Przecież najważniejsze to co w sercu bla bla bla" to... może być różnie.
Oczywiście, w pełni zgadzam się z twierdzeniem, że piękno jest niewidoczne dla oczu, albo, że jest w oku patrzącego itede itepe. Ale kiedy jest się na imprezie o podwyższonej randze (czyt. wesele) i spędziło się masę czasu na dopracowaniu czy to fryzury czy to makijażu to taka uwaga może podziałać jak płachta na byka. Tym bardziej, że od razu nasuwa pytanie, czy delikwent podszedł bo dojrzał "piękno mego serca" (nie wnikam jak je dojrzał jak mnie nie zna, a i dekolt nie był też zbyt głęboki by miał je dojrzeć dosłownie) czy jednak dlatego, że miałam makijażem podkreśloną głębię swego hipnotyzującego zielonego spojrzenia.
A, komplementy typu "masz piękne oczy/usta/uszy/wstaw-część-twarzy-bądź-ciała" z pewnością bywają prawdziwe. Ale trzeba je umieć powiedzieć (pomijam tu wypadki jak wmawianie mi, że "mam zniewalające błękitne spojrzenie"), chodzi o efekt, bo jakby nie patrzeć, są to frazy tak wyświechtane, że już bardziej nie można. Oryginalność Panowie, oryginalność!
A może by tak powiedzieć, że kiedy się śmiejesz to masz takie wesołe iskierki w oczach, że chcę cię cały czas rozśmieszać by je widzieć.
No dobra, może trochę wydumane, ale chociaż mam to wrażenie, że się odrobinę wysilił.
I rzecz ostatnia, całowanie.
Jeśli partnerka będzie po namiętnym pocałunku zastanawiała się gdzie te zostawiła chusteczkę, żeby obetrzeć twarz to jest źle.
Ślina śmierdzi, nie oszukujmy się.
Ślina palacza tym bardziej, zatem na czas całowania zero palenia!
Jeśli partnerka zapowiada, że nie zostaje do końca zabawy z przyczyn takich jak zmęczenie chociażby, należy to uszanować. Oczywiście należy spytać się czy życzyłaby sobie kolejnego spotkania i wymienić się numerami telefonu. W żadnym wypadku nie należy uderzać w dramatyczny ton, że "więcej się nie zobaczymy, zostań!" albo co, bo można usłyszeć w odpowiedzi, że za to jakie wspomnienia piękne zostaną. Strzelenia focha po tej uwadze jest absolutnie zakazane bo wskazuje na totalny brak poczucia humoru i zastanawia partnerkę czy aby na pewno z partnerem wszystko dobrze, bo od czego są telefony?
Na koniec, parę uwag odnośnie powrotu.
Niektórzy miewają chorobę lokomocyjną i całą drogę modlą się tylko o to by wysiąść z metalowej puszki.
Osoba taka, gdy już wysiądzie, oddycha głęboko i dochodzi do siebie.
Nawet nie ważcie się próbować jej wtedy całować w cokolwiek innego jak policzek! A najlepiej w ogóle nie próbujcie.

Tyle spostrzeżeń.
A sama impreza była rewelacyjna!

niedziela, 19 października 2008

Strachy na lachy

Martwię się o swoją młodziutką uczennicę.
Najpierw czytałam z nią specjalnie dostosowaną do jej wieku "Legendę Sleepy Hollow" (czyli "Jeźdźca bez głowy"), potem bajkę o Ripie Van Winkle by okrasić to jedną krótką historyjką o duchach.
Ostatnio dostała zadanie by opisać swoje wymarzone przyjęcie urodzinowe.
Na ścianach plastikowe nietoperze i czarno białe balony, upiorna muzyka i takowe tańce, lektura strasznych opowieści i na koniec projekcja horrorów.
Mam czuć się winna?

czwartek, 16 października 2008

Po wieczorku

Wieczór panieński za mną.
To była intensywna sobota, najpierw spotkanie ze znajomymi (i rozpustne desery w Cacao Republice, pozdrawiam tych co byli i tych co być chcieli, a z różnych względów nie mogli) a potem bieg do jaja na początek imprezy.
I tak byłam ostatnia.
Ale za to jaka ważna(?) bo to ja miałam prezenty.
Przynajmniej ich część.
Książka się podobała, album też, co cieszy tym bardziej, że jednak trochę czasu zabrało mi przygotowanie go.
Tekst jak tekst, ale dobór zdjęć... rety, ileż dziwnych rzeczy można znaleźć w Internecie!
Szczególnie jak wyłączy się filtr "safe search". Odnoszę wrażenie, że porno zdjęcia można znaleźć przy absolutnie każdym słowie.
W każdym razie z jaja przeniosłyśmy się do klubu, gdzie w najlepsze trwał już ... wieczór kawalerski.
Najpierw pomyślałam, że było zabawnie połączyć te dwie imprezy, ale gdy wodzirej kawalerów przyszedł do nas z Edytą (dmuchaną lalą) postanowiłam to przemyśleć.
A myślałam przy mojito (moja lekko już zmęczona głowa wysyłała ciche dźwięki ostrzegawcze, ale mojito okazało się być dość łagodne dla mnie), toast i kolejny drink.
Najpierw zwinął mi się żołądek gdy zobaczyłam, że do szklanki, gdzie był już alkohol i jakiś sok dolano mi mleka, wstrząśnięto tym i dorzucono płatki róż.
Głowa mocno krzyczała, ale barman zapewniał, że to dobre.
Faktycznie.
Młoteczki w głowie też się uspokoiły.
Tylko dlaczego potem poszłyśmy szukać przyszłych tudzież obecnych mężów?
Znalazłyśmy ich, ale...po co to nie wiem.

A teraz przygotowania do ślubu/wesela.
Prezent jest, nawet zapakowany, kartka też jest, przeze mnie już podpisana, a co!
Suknia wisi i się prostuje, wciąż mam nadzieję, że nie będę musiała poprawiać tego co zmajstruje mi fryzjerka, a że nie ma zbyt wielkiego pola do popisu, bo ma mnie tylko uczesać, to pocieszam się, że nie będzie źle.
Tyle nerwów, tyle zachodu...
Co to byłoby gdyby to był mój ślub?
Choć, może byłoby wtedy spokojniej bo nie musiałabym się na nikogo oglądać, tylko robiłabym po swojemu.
A tak to pytam tych tamtych i nagle się okazuje, że ktoś czegoś nie doczytał, nie sprawdził i klops.
Szlag może trafić na miejscu.

Mam wreszcie gdzie ukoić(?) nerwy(??).
Jestem po pierwszej lekcji włoskiego.
Jak to miło, gdy miła pani, widząc mnie pierwszy raz na oczy już wie kim jestem i ma dla mnie od razu umowę.
No tak, ona prowadzi zajęcia a na pierwszych nie było tylko mnie.
Dedukcja Watsonie!
Myślałam, że ucieknę, jak usłyszałam mówiącą ją po włosku.
Szybko swobodnie, zupełnie jakby nigdy nie przełączyła się z polskiego.
I nawet miała tę specyficzną chrypkę często słyszaną u Włoszek (podejrzewam, że to od tego ciągłego krzyczenia ją mają, też taką chcę! od razu inna melodia z taką chrypką!).
W szoku stwierdziłam, że chyba też powinnam przenieść się do grupy o niższym poziomie, gdzie zaczynają od "mi chiamo" i rodzajników.
Po chwili jednak mój dekoder zastartował (nie był używany od pamiętnego majowego egzaminu) i odetchnęłam z ulgą.
Wciąż mam opóźnienia w translacji, ale rozumiem co do mnie mówią.
Gorzej gdy sama mam odpowiedzieć, gula w gardle i nerwowe przeglądanie końcówek.
Zabawne, jak ośrodek mowy jest źle połączony z ośrodkiem pamięci.
Gdy słucham innych nie mam absolutnie problemów przy przypomnieć sobie cokolwiek.
Ośrodek słuchu najwyraźniej łączy się na skróty.
W każdym razie trafiłam na swoją grupę i uroczyście ogłaszam kontynuację przygody z włoskim.
Od przyszłego tygodnia wracam na jogę.
Koniec wymówek.
Virasano, nadchodzę i skopię ci tyłek!
O ile będę w stanie.

piątek, 10 października 2008

And all that... sex?

Poniższy wpis będzie w całości albo w znacznym stopniu poświęcony temu bardziej fizycznemu aspektowi życia, zatem Ci z Was, którzy nie mają ochoty o tym czytać, mają jeszcze okazję przenieść się gdziekolwiek.

Ostatni dzwonek.

Jeśli wciąż tu jesteś, to znaczy, że chcesz.
No dobra.

Co może być dobrym prezentem na wieczór panieński?
Jakikolwiek drobiazg w wydaniu fallicznym?
Z pewnością.
Fikuśna bielizna, którą należy zakładać z instrukcją obsługi?
Może zdać egzamin.
Instrukcja obsługi czyli jakakolwiek Kamasutra albo inne techniki masażu, które doprowadzą to drugie na szczyty rozkoszy?
To się przyda.

Kupiłam ilustrowany przewodnik po wybranych pozycjach. Ładnie i schludnie wydana książeczka, estetyczne zdjęcia.
Wygląda ok.
Musiałam przejrzeć tę książkę.
Wiedzy nigdy za wiele prawda?
Napis informujący o 52 pozycjach jest trochę na wyrost (raczej kilka podstawowych a potem wariacje), ale opisy ciekawe.
I tak przy "Garbie Wielbłąda", czy też może "Krowie na wypasie", ups, nie, to nie było tak, ale na pewno było coś z krową w tytule, opis dał mi trochę do myślenia.
Partnerka po prostu wypina się do partnera a ten "ma ekscytujący widok jej narządów płciowych".
O cholera.

Postanowiłam spytać o to pewnego znajomego. Uroczy facet, który potrafi rozprawiać o seksie ze swadą i z aż zadziwiającą lekkością. Stwierdził, że opis prawdę rzecze i spytał od razu czy mnie nie podnieca widok nagiego mężczyzny. No jasne, ale jakby mi tak majtał się specjalnie przed oczami to nie wiem czy moje podniecenie nie uszłoby ze mnie jak powietrze z przekłutego balonu. To usłyszałam, że to pewnie dlatego, bo my kobiety mamy ładniejsze narządy.
Co innego mogłam zrobić jak tylko się zgodzić?

