Długi weekend ma tę zaletę, że czasem do domu zjeżdżają ci, których dawno się nie widziało.
I tak to właśnie spotkałam się z koleżankami z liceum. Nie było nas jakoś sporo bo zaledwie trójka wliczając w to mnie, ale wszystko dlatego, że czwarta nie mogła do nas dołączyć.
Jakie to szczęście, że jeszcze mam o czym z nimi rozmawiać...
Jakiś czas temu, właściwie przypadkiem spotkałam na dworcu inną koleżankę z liceum. Usiadłyśmy razem (myślę, że raczej dlatego, że z miejscami było krucho...), chwilę porozmawiałyśmy (Co robisz? Ach tak..? Masz z kimś kontakt?) i zapadła cisza. Jakież to niezwykłe jak czasem moja mała przypadłość może okazać się pomocna, ot zasnęłam i tyle.
Aż obudziłam się w Wolsztynie i już jakoś trzeba było konwersować resztę drogi do domu.
Dziewczyna jest mężatką, dom budują...no o rodzinie to z nią nie porozmawiam. Chyba rozczarowała ją moja odpowiedź na pytanie czy nie ściska mnie w dołku na widok małych dzieci. Ani trochę.
Już dawno z nikim tak bardzo nie kleiła mi się rozmowa. Wszak, że nie widziałam jej pięć lat a to szmat czasu, niby w szkole dogadywałyśmy się, ale jak widać, umiejętność ta, gdy nie jest ćwiczona, wyparowuje.
W każdym razie, ta rwana i totalnie nieudana rozmowa pozostawiła jakiś cień.
Cień się nawet zagęścił kiedy pod blokiem zobaczyłam eskadrę młodych matek, koleżanek z piaskownicy. Wszystkie młodsze.
Ale jak to podsumowała Ewa, jedna z tych, którymi się spotkałam, "akurat bycie w ciąży nie oznacza, że ktoś naprawdę tego chciał". Fakt.
Ewa ma więcej celnych spostrzeżeń i to takich, które bardzo mi się podobają, choćby z tego względu, że przeglądam się w jej słowach jak w lustrze. Jej obawy albo utyskiwania odpowiadają moim fobiom i żalom. Kiedy jej słucham stwierdzam, że jednak to nie jest tak, że ze mną coś jest źle, bo inni (a raczej "inne") mają podobne problemy. Oczywiście, źle, że te problemy mamy, ale jak sobie o tym pogadamy, to jakoś tak lżej się robi na duszy. Ot seans psychoterapeutyczny we własnym gronie.
I kiedy już myślałam, że precz przegnałam demony, koleżanka wczoraj oświadczyła, że się zaręczyła. Niby nic czego bym się nie spodziewała, tylko czemu znowu poczułam ten chłód?
sobota, 10 maja 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Anka posłuchaj Ty mnie moja droga. Każdy ma prawo mieć takie myśli, ale ja wychodzę z założenia, że kiedy będziesz chciał/a i spotkasz jego/nią to wtedy będzie najlepszy moment. Nic nie jest warte pośpiechu, a szczególnie decyzje, które mogą wpłynąć na resztę Twego życia...
OdpowiedzUsuńMoja rada, bądź cierpliwa. Tak łatwo mi to mówić, a wiem że czasem jest trudno czekać ;)
Zielu, czemu Ty nie śpisz po nocy co? :)
OdpowiedzUsuńA wracając do tematu. Tu nie tyle o pośpiech chodzi, wiem, że pewnych rzeczy się zwyczajnie nie przyśpieszy. To co mnie czasem "straszy" to myśl, czy aby droga, którą sobie obrałam jest na pewno właściwą, bo większość tych wokół mnie idzie inaczej. Z drugiej strony, dlaczego przecież mam iść tymi ścieżkami, które oni wydeptali skoro nie jestem taka jak oni? I dlatego wciąż drepczę swoją, dając się czasem opanować chłodnemu demonowi. :)