wtorek, 1 grudnia 2009

"Najważniejszy Dzień" w "Mieście Doznań"

"To miasto ważnych spraw i krótkich miłości. Każdy wieczór jest inny, centrum świeci na żółto."

"Szkice szminką po ceracie, cepeliada i fotogeniczny strach. Dobre chęci, czarne myśli, znowu mamy trochę więcej lat."

"Czy już wiesz co chcesz? Czy już czujesz, że się zbliża najważniejszy dzień?"

"Jedna gra, jeden dzień (...). Właściwie miejsce i czas to dużo więcej niż gra. To jest ważne to się stanie, to się dzieje teraz!"

"Ja nie uciekam. I biorę bez pytania to co mam do zabrania!"

"Zakochuję się w tramwajach, zakochuję się na mieście."

"Więc nowocześnie terroryzuj, romantycznie hipnotyzuj mnie!"

"Mówisz 'wiem czego chcę' i że tego właśnie chcesz. W mieszkaniu brakuje powietrza. Więc połóż się przy mnie i zróbmy to teraz!"

"Może zdążysz, to zobaczysz jak płonie!"

"Zatańczymy jak owady przy zakurzonej żarówce. Najlepiej na obcasach i po dużej wódce! Wyjedziemy gdzieś za miasto, odwrócimy się plecami. Będziemy się poznawać ustami i palcami."

"Tylko nie za daleko... zimny wtorek wieczór, trochę wieje..."

"Znowu obcy gość zostawił kręgi w wykładzinie. Może uda się w stereo? Postarajmy się jeszcze tydzień."

"Nigdzie się nie spieszę, nie mam żalu do nikogo! Nie kopiemy się pod stołem. Jestem po swojej stronie."

"Pamiętaj co obiecałeś mi kochanie!"

PS. Kiedy w święta jasnym się staje jak ważna jest rodzina, tak dziś doceniam siłę koleżeństwa i przyjaźni. Dziękuję wszystkim za pamięć. Za życzenia. Za ciepłe słowa. Za kwiaty. Nawet jeśli jesteście daleko, nawet jeśli głównie widzimy się jako ciąg literek na monitorze. Wznoszę za Was toast! Szampanem, za który też dziękuję.
To chyba jedyny taki dzień w roku, kiedy można popijać szampanem raffaello, przegryzane ptasim mleczkiem, wdychając upojną woń kwiatów, wróciwszy akurat z koncertu.

PPS. Pierwszy koncert "Much" widziałam na tegorocznym Open'erze. Ale ten klubowy był zdecydowanie lepszy! Panowie, z niecierpliwością czekam na kolejny!

niedziela, 29 listopada 2009

Sportowa środa

Osiem, siedem...

Zapisałam się na aerobik. Trzeba wziąć się za siebie, więc się wzięłam. Poza tym moje koleżanki mnie do tego namówiły.
I tak od miesiąca, w każdą środę biegnę do osiedlowego domu kultury, gdzie prowadzone są zajęcia.
"Fit kobiety luksusowe" raczej tu nie zachodzą. Jest trochę młodszych, trochę starszych, zapewne wszystkie mieszkają gdzieś w pobliżu.

...sześć, pięć...

Ciało pamięta lepiej niż mogłabym sądzić. Step touch czy inne pozornie obce komendy szybko stają się jasne. Na WF-ie chodziłam na aerobik i tam poznałam podstawowe kroki. Koordynacja ręka-noga na początku pozostawia wiele do życzenia, ale teraz już wszystko działa. Wsłuchuję się w rytmiczną muzykę.
Ciało przypomina sobie to i owo.
Prostuję się i chcę odchylić lekko barki.
Jak w tańcu.
Tęsknię za tańcem. Chciałabym znowu ubrać buty na obcasie, zakołysać biodrami i ruszyć w tan. Te rytmy latino płynące z głośników rozgrzewają mi krew.
Ciało pamięta, żeby nie podskakiwać jak zając przy chasse, pamięta, żeby łączyć stopy, żeby płynnie przenosić ciężar ciała.

...cztery, trzy...

Nigdy nie sądziłam, że będzie mi brakować jogi. Jej spokoju i dążenia do perfekcji w każdym ruchu. Dlaczego muszę robić brzuszki w takim tempie? Wmawiam sobie, że nie mogę tak szybko prostować i zginać nogi ze względu na jej długość. Zawsze to mam lepsze samopoczucie, to takim stwierdzeniu.

...dwa i jeszcze!

Mam coraz mniejsze zakwasy, o!

poniedziałek, 23 listopada 2009

Ogień

Ogień ma w sobie taki dziki, pierwotny urok. Patrzę na czerwone, strzelające wysoko płomienie i czuję jak mnie hipnotyzują. Niepoukładane myśli uciekają, jest tylko trzask ognia i mój spokojny oddech.
Czuję jego ciepło na twarzy, rozluźniam się. Wyciągam dłoń i z sykiem cofam poparzone palce.
Najgorszy ból jest na początku. Potem boli tylko kiedy dotykam, a że to prawa dłoń...
Skóra goi się, choć trochę to trwa.
Wreszcie ślad po oparzeniu znika.
Tymczasem ciepło czerpię z innego źródła. Źródła spokojnego, oswojonego, które na pewno nie poparzy. Nawet jeśli jeszcze tak do końca nie radzę sobie z obsługą piecyka, to pewne z czasem wreszcie ją opanuję.
Mogłoby się wydawać, że wszystko gra.
Aż pewnego dnia przypadkowe zaprószenie wywołuje mały płomień. A może to był grom z jasnego nieba, co sypnął iskrami? Nie jest to ważne.
Ogień, z początku mały, przyciąga mój wzrok. Powinnam go zdusić. Zadeptać.
Ale tego nie robię. Przyglądam się zdumiona i znowu! zaintrygowana.
Dorzucam drwa.
Płomień rośnie.
Nie powinnam tego robić. Mam piecyk, on mnie ogrzeje. Jednak dzikość ognia nie pozwala mi, ot tak, odejść.
Siedzę, tylko dalej niż ostatnio.
Ciepło płomienia ogrzewa mi twarz. Może słabiej niż ostatnio, ale zdaję sobie sprawę, jak dobrze pamiętam tamten żar. Moja skóra chyba też.
Nie wyciągam ręki, nie chcę znowu się oparzyć.
"Siedzę daleko, nic nie powinno mi się stać." - powtarzam sobie, czując prastarą magię ognia.
"To nic takiego, tylko ładny płomień. To nie to samo, co oswojone ciepło piecyka. Kto głupi chciałby zamienić, to co oswojone, na to co niestałe i dzikie?"
Tak sobie powtarzam.

czwartek, 5 listopada 2009

Gdzie się schowal mrok?

"Utracony Tron" Davida Gaidera, to powieść bardzo nierówna. Przez około czterysta stron wypatrywałam mroku, który ujawnił się dopiero na ostatnich osiemdziesięciu stronicach.
W pierwszej chwili gromko krzyknęłam "Nareszcie!", a potem mina mi zrzedła. Gdyby mrok nie pojawił się wcale, stwierdziłabym, że p. Gaider miał problem z napisaniem czegoś ponurego i uraczył mnie zwyczajnym fantasy. Ale te trzy ostatnie rozdziały pokazały, że jednak potrafi! Czemu zatem cała historia nie jest tak gorzka? Nie wiem.
Moi koledzy twierdzą, że "Utracony Tron" to bardzo interesujący i wartościowy opis świata Dragon Age. Wstrzymałabym się z oceną czy opis jest dobry/zły. Później wyjaśnię dlaczego.

Czy jest coś za co można p. Gaidera pochwalić? Tak. Nie nudzi. Akcja toczy się wartko, nie ma momentów przestoju, kiedy bohaterowie idą i idą, a czytelnik zaczyna im życzyć albo śmierci, albo wybawienia, byle tylko coś się działo.
Czy jest coś za co można autora zganić? Oj tak. Raz za w/w nierówność. Dwa, za szablonowych bohaterów. Trochę charakteru pokazują dopiero w tych ostatnich trzech rozdziałach (i to też nie wszyscy). Trzy, za dialogi. Choć i tak największym horrorem są myśli bohaterów. Istny Twitter w wydaniu DA. Ale może powstaną z tego dowcipy w stylu "... pomyślał Stirlitz"?

Generalnie - da się to przeczytać, ale szału nie ma. Nie jestem zwolenniczką tego nurtu, więc moja ocena może być znacznie niższa niż fana gatunku.