Męski umysł to zagadka.
Niby mężczyzna to istota prosta w obsłudze bo przecież wiadomo o czym myślą co, zapomniałam, 30 sekund? Na pewno było to dość często...
Ale sposób w jaki o tym myślą zdumiewa mnie niezmiernie.
Przyszło mi do głowy, że hentaje albo inne filmiki "przyrodnicze" czynią jednak trochę szkody w ich sposobie postrzegania kobiety.
Panowie, gładziutkie to są młode dziewczynki i radzę to zapamiętać.
Albo widok kochających się dwóch tudzież większej liczby kobiet.
Bo to niby zawsze widok ładniejszy no i w myśl przysłowia, że dwie głowy to nie to co jedna... to i dwie kobiety to nie to co jedna.
Albo jakoś tak.
W pewnym momencie naszej rozmowy zrobiło mi się trochę przykro bo pomyślałam, że oto za każdym razem, gdy jakiś mężczyzna spogląda na mnie "tym spojrzeniem" to redukuje mnie do dwóch gruczołów i jednego wejścia do kanału.
Gdzie tu miejsce na ciekawą osobowość?
Może jednak była to myśl zbyt pochopna, bo chociaż sposób w jaki mężczyźni myślą o seksie, jest zupełnie poza moimi zdolnościami pojmowania, to jednak jest coś, co powoduje, że wszystkie te dziwactwa idą w niepamięć.
Pełne uwielbienia spojrzenie, nawet jeśli tu mam za mało, tam za dużo, a tam to w ogóle coś mi wyskoczyło.
Chyba tylko dzięki niemu, my kobiety nie popadamy w zupełny obłęd w dążeniu do doskonałości naszych ciał.
Potraficie ukochać nasze wady jak nikt inny.
Zatem...kochajcie nas.
Takimi jakie jesteśmy.

wtorek, 30 września 2008

Jest dobrze!

Stało się!
Tytuł motocyklowego mistrza świata 2008 roku oficjalnie przeszedł w ręce Valentego na trzy rundy przed końcem sezonu.
Dwa lata czekałam na to!
Vale, w swoim stylu, celebrował tytuł w koszulką z napisem "Scusate il ritado" (wybaczcie spóźnienie).
Nie ma sprawy, tylko następnym razem nie każ znowu tyle czekać!

W ogóle wszystko zaczyna się prostować.
Szafka, którą zabiłam, została wyniesiona i zastąpiona nową i śliczną.
Może jej duch wreszcie przestanie mnie straszyć?
Knajpa na wieczór panieński koleżanki została zarezerwowana.
Prezent i album pamiątkowy są wciąż w "fazie beta", ale mam nadzieję, że zdążę ze wszystkim.
Wygląda na to, że na forumowym zlocie nie spotkają się wyłącznie organizatorzy, inni też się pojawią co bardzo cieszy.
Nawet niepewność co do godziny nie zdoła mnie zmartwić.
Bo skoro już się w mieście pokażą, to przecież zdołamy się spotkać, innego scenariusza nie przewiduję.

Nawet znalazłam szelki!
Ostatnio naszło mnie, że bardzo, ale to bardzo chcę mieć szelki (jak się mieszka ze studentką projektowania ubioru to pewne fluidy mieszają się i powstaje z tego nowa jakość, czyli ja eksperymentująca z modą)
Klasycznych, bez udziwnień.
Zdeptałam pół miasta w ich poszukiwaniu, żeby dostać je przypadkiem w sklepie po drugiej stronie ulicy.

Kupiłam bilet na koncert Franza Ferdinanda.
Jedzie ze mną moje dobre samopoczucie i dzika radość, że znowu ich zobaczę... po dwóch latach przerwy.

Szkoła Tłumaczy dostała zielone światło.
Tylko, że jeszcze oni muszą mnie zechcieć, ale póki co nie widzę powodu, czemu mieliby mnie nie chcieć.
Nie twierdzę, że nie zobaczę tego powodu na egzaminie, ale to dopiero w połowie października.

Jest dobrze.
Jest prosto.
I nawet błyśnie czasem słońce.

sobota, 20 września 2008

...

Czasem są takie dni, kiedy nic nie wychodzi jak powinno.

A to telefon nie szumi rano oznajmiając nadejście SMS'a.
A to właśnie szumi telefon ale przynosi nie te wieści i nie od tej osoby co trzeba.
A to po przesunięciu jeden szafki odsłaniają się kropki pleśni, które trzeba potraktować bardzo śmierdzącym płynem.
A to przy próbie ruszenia drugiej szafki leci ona do przodu i uszkadzają się jej drzwiczki.
A to odsłaniają się kolejne kropki pleśni i znowu śmierdzi.

Chyba rozbolało mnie głowa z tego wszystkiego.
Dobrze, że chociaż po przesunięciu łóżka nie było żadnych niespodzianek.

Biurko jest już pod oknem.
Plakaty znowu na ścianie.

W bolącej głowie pustka.

Jutro będzie lepiej.
Musi być.
Chyba wreszcie jutro zarezerwuję tę knajpę.
Może też jutro skrystalizuje się pomysł na album-niespodziankę.
Może powrócą pomysły na notatnik, przecież tyle nowych piosenek.
Może jednak ktoś się zdecyduje jechać ze mną do Warszawy.
Może wreszcie wszystko zacznie iść jak z płatka.
Oby!

środa, 10 września 2008

Franz Ferdinand cz. 1

Czasem zdarza się, że ważna wiadomość słyszy się dosłownie przez przypadek.
Koncert Franz Ferdinand w warszawskim klubie Stodoła.
Aż przysiadłam z wrażenia.

Zaraz przypomniała mi się wyprawa do Gdyni na mojego pierwszego Open'era, żeby ich zobaczyć.
Pamiętam dobrze datę siódmego lipca 2006.
Pamiętam jak mi drżały ręce i głos, gdy ze znajomymi robiliśmy sobie z nimi zdjęcia w hotelu.
Pamiętam ten ścisk pod sceną i dobrą zabawę.

A teraz znowu mają przyjechać.
Z wrażenia już mi się ten koncert nawet przyśnił.

Moim życiem chyba rządzi przypadek to ich muzykę odkryłam przypadkiem i takim samym zbiegiem okoliczności kupiłam ich pierwszą płytę. I to o dziwo wydanie rozszerzone, które wbrew pozorom wcale nie miało kosmicznej sceny.
Bo było to tuż przed Franzomanią...

"Jacqueline"
Jacqueline was seventeen...she was working on the desk...
Spokojny wstęp a potem monumentalny gitarowy riff i nerwowe tempo aż do samiutkiego końca.

"Tell her tonight"
Śmieszna, taneczna piosenka zdolna rozruszać każde towarzystwo.

"Take me out"
So if you're lonely...
Od tego zaczęła się Fanzomania. I riff z 1:04 który zatrząsł wtedy rynkiem muzycznym. Ten utwór się chyba nigdy nie zestarzeje.

"The dark of the matinee"
Czy Alex śpiewa tam "academic" czy "psychodelic" to wie chyba tylko on.
Jest coś szalonego w melodii tej piosenki.

"Auf achse"
Jedno z tych nagrań, które jedni uwielbiają, gdy reszta nie może go ścierpieć. Jestem z tej pierwszej grupy. Ta melancholia podlana elektronicznym sosem ma swój urok. Nawet jeśli jest to urok bardzo, bardzo zimny.

"Cheating on you"
Kolejna z zestawu tych szybkich i szalonych.
I'm cheating on you!

"This fire"
Absolutny hit koncertowy. Zamknięta na płycie, ta piosenka się męczy, dopiero koncert ukazuje w pełni jej rozrywkowy potencjał.

"Darts of pleasure"
Words of love, words so leisure, words are poisoned darts of pleasure!
Uwielbiam ten refren i to napięcie w melodii.
I strzelające korki w finale!
Za to twórca klipu powinien się dłuugo oj dłuugo tłumaczyć...

"Michael"
Jedna z bardziej seksownych piosenek o dusznym klimacie i rozedrganej melodii.
Gdyby zaśpiewała ją kobieta, efekt nie byłby taki porażający.

"Come on home"
Zmiany tempa i zjadliwa końcówka. Miodzio!

"40'"
Słońce, plaża i skok w nieznane. Aż chce się więcej!

"Van Tango"
Szał. Też jedna z tych piosenek co to męczą się na płycie a skrzydeł dostają dopiero na koncercie.

"All for you Sophia"
Mała lekcja historii.

"Shopping for blood"
Moja słabość znowu przeze mnie przemówi, ale sposób w jaki Alex tu śpiewa jest głęboko poruszający. Do tego zimna perkusja i jest git.

"Love and destroy"
Inspirowane Mistrzem i Małgorzatą. Nie ma zatem szans, żebym tego nie lubiła.

"Word so leisured"
Wariacja na temat "Darts of pleasure".
Why should ugly skin that never feels...
Mam dreszcze przy tej linijce... jak już Alex kończy śpiewać (a właściwie mruczeć) słowo "feels".

A jeszcze jest druga płyta i trzecia, którą nagrywają...

Już się nie mogę doczekać!

poniedziałek, 1 września 2008

13 rund za mną

Hamowanie i złożenie maszyny w zakręt.
Samotny jeździec pędzący do przodu niby huragan.
Ułamek sekundy, mniej niż mrugnięcie oka i...
Czerwone Ducati sunie w żwir.

Melandri? Jaka szkoda...
Nie ten kask...
Nie ten fragment toru...
Nie wierzę....
To Stoner!

Mistrz świata próbuje podnieść wciąż powarkującą maszynę, ale i tak jest już po zabawie.
Granatowa Yamaha z odblaskowym dwucyfrowym numerem mknie naprzód.

Myślałam, że będę musiała ten obraz nagrać i odtwarzać sobie, bo zapewne czegoś takiego drugi raz nie zobaczę zbyt szybko.
Brno było dwa tygodnie temu.
Wczoraj, w San Marino, doświadczyłam deja vu.
Znowu czerwony pocisk skończył w piachu.
75 punktów zapasu na pięć rund do końca to duży zapas.
Jest jeszcze za wcześnie na radość i na chłodzenie szampana, ale nadzieja trzepocze skrzydełkami i coraz śmielej ciche głosy szepczą: "czy to możliwe, żeby Vale znowu był tym najlepszym na świecie?".

Już dawno nie było tak wesoło.
Trzy wielkie fabryki, mistrzowie świata Ducati, podnosząca się z kolan Yamaha i Honda. Fabryka z którą zawsze trzeba się liczyć, choć która ostatnio wydaje się cieniem samej siebie.
Dwie firmy oponiarskie: Bridgestone, który przebojem zdobył mistrzostwo świata wraz z Ducati i zostawił swojego konkurenta, francuskiego Michelin'a w pobitym polu.
Sensacyjne przejście Rossiego z Michelin'ów na Bridgestone'y, które było komentowane, że oto mistrz się kończy i robi co może by zamaskować swoją nieudolność.
Wzmocnienie pozycji satelickiego zespołu Tech 3 Yamaha i ściągnięcie tam gwiazdy serii SBK, Jamesa Toselanda.

