poniedziałek, 14 lipca 2008

Bełkot naukowy

Robienie czegoś w wakacje to mordęga.
Szczególnie jeśli chodzi o tłumaczenie niemalże na czas, tekstu naukowego dotyczącego dziedziny o której nie mam pojęcia.
Nie tylko muszę walczyć z angielskim ale także przebijać się przez określenia, które mówią mi tyle co nic.
Idzie mi to jak krew z nosa.

Ostatnio pokazałam to znajomemu, dla którego rzecz okazała się banalna, bo to jego dziedzina. Ale gdy zaczęłam złorzeczyć na autora artykułu, że niekiedy pojawiające się "kwiatki" wcale nie ułatwiają mi pracy, ów znajomy zapytał, czy kiedykolwiek tłumaczyłam artykuł naukowy.
Na pewno nie chciał źle, ale we mnie się zagotowało.
Bo czy to nie zabrzmiało jak sugestia, że nie widziałam nigdy na oczy czegoś co można określić "artykułem naukowym"?
"Artykuły naukowe muszą być pisane bełkotliwie, żeby nikt ich nie rozumiał, bo gdyby nagle taki zwyczajny człowiek był w stanie je zrozumieć i zobaczył, jakie bzdury są w tych pracach wypisywane, to za głowę by się złapał" mawia mój promotor. W podobnym tonie wypowiada się o prawie i prawnikach, choć ostatnio w pociągu byłam świadkiem jak dwoje prawników miało pewien problem z interpretacją zawartej umowy. Jak przeczytali jej treść przestałam się im dziwić.

Ale wracając do tematu.
Bełkot obecny w tzw. "artykułach naukowych" i mówienie, bo język nauki taki jest, nie jest moim zdaniem żadnym usprawiedliwieniem. Można uprawiać naukę i pisać o niej, nawet jeśli nie z nerwem godnym najlepszych pisarzy, to chociaż poprawnie i z jakąś troską o czytelnika. Można te piętrowe zdania podzielić na mniejsze, ułatwiając tym samym czytanie. Ale nie! Bo jeszcze nagle ktoś pomyśli, że to artykuł popularnonaukowy a to przecież zbrodnia!
Nawet jeśli rzeczony artykuł NAPRAWDĘ nic nie wnosi bo jest tylko podsumowaniem badań innych.
Ale zastosowany bełkot od razu podnosi jego wartość "naukową".
Wielu śmieje się z artykułów i podręczników amerykańskich, że wszystko podane jest w nich wprost "łopatologiczne".
Owszem.
Ale ile łatwiej i przyjemniej się je czyta?

4 komentarze:

  1. Ano potwierdzam że tłumaczenie takich 'niszowych' tekstów to mordęga. Szczególnie jak się zapomniało i pisze to na godzinę przed lekcją ;)

    Tłumaczyłem z polskiego na angielski -> nauczyciel (rodowity anglik) mi powiedział że to najlepiej przetłumaczona praca (a miał ten sam tekst tłumaczony przez kilka osób) bo wreszcie wszystko zrozumiał :P

    Powodzenia w tłumaczeniu i nie trać motywacji ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Staram się wytrwać tym bardziej, że już bliżej mam końca niż dalej. Dzięki za słowa otuchy. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ależ nie ma sprawy i powodzenia.

    Swoją drogą jak wygląda zaliczanie certyfikatów? Test pisemny + rozmowa z komisją? *słucha Yhe Offspring*

    OdpowiedzUsuń
  4. Ysz The Offspring* :ooops:

    OdpowiedzUsuń