W dalszej części będę się pastwić bardzo szczegółowo, więc kto nie czytał, niech w tym miejscu zakończy lekturę.

Jest jedna rzecz, która szczególnie mnie zdziwiła. Bohaterowie praktycznie od kołyski mają styczność z zawieruchą wojenną. Najwyraźniej jest to wojna w wersji "light" (choć przykład Loghaina każe myśleć inaczej), bo ilość uśmiechów, chichotów i czystego idealizmu jest oszałamiająco wysoka. Nie twierdzę, że powinni cały czas być pochmurni, ale hasło "mroczne fantasy" zobowiązuje chyba chociaż odrobinę...?

Czas na bohaterów, zacznę od Marica.
Jestem wielce niepocieszona, że nie zginął. Mam nadzieję, że w drugiej części ten błąd zostanie naprawiony.
Jego zachowanie kogoś mi bardzo przypominało, Reinmara z Bielawy. Reynevan, zanim stał się bożym wojownikiem, zachowywał się równie idiotycznie co książę. Przywilej młodości? No może, ale między tymi mężczyznami jest jedna, acz kolosalna różnica.
Zanim Ślązak wplątał się w kabałę, jego największym zmartwieniem było czy starczy mu złota na wizytę w zamtuzie. Maric z kolei wychował się na wojnie. Matka woziła go wszędzie ze sobą. Przez to jego idealistyczne podejście trochę mnie zaskakuje. Czyżby przez tych 18 lat nikt nie zdradził Rebelii? Czyżby królowa Moira nie musiała podejmować żadnych drastycznych, niepopularnych decyzji? I dlaczego nie wpoiła chłopakowi kilku prostych zasad z "uważaj komu ufasz, gdyż czasy niepewne" na czele? Rebelia nie zaczęła się wczoraj, a książę tak właśnie się zachowuje. Choćbym nie wiem jak matka się starała, nie wierzę, że młody nie widział okrucieństwa, jakie niesie ze sobą walka, nie czuł ciężaru decyzji podejmowanych przez dowódców.
Dobrze, że zabił Katriel, jedno co można mu zapisać w rubryce "zasługi".

Loghainowi najwyraźniej nikt nie powiedział, że pomrukiwanie pod nosem i krzywienie się, nie czyni go od razu "złym chłopcem". To co pokazał w trzech ostatnich rozdziałach już go takim czyni. Szkoda, że dopiero na sam koniec.
Zarazem cudowne i zaskakujące jest to, że chłopak okazuje się genialnym strategiem. Zastanawiam się, jak to możliwe, że Rebelia tak długo się utrzymała? Skoro młokos bije na głowę starego wygę, arla?
Nie rozumiem jego przyjaźni z Marikiem. Zapewne rozkwitła ona w czasie tych dwóch lat, które autor wyciął. Mam mieszane uczucia co do tego przeskoku. Z jednej strony wydaje się słuszny, bo przyśpiesza akcję, ale z drugiej strony pozbawia opisu rodzącej się właśnie przyjaźni (choć przy tych dialogach i wiecznym szczerzeniu się bohaterów...).

Kolej na najbardziej skopaną postać, czyli Rowan. Zapowiada się nieźle, twarda wojowniczka, która ni stąd ni zowąd zmienia się w cierpiętnicę. Dlaczego nie weszła do namiotu i w krótkich słowach nie wygarnęła Marikowi, co sądzi na temat jego wiarołomstwa? Byli sobie obiecani i jego baraszkowanie z elfką(!) to jak policzek. Okej, nikt z bohaterów nie jest uprzedzony do elfów (czy gdzieś w ogóle te uprzedzenia tak naprawdę występują?), ale zdrada jest zdradą.
Myślę, że atmosfera byłaby dużo ciekawsza, gdyby Rowan zarazem nie chciała mieć nic wspólnego z Marikiem-mężczyzną, który ją upokorzył, ale musiała walczyć dla Marika-księcia, dla dobra Fereldenu. I gdyby Marik (i wszyscy wokół) zdawali sobie z tego sprawę. Ciekawe jak zareagowaliby żołnierze Rebelii na wieść, że dzielna Rowan poszła w odstawkę dla szpicouchej? Bunty, niechęć? Rozłam?
Kolejny moment, kiedy postępowanie diewczyny mocno mnie zaskakuje to sama końcówka. Zdrada Katriel oznaczała przetrzebienie Rebelii i śmierć ojca Rowan. A ta, na wieść o śmierci zdrajczyni, zaczęła się zastanawiać, jak mogła do tego doprowadzić, może elfka naprawdę kochała Marika? Pomroczność jasna czy parę razy za dużo w głowę dostała? To ona powinna być tą, która rwie się, by zabić Katriel za zdrady i ciąg nieszczęść, które spadły na Rebelię, gdyż to właśnie elfka była ich przyczyną.

Katriel, jak przystało na idealnego szpiega, jest olśniewająco piękna. Wiadomo, tylko takie kobiety pozostają niezauważone i nie wzbudzają podejrzeń. Brzydkie albo przeciętne są sprawdzane od razu.
Szkoda, że musiała zakochać się w księciu. Najwyraźniej pomyliła "dobro" w jego oczach z bezdenną głupotą pierwszego naiwnego.

A teraz wrócę do tego, czemu sądzę, że powieść nie do końca jest świetnym przewodnikiem po świecie DA.
Im dłużej czytałam "Utracony Tron", tym więcej miałam pytań. Co z tym zakonem? Opis wskazuje, że dysponuje dość konkretną armią. Czemu nie wspomogli Rebelii? Czemu Rebelia nie próbowała skumać się z Kręgiem Maginów i stanąć przeciwko Zakonowi, jak i wspieranego przez niego uzurpatorowi? Skoro ogary są tak ważne i popularne w Ferledenie, to czemu nie użyto ich w żadnej bitwie? Może kolejne części przyniosą odpowiedzi na te pytania?

To by było na tyle. 4/10 i ani punktu więcej.

wtorek, 3 listopada 2009

Z pamiętnika anonimowej hostessy

Całkiem fajne to wdzianko. Ładne i w takim twarzowym kolorze. Szkoda tylko, że takie kuse i żadnego żakietu albo choćby kurteczki do tego. Pogoda wcale nie jest taka letnia.
Uśmiech. I kolejny. I jeszcze jeden. Teraz może drugi profil?
Powinnam dostać dodatek za pracę w szkodliwych warunkach. I wcale nie mam na myśli przemarznięcia, czy miliardów bakterii na mojej skórze pozostawionych przez dziwnie spocone dłonie innych.
Ta lampa błyskowa to mnie chyba oślepi na amen.
Hostessy i mężczyźni.
Wydawać by się mogło, że powinna być między nami idealna harmonia. My mamy być olśniewające i zachęcać do kupna produktu, a oni mają dać się zachęcić.
Tylko kto naprawdę zwraca uwagę dla kogo pracujemy?
Gdy widzę te ich uśmieszki, te oczka rozbiegane... a jeszcze jacy bezczelni potrafią być!
Raz słyszałam jak jeden kolo zwrócił uwagę innemu, który akurat zajęty był fotografowaniem mojej koleżanki, że nie uchwyci głowy.
Wiecie co ten fotograf od siedmiu boleści mu odpowiedział?
Że twarz go nie interesuje.
W ten oto sposób, ten, zdawałoby się kulturalny i inteligentny mężczyzna zredukował moją koleżankę do biustu i krótkiej spódniczki.
Z takim podejściem to nic dziwnego, że jedyny kontakt z dziewczynami to ma kiedy odpali komputer, albo kupi sobie kolorową gazetkę.
Oby ci pypcie na dłoni wyrosły, nieudaczniku jeden!
Z dziewczynami też nie jest lekko.
Ich taksujące spojrzenia prawie palą żywym ogniem. No co mogę poradzić, że jestem wyższa, szczuplejsza, mam większy i jędrniejszy biust? Że po prostu jestem ładna, a nie jak wy, jedna z drugą ukrywające swoje figury w ubraniach zupełnie do nich nie pasujących? Z lustra naprawdę łatwo się korzysta, trzeba tylko chcieć!
Te usta zaciśnięte, te burknięcia, kiedy ich chłopaki zapatrzą się o nanosekundę za długo.
Nic tak nie poprawia samopoczucia jak zazdrość w oczach innej.
Jeszcze tylko parę godzin...
Czy mam czas za dwa tygodnie?
Jasne.
A jaki uniform dostanę?