A teraz główni bohaterowie opowieści:
Casey Stoner, obecny mistrz świata, który na swym czerwonym ryczącym Ducati robił z przeciwnikami co chciał. Zadziwiającym jest fakt jak włoska maszyna odpowiada stylowi jazdy Australijczyka. Desmosedici zdaje się być jego przedłużeniem. Piekielnie szybki. I pewny.
Valentino Rossi, legenda. Wciąż z Yamahą, na dobre i złe. Człowiek, który hamuje w sposób nieosiągalny dla innych.
Daniel Pedrosa, wielka nadziej na mistrza świata. Dobry, szybki zawodnik. Ma potencjał, ale... wciąż okazuje się odrobinę wolniejszy.
Jorge Lorenzo. Największa niespodzianka, chłopak, który potrafił szybciej niż Rossi pomknąć na Yamasze. Gdyby nie straszliwe wypadki, kto wie jak tabela wyglądałaby teraz?

Ta czwórka od samego początku rozdawała karty. Najpierw Jorge, potem Daniel aż wreszcie wraca Rossi i Stoner. Daniel i Jorge borykają się z kontuzjami po upadkach mrożących krew w żyłach.
Zostaje Rossi i Stoner, który wraca po trochę słabszym starcie sezonu w glorii chwały.
A właściwie tylko Stoner bo jego atomowy start bardzo utrudnia życie Rossiemu.
Wygląda, że ten sezon ma być jednak jak poprzedni, Stoner zgarnia pole position, startuje i tyle go widzieli.

Ale Rossi nie odpuszcza.
Tor Laguna Seca w słonecznej Kalifornii topi się od ostrego słońca. I od walki jaką prowadzi ze sobą dwóch gigantów.
Mistrz hamowania i mistrz ucieczki na prostej.
Pojedynek jest tak zacięty jakby od niego zależały losy świata i ludzkości.
Żaden nie chce odpuścić, każdy zakręt wydaje się być ich ostatnim.
Wreszcie Stoner nie wytrzymuje i popełnia mały błąd.
Rossi wygrywa.

Wakacyjna przerwa podczas której wszyscy się zastanawiają jak to się skończy. Rossi wciąż prowadzi w klasyfikacji generalnej ale Stoner jest szybki. Aż za szybki, chciałoby się powiedzieć.

Brno.
Stało się. Stoner z przodu i ... wywraca się.
San Marino i znowu Casey leży.

Pięć ostatnich rund.
Vale, wierzę w Ciebie!
Forza!

niedziela, 17 sierpnia 2008

Piękno sportu

Olimpiada trwa w najlepsze.
Nareszcie medale dla Polski z czego bardzo się cieszę i liczę na więcej!

Igrzyska to czas, kiedy uwagę wszystkich skupiają sportowcy.
Choćby kolarz jak Andy Schleck. Wysoki, bardzo szczupły o ujmującym uśmiechu.
Już wrócił moją uwagę podczas Tour de France, szkoda, że dał się tak ograć w Pekinie.
Pływacy?
Pełniący role eksperta Eurosportu Ian Thorpe na pewno, bo Michael Phelps, chociaż cudów dokonuje to...no nie jest może AŻ tak interesujący, choć napatrzeć się nie mogłam jak on nisko te spodnie (kąpielówki w wersji maxi?) nosił. Spadną, czy nie spadną...? W sumie to aż żal zasłaniać taką muskulaturę.
Ale ciekawsi są skoczkowie do wody. "Szczupli, ładnie zbudowani, nieprzepakowani i dużej ruchliwości w barkach..." jak to zachwycał się pan komentator. Z ruchliwością w barkach wierzę na słowo, ale co do reszty to się zgadzam!
Siatkarze?
O tak! Szczególnie nasi, jakaż szkoda, że nie ma w Pekinie ani Bąkiewicza ani Żygadło. Ale jest Winiarski i Kadziewicz. Zdecydowanie najczęściej pokazywani przez realizatora.
Pochwała za dobry gust.
Wioślarze?
Koniecznie z przedziału "waga lekka".
Skoczkowie?
O tak!

Inni wciąż przechodzą weryfikację...

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Obcy i pan Philip K. Dick

Ostatnio obejrzałam sobie klasykę filmu sf, "Obcy, 8 pasażer Nostromo".
W HD a co!
Nawet jeśli nie był to tylko up-scalling to i tak wyglądało ładnie.
Scena śniadania.
Przerażone spojrzenie Ripley, gdy w korytarzu widzi Obcego.
Podwójne, oślinione szczęki stwora.
I gdy tak to sobie oglądałam, to przyszło mi na myśl, jak bardzo zasłużył się Ridley Scott dla gatunku. Nie tylko "Obcym", ale też "Łowcą androidów". Ale uznanie należy się też panom jak Hampton Fancher i David Webb Peoples. To scenarzyści "Łowcy...".
Proza Philipa K. Dicka, choć świetna do czytania, jest raczej mało filmowa moim zdaniem.
Gdy sięgnęłam po "Czy androidy marzą o elektronicznych owcach" byłam święcie przekonana, że przeczytam, to co dobrze znam z filmu.
A jednak nie.
Imiona, miejsca i pewne motywy, tylko to łączyło te dwie rzeczy. Scenarzyści i autor rozłożyli inaczej akcenty, co tylko uatrakcyjniło sprawę. Najczęściej w przypadku ekranizacji powieści, wątki są pomijane a te tutaj zostały rozbabrane i złożone od nowa.
Może tym różni się fraza "na podstawie powieści" od "na motywach powieści"?
Ale i tak podtrzymam zdanie, że proza Dicka nie ma zawsze szczęścia do ekranizacji.
Zacznę od "Pamięci Absolutnej" (Total Recall).
To prawne kino akcji, z nowatorskimi efektami (choćby ta ściana prześwietlająca, niby promienie X), ale coś mi nie pasuje. Może właśnie przeniesienia ciężaru na akcję a nie na poczucie zagubienia bohatera?
Tylko, że ile można oglądać wewnętrzne rozterki, prawda?
Dick pozostawił po sobie wiele opowiadań, które wydłużone do pełnometrażowych filmów fabularnych, czasem tracą swoją ostrość i świeżość.
Choćby "Zapłata" (Paycheck). Niby sprawne, niby z pomysłem, ale drugi raz oglądać tego bym nie chciała.
I Uma Thurman, która wygląda tam jakby tylko czekała, żeby ktoś jej dał katanę do rąk, by mogła rozprawić się z niegodziwcami w stylu Czarnej Mamby.
"Impostor", którego polski tytuł wyleciał mi z głowy. Na siłę rozciągnięte, ale chociaż rekompensuje zakończeniem.
"Raport Mniejszości", przy którym zatrzymam się na ciut dłużej. Kapitalna scena pogoni za gałkami ocznymi i z mechanicznymi pajączkami. Ciekawa postać Colina Farella, który nawet jeśli irytuje na początku to jednak okazuje się dużo bardziej przenikliwy i wprowadza milutki ferment. I przede wszystkim sam pomysł.
Troje jasnowidzów przewiduje kto popełni zbrodnię, na jednej kulce pojawiają się dane przestępcy, na drugiej ofiary.
I nagle wylatuje kulka z Twoim nazwiskiem jako sprawcą i druga, z nazwiskiem obcego człowieka jako ofiarą. I pytanie "dlaczego zabiję kogoś, kogo nawet nie znam?".
Nie mogło się obyć bez pogodzenia z żoną, ale... to przecież amerykański film.
I na końcu "Przez ciemne zwierciadło" (Scanner darkly).
Warto zobaczyć dla samej strony wizualnej.
Książka jest trudna i byłam bardzo zaskoczona kiedy czytałam, że ma być sfilmowana. Nawet sprawnie im to poszło, kiedy od czytania puchła mi głowa, to z filmem szło łatwiej.
Może dlatego, że już wiedziałam o co chodzi?

Słyszałam, że powstają dwa filmy biograficzne o Dicku.
Jeśli ktoś jeszcze miałby ochotę coś zekranizować z jego dorobku to bardzo chciałabym zobaczyć "Ubika", "Oko na niebie" i "Trzy stygmaty Palmera Eldritcha".

czwartek, 7 sierpnia 2008

Licznik

Licznik to fajna sprawa.
Pokazuje z jaką prędkością się jedzie, ile tych kilometrów, a jaka średnia itd.
Jeszcze zabawniej jest kiedy owa zabawka przestaje działać.
Najpierw wyłączał się przy podjazdach.
Pomyślałam, nie chce mnie dołować pokazując tę marną prędkość.
Ale potem wyłączał się także przy zjazdach.
Nie chce mnie z kolei straszyć?
Bo z tym straszeniem to jednak coś jest.
Spojrzenie na licznik i gdy prędkość zbyt wysoka to palce jakoś same zaciskają się na hamulcach.
A tak, nie wiem jak szybko jadę i spokojna jestem.
Mogę się tylko domyślać po tym z jaką siłą wiatr chce mi urwać głowę albo po bólu, który wywołują rozbijające się o mnie owady.
Nie mam się jednak co martwić, z doświadczenia wiem, że nie potrafię się zbyt mocno rozpędzić.

Lazne Libverda swoją wodę źródlaną mają.
W odróżnieniu od tej radoczynnej (po której panie są rade a panowie czynni) ze Świeradowa, ta jest kwasowęglowa o ile dobrze pamiętam.
Jadę tam, pętla ma 40 kilometrów i okazuje się, że... awaria, kranik urwany, wody niet.
Jakież to szczęście, że wczoraj miałam okazję spróbować tej lekko kwaskowatej wody.
A dziś to zostało mi tylko spróbować lazenskich oplatkow.
Mało słodkie wafle z masą.
Niezłe.

sobota, 2 sierpnia 2008

Bike Maraton

Setki rowerów w Świeradowie Zdroju.
A tak konkretnie to coś trochę ponad dziewięć setek.
Ruszył Bike Maraton.
Stoję na stracie i ciekawsko zerkam.
Te opalone, ładnie zbudowane łydki, w zależności od stopnia poświęcenia się dyscyplinie, ogolone bądź nie.
I ten... unoszący się wszędzie zapach kamfory.
Maści na obolałe mięśnie lub stawy już poszły w użycie.
Spoglądam na rowery i jestem zaskoczona ilością sztywnych rowerów (a także ilością hamulców typu V-Brake).
Cóż, na pewno są one lżejsze i szybsze niż fulle, ale komfort jazdy gdzie?
Chyba że tylko amatorzy patrzą na taki szczegół jak komfort jazdy.
Trzy trasy, mini (ok. 25km), mega (ok.50km) i giga (ok. 80km).
Kilometry nie są tak przerażające jak... podjazd pod górę.
Na czas? W tempie? Pod górę?!
Nie,chyba wciąż za chuda w uszach na to jestem.
Choć...
Jeśli nie spróbuję to się nigdy nie dowiem.

Następna odsłona Bike Maratonu w Poznaniu.

wtorek, 29 lipca 2008

Setka pękła

Dwa Spece (w tym S-Works), do tego Trek i Felt.
Opalenizna kolarska, kask, którego nie ściągnie nawet podczas zjadania naleśników, wczepne buty, pełen strój kolarski.
Respekt.
Na oko bardziej sprinterka niż góralka, ale i tak nie chciałabym się z nią ścigać po górę.
Spojrzałam smętnie po sobie. Kask zostawiłam po gorąco, koszulkę kolarską też zamieniłam na zwykłą (no bo gorąco). I już wiem po czym poznać amatorszczyznę...że amatorszczyźnie bywa za gorąco podczas gdy wyczynowcom nigdy.

Zadziwiająco dużo rowerzystów na szlakach. Chyba więcej nawet jak pieszych.
Ot rowerowa moda.
Ciekawe kiedy ta moda pociągnie za sobą sprowadzanie na nasz rynek damskich wersji rowerów?
I nie o kolorystykę się rozchodzi.

Setka pękła po trzech dniach.
Zdarzyło mi się nawet raz czy dwa zdziwić na jakich przełożeniach pokonałam ten czy tamten podjazd.
Albo ten rower dosłownie sam jeździ, albo moja kondycja się poprawiła.

W każdym razie filtr 30 działa, choć słońce okrutne, wciąż wyglądam jakbym spędzała całe dnie w pokoju.
Boję się zastosować mniejszy, bo przy tej temperaturze, wizja długich spodni mnie przeraża.
To już wolę blade nogi.

niedziela, 27 lipca 2008

Trup w szafie

Co to za zapach?
Dziwne, to nie jest zapach z działek...
I jest taki... organiczny.
Wącham torbę, która stoi nieopodal.
Może czegoś nie wypakowałam i właśnie to coś próbuje wydostać się na wolność?
Torba jest pusta.
Mija dzień i drugi a smród wciąż jest.
Baterie się wylały? Spaliło się coś?
Nie.
Latarka w rękę i nos przy meblach.
Ojjj...
Kijkiem, spomiędzy mebli wyciągam truchło myszy.

wtorek, 22 lipca 2008

World Superbike Championship, 18-20 lipca Brno

Trzy godziny jazdy do Wrocławia już dawno tak mi się nie dłużyły. Pociąg momentami jechał tempem iście spacerowym bo po chwili zatrzymać się w lesie. Potem za Wrocławiem zwiększył tempo ale za Gliwicami zaraz pojawiło się kolejne miasto i kolejne i kolejne... I tak aż do Katowic, gdzie miałam przesiadkę.
Nie cierpię katowickiego dworca. Nic tam nie można znaleźć, jeden wielki bardak na kółkach. Krótka rozmowa ze znajomym, herbata i dalej, dalej na Brno!
Z przesiadką w Prerovie.
Zadziwiające, że pociąg, którym jechałam, eurocity jakby nie było, co stacja to miał większe spóźnienie. W Prerovie byłam dosłownie w ostatniej chwili by złapać pospieszny do Brna.
I tak po 12 godzinach wreszcie wysiadłam.
I jak całą drogę utrzymało się bez deszczu to teraz musiało zacząć padać.
Zerkam na jaskrawą, żółtą kurtkę. Mam taką samą. Wiatrówka z numerem 46 na plecach. Zerkam na właściciela kurtki i zaczynam się śmiać. To Anglik, którego poznałam w zeszłym roku w czasie MotoGP. Obok niego stoi jego znajomy. Uśmiecham się do nich, oni machają do mnie. Też mnie poznali.
Zbieg okoliczności, że akurat w jednym czasie znaleźliśmy się w jednym miejscu.
Jak się okazuje, będziemy znowu mieszkać w jednym hotelu.
Ale tym razem w osobnych pokojach.
Jednak dojazd do Komarova wcale nie był taki prosty. Remont torów i dojazd tylko autobusem. Znajdź przystanek, znajdź linię... Na szczęście polski jest tak podobny do czeskiego bo o angielskim to mogę zapomnieć.
Wreszcie na miejscu.

Piątek.
Tego dnia, darmowe autobusy jeszcze nie kursują. Zatem najpierw trzeba było dostać się na przystanek koło pętli Stary Liskovec i tam przekonać się, że regularny autobus kursuje... co dwie godziny. A to oznacza przeszło godzinę czekania. Dobrze, że chociaż ładna pogoda...usiadłam na ławce i myślałam o niczym gdy wtem na przystanku pojawili się kto? Tak, oni, moi Anglicy.
I to nie sami tylko w towarzystwie dwóch, bardzo ładnie ubranych pań. Na oko matka z córką. Córka młodziutka, ale ładna. Wysoka, ubrana w śliczną sukienkę, koraliki, włos ciemny, bujny. Laleczka.
Robin pyta mnie o bilety i tłumaczy coś dziewczynie kiedy ja się zastanawiam gdzie oni je znaleźli. Ale dziewczyna jakoś nie bardzo reaguje na to co on mówi. Mężczyzna jednak nie rezygnuje i przyprowadza ją do mnie.
Nagle matka zamienia z nią szybko parę słów i już wiem, że to Rosjanki. Robin mówi bardzo wyraźnie i dość przystępną angielszczyzną, ale moja zdaje się być jeszcze łatwiejsza bo mnie dziewczyna rozumie. A kiedy poprawiam ją, gdy powtarza matce błędnie to co jej powiedziałam, już wiedzą, że warto się mnie trzymać, bo rozumiem rosyjski (nie odważyłam się odezwać w ich mowie...Svieta pewnie byłaby zawiedziona, ale cóż...). Robin cicho pyta się mnie czy to Czeszki. Dla niego każdy słowiański język brzmi tak samo.
Wreszcie nadjeżdża autobus. Gdy wchodzimy wszyscy jest napakowany do granic możliwości, ale kierowca zdaje się to przyjmować ze stoickim spokojem. Żal mi tylko mieszkańców, którzy zdawali się być mocno zaskoczeni tłumem.
Gdy wysiadamy, już ich słychać...drażniące ucho tysiące obrotów silnika, które świdrują mózg na wylot. Wszyscy idziemy sprawdzić powrotne autobusy i każdy następnie idzie w swoją stronę.
Czyli najpierw idę pooglądać stoiska z gadżetami a potem na padok! Ale wpierw trzeba kupić program. Przecież muszą mi na cos składać podpisy, prawda?
Pierwszy sklep z gadżetami i ...szok cenowy. Naprawdę liczyłam, że wszystko będzie tańsze. Ot i przeliczyłam się. A po chwili następny szok kiedy widzę, dobrze mi znane gadżety w jaskrawej żółci z jakże bliskim memu sercu numerem 46. Przecież to nie ta seria! Nie szkodzi. Duch Valentego unosi się także tu. I wystarczyło rozejrzeć się po ludziach by się o tym przekonać. Żółte koszulki albo czapki wcale nie należały do rzadkości.
Głębszy wdech i wchodzę na padok.
Rząd ciężarówek pręży się przede mną i błyszczy oślepiająco w słońcu. Gwar ludzkiej mowy i wszechobecny warkot skuterów. I zapach paliwa wyścigowego przy otwartych garażach.
A także nagminnie łamany zakaz palenia. Ze wśród tych oparów nic nie wybuchło to chyba cud. Zaglądam do garaży, gdzie mechanicy uwijają się ze swoimi zadaniami, całkowicie obojętni na gapiów takich jak ja. Przystaję i patrzę zachłannie na to wszystko chcąc zapamiętać jak najwięcej. Unoszę aparat chcąc zrobić zdjęcie, choć logika podpowiada, że jedyne co sfotografuję do stojak opon i jakieś kanistry z olejem. Nie szkodzi.
Uśmiecham się do mechaników, oni do mnie też. Dobrze jest być roześmianą blondynką.
Idę dalej a głowa lata mi na wszystkie strony. Przez moment mam wrażenie, że na skuterze mignął Troy Corser. Wspinam się na dach galerii widokowej skąd jest widok na ostatni zakręt, prosta start-meta i pierwszy zakręt. I choć emocje wciąż buzują to jednak nie mogę powiedzieć, że wszystko jest idealne.
Jeden telebim, widoczny tylko z głównej (małej) trybuny. Bilety nie mają numerowanych miejsc zatem jeśli chcesz cos widzieć to albo siadasz tam i nie ruszasz się albo łazisz a to oznacza, że możesz oglądać wyścigi na stojąco i bez podglądu. Widzisz zatem tylko moment kiedy migną na prostej.
Czas coś zjeść. Pod główną trybuną jest restauracja. Zamawiam smażony ser, który prawie śnił mi się po nocach, taką ochotę na niego miałam.
Jeszcze trochę łażenia, oglądania i czas zbierać się na autobus. Na przystanku znowu trafiam na starych znajomych. Gdy już dojechaliśmy do miasta, umawiamy się na piwo. Piwo jak piwo, ale z mniejszą goryczą niż nasze. Anglicy przyznają się ile mają lat. Ally, młodszy z nich ma 63 lata a Robin 68. Prawie się zakrztusiłam. Dawałam im tak średnio z dychę mniej. Rozmawiamy trochę o wyścigach, trochę o Czechach. W każdym razie wieczór mija szybko.