środa, 21 października 2009

Poznań Game Arena 2009

17 października 2009 r., parę minut przed dziesiątą na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich jest już dość tłoczno. Tłum zdaje się wiedzieć, gdzie trzeba iść, więc nie zastanawiając się za dużo, idę za nim. Kolejka przed wejściem (bo drzwi jeszcze zamknięte) jest zawinięta w ślimaczka. Na szczęście, mogę ze znajomym wśliznąć się do pawilonu bocznym wejściem. W środku atakuje głośna, łupiąca muzyka. Ze stoiska Electronic Arts spogląda na mnie komandor Shepard. „Wejdź i sprawdź mnie!” – zdaje się mówić. Po hali kręcą się jeszcze pojedynczy ludzie. Wchodzę do pieczary „Mass Effect” i pierwsze zaskoczenie – wystawcy przygotowali pokaz gry nie na PC, ale na XBoxie. Chwytam podejrzliwie pada i metodą prób i błędów uruchamiam prezentację.
Jestem dzieckiem klawiatury i myszy. Pad to dla mnie obcy i niezrozumiały twór.
Wreszcie prezentacja odpala się.
Animacja, Shepard pilotuje futurystyczne auto, obok niego siedzi asari i coś do niego mówi, ale hałas na sali, zagłusza słowa. Wybieram na czuja kwestie dialogowe i przestaję próbować cokolwiek odczytać z ruchu warg niebieskiej. Wreszcie zaczyna się akcja.
Umiem przesunąć się w bok, ale jak zmusić komandora do patrzenia przed siebie, a nie w podłogę? Gdy wreszcie Shepard patrzy na wprost, wychodzę z ukrycia, by skopać tyłki paru obcym.
Są jacyś dziwnie silni, albo nie mogę w nich trafić. Na pewno nie mogę w nich trafić… Walka z kamerą i z atakującymi robotami przyśpiesza mi oddech. Trafiłam!
Ale drań to przeżył, próbuję ponownie…
Ta broń ma dziwnie długo czas przeładowywania, a nie odkryłam pod którym guzikiem kryje się „schłodzenie”. Nie mogę też znaleźć ekranu Mocy.
Pora zejść z linii ognia, bo krew mojemu Shepardowi oczy zalewa.
Życie się w cudowny sposób zregenerowało i mogę walczyć dalej.
Nie, nie będę kontynuowała tego nierównego pojedynku.
Opuszczam swoje stanowisko bojowe i widzę, że ślimaczek sprzed drzwi wejściowych jest już w środku.

Jest 10:15.

Pomyślałam, że może spróbuję teraz pomachać mieczem. O naiwna! Przy „Dragon Age’u” kolejka równie długa i równie zawinięta.
Zaczynam spacer po pawilonach.
Stoisko „Need for Speed” kusi dwoma sportowymi autami, dalej „Fifa” i piłkarskie foteliki przed stanowiskami z grą. Przy stoisku Asusa zaczęły się nieustające konkursy, więc muzyka miesza się z przekrzykiwaniem wodzireja. Hałas jest ogłuszający.

Kącik 8-bitowców, plakat przedstawiający „River Raid”. Spoglądam na sąsiednie stoisko, gdzie można testować najnowsze Playstation. Banał, ale skok jaki się dokonał w branży, jest naprawdę kolosalny.

Dalej fotel-symulator, gdzie można sprawdzić swoje umiejętności kierowcy formuły 1. Przy przyśpieszaniu tak trzęsie zawodnikami, że zaczynam się zastanawiać, czy aby nie powinni pomyśleć o pasach bezpieczeństwa. Stoiska ze sprzętem, kolejne konsole, na których pady spoglądam zrezygnowana.

Pora zmienić pawilon.

W kolejnym toczą się kolorowo-kulkowe boje. Cała hala dla wielbicieli paintballa. Zaglądam do kolejnej, gdzie panuje uroczy półmrok. Tu będą odbywać się prezentacje gier. Teraz sceną zawładnęli ludzie z CD-Action i trwa kolejny konkurs. Przechodzę do ostatniego pawilonu, gdzie królują „Gwiezdne Wojny”, książki, komiksy i karcianki. Ale moją uwagę przyciąga stoisko, gdzie można sprawdzić swoją koordynację oko-noga, naciskając stopami odpowiednie strzałki w rytm muzyki.
Nikt z Ekipy nie chciał się dać namówić na mały „Taniec z Gwiazdami”.
Przechadzający się Szturmowcy Imperium, model Sokoła Millenium, pluszowy Chewie (niestety nie chciał wydawać dźwięków przy ściśnięciu, podobnie jak R2D2 i reszta ferajny, którą ściskałam), stoły, które zamieniały się w pola bitew, albo na których stoją plansze do go. I jedno stoisko, które jakbym zobaczyła z 10 lat temu, to pomyślałabym, że umarłam i trafiłam do mangowego nieba. Zatrzęsienie mang po polsku, o czym kiedyś tylko można było pomarzyć. Przykleiłam się do „Slayersów”.
Gdy już powzdychałam do Zelgadisa i Xellosa, mogliśmy ruszać ze znajomymi na pokaz "Mass Effect 2".

W sali konferencyjnej (czy też może kinowej), udało nam się zająć miejsca siedzące. Z boku. Nieco obraz nam przysłaniał głośnik i rusztowanie, na którym wisiał. Ale przecież nie będziemy narzekać. Było jeszcze trochę czasu, więc wraz z połową grupy, z którą się tam pojawiłam, zastanawiamy się nad kolejnymi pytaniami, jakie zadamy Jayowi Watamaniukowi. Doszliśmy do wniosku, że o DA wiemy już dość sporo, więc myślimy nad pytaniami związanymi z ME. Nie chcieliśmy jednak całkiem porzucać DA, więc obmyślamy pytania, które wydają nam się śmieszne. Jak się ma okazać później, przypadkiem trafiamy na całkiem niezły trop. Przerywamy naszą naradę, gdy widzimy dwie niebieskie dziewczyny. Hostessy… tia… Na każdej imprezie, choćbym nie wiem jakie cuda na kiju tam pokazywano, to i tak (cytując nieśmiertelny skecz kabaretu Ani Mru Mru) „największym zainteresowaniem cieszą się hostessy”. Tu nie było inaczej. Przy niebieskich (asari?) od razu pojawiają się chętni do zrobienia sobie z nimi zdjęcia. Cały czas zastanawiam się, czy one były tylko wsmarowane na niebiesko i przepasane czymś w strategicznych punktach (a'la Subject Zero z "Mass Effect 2", czy jednak były ubrane.
Ta scenka wywołała pośród naszej trójki żywą dyskusję na temat, a jakże!, asari i tego jakie to one potrafią być podstępne (czego doświadczyła moja Shepard... ku uciesze moich kolegów). Ale pora na pokaz!

Jay Watamaniuk wydaje się być człowiekiem o nieprzebranych pokładach energii. Gdyby nie pracował dla BioWare, pewnie byłby gwiazdą rocka. Gdy już upewnił się, że polska publika uwielbia gry jego studia i czeka na nie z niecierpliwością, przechodzi do właściwej części pokazu.
Animacja, Shepard pilotuje futurystyczne auto, obok niego siedzi asari... Tak, to ta sama scena, którą widziałam rano, ale tym razem coś słyszę. Od razu widać, że człowiek „obsługujący” Sheparda ma dużo większą wprawę niż ja. Nieco zmieniony ekran mocy, nowe bronie, możliwość przerwania dialogu efektowną akcją (np. wyrzuceniem kogoś przez okno), do tego lepsza fizyka. I nowość – trafienie w głowę powinno powalać przeciwnika (no chyba, że akurat ośrodek kontrolny ma gdzie indziej…), więc wszyscy wielbiciele broni z celownikami powinni naprawdę być usatysfakcjonowani.

Gdy odnajdujemy resztę Ekipy, na szybko wymieniamy komentarze i ruszamy w kolejny rajd po pawilonach. I natrafiamy na kolejną "atrakcję".

Czy już wspominałam o zainteresowaniu hostessami? Dobrze, że opary testosteronu nie są łatwopalne.

Ciekawy był pokaz (czy też może jego końcówka) nowego "Splinter Cella". Na sam koniec, do sali wpada grupa panów ubranych na czarno, twarze przesłonięte mają kominiarkami. Łapią prezentera i wyprowadzają go z sali. Na szczęście nie mają na plecach napisu CBA, bo pewnie byłaby z tego kolejna afera.