Sobota. Dzień kwalifikacji.
Dziś kursują już darmowe autobusy zatem przeprawa na tor idzie dużo szybciej. Śniadanie i na padok! W namiocie, gdzie odbywają się krótkie konferencje po wyścigu, panuje zamieszanie. Jacyś zawodnicy rozdają autografy! Szybki rzut oka kto, bo akurat tak jak dobrze kojarzę większość zawodników serii GP tak SBK już niekoniecznie. Ale to na pewno William de Angelis i ktoś jeszcze. Wczoraj rozdawano ich plakaty, stąd taka mądra jestem. Podchodzę do Williama, uruchamiam swój uśmiech i podkładam kartę, którą wyciągnęłam gdzieś po drodze. Willy bierze nową kartę, podpisuje i podaje mi uśmiechając się bardzo sympatycznie.
Cały czas zastanawiam się czy jest do brat czy kuzyn tego de Angelisa, który staruje z GP. Są troche do siebie podobni i obaj są z San Marino. Obok Willy’ego jeszcze jeden zawodnik składa podpisy, ale nie mam bladego pojęcia kto to jest. A przystojny ojjj przystojny. Nie chcę się jednak wygłupić tak z samego rana, udowadniając, że nawet nie wiem z kim mam do czynienia, podkładając ewentualnie nie ten plakat, zatem wycofuję się. Idę dalej, na druga część padoku i staje jak wryta na widok namiotu polskiego zawodnika Andrzeja Chmielewskiego. Czekam aż skończy rozmawiać i proszę go o autograf na świeżo zdobytej karcie. Andrzej pyta się ja mam na imię i dostaję autograf z dedykacją. Znowu czuję się jak podniecona nastolatka na widok idola.
Tylko i wyłącznie wina mojego gapiostwa, że nie zrobiłam sobie z nim zdjęcia. Bardzo fajny, miły chłopak z niego.
Prawie nie wierzę we własne szczęście. Dopiero początek dnia a już takie emocje!
Wędrówka na dach, obejrzenie wolnego treningu i kolejna wędrówka po padoku, kolejne przejazdy i tak w kółko.
„Ania, patrz jakaś znajoma twarz!”, mówi Mama. Faktycznie. To Thomas Luthi! Jeździec klasy 250cc, mistrz świata klasy 125cc. Udziela wywiadu dziennikarzowi a ja czekam jak taki sęp, aż skończy. Po chwili przechodzi dwóch facetów i podobna reakcja-coś szepczą między sobą, robią mu zdjęcie i zatrzymują się. Mężczyzna stojący przy Thomasie uśmiecha się lekko widząc nasze zachowanie. Wreszcie wywiad się kończy i ruszam do Thomasa po zdjęcie.
Nie sądziłam, że: a)jest taki wysoki b)taki uroczy c)tak dobrze zbudowany.
Jeszcze dobrze nie ochłonęłam, gdy widzę, że ciężarówkę obok widzę Troya Corsera udzielającego wywiadu. Na dole grupka mężczyzn robiąca zdjęcia. I ja też! Nagle Troy patrzy w moją stronę i macha. To moja Mama, która stała za mną pomachała do niego a on zareagował. Wszyscy mężczyźni patrzą na nas z uśmiechem. Z dołu nie zrobię zbyt dobrych zdjęć, zatem wspinam się na schody obok. Cykam fotkę za fotką, potem usunie się nadmiar. Wreszcie Troy skończył i schodzi do fanów. Podkładam mu program i proszę o autograf. Potem, niemalże na ucho pytam się czy mogę zrobić sobie z nim zdjęcie. Ależ oczywiście!
Gdy wychodzę stamtąd, nieznajomy klepie mnie po ramieniu mówiąc „lucky girl”. Jestem takim szoku że mogę się tylko uśmiechnąć.
Przechodzę dalej a tu znowu ten dziennikarz co przepytywał Thomasa, przepytuje kogoś innego. to chyba duma i chluba gospodarzy, Jakub Smrz. Szybko przeglądam program, żeby się upewnić. To chyba on choć na żywo wygląda dużo lepiej niż na zdjęciu. Obok mnie staje chłopiec z plakatem. Zaglądam ciekawsko na plakat chcąc się upewnić, że to Smrz. Chłopiec z dumą pokazuje jaki ma duży i ładny plakat. Kiwam głową udając, że faktycznie na to patrzę. Miałam racje to Smrz!
Podchodzimy z chłopcem i bierzemy autografy, ja chcę jeszcze zdjęcie. Jaki on opalony! Jaki wysoki! A jaki ładny! I dlaczego musimy stać pod słońce?! Słońce oślepia mnie niemiłosiernie, ale zdjęcie się udaje. Znaczy Jakub wygląda bosko a ja jestem skrzywiona, ale to szczegół. W tym momencie padają baterie. Szybka zmiana i dalej!
I między ciężarówkami widzę Noriyuki Hagę podpisującego zdjęcia jednemu chłopakowi. Hadze towarzyszy jego asystent chyba, starszawy, ale bardzo wesoły Japończyk. Haga, podpisuje z kamienną twarzą. Robi wrażenie dość chłodnego, więc trochę głos mi się trzęsie jak proszę go o autograf. „Always for lady” słyszę w odpowiedzi. No to o zdjęcie też musiałam poprosić! Kamienna twarz nawet nie drgnie, ale cierpliwie pozuje.
Nie taki Nitro straszny na jakiego wygląda.
Prawie nie mogę uwierzyć we własne szczęście.
Pora pędzić na wyścig w którym Andrzej bierze udział. Jest już po osiemnastej ale przecież skoro to taki miły chłopak to obejrzę jak jeździ, prawda? O ile dobrze dojrzałam na telebimie skończył chyba w okolicach siedemnastego miejsca, ale głowy za to nie dam. Czyli gdzieś w środku stawki.
Gdy wracam jestem wykoczona ale szczęśliwa. Znowu spotkałyśmy Anglików i znowu lądujemy na piwie. Chwalę się im jaki to miałam dzień pełen wrażeń. I cały czas modlę się w duchu, żeby te zdjęcia wyszły ostre.

Niedziela. Dzień wyścigów.
Dziś już nie ma szans nikogo złapać. Wszyscy skoncentrowani i skupieni. Ja też. Znalazłam dobrą miejscówkę na dachu z widokiem na włączony monitor na dole. Oglądanie wyścigu z wysokości gdzieś drugiego piętra na monitorze 15” stojącym na dole to ciekawe przeżycie, ale dla chcącego nic trudnego.
W czasie Supersportów czas na obiad. W restauracji włączone telewizory, mogę obejrzeć wyścig w spokoju. A potem znowu powrót na dach na drugi przejazd Superbike’ów.
Po wczorajszych przygodach mocno ściskałam kciuki za Troya, Noriego i Jakuba.
Jakub niestety jednego wyścigu nie ukończył, a w drugim był chyba 11. Troy pierwszy wyścig ukończył jako drugi o ile dobrze pamiętam, drugi wyścig jako czwarty, choć długo go prowadził. Hadze pierwszy nie poszedł, w drugim, gdyby nie musiał startować z końca stawki po zmianie motocykla, być może powalczyłby o podium, bo goniąc całą stawkę ukończył na siódmym miejscu. Tempo miał iście atomowe.
Potem konferencja w namiocie, gdzie już na nich czekałam. Max Biaggi, Michele Fabrizio i zwycięzca, Troy Bayliss. Nagłośnienie takie, że nic nie mogę zrozumieć, zatem robię tylko zdjęcia. Po konferencji, Max i Michele uciekają, zostaje tylko Troy by podpisać się najwierniejszym fanom. Miły gest, szkoda, że reszta nie podchwyciła.

Wyjazd.
Autobus miał pojawić się o 23:05. Spóźnił się rok temu, w tym też. O godzinę. Ale tym razem nie z powodu wypadku. Kierowca gdzieś zabłądził i tak sobie błądził.
Ważne że znalazł drogę do Brna a potem do Wrocławia.

Wejście na padok to jednak niesamowita sprawa. Gdy pomyślę co by się działo, gdybym zamiast na SBK miała to wejście na MotoGP... Zapewne rozpoznałabym większa ilość zawodników bo tu znałam tylko tych naj, naj. Tylko, że o bilecie na MotoGP z wejściem na padok powiedzieć, że jest drogi to jest to eufemizm. Ale z drugiej strony...te emocje... Zobaczy się, zobaczy...
I ostatnie spostrzeżenie odnośnie hostess chodzących po padoku. Są wysokie, długowłose i półnagie niemalże. Najlepiej podsumował to jeden Anglik, którego podsłuchałam „It’s not the face I care of”, gdy jego kompan zwrócił mu uwagę, że trzyma za nisko aparat i nie sfotografuje twarzy dziewczyny.
I coś w tym jest, że patrząc na nie odnosiłam wrażenie, że nie o ładną buzię chodziło, bo za im większymi okularami były schowane, tym czasem lepiej wyglądały.

poniedziałek, 14 lipca 2008

Bełkot naukowy

Robienie czegoś w wakacje to mordęga.
Szczególnie jeśli chodzi o tłumaczenie niemalże na czas, tekstu naukowego dotyczącego dziedziny o której nie mam pojęcia.
Nie tylko muszę walczyć z angielskim ale także przebijać się przez określenia, które mówią mi tyle co nic.
Idzie mi to jak krew z nosa.

Ostatnio pokazałam to znajomemu, dla którego rzecz okazała się banalna, bo to jego dziedzina. Ale gdy zaczęłam złorzeczyć na autora artykułu, że niekiedy pojawiające się "kwiatki" wcale nie ułatwiają mi pracy, ów znajomy zapytał, czy kiedykolwiek tłumaczyłam artykuł naukowy.
Na pewno nie chciał źle, ale we mnie się zagotowało.
Bo czy to nie zabrzmiało jak sugestia, że nie widziałam nigdy na oczy czegoś co można określić "artykułem naukowym"?
"Artykuły naukowe muszą być pisane bełkotliwie, żeby nikt ich nie rozumiał, bo gdyby nagle taki zwyczajny człowiek był w stanie je zrozumieć i zobaczył, jakie bzdury są w tych pracach wypisywane, to za głowę by się złapał" mawia mój promotor. W podobnym tonie wypowiada się o prawie i prawnikach, choć ostatnio w pociągu byłam świadkiem jak dwoje prawników miało pewien problem z interpretacją zawartej umowy. Jak przeczytali jej treść przestałam się im dziwić.

Ale wracając do tematu.
Bełkot obecny w tzw. "artykułach naukowych" i mówienie, bo język nauki taki jest, nie jest moim zdaniem żadnym usprawiedliwieniem. Można uprawiać naukę i pisać o niej, nawet jeśli nie z nerwem godnym najlepszych pisarzy, to chociaż poprawnie i z jakąś troską o czytelnika. Można te piętrowe zdania podzielić na mniejsze, ułatwiając tym samym czytanie. Ale nie! Bo jeszcze nagle ktoś pomyśli, że to artykuł popularnonaukowy a to przecież zbrodnia!
Nawet jeśli rzeczony artykuł NAPRAWDĘ nic nie wnosi bo jest tylko podsumowaniem badań innych.
Ale zastosowany bełkot od razu podnosi jego wartość "naukową".
Wielu śmieje się z artykułów i podręczników amerykańskich, że wszystko podane jest w nich wprost "łopatologiczne".
Owszem.
Ale ile łatwiej i przyjemniej się je czyta?

wtorek, 8 lipca 2008

Heineken Open'er Festival, Gdynia 4-6 lipca 2008

Gdynia. 472 kilometry do przejechania w pociągu. Czyli jakieś prawie 8 godzin. Ale skoro miałam gdzie siedzieć to nie ma się czym przejmować.
Po przyjeździe obowiązkowy spacer na Skwer Kościuszki i smażona ryba. Uwaga na ceny, bo podana jest cena za 100g ryby, a nie za cały kawałek. A trzeba przyznać, że ryby nie żałują...

Dzień 1. Kocham Jacka White’a!
Póki jeszcze byłam świeża i wypoczęta, poszliśmy ze znajomymi do Akwarium Gdyńskiego, które słynie ponoć ze swojej hodowli koników morskich. Słowo ostrzeżenia, nie chodzić do takich przybytków z fanatykami życia podwodnego, bo kończy się to oglądaniem jak rozgwiazda robi gwiazdę nad inną rozgwiazdą, albo dopingowaniem kraba pustelnika, który na moich oczach zaczynał już n-te okrążenie swojego akwarium. Ale widok otwartych paszcz muren to widok jedyny w swoim rodzaju!
Po tych widokach czas na obiad. Tym razem zrezygnowaliśmy ze smażalni, poszliśmy do bistro „Kwadrans”, gdzie jak żartowaliśmy, kwadrans (a raczej parę) czeka się na złożenie zamówienia. Kolejka od lady do drzwi to widok powszechny tam, ale nie działo się tak dlatego, że przyjmujący zamówienie są tacy opieszali, tylko tylu chętnych na obiad było. I nic dziwnego, karmią dobrze, duże porcje i tanio. No i blisko Skweru Kościuszki, czyli centrum jak dla mnie.
I wreszcie na koncerty!
Scena namiot, jeszcze w miarę zielona trawa i L.Stadt na scenie. Nie załapałam się na cały koncert, raczej pół, jeśli nie ¼. I okropnie żałowałam, że nie usłyszałam „Londynu” na żywo (jedyną piosenkę jaką kojarzę...). A potem mini-wywiad dla Pani z Trójki. Jeśli usłyszeliście jak ktoś opowiada, że zna jedna piosenkę, ale i tak jest fajnie to właśnie byłam ja. A potem sprint pod główną scenę bo miały być Muchy. Swoją drogą, żeby oglądać występ poznańskiego zespołu pierwszy raz w Gdyni to też niezła heca.
I przy okazji słówko dygresji. Jeśli komuś się prezentowana muzyka nie podoba, to na litość boska, czemu sterczy pod sceną? Iść dalej na trawkę (jeszcze zieloną) i tam marudzić do woli! A to sterczą malkontenci pod sceną, zabierają widok i radość ze słuchania swoimi narzekaniami. Paszoł won!
Muchy zagrały piosenki ze swojej płyty plus jedno bodajże nowe nagranie i ... hm, spytałam się znajomej, która dzielnie mi towarzyszyła, czy ten koncert jest lepszy niż ten który widziała ostatnio w ich wykonaniu. Potwierdziła, choć bez entuzjazmu. Zabawne, ale oni lepiej brzmią z płyty. I piszę to z bólem serca bo naprawdę dużo sobie obiecałam po tym koncercie. Myślałam, że przy „Mieście doznań” doznam tam naprawdę ale mój stan można jedynie było porównać do lekkiego podniecenia. Wmawiam sobie, że to dźwiękowiec zarżnął im koncert podkręcając basy tak, że właściwie solówek nie było ni chusteczki słychać. Tylko czemu moja znajoma te moje nadzieje kwitowała lekko kpiącym uśmieszkiem?
Ale na obronę Poznaniaków muszę powiedzieć, że wyszli, na bis, „nieprzygotowani”, jak stwierdzili. Ale zawsze. Pan basista wspomagający perkusistę to był przedni widok a co ważniejsze, kiedy odłączono bas, wreszcie było coś słychać!
Chwila oddechu i Editors.
Moja znajomość tego zespołu ogranicza się do „hiciorów”, genialny „Munich”, szybkie „Blood” i przyjemne „All sparks”. Reszta jakoś mnie nie powalała, ale po koncercie zmieniam zdanie. W życiu by mi nie przyszło do głowy, że kolejni „następcy Joy Division” potrafią wykrzesać z siebie tyle ognia. Przynajmniej osłodzili mi lekkie rozczarowanie po Muchach i mogłam się wyskakać! Ale na bis nie wyszli...ponoć bardzo spieszyli się na inny festiwal. Na pewno nie na Roskilde bo ponoć wybrali Open’er zamiast tamtego. Miło z ich strony.
Znowu chwila na wzmocnienie (a z namiotu dochodziły zawrotne dźwięki The Cribs...ach...że też nie potrafię się rozdwoić..).
A za chwile to, na co najbardziej czekałam, The Raconteurs.
I, nie oszukujmy się, Jack White z The White Stripes.
Może i powinien pozbyć się drugiego podbródka, może i adres dobrego fryzjera byłby mu potrzebny, ale to co wyprawia na gitarze absolutnie mi pasuje!
Miałam to szczęście, że ogrywali drugą płytę, którą akurat znam. Oczywiście nie mogłoby się obyć bez „Steady as she goes”, przy którym wszyscy oszaleli.
Godzina plus dwadzieścia minut bisu wyskakana i wykrzyczana z adrenalina w żyłach. Jak się miało później okazać, najlepszy koncert według mnie.

Dzień 2. Ścisk.
Pogoda nad morzem jest faktycznie dziwna, najpierw lunie deszcz by za chwilę wyszło szalone, prażące słońce, smażące wolno wszystkie ciała leniwie leżące na plaży (albo części, które przez przeoczenie nie zostały wysmarowane kremem z baaardzo wysokim filtrem.... i nie ma się co śmiać, nie chce powtórki z rozrywki, czyli silnej wysypki przez trzy tygodnie na nogach!).
Obiad (trwający z parę kwadransów...) i na lotnisko!
Wąska alejka pośród drzew. Chwila nieuwagi i maska wygina się po uderzeniu w drzewo. Policja, karetka, straż, wszyscy na miejscu. Można by pomyśleć, „jakie szczęście, że to stało się na tak mało uczęszczanej drodze”. Zapewne każdego innego dnia tak by było, ale akurat między 4 a 6 lipca to była droga na Babie Doły. Ruch wahadłowy zatrzymał kursujące autobusy a w mieście urósł tłum, który na nie czekał.
Kataklizm, inaczej nie szło tego określić.
Spróbowaliśmy swojego szczęścia linia podmiejską. Ścisk i upał okrutny. Nawet paru kilometrowy spacer na płytę lotniska wydał mi się przy tym wręcz błogosławieństwem. Koncert Eryki Badu zamieniony z występem Cool Kids of Death (cholera...a ich właśnie chciałam zobaczyć!). Właściwie to i tak szczęście, że zdążyliśmy na Interpol, czyli na 21.
Kolejni „następcy Joy Division” wyszli nienagannie ubrani. Krawaty, kamizelki, stylowy kapelusik wokalisty. 10 punktów za styl. I popłynęły dźwięki... Oni mają specyficzną muzykę, trudno do niej skakać (no, chyba, że do „hiciorów”), raczej można było usiąść pochylić głowę i chłonąć te dźwięki.
A potem gwałtowna zmiana klimatów bo oto w namiocie, po tym, jak skończyły grać oblężone CocoRosie, rozkładali się Sex Pistols.
Tak, jeszcze grają, jak się okazuje.
O tym zespole napisano już wszystko, właściwie dzięki jednej płycie zapisali się w historii muzyki, ściana dźwięki i takie tam.
Powiem tak, każda piosenka jest podobna do poprzedniej, wywrzeszczana w towarzystwie dzikiego gitarowego jazgotu i ogłuszającej perkusji.
Ale o to w tym chodzi właśnie.
Panowie korzystają ze swojej legendy, ale koncert był jak najbardziej poprawny, można było się wyszaleć. Sądziliśmy, że w połowie namiotu kotła już nie będzie...oj pomyliliśmy się srodze. Wtedy przekonałam się, że potrafię zająć dużo mniej miejsca niż sądziłam. Pierwsze co to panika w oczach i chęć ucieczki, ale nawet nie było jak się ruszyć. Dopiero po chwili znajomi pomogli mi wydostać się do tyłu.
Doświadczyłam na własnej skórę uroku koncertów punkowych. Aż dziwne, że nie nabawiłam się siniaków.
Ale gdy już się schowałam i uciekłam zza pleców pana, który pot próbował maskować Axe (w namiocie, gdzie słabo z wentylacją, takie coś to prawdziwa bomba biologiczna...), mogłam swobodnie słuchać. Podwójny bis i ... miałam serdecznie dość na dziś.

Dzień 3. Gibanie się.
Rano, dla podtrzymania zabawowych klimatów, „Kung Fu Panda”. Słabe raczej. Faktycznie film dla dzieci, dorośli nie bardzo mają czego szukać.
Mając w pamięci, co działo się dnia poprzedniego, wyjechaliśmy trochę szybciej. Tym razem komunikacja działała jak powinna, czyli sprawnie.
Miejscówka pod sceną główną i bujanie się do Lao Che. Potem Goldfrapp. Oczywiście trochę spóźniona, ale artyści ponoć już tak mają. Jak się obawiałam, pierwsza część koncertu to było smętne zawodzenie mające chyba promowa najnowszą płytę. Dopiero druga część, po „Ooh la la” było z nerwem i w stylu, który sprawił, że swego czasu cieplej myślałam o tym zespole. Bujania ciąg dalszy przy Massive Attack. Ale bujanie dość spokojne...wręcz za spokojne bo stojąc w tłumie...zmarzłam. Ale choć można tek koncert zaliczyć do tych nielicznych, kiedy to nie obawiałam się, że mnie ktoś nadepnie, choć stałyśmy ze znajomą dość blisko sceny.

A dnia następnego powrót do domu. Sprawne wejście do pociągu i wysyłanie podziękowań do szczęśliwej gwiazdki za miejsce siedzące.
I jedno postanowienie.
W przyszłym roku też jadę.

Jacyś chętni?

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Rozgrzewka

Ostatni egzamin już za mną.
Obrona też.
Naprawdę był to jeden z przyjemniejszych egzaminów. A ile miłych słów usłyszałam o sobie i o swojej pracy.
Nawet jeśli moje dwie koleżanki, które broniły się ze mną usłyszały to samo, to i tak było mi miło.
Stałam się dorosła.
Bez odwołania, choć z nadzieją na sztuczne przedłużanie stanu studenckiego dzięki studiom podyplomowym. Ale na razie to ja muszę wrócić do domu i szykować się duchowo na Open'era.

Właśnie...21 czerwca był na Malcie koncert zorganizowany przez grupę Allegro.
Gdy już dotarło do mnie, że Morcheeba i Manic Street Preaches grają tego samego dnia, byłam bardzo mile zaskoczona.
Dlaczego wydawało mi się, że te koncerty będą trwały dwa dni to ja nie wiem. Może właśnie przez Gdynię?
Gdy już znalazłyśmy z koleżanką wejście na Polanę Harcerza (tia...) zasiadłyśmy na trawie i czekałyśmy na Morcheebę obserwując wszystko wokół.

Najpierw zagrała Sofa. Przyjemne, lekko bujające rytmy, ale akurat nie miałam nastroju na bujanie się. Ale za to mogłam, przy okazji ich koncertu, zagrać w mini-edycję "Jaka to melodia?". Najpierw sample z "Bhangra Knights" (kto pamięta reklamę Peugeota 206 w której pewien Hindus z pomocą słonia przerabiał swoje auto, ten z pewnością pamięta i melodię, która potem zrobiła furorę) a póżniej "Feelin' good" od Gorillaz. Nieźle, nieźle.
Zachmurzyło się, zawiało to ubrałam swoją bluzę.
Jak to się działo, że choć inni też mieli żółte części garderoby to jednak wszystkie owady leciały do mnie?
Jak to skomentowała moja koleżanka "bo akurat Twoja bluza ma ten jedyny w swoim rodzaju odcień polskiego rzepaku".
Po Sofie na scenie pojawiła się Ania Dąbrowska, która też ładnie publiką pobujała. Kto repertuar Ani zna, ten wie, że nie ma się co spodziewać ostrych riffów, ale słuchało się jej całkiem miło.
No a potem Morcheeba!
Znam zalewie ich dwie, może trzy piosenki (choć przechodziłam przyspieszony kurs z zakresu ich twórczości) i wierzcie lub nie, ale wcale nie przeszkadzało mi to by dobrze się bawić. Trochę bujające, trochę kiwające, ale podszyte nerwem dźwięki, dość skutecznie wszystkich pobudziły.
Ale potem wszyscy zdążyli ochłonąć gdy czekali 40 minut aż techniczni poradzili sobie z podłączeniem wszystkiego.
Ale jak już podłączyli, jak James wparował na tę scenę i walnął w struny...! W życiu się nie spodziewałam, że oni mają taki ogień na scenie!
Niedzielna fanka ze mnie (właściwie to żadna, znam tylko to co w radiu usłyszałam), ale bawiłam się przednio.
Jeśli miałabym jeszcze kiedyś okazję zobaczyć koncert Maników, idę!
Same szybkie piosenki, czego więcej mi trzeba do szczęścia?

Może tylko tramwaju.

Koncert skończył się przed 23 co oznacza porę, kiedy powoli znika komunikacja dzienna a nocnej jeszcze nie ma. Spacer z Malty na Rondo Rataje...cóż, dobrze ze tylko na Rataje a nie jeszcze dalej!
W każdym razie, rozgrzewkę przed Gdynią, uważam za odbytą!

czwartek, 12 czerwca 2008

17

17 maja miałam absolutorium, symboliczne zakończenie studiów.
17 czerwca będę się bronić i koniec tej pięcioletniej przygody będzie jeszcze bardziej namacalny.
Ale nie chcę popaść w wspominkowy ton, zatem daruję sobie przemyślenia z rodzaju "jak to szybko zeszło" itd.

Jutro idę zarejestrować swoją pracę magisterską.
Napisanie jej to bułka z masłem w porównaniu z ilością rzeczy, które potem trzeba załatwiać.

Obiegówka.
Skoro o pewnych bibliotekach pierwszy raz słyszę, to raczej pewnik, że nic stamtąd nie mam.
Ale pieczątka być musi.
Jakie to szczęście, że większość miejsc, które musiałam odwiedzić, jest blisko siebie.

Zdjęcie.
Kiedy u fryzjera byłam miesiąc temu to nie ma szans, żeby obiektyw tego nie wyłapał.
Ale z drugiej strony zawsze byłam trochę taka bardziej roztrzepana, zatem chociaż nikt nie będzie miał wątpliwości czy to rzeczywiście ja.
I jak ładnie się uśmiecham!

Oświadczenie.
Dokument, który stwierdza, że to ja i tylko ja jestem autorką swojej pracy. Wydrukować, wypełnić, dołączyć, zeskanować i dołączyć do wersji elektronicznej.
Że niby ktoś miałby skrupuły przed dokonaniem plagiatu widząc, że musi takie oświadczenie wypełnić?
Wolne żarty.

Opłaty.
Dyplom kosztuje i tyle.
Ciekawe po ile stoi na Bema...?

Podpisy.
Nieśmiertelne autografy w indeksie.
Kiedy nastaną czasy, że student z chwilą otrzymania oceny ma od razu odpowiedni zapis na swoim chipie, będą końcem pewnej, wyjątkowo zabieganej epoki. Skończą się kolejki na dyżurach (co oznacza, że niektórzy wykładowcy już nigdy nie zobaczą studentów poza zajęciami) i nerwowe pytania "A kiedy Panią/Pana można zastać...?". Już się cieszę szczęściem innych.

Załatwianie tych wszystkich formalności zajęło mi blisko tydzień. Ale ma to swoją zaletę. Nie miałam czasu denerwować się obroną.
Zacznę dopiero teraz, choć, teoretycznie, wiem co mnie czeka.
I choć każdy powtarza, że to tylko formalność (i sama staram się w to wierzyć) to jednak budzę się wcześnie rano, dziwnie zestresowana.
Chyba, że to nerwy przed ustnym włoskim...?

wtorek, 27 maja 2008

Świeradów Zdrój

Luźne obserwacje.

Hotel się nie zmienił, a właściwie to średnia wieku gości się nie zmieniła. Choć kiedy zauważyłam sportowe, granatowe Mistubishi Lancer to zwątpiłam. Na kolacji wykręcałam głowę jak szalona, żeby wypatrzeć kogoś z grubsza w moim wieku. A tu nic. Na śniadaniu to samo.
Wreszcie zapytałam znajomego pana parkingowego.
Ten szpanerski samochód wcale nie należy do młodziana tylko do bardzo statecznego dziadka z takąż samą stateczną babcią.
Najwidoczniej zamiłowanie do prędkości nie gaśnie nigdy co mnie osobiście cieszy.

Schengen robi swoje i na przejściu Czerniawa Zdrój-Nove Mesto faktycznie nikt nie kontroluje niczego. To fajne uczucie kiedy można nabrać prędkości zjeżdżając z górki i przeeemknąć przez granicę. Polecam każdemu!

Do budowy dróg zamiast zatrudniać Chińczyków, powinniśmy zatrudnić braci Czechów. Tak piękne i gładkie asfalty położone właściwe między nigdzie a nigdzie cieszą oko i kuszą popuszczaniem hamulca. Nie dziwię się, że z takimi drogami to oni jeżdżą w kaskach. Na naszych dziurach nie jest właściwie możliwym zbytnie rozpędzenie się. Pewnie znajdzie się ktoś kto powie, że to dla bezpieczeństwa rowerzystów.

...ale jeśli bracia Czesi jeżdżą tymi leśnymi szlakami które mają, to są prawdziwymi twardzielami. Ja bym po tym więcej jechać nie chciała - drogi ze Smrka w dół i na przejściu Orle-Jizerka.

O dziwo, żeby załapać się na lepsza pogodę, trzeba podjechać przynajmniej na granicę z Czechami. Tajemnica tego faktu została wyjaśniona przez p. Kreta w Pogodzie, otóż najpierw jakieś chmury zatrzymały się na granicy by rwać się następnie wysoko (no nie wiem czy tak wysoko...okoliczne góry dobrze były schowane a AŻ tak wysoko to nie byłam) i front z tymiż chmurami miał trzymać ciepłe kreteńskie powietrze właśnie na tej nieszczęsnej granicy. Ale p. Kret zapowiedział, że wreszcie to ciepłe powietrze wleje się tu. Trzymam kciuki!

Liczba kanałów w TV stała od zeszłego roku. Niestety zero Eurosportu zatem w niedzielę trzeba będzie szybko wracać, żeby się na Mugello załapać. We Francji Vale pojechał jak z nut i wygrał, we Włoszech jeszcze nie przegrał...ja to MUSZĘ zobaczyć, choćbym na rowerze do domu miała poginać (o tyle byłoby mi łatwiej, że w tę stronę miałabym z górki...chociaż częściowo)!

Wiatr to jednak bywa zdradliwy w górach. Wczoraj może i to słońce świeciło ale wiał tak strasznie zimny wiatr, że zamiast wystawiać się do słońca, siedziałam w kurtce.
Ale kurtka była krótka i nogi były na wierzchu.
Dziś można mi mówić "różowa łydko"...
Ale wracając do wiatru...ostatnio tak wiało, że mimo blisko 30 stopni siedziałam w rękawie mocno trzymając głowę, bo bałam się, że mi ją zdmuchnie i porwie gdzieś hen hen!

Ale! Znalazłam dziś zniszczoną czeską drogę! Zatem oni też coś takiego mają.

Różowa łydka zmienia się w łydkę albo z poparzeniem słonecznym albo z reakcją alergiczną na słońce. Obstawiam to drugie... Swędzi jak diabli i wygląda tak, że raczej nikt nie chciałby zajmować miejsca na którym siedziałam.

W jednej z aptek jest aparat, który waży, mierzy i od razu podaje BMI. Sukienka, którą podejrzewałam o sabotaż w czasie absolutorium i smętna pustka z staniku znalazła swoje wytłumaczenie - BMI spadło mi o punkt.

Polskaaa! Biało-Czerwoni!
Mecz siatkówki choć na chwilę pozwala mi zapomnieć o moich nogach w krostach i swędzeniu. Tylko gdzie Bąku?!

Gradobicie.
Zadziwiające, że prognozy pogody jednak się sprawdzają (z małym poślizgiem jakby nie było), choć nic nie wskazywało, że tak się stanie.

Zmęczenie i podjazdy wciąż wyzwalają we mnie tyle agresji co zwykle. Próbuję przypomnieć sobie czy został ktoś na kim psów nie powiesiłam w czasie jednej, cięższej chwili.
Jakież to szczęście, że ta złość równie gwałtownie znika jak się pojawia i teraz mogę się tylko z tego śmiać.

Kto pamięta niejakiego Bibersteina, pana na zamku Frydlant? Znalazłam ten zamek i nie mogę wyjść z podziwu jak zawsze blisko niego przejeżdżałam. Gdybym miała wybierać między panami na zamkach Frydlant i Czoch, wybrałabym Frydlant. Z zewnątrz ładniejszy.
Nie, nie byłam w środku.
Jakoś nie mam ochoty zostawiać roweru, jedynego środka transportu będąc jakieś 20 kilometrów od granicy.

Nigdy nie znałam za dobrze niemieckiego. Czuję się przez to gorsza w tym miejscu, że mimo wysilania całego swego talentu...nic nie rozumiem.
To na poprawienie humoru sprawiłam sobie wielki pierścionek. Zabawne, ale większość biżuterii jaką mam, mam właśnie stamtąd.

Pochłonęłam takie ilości wapna, że moja ślina mogłaby służyć na budowie, a te cholerne krosty ani myślą zniknąć...albo chociaż zblednąć.

Mugello!
Jak kiedyś Max Biaggi był nazywany Mr. Brno tak Vale powinien mieć przydomek Mr. Mugello.
Panie, Panowie, ogłaszam Powrót Króla!
Więcej, więcej takich wyścigów chcę!

wtorek, 13 maja 2008

Spisek producentów odzieży

Jak w tytule, ta notka będzie o sensacyjnym odkryciu. Najpierw miałam tylko nieśmiałe podejrzenia, ale teraz jestem prawie pewna! Producenci odzieży zawiązali spisek! Idea niby szczytna, by poprawić klientom humor, ale...
Próbowałam ostatnio kupić sobie bluzkę z krótkim rękawem. Ciepło jest, czas najwyższy ramiona odsłonić. Towaru multum i jeszcze wszystko w tych słonecznych kolorach, które tak lubię. Cel namierzony, pora mierzyć!
Ojj...
Dziwne, ale to wszystko jest takie luźne. Rozumiem, że ubranie ma nie krępować ruchów i być przewiewne, ale bez przesady. Zerkam ponownie na rozmiar. Nie, nie pomyliłam się. Wręcz przeciwnie, ta jedna z bluzek to powinna być nawet dość opięta. Kolejny rzut oka i markotnieję, gdy stwierdzam, że ta bluzka, choćbym się nią obwiązała niby gwiazdkowy prezent, wisi na mnie. Zaglądam sobie w dekolt i widzę wystarczająco miejsca by zmieścił się tam pies z budą...a nawet dwa psy na każdą ze stron.
Mniejsze chyba znajdę w dziale dziecięcym.
Nie chcę iść do działu dziecięcego...

Zdaję sobie sprawę, że jak ktoś ma, dajmy na to, rozmiar 42 albo 40 i nagle wchodzi w 38 to się cieszy jak dziecko. Tylko co zrobić, kiedy wkładam spódnicę w tak małym rozmiarze, że ona powinna mi się zaklinować w kolanach i okazuje się, że...mogłaby być ciut mniejsza? A do rozmiaru 0 nie zamierzam dążyć, o nie!
Może jednak zobaczę co mają w tym dziale dziecięcym? Oby tylko nie było zbyt krótkie...choć, gdy ciepło, może nie będę się akurat przy tym postulacie aż tak upierać?

sobota, 10 maja 2008

Długi weekend

Długi weekend ma tę zaletę, że czasem do domu zjeżdżają ci, których dawno się nie widziało.
I tak to właśnie spotkałam się z koleżankami z liceum. Nie było nas jakoś sporo bo zaledwie trójka wliczając w to mnie, ale wszystko dlatego, że czwarta nie mogła do nas dołączyć.
Jakie to szczęście, że jeszcze mam o czym z nimi rozmawiać...

Jakiś czas temu, właściwie przypadkiem spotkałam na dworcu inną koleżankę z liceum. Usiadłyśmy razem (myślę, że raczej dlatego, że z miejscami było krucho...), chwilę porozmawiałyśmy (Co robisz? Ach tak..? Masz z kimś kontakt?) i zapadła cisza. Jakież to niezwykłe jak czasem moja mała przypadłość może okazać się pomocna, ot zasnęłam i tyle.
Aż obudziłam się w Wolsztynie i już jakoś trzeba było konwersować resztę drogi do domu.
Dziewczyna jest mężatką, dom budują...no o rodzinie to z nią nie porozmawiam. Chyba rozczarowała ją moja odpowiedź na pytanie czy nie ściska mnie w dołku na widok małych dzieci. Ani trochę.
Już dawno z nikim tak bardzo nie kleiła mi się rozmowa. Wszak, że nie widziałam jej pięć lat a to szmat czasu, niby w szkole dogadywałyśmy się, ale jak widać, umiejętność ta, gdy nie jest ćwiczona, wyparowuje.
W każdym razie, ta rwana i totalnie nieudana rozmowa pozostawiła jakiś cień.
Cień się nawet zagęścił kiedy pod blokiem zobaczyłam eskadrę młodych matek, koleżanek z piaskownicy. Wszystkie młodsze.

Ale jak to podsumowała Ewa, jedna z tych, którymi się spotkałam, "akurat bycie w ciąży nie oznacza, że ktoś naprawdę tego chciał". Fakt.
Ewa ma więcej celnych spostrzeżeń i to takich, które bardzo mi się podobają, choćby z tego względu, że przeglądam się w jej słowach jak w lustrze. Jej obawy albo utyskiwania odpowiadają moim fobiom i żalom. Kiedy jej słucham stwierdzam, że jednak to nie jest tak, że ze mną coś jest źle, bo inni (a raczej "inne") mają podobne problemy. Oczywiście, źle, że te problemy mamy, ale jak sobie o tym pogadamy, to jakoś tak lżej się robi na duszy. Ot seans psychoterapeutyczny we własnym gronie.

I kiedy już myślałam, że precz przegnałam demony, koleżanka wczoraj oświadczyła, że się zaręczyła. Niby nic czego bym się nie spodziewała, tylko czemu znowu poczułam ten chłód?

wtorek, 6 maja 2008

Ta piękna niedziela!

Cóż to był za poranek!
Najpierw dwa mokre wyścigi, a właściwie jeden przesychający i jak zwykle czarna rozpacz. Bo przesychający asfalt to najgorsze z najgorszych. Deszczówki nie są tak szybkie a kałuże stojącej wody są zbyt niebezpieczne dla slicków. Już widziałam oczami wyobraźni ten dziwny wyścig, który nigdy, nigdy nie wróży niczego dobrego.
Ale tor mocno wysechł...może jednak coś z tego będzie...?

Nerwowo ściskam kciuki i patrzę na światła. Gasną. Ryk i do przodu! Vale, "król startów" na szczęście wciąż z przodu. Wreszcie Daniel i on tworzą wyraźną czołówkę. Potem Vale wychodzi na prowadzenie i ja już chcę by ten wyścig się zakończył a tu tyle okrążeń jeszcze. Zaciskam jeszcze mocniej kciuki i zamieram na chwilę, gdy Vale robi błąd w zakręcie, ale nic się nie dzieje, wciąż jedzie dalej pierwszy. Jedzie? Raczej fruwa! Daniel za nim. Wyglądają jakby brali udział w jakimś innym wyścigu, nikt nie może im dotrzymać kroku. Casey jedzie trzeci, właściwie krajoznawczo, bo ani nikogo przed sobą ani za sobą nie widzi. Na czwartą pozycję wysuwa się rekonwalescent Jorge (ciężki upadek w piątek w którym doznał uszkodzenia kostek).
Tym razem Rossi nie pomylił liczby okrążeń,ani nie przegiął z miękkością opony. Metę mija na kole przy wtórze mojego pisku, który zapewne obudził wszystkich sąsiadów.
Nareszcie zwyciężył, tak długo nie było go już na najwyższym stopniu podium. Tłum wiwatuje, on całuje motocykl, potem siada na bandzie i pozdrawia publikę. To jego chwila, niech bierze z niej ile tylko chce.
Prawie ukręciłam sobie kciuki ale tyle emocji i to tak z samego rana!
Piękna, to była niedziela, oj piękna!

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Droga do domu

Powrót do domu to zawsze przygoda. Nerwowe spoglądanie na zegarek. "Gdzie ten autobus?! Może się zepsuł i zaraz to ogłoszą, może zmienili rozkład a ja tego nie sprawdziłam?!" Nagle wyjeżdża z parkingu duża, niebiesko-biała maszyna. Nerwowe ruchy w kolejce, wszyscy spoglądają po wszystkich oceniając szanse na przepchanie się. Autobus już jest na stanowisku, teraz szybka akcja - wrzucić torbę do bagażnika i wrócić do kolejki, świecąc wszystkim po oczach biletem. Dopaść wolne miejsce, rozsiąść się i odetchnąć z ulgą. Siedzę! Nagle telefon dzwoni.
- Masz parasol? Bo u nas leje.
Wyglądam za okno, słońce, zero chmur, wiosna w pełni.
- Nie, nie mam.
- A kurtkę?
Mam. W torbie. W bagażniku. Oczami wyobraźni widzę te strugi wody spływające ze mnie, kiedy heroicznym wysiłkiem próbuję znaleźć kurtkę. Potem te kałuże zalewające mi buty, gdy będę wyciągać kaptur. A może przestanie padać do tego czasu?

-Przepraszam, wolne?
-Tak.

I już pożałowałam, że to powiedziałam. Ale dałam się zaskoczyć, kiedy w myślach toczyłam nierówny bój z ulewą. Poza tym...jak mam powiedzieć "nie", kiedy jest wolne?
Siada.
Niski, drobny, wytatuowany, z...pomadą? żelem? Co on ma na tych włosach!?
Na oko po 30-tce, choć równie dobrze może być i po 40-tce.
Owiewa mnie jego aura - alkohol zmieszany z dymem papierosowym.
Mam nadzieję, że on nie jedzie zbyt daleko.

- O to jedziemy tędy? O Boże! A ja myślałem, że tam! - blednę czując jego gorący, alkoholowy oddech...czy wspominałam, że mam chorobę lokomocyjną? Tak? To nie będę się powtarzać. - Będziemy jechać obok mojego domu! O Boże!

Uśmiecham się lekko i kiwam głową. Śmiesznie akcentuje to "O Boże".

- O patrz, pocałowali się! - wskazuje na dwa auta stojące na poboczu - O Boże!
- Darek jestem!
- Ania.
- A ja do Nowej Soli jadę, do dziewczyny. Stąd jestem, ale jadę do dziewczyny. - chyba podpadłam dziś komuś tam na górze. Próbuję uśmiechnąć się, nie okazując jak mnie ta wiadomość przeraziła. Dobrze, że mam przy sobie worki...

Gaduła z niego. Dlaczego on się tak musi przysuwać jak do mnie mówi!? Nawiew słabo działa, alkohol i fajki toczą zaciekły bój z avio-tarczą. Ale za to tyle razy, ile to usłyszałam jaka fajna jestem i jak mnie lubi, powinno mi wystarczyć przynajmniej do 50-tki.

Wzdycha, że jest zmęczony a przecież do dziewczyny jedzie. To moja szansa! Wykorzystując cały swój dyplomatyczny talent proponuję, żeby się zdrzemnął. Ja też będę spała, bo mnie kołysanie usypia.
Po 10 minutach przekonywania mnie, że oto już zamyka oko, wreszcie je zamknął.
Powietrze cudownie się oczyściło...Zakładam słuchawki i zamykam oczy przy gitarowym jazgocie.

Z płytkiej drzemki wyrywa mnie hałas za plecami. Ktoś w dość dosadnych słowach mówi komuś przez telefon, że jest zdenerwowany. Zerkam obok. Darek zniknął. Nie...przesiadł się. To on jest za moimi plecami.
Mimowolnie staję się świadkiem jego dramatu z udziałem matki i dziewczyny.

Dojeżdżamy do Wolsztyna. Nie ma przerwy bo mamy spóźnienie a Darek to nałogowy palacz. Zapala papierosa w autobusie. Nie wierzę własnym oczom ani nosowi. Obiecuje więcej tego nie robić, jeśli mi to przeszkadza. Stwierdzam, że może ja jednak wciąż śpię i to się nie dzieje naprawdę?

Wreszcie dom. Wysiadam szybciej, nie jadę do dworca. Życzę mu miłego weekendu i wysiadam. Deszcz nie leje, nie muszę szukać kurtki.

Jak to jest, że kiedy jedzie jakiś super-hiper-przystojniak i chciałbym, żeby usiadł obok mnie, to on polezie na drugi koniec autobusu?