Scena znów należy do Jaya. Ten ponownie upewnia się, że bardzo, ale to bardzo czekamy na ich najnowszą superprodukcję, spod znaku płaszcza i szpady. Wróć, zakrwawionej zbroi i wyjątkowo ostrego miecza. Grupa podróżników przedziera się przez śnieżne zaspy. Wydekoltowana czarodziejka marudzi, aż nagle rozpoczyna się atak…
Tak, to pokaz zwiastuna „Sacred Ashes” i muszę przyznać, że na wielkim ekranie, naprawę robi to wrażenie. Jay opowiada pokrótce o co chodzi i następnie oglądamy przykładowe walki. Smok (właściwie to smoczyca) zapowiada się na wymagającego przeciwnika. Animacje wzbudzają ogólny entuzjazm (smoczyca traktująca Stena jak kot umęczoną myszkę). Jeśli walki tak mają wyglądać, to mam dziwne wrażenie, że będę ganiała za każdą mniejszą (a jak się wzmocnię, to i większą) hordą przeciwników, żeby zaspokajać żądzę krwi, podobnie jak to było w "Wiedźminie" (kto jeszcze potem żałował, że utopce wytrzymywały tylko jeden cios?).
Gdy ponownie byliśmy w komplecie, mieliśmy przyjemność przepytać Jaya Watamaniuka o to i owo. Jak wspominałam, to bardzo zabawny człowiek i rozmowa z nim jest prawdziwą przyjemnością. Odpowiada w bardzo dowcipny i obrazowy sposób. Odniosłam wrażenie, że wszyscy pytali o rzeczy ambitne, a mi jak zwykle, tylko romanse (i ich konsekwencje - czyt. ojcostwa) w głowie.

18 października 2009 r., parę minut przed dziesiątą. Biegnę, żeby załapać się na "Dragon Age’a". Kolejka już tam jest, na szczęście krótka. Oddycham z ulgą kiedy widzę myszkę i klawiaturę, a nie pada. Trafił mi się początek ludzkiego maga. Nie wiem jaki to stopień trudności, ale jeśli nie jest to „potwory padają na sam Twój widok”, to magia jest naprawdę silna. Mając do dyspozycji magiczny pocisk, porażenie i lagę, tłukę potwory aż miło (przy czym bohaterka jest wyposażona w cudowny przedmiot przywracający życie). Sterowanie jest proste, kamera działa jak powinna. Ci, którzy znają poprzednie produkcje spod znaku BioWare, nie będą mieli najmniejszych problemów z grą. Wszystko faktycznie jest intuicyjne, aktywna pauza jest i działa bez zarzutu.

Ci, którzy twierdzą, że gracze to słabe istoty z zerową kondycją fizyczną, powinni byli zobaczyć stoisko z… właściwie to nie wiem z czym, ale można tam było wypożyczyć plastikowy miecz (który drugiego dnia był już dość mocno poobklejany taśmą), tarczę , strój ochronny i naparzać przeciwnika ile wlezie. Niektóre pojedynki były bardzo zacięte i wzbudzały entuzjazm publiczności.

A my anektujemy stolik i zaczynamy „testować” talię kart Munchkina, którą kupił sobie jeden znajomy. Przy czym tylko inny wie jak się w to gra, więc pierwsze rundy są spod znaku „samouczek”. A potem… potem epicki pojedynek goni kolejny. Kto uważa, że nie ma w niej/nim ani odrobiny „zuolstwa” powinien koniecznie zagrać.
Przy okazji, zastanawiam się, kto wymyślił, żeby w jednym, właściwe niezbyt dużym pomieszczeniu urządzać prelekcje w jednym kącie, a drugim głośne konkursy? Ludzie od komiksów zaprosili gości, którzy prawdopodobnie opowiadali o bardzo ciekawych rzeczach. Mówię "prawdopodobnie", bo nic nie słyszałam. Stoisko Allegro skutecznie ich zagłuszało. Skoro już przy minusach jestem, to przydałoby się nieco więcej miejsca, gdzie po prostu można byłoby usiąść.

Drugi dzień jest mimo wszystko spokojniejszy. Tłum jakby mniejszy(ponoć przewinęło się koło 28,5 tysiąca ludzi), wszystko dzieje się jakby nieco wolniej. Chłopak, który próbował bić rekord świata w jak najdłuższe granie w "Halo" (przy okazji, ciekawa jestem ilu ludzi wymawia to jak polskie /halo/, a ilu jako /hejlou/?) zniknął. Został po nim tylko fotel. Jak usłyszałam później, udało mu się, grał ponad 25 godzin.
Wreszcie o 16 jest koniec imprezy.
To jak? Za rok o tej porze?

Teraz pora na podziękowania i napisy końcowe.
Bardzo serdecznie dziękujemy Electronic Arts Polska za zaproszenie do Poznania i za możliwość rozmowy z Jayem Watamaniukiem. Wraz z resztą ekipy polecam się na przyszłość!

poniedziałek, 21 września 2009

Rebusy

Ponoć z rodziną dobrze to wychodzi się tylko na zdjęciu i to pod warunkiem, że stanie się w środku, bo inaczej wydrą.
Jest kilka sposobów by temu zapobiec. Pierwszy to mieć z nimi dobre stosunki, co nie bywa łatwe. Mój sposób jest inny. Mieszkaj na drugim krańcu kraju i wpadaj na dwu- góra trzydniowe odwiedziny.
W tak krótkim czasie nie jest łatwo innych zdenerwować, poza tym nikt nie czuje się zmęczony obecnością gościa.
Oni najpierw mi wypomną, że skoro już przyjeżdżam tak rzadko, to chociaż bym została na dłużej.
Na co odpowiadam, że pociągi jeżdżą też w drugą stronę i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to wreszcie oni kiedyś odwiedzili mnie.
A potem streszczenia tego co się dzieje.
Po tym wszystkim, spotkanie z Mistrzynią Rebusów.
Pamiętasz Iksińskiego? Tego co to jego ojciec był kimś-tam. Wiesz, miał taką dziwną matkę, co to przyjaźniła się z Igrekowską. Wiesz z tą Igrekowską co to mówiłaś, że głupia jakaś i zawsze chodziła w takim grubym płaszczu...itd.
To jest przykład rebusu mojej Babci.
Co ciekawe, Mama jakoś jeszcze sobie z nimi radzi, może i zamyka tabelę wyników, ale chociaż się łapie na jakiekolwiek punkty. Ja z kolei jestem zupełnie wykluczona z rozgrywek.
W każdym razie obraz miasteczka według relacji Babci jest dość monotonny. Większość bohaterów jej zagadek to: pijak, złodziej lub kurwa. Przy czym te trzy cechy raczej nie występują jednocześnie.
Czy jest Nadzieja?
Chyba tak. Bo miasteczko, gdzie poprawczak, więzienie i szpital psychiatryczny są przemieszane z czterema kościołami (pięcioma, jeśli liczyć przerobioną bożnicę żydowską), utonęło w kwiatach.
Miejski ogrodnik naprawdę się spisał, klomby wyglądają bardzo optymistycznie.
Ale jedno mnie zasmuciło, a mianowicie likwidacja budki z lodami, gdzie je kupowałam odkąd pamiętam. Strasznie wyświechtane to co powiem, ale nie sposób tego inaczej skomentować niż jako symboliczny koniec pewnej epoki.
Naprawdę wyświechtanie to zabrzmiało. Brrr...
Myślałam, że jeszcze jedna rzecz się zmieniła, mianowicie moja odporność na autobusy linii 14. Ten numer był zawsze dla synonimem straszliwego cierpienia i walki z własną słabością. Albo wcześniejszego wysiadania, bo robiłam się całkiem zielona.
Miałam nadzieję, że moja szczątkowa odporność nabyta na trasie do domu i z powrotem uodporni mnie.
Nic z tego.
Kiedy następna wyprawa?
Wygląda, że już w czerwcu.
Podskoczy mi częstotliwość wizyt.

Kaktus

Samotny w ciasnej doniczce na parapecie stoi on. Włochaty, dumnie prężący kolce.
Kaktus.
Kłujący samotnik, który obnosi się z tym, że niczego i nikogo do szczęścia nie potrzebuje. No prawie. Jednak od czasu do czasu trzeba go podlać i jestem pewna, że gdyby miał twarz, to w trakcie tej czynności byłby wielce naburmuszony. Bo jak to tak? On taki samowystarczalny, a jednak skazany na łaskę kogoś innego!
Za każdym razem jest to dla mnie nauczka. "Patrz i ucz się, wydaje ci się, że nie potrzebujesz nikogo? A kto cię podleje, co?"
No właśnie.
Są czasem dni kiedy mam ochotę rzucić wszytko i przenieść swoją doniczkę gdzieś daleko. Są dni kiedy stwierdzam, że inni ludzie są chyba tylko po to, by udowodnić mi, że nie warto przywiązywać się do kogokolwiek. Mogę sobie wmawiać, że jestem twarda, że jestem silna i nic, a nic to czy tamto mnie obchodzi.
Ale gdybym naprawdę wypięła się na wszystkich, to kto mnie podleje?

niedziela, 9 sierpnia 2009

Sabat

O tym, że współlokatorzy bywają skarbem już pisałam.
Poranek kiedy żadna z nas nie musi iść do pracy.
Siedzimy w kuchni przy herbacie i rozmawiamy...
O mężczyznach, o naszych kompleksach, o wszystkim co ślina na język przyniesie.
- zgadzamy się, że uszy to magiczne miejsce i nawet chuchnięcie na nie wyzwala fale emocji
- nie lubimy "króliczków" co to tylko pompują byle prędzej, byle głębiej, byle mocniej
- znowu uszy; uwodzą nas słowa, krągłe, ładne, dobrze dopasowane; nie przez żołądek droga do naszych serc... czy też łóżek.
- mężczyźni i tak nie zauważają połowy rzeczy, na których tle mamy kompleksy; ale my je zauważamy i wystarczy żebyśmy je chowały przed światem
- opowieści o złych, byłych dziewczynach to pomyłka; biuro wszelkiego pocieszenia to nie my
- odchodzić trzeba umieć; brak kontaktu, wymówki typu "nawał pracy" to zwyczajne tchórzostwo, miej odwagę powiedzieć, że to nie to
Już wiem, że jeśli będę chciała się utwierdzić, że mam rację to mogę iść do nich.
Druga opowiada jak odkrywa uroki bycia zakochaną.
Kupiła wysokie buty, choć zawsze chodziła w płaskich.
Maluje paznokcie, choć nigdy tego nie lubiła.
Wiem, ponoć tylko krowa nie zmienia poglądów.

Trzy parujące kubki niczym magiczny wywar, nasz śmiech i szepty jak zaklęcia.

Magia.

poniedziałek, 27 lipca 2009

Open'er Festival 5 lipca, podziękowania i napisy końcowe

Ostatni dzień.
Pierwsze dwa dni można było scharakteryzować następująco: pewniaki zagrały tak sobie, zaskoczyli z kolei ci, co do których nie miałam żadnych oczekiwań (może właśnie dlatego?). Wczorajszy dzień przełamał tę tendencję, pewniacy zagrali wybornie i chciałam, aby dziś też tak było, bo mieli grać Kings of Leon, czyli jak się okazało, zespół który okazał się "tym najważniejszym" dla mnie na tegorocznej edycji festiwalu.
Ale przedtem kolejne spotkanie ze znajomymi.
Zabawnie się czeka na kogoś, kiedy nie wiem jak ta osoba wygląda. Jeszcze zabawniejszym jest kiedy jakieś moje wyobrażenie okazuje się zupełnie chybione, ot kiedy blondyn okazuje się być brunetem. No ale to on miał mnie poznać nie ja jego, więc uznajmy, że jestem usprawiedliwiona.
Żaglowce wyszły z portu, nie dane mi jednak było zobaczyć jak wyglądają pod pełnymi żaglami i czy naprawdę są takie piękne, jak niegdyś śpiewały o tym Wilki.

Czas się zbierać, dziś wielki finał!

Na początek, Lily Allen. Nie polecam słuchania jej siedząc, gdyż bas zagłusza wszystko.
Melodie przyjemne, bujające.
Potem obowiązkowe jedzenie i picie.
Gdy stoi się 30 minut w kolejce za hot-dogami to sudoku w komórce bardzo się przydaje. Chyba, że akurat trafi się na bardzo ciekawą parę stojącą przed sobą:
On: Co ty o mnie myślisz?
Ona: Tak serio? Że ty straszne ruchadło jesteś.
Perełek w tym stylu padło jeszcze więcej. Aż żałowałam, że jednak ta kolejka nie jest dłuższa, bo już pod sam koniec to prawie żeśmy się z nimi zaprzyjaźniły.
No to po hot-dogu w każdą łapkę i pora na pole!
Bo tam zaraz, za chwilę, za minutkę, za momencik, Kings of Leon.
Grali przede wszystkim piosenki z ostatniej płyty "Only by the night".
Mogę powiedzieć, że na szczęście, bo bardzo mi się ten album podoba.
Sporo miejsca wokół, dobry widok na scenę i telebim i ... odleciałam. Oni, zaskoczeni tak ciepłym przyjęciem (jaaaaasne, rozumiem bądźmy skromni, ale nie przesadzajmy; naprawdę się spodziewali, że nikt ich w Polsce nie zna?), obiecują, że będą wracać za każdym razem jeśli tylko będziemy chcieli (nie wyjeżdżajcie!). A potem "Revelry"...
What a night for a dance,
You know I'm a dancing machine
With a fire in my bones
And the sweet taste of kerosene

I get lost in the night
So high I don't want to come down
To face the loss
Of the good thing
That I had found

In the dark of the night
I can hear you callin my name
With the hardest of hearts,
I still feel full of pain

So I drink and I smoke
And I ask if you're ever around
Even though it was me who drove us
Right in the ground

See the time we shared it
Was precious to me
But all the while
I was dreamin of revelry

I wanna run baby run
Like a stream down a mountainside
With the wind at my back
I don't ever even bat an eye

Just know it was you all along
Who had a hold of my heart
But the demon and me
Were the best of friends from the start

So the time we shared it
Was precious to me
All the while
I was dreamin of revelry
Dreamin of revelry

And I told myself boy away you go
It rained so hard that it felt like snow
Everything came tumbling down on me

In the back of the woods
In the dark of night
The Palest of the old moonlight
Everything just felt so incomplete
Dreamin of revelry

Obok mnie całująca się para, kolejna stoi w objęciach, a ja z całych sił się staram się powstrzymać to dziwne wzruszenie. "Przytulę, utulę, uścisnę i ukołyszę". Cztery słodkie małe kłamstewka.
Obiecaj mi jedno Szanowny Czytelniku, że nie będziesz składać obietnic, których nie spełnisz.
Tak, to jest zdecydowanie TEN koncert na który tu przyjechałam.
Chwila, żeby ochłonąć, bo za chwilę Placebo.
Znowu promują swój nowy album, jak trzy lata temu. Ciekawe czy wyciągnęli nauczkę z tamtego koncertu? Grali wtedy raczej nowe utwory co niekoniecznie przypadło słuchającym do gustu.
Wychodzą... Brian, ten drugi i nowy perkusista.
Pierwsze takty i perkusja po prostu zmiata mnie z powierzchni ziemi.
Grają nowe, ale i stare, bo jakoś dużo rozpoznaję, a fanką oddaną nie jestem.
Perkusista naprawdę mnie powala, wali w gary jak oszalały.
Naprawdę dobry koncert!
Lepszy niż się spodziewałam.
A potem byłam świadkiem niezwykłego kataklizmu, otóż zabrakło... wody.
Gdy po tej dawce muzyki spragniony tłum ruszył do stoisk z piciem zaczęło się piekło.
Po co dowozić zapasy skoro to i tak ostatni dzień festiwalu? Może jednak po to, żeby nie wystawiać się na pastwę wściekłego tłumu, który dawał wyraźnie odczuć jak bardo jest niezadowolony z powodu braku choćby najzwyczajniejszej wody.
Walka, inaczej tego nie można było określić. I krzyk sprzedawcy, by odsunąć się od lady powtarzany co jakiś czas.
Paranoja.
Żeby na takim festiwalu... wstyd, wstyd, wstyd.
Jednak moja nieoceniona współlokatorka zdobyła ostatnią wodę (gazowaną) i Sprite'a.
I pijąc te zdobyczne napoje, oglądałyśmy początek koncertu The Prodigy.

Droga powrotna była krótsza (i tym razem GPS nie zawiódł) i upłynęła przy dźwiękach Kings of Leon (no jakże by inaczej), a także wyśpiewywanej płyty "Absolution" zespołu Muse.

Teraz pora na podziękowania dla Kuby, który był mi m.in.:
- przewodnikiem
- informacją turystyczną
- budzikiem
- tragarzem
- automatem biletowym
- wikipedią
- oparciem
- pogodynką

Dzięki!

niedziela, 19 lipca 2009

Open'er 2009 4 lipca

Sobota, dzień w którym ze znajomymi mieliśmy udać się na wspólne oglądanie żaglowców. Skwer i nabrzeże pękało w szwach od tłumów. Poprzednio byli tylko letnicy, teraz byli także ci, którzy w ciągu tygodnia musieli pracować. Gdy już się ze znajomymi odnaleźliśmy, nacieszyliśmy się dosłownie chwilę swoim towarzystwem, bo zaraz ponownie zgubiliśmy się w tłumie. Wypróbowałam nowe umiejętności wykształcone przy mojej współlokatorce, niedoścignionej mistrzyni przeciskania się przez tłum (ma atut ulepszone przeciskanie się i do tego +17 do wynajdywania ścieżek) i dziarsko ruszyłam w ludzką masę. Chciałam zacząć od największych (i najdalej ustawionych, tych najbardziej okazałych) żaglowców.
Nie, że lecę na rozmiar, po prostu mniejszych nie było widać przez przelewający się tłum. A nie miałam ochoty oglądać tylko masztów, bo dla mnie i tak wszystkie są do siebie podobne.
Chwilowe załamanie pogody, kilka kropel z nieba (chyba tego dnia pobiłam rekord jeśli chodzi o przebieranie się) i wreszcie oto jest pora obiadu.
I tabuny gości, którzy też stwierdzili, że coś by zjedli. Żywe potoki przelewały się przez Gdynię wypatrując ostatnich wolnych stolików.
Skończyło się na kupieniu paczki pierogów.
Po przybyciu na pole od razu złe wieści, koncert Madness opóźniony o godzinę i przeniesiony na scenę światową. Szybkie wertowanie mapy gdzie to jest, bo tak daleko to jeszcze nie dotarłam.
Miałam rację.
Ten punkt hen hen daleko to była właśnie ta scena.
Zatem czekała mnie wyprawa na koniec świata.
Ale przedtem wizyta w toalecie.
Weszłam, przekręciłam wihajster, odpinam spodnie i... słyszę nagle growlujący głos, śpiewający(?) "szaaataaan".
Zdębiałam.
Trafiłam do nawiedzonej budki, gdzie zaraz porwana zostanie moja dusza i rzyć zarazem. Co to ja... Po chwili znowu "szaaataaaan". Ej no! Szybciej przez to i tak nie wyjdę!
Dobra, wychodzę.
Kawałek dalej stała grupka facetów, którzy wymieniali poglądy na tematy muzyczne, akurat postanowili przedyskutować cięższe klimaty.
Lżejsza o kubeł wody mogłam ruszać.
Z każdej podróży wraca się bogatszym o nowe wrażenia, także i ja wzbogaciłam się o coś. Znalazłam stragany z ręcznie robioną biżuterią i wypatrzyłam owocowe kolczyki. Potem trzeba było zahaczyć o ostatnie niebieskie miasteczko TOI-TOI (spora ilość wody naprawdę robi swoje...). Niestety mniejsze niż to w cywilizowanej części, a i tym samym z dłuższą kolejką. Podłoże pod kabinami było dziwnie mokre, zapach, choć wszyscy woleliśmy wierzyć, że to rozlane piwo, wcale piwny nie był. Im dłużej tam staliśmy, tym było weselej, czyżby te opary tak na nas działały?
A wszystkiemu winni mężczyźni.
I wcale nie przemawia przeze mnie wojujący feminizm.
Panowie, zamiast czekać w kolejce woleli przejść się za kabiny i je nieco podlać.
A fe! I mała uwaga, przez szpary między kabinami wszystko widać drodzy Panowie.
Teraz biegiem na Madness!
Nie wiedziałam, że znam aż tyle ich piosenek."Kiedy byliśmy tu ostatni raz, nie było Was jeszcze na świecie, to było jakieś 25 milionów lat temu!" Plecak porzucony i tłum kołysze się w takt wesołych, tanecznych piosenek. "Fuckin' lovely!". A jasne! I nawet deszcz specjalnie nie przeszkadzał. Żółty płaszczyk przeciwdeszczowy i podskakuję dalej w radosnym tańcu jak nomen omen wiedźma jakaś. Szkoda, że nie mogłam doczekać do końca. Na głównej scenie (czyli po drugiej stronie galaktyki) szykował się koncert zreaktywowanego Faith No More. Ostatni rzut oka na scenę światową, ostatni podryg i podróż na drugą stronę.
Daleko jeszcze?
Mijam scenę-namiot.
Dopiero!?
Wreszcie, cel mojej wędrówki.
Deszcz rozpadał się na dobre, tłum gęstnieje.
Wreszcie wychodzą...
Zaczynają grać. W tłumie pełna kultura (przynajmniej tam gdzie stałam), każdy słucha jak lubi, nikt nikomu nie przeszkadza.
Mike Patton w czerwonym komplecie i gładko zaczesanych włosach prezentuje się iście diabolicznie. Prawdziwe zwierzę sceniczne.
"Kto widzi nas pierwszy raz?" Las rąk.
"Zapytam jeszcze raz, kto widzi nas pierwszy raz?" Ponownie las rąk.
"A gdzie nasi przyjaciele z Katowic albo Warszawy? To kto widzi nas kolejny raz? Hm, jakieś 50 osób. A myślałem, że jesteśmy popularni."
Dwa bisy.
To rozumiem.
Świetny koncert.
A potem podróż do domu, którą kierowca postanowił urozmaicić, nie zatrzymując się na żądanie. "Bo ludzie się bawią!" No rewelacja. "Oby sraczki dostał!", rzuciła nienawistnie moja koleżanka. Niezła klątwa, muszę ją dopisać do swoich.
Pomarańczowy księżyc-prawie-w-pełni.

niedziela, 12 lipca 2009

Open'er 2009 3 lipca

3 lipca
Czerwone żelazko na nodze napędziło mi nieco stracha. Ale potraktowane filtrem 30 nie dawało o sobie znać. Jednak plażowanie miałam już z głowy.
Zawsze jednak mogłam pospacerować i poobserwować.





Choćby takie baloniki, ot jakieś rybki, serduszka, motocykliści. Hm, ciekawe, jeden ma kask w charakterystyczne żółte promienie. Na maszynie numer 45 i napis FIAC. Dla każdego zwyczajny balon, dla mnie przykład na obejście licencji. Bo niby kogo ma to przedstawiać jak nie Rossiego?





Dobrze, że tym razem nie zabrakło sera w pizzerii.
Nie zdążyłam na całą Marysię Peszek. Ale kiedyś mi się uda. Po niej na scenie wkroczyła grupa Gossip. Ich wokalistka, charyzmatyczna Beth jest osobą dość charakterystyczną, ale i bardzo ujmującą. Zagrali zgrabny koncert, ale jakoś mnie nie porwało. Nawet kiedy usłyszałam kawałki, które miałam przesłuchane, noga jakoś nie chciała specjalnie drgnąć. Tłum przede mną takich problemów najwyraźniej nie miał, bo bawili się świetnie. I słusznie. Po Gossip pobiegłyśmy ze współlokatorką na Gabę Kulke. Załapałyśmy się na połowę koncertu i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Muszę koniecznie sprawić sobie jej płytę, bo bardzo mi się podobały jej piosenki. Potem przerwa na coś do jedzenia (jakieś pół godziny w kolejce za hot-dogiem), więc na Kooksów się nie załapałam (miałam nadzieję, że na sam koniec usłyszę "Naive", ale najwyraźniej zagrali to w środku, albo wcale). W sumie to zdziwiła mnie żywiołowość wokalisty, jak poszedł w tłum to myślałam, że już nie wróci. Albo, że wróci nie w pełni ubrany chociaż. No to pora na Duffy, blondynkę porównywaną z Dusty Springfield. Gra ona sympatyczną muzykę w stylu retro. Kawałek, który był puszczany w radiu "Mercy" na żywo brzmi tak samo przyjemnie. Reszta melodii też niby miła dla ucha, ale maniera głosu dziewczyny bywa męcząca. Nie mogę odmówić jej skali, ale po blisko godzinie wysłuchiwania tej "żaby" (coś jak Tatiana z Blue Cafe) byłam naprawdę zmęczona. Niektórzy, żeby lepiej widzieć, wspinali się na filary dźwigające namiot. Ot, swoista galeria Szymonów Słupników. Potem Moby. Usiadłyśmy z koleżanką na polu, przesłuchałyśmy jedną piosenkę, skuliłyśmy się od coraz bardziej kąśliwych podmuchów zimnego wiatru, zaczęłyśmy słuchać kolejnej i stwierdziłyśmy, że to nie nasza bajka. Pojechałyśmy do domu.
Zastanawiałam się nad tym już w 2006, zastanawiałam się rok temu, teraz i pewnie będę jeszcze w następnych latach, jak uda mi się tam dojechać. Mianowicie, czy muzyka, którą słyszałam przy Schronisku niosła się z Openera, czy to była jakaś konkurencyjna impreza? Ciekawe...

Open'er 2009 prolog

Za namową znajomego postanowiłam całą relację podzielić na odcinki, dla łatwiejszego czytania. Nie wiem czy zdołam wszystkie wrzucić od razu, pewnie nie.

Najlepsze podsumowanie festiwalu, po prostu szaleństwo.

Gdy nagle ze sklepów giną wszelkie kalosze to znak, że coś zbliża. Deszcze, albo festiwal. W moim przypadku, Open'er Festival. Impreza zaczęła się od złamanej obietnicy. Właściwie to nie powinnam była myśleć, że będzie inaczej, ale cóż... bywam naiwna kiedy bardzo chcę w coś wierzyć.
No to w drogę!

Parę spostrzeżeń z trasy i pierwszego rozpoznawczo-zapoznawczego spacerku po Gdyni:
- nazwy miejscowości to istna skarbnica ciekawostek: Wilcze Laski, Dziki, Parchowo, Babi Dół (pojedynczy, bo w Gdyni jest ich więcej), Ciemno. Więcej nie zapamiętałam.
Pamiętam skąd sama pochodzę. I od razu uprzedzam, mieszkanki tej miejscowości to nie są nowe solniczki.
- niektóre miejscowości wbrew nazwie nie chcą leżeć nad morzem. Drawsko Pomorskie nie leży nad samym morzem. Żebym była nieco lepsza z geografii, to bym tam się nie pokierowała. Na szczęście nie zajechałyśmy ze współlokatorką zbyt daleko. GPS stracił kontakt z satelitą (czyt. nie przekartkowałam zbyt szybko atlasu)
- drogowcy są wszędzie. Szczególnie w wakacje.
- wyciąg narciarski w drodze nad morze. W życiu bym nie pomyślała, że coś takiego tam będzie.
- zajazd "U kota Wasyla"; salon piękności i SPA "Niedźwiadek", nazwy mnie zwalił z nóg.
- "Błyskawica" dalej ma niegodny kolor, majtkowy niebieski.
- Metalmania, jak nazwa wskazuje to festiwal muzyki metalowej, Open'er Festival, jak nazwa wskazuje, to festiwal muzyki granej pod gołym niebem. Czy może nie? Tak zaczęłam się nad tym zastanawiać, kiedy znajomy, którego namawiałam, a który nawet nie chciał słyszeć o wyjeździe, powiedział, że nie jedzie, bo on nie lubi takiej muzyki. I wtedy dodał, że to tak samo jakby mnie chciał zaprosić na rzeczoną Metalmanię. Czy to oznacza, że on chodzi na koncerty grane jedynie pod dachem?

2 lipca
Tego dnia, choć pogoda rano zbytnio nie rozpieszczała, to jednak przekonałam się jak skuteczne są kremy z filtrami. Wystarczyło jedno źle nasmarowane miejsce, kawałek skóry wystawiony na okropne promienie UV. Po 1,5h owo miejsce było całe czerwone. Ot taki trójkąt jak po przyłożeniu żelazka. Na udzie.
Po ściągnięciu okularów okazało się, że wyglądam jak panda (mała).
Opalanie to jednak trudna sprawa.
Pojawiły się żaglowce. Na szczęście tłum był jeszcze znośny i mogłam spokojnie je pooglądać.

Największy z nich, Siedow.

Przekonałam się wtedy, że prawdziwy szczur lądowy ze mnie, nic a nic we mnie nie drgnęło, żadne dzikie pragnienie wolności ani nic w te gusta.
W Kwadransie jak zawsze kolejka. Chciałam zjeść w pizzerii, ale zabrakło sera i były tylko sałatki.
Mało.
Pora wracać i zasuwać na koncerty!
Transport działał bez zarzutu. Widać, że mają już to opanowane.
Nie ma już pola ziemniaków. Została tylko trawa.
Główna scena tam gdzie była, namiotowa jakby większa... niby wszystko wydaje się takie wielkie, ale i tak można utknąć w tłumie.
Na pierwszy ogień scena namiotowa i The Car is on Fire.
Mój znajomy jest ich wielkim fanem i chyba dałby się za nich pokroić, z kolei moja współlokatorka opowiadała, że widziała ich kiedyś jako support i stwierdziła, że wokalista nie umie śpiewać.
Trochę sprzeczne sygnały podsycał moją ciekawość. No bo jak to? Albo śpiewa albo nie!
Nie.
Generalnie melodie są fajne, wpadają w ucho, nóżka chodzi, ale zamarłam kiedy jeden z wokalistów zaczął śpiewać. Czy to wina odsłuchu, że muzyk sam siebie nie słyszał czy co, ale on naprawdę fałszował. Za pierwszym razem pomyślałam, że nie wyszło, za drugim, że znowu nie wyszło, a za trzecim zaczęłam się zastanawiać, kiedy mu wyjdzie. Szkoda. Wierzę, że płyty mają dobre, bo melodie są porządne, a i w studiu pewnie można i głos poprawić. Z koncertami to już nieco gorzej. Pomijam to, że piosenki po angielsku, co oznacza, że nic nie rozumiem (niekoniecznie z powodu nieznajomości języka). Trzeba było stamtąd iść. Na głównej scenie miał grać Renton. Nic mi ta nazwa nie mówiła, że podsłuchałam w autobusie, że chłopaki grają prostego, melodyjnego rocka, ot takiego do poskakania sobie.
I tak jest.
Bez fałszów, nawet coś po angielsku zrozumiałam. Melodie proste łatwe i przyjemne, ale bez szaleństw. Porządna rzemieślnicza robota.
Stałam dość blisko sceny (choć nie naprawdę blisko), widok niezły, myślałam, że będzie wszystko w porządku. Nie doceniłam fanów(?) następnego zespołu, Arctic Monkeys. Tłum zaczął się dziwnie zagęszczać. Potem zaczął dziwnie napierać, potem jakiś głośny typ zacząć macać wszystkie wokół. A potem wyszli oni i tłum zaczął się niebezpiecznie kołysać. Kiedy nagle poczułam, że tracę kontakt z podłożem nieco się zestresowałam, właściwie to na tyle, by spanikować i uciekać do tyłu.
Wtedy dotarło do mnie ile ludzi stoi pod sceną, kiedy wieża-reżyserka zdaje się być coraz bliżej, a tłum wciąż tak samo gęsty.
Przerażające.
Jak już się wydostałam, szybki SMS do koleżanki z nową lokalizacją. Już zaczynałam od nowa słuchać tego koncertu, kiedy... padło nagłośnienie. Cisza. Na telebimie widać jak Alex porusza ustami i gra, ale nic nie słychać. Chwila przerwy (zdołałam odnaleźć się z koleżanką) i słuchamy dalej.
Jakie nudy.
Jeśli cały klimat trzeciej płyty będzie tak, to nie chcę jej słuchać.
Potem coś ciepłego (Jacobs miał tańszą herbatę niż Wild Bean) i powrót pod główną scenę na Basement Jaxx.
I na to właśnie czekałam, na coś co da mi kopa i zmusi nogi do tańca!
Pump up the jam
Pump it up
While your feet are stompin'
And the jam is pumpin'
Look at here the crowd is jumpin'

Ktoś to jeszcze pamięta? Okazuje się, że tak, bo rozgrzało to tłum do czerwoności.

piątek, 19 czerwca 2009

Z pamiętnika anonimowej chudziny

Mam na imię (...) i jestem chuda. Moje BMI wynosi 16,3. Oznacza to, że gdybym była modelką, to by mnie nie chcieli, bo teraz dziewczyny powinny mieć BMI 18. Kiedy patrzę w lustro nie widzę jednak nikogo przeraźliwie chudego, więc pewnie mają rację ci, którzy mówią, że BMI tak naprawdę nie znaczy nic.
Akceptuję siebie. Tak mi się wydaje.
Nie wzdragam się i nie wzdycham ciężko, kiedy widzę swoje żebra wyraźne odznaczające się pod skórą. Tak samo nie wywołują we mnie żadnych negatywnych emocji sterczące obojczyki, wybijające się nieco ponad kości ramion. Nawet płaska klatka piersiowa mnie nie rusza (pod warunkiem, że nie muszę kupić sukienki).
Taka po prostu jestem.
Ostatnio jednak poczułam się nieco "na celowniku". Wszystko za sprawą tzw. "kobiecych kształtów". Nie wystarczy urodzić się kobietą, by je mieć. Owszem, bycie kobietą jest (?) warunkiem niezbędnym (??), ale należy jeszcze być tu i ówdzie zaokrągloną. W przeciwnym razie jest się... no niby kobietą, ale taką podrobioną, odrysowaną przez kalkę, skserowaną.
Przy czym bycie zaokrągloną tylko ówdzie to też za mało. Wtedy jest się po prostu, za przeproszeniem, dupiastą. Żeby zrozumieć, co mają te "kobiece kształty" oznaczać, trzeba przypomnieć sobie reklamę Dove (w której modelki jakby ostatnio mniej "kształtne", czyżby poprzednie, większe, nie do końca odpowiadały paniom znad Wisły?). Już wiadomo o co chodzi? To dobrze.
Chudzielce zostały zaszczute jako potencjalne anorektyczki/bulimiczki i złe wzorce dla młodych dziewcząt.
Poza tym, kto by chciał takiego wieszaka? Ani się do niego przytulic, bo kłuje łokciem lub kolanem, ani to nijak za pierś nieistniejącą złapać. Za to kochanego ciałka nigdy za wiele! (Ciekawe, że nazwanie kogoś "grubasem" jest w złym tonie, "chudzielec" jednak przejdzie bez większych oporów.)
Próbuje się mi wmówić, że moje sterczące kości odstręczają, że niedobór centymetrów w obwodzie klatki piersiowej przekreśla moje szanse na uznanie za "atrakcyjną". "Eteryczność" właśnie trzasnęła drzwiami i wyszła z mody.
Wmówiono mi, że muszę się maskować pod warstwami ubrań, chudość kostek chować w getrach, żeby nie było widać, że cholewki butów są dużo za szerokie.
DOŚĆ!
Dlaczego wisząca opona nad paskiem jest lepsza? Dlaczego dżinsy za małe o numer bądź dwa, opinające uda i upodobniające je do ciasno związanego baleronu są do zaakceptowania?

Gdy zobaczyłam pierwszy raz plakat Sephory na którym bardzo szczupła modelka paraduje w bikini, przyszło mi do głowy takie oto pytanie: "Dlaczego nie dali kogoś bardziej kobiecego?". Dopiero po momencie (i ze zgrozą!) uświadomiłam sobie, co właśnie pomyślałam. W tej jednej chwili zesłałam tysiące dziewczyna takich jak ta modelka i jej podobne na publiczny niebyt, bo... w świetle dzisiejszych trendów są za chude.
Paranoja.
A co gorsza, co pokazuje powyższy przykład, a paranoja udziela się także i mi.

Nie ma jednego wyznacznika piękna, więc dlaczego tak kurczowo trzymamy się arbitralnych stwierdzeń, że ta, a nie inna sylwetka jest odpowiednia?
Dlaczego daję sobie wmówić, że skoro nie wyglądam w 100% idealnie (czyli właściwie jak?) to powinnam raczej zasłaniać niż odsłaniać?

Pora zrzucić parę warstw ubrania.
Czas najwyższy odsłonić kości!

Wisława Szymborska
Kobiety Rubensa

Waligórzanki, żeńska fauna,
jak łoskot beczek nagie.
Gnieżdżą się w stratowanych łożach,
śpią z otwartymi do piania ustami.
Źrenice ich uciekły w głąb
i penetrują do wnętrza gruczołów,
z których się drożdże sączą w krew.

Córy baroku. Tyje ciasto w dzieży,
parują łaźnie, rumienią się wina,
cwałują niebem prosięta obłoków,
rżą trąby na fizyczny alarm.

O rozdynione, o nadmierne
i podwojone odrzuceniem szaty,
i postrojone gwałtownością pozy
tłuste dania miłosne!

Ich chude siostry wstały wcześniej,
zanim się rozwidniło na obrazie.
I nikt nie wiedział, jak gęsiego szły
po nie zamalowanej stronie płótna.

Wygnanki stylu. Żebra przeliczone,
ptasia natura stóp i dłoni.
Na sterczących łopatkach próbują ulecieć.

Trzynasty wiek dałby im złote tło.
Dwudziesty — dałby ekran srebrny.
Ten siedemnasty nic dla płaskich nie ma.

Albowiem nawet niebo jest wypukłe,
wypukli aniołowie i wypukły bóg —
Febus wąsaty, który na spoconym
rumaku wjeżdża do wrzącej alkowy.

piątek, 12 czerwca 2009

Jeśli dziś czwartek, to leci House!

Gdy ogląda się wiele odcinków w krótkim czasie to można zauważyć ciekawe rzeczy. Choćby zmianę w muzyce. Jak to się stało, że dotychczas nie zauważyłam, że melodię skomponowało Massive Attack? Pewnie dlatego, że w przerwie zawsze biegłam do łazienki albo do kuchni. Polecam porównanie melodii z pierwszego i drugiego sezonu. Przedtem tych gwizdów nie było. A ostatni odcinek drugiego sezonu to dopiero ładna wariacja! I cały czas mówię o muzyce.

O szelmowskim spojrzeniu i chropowatym głosie tego gburowatego egoisty, który nie dba o to co myślą o nim inni, wspomnę za chwilę. Właściwie to już mogę. Lekarz, który nie lubi swoich pacjentów, choć gotów jest zrobić wiele, by ich uleczyć. Dr House nie jest typowym lekarzem, któremu wszystko wychodzi za pierwszym razem. Pacjenci go nie obchodzą, bo i tak wszyscy kłamią, wierzy tylko w zimną logikę. I cały czas łyka Vicodin. Najarany lekarz, który dopiero na haju może dokonywać cudów. Miodzio! Jakże to inne od innych medycznych seriali.

Seriale są jak narkotyk, uzależniają. Najważniejszy, to ciekawy bohater. Gregory House nie jest typowy jak na serialowego lekarza przystało. Nie jest miły i wrzeszczy na pacjentów. Wyłamuje się z szeregu. Podobnie jak Dexter, miły i uczynny laborant, który nocami morduje przestępców. I to jeszcze jak morduje! Toż to cały staranie zaplanowany rytuał.
I chociaż obaj są na pierwszy rzut oka potworami to jednak... trudno ich nie lubić. Mają swoją "misję" i wypełniają ją i choć mają dyskusyjne metody to są skuteczni. Wtedy zaczynamy ich lubić.

Długo można by tu ciągnąć temat interesującego, złego bohatera, ale nie o to chodzi.
A o co?
O to, że dobrze czasem obejrzeć dobry serial.

Rzeczy do nadrobienia: "Flight of the Conchords" i "Uwaga faceci". Pierwszy za abstrakcyjne poczucie humoru, drugi, za klimaty rodem z Alaski i przystojnego drwala-weterynarza.
Bo kto powiedział, że wszystko ogląda się tylko i wyłącznie dla fabuły?

sobota, 9 maja 2009

...you dirty boys!

Skończyłam wreszcie czytać książkę Niccolo Ammanitiego "...zabiorę cię ze sobą". "Wreszcie" nie dlatego, że to takie złe było, tylko, że tyle czasu mi to zabrało.
Jedna rzecz mnie zaskoczyła.
Autorem jest mężczyzna, kilku bohaterów to młodzi chłopcy (ok. 14 lat), którzy wydają się już dość mocno zwracać uwagę na dziewczyny.
Niby dziewczynki w tym wieku wyglądają jeszcze jak dzieci, ale hormony robią swoje i nieco się ten wygląd zaczyna zmieniać.
Nie sądziłam jednak, że chłopcy aż tak na to zwracają uwagę. A raczej, że tak szybko.
Wcześniej, zaskoczyło mnie to w "Konstelacjach" Davida Mitchella.
Tam też bohaterem był młody chłopiec, w którym także powoli dojrzewała fascynacja koleżanką.
Jednak wtedy pomyślałam, że może to wyjątek.
Ale dwa przypadki... to już chyba zaczyna zakrawać na jakąś regularność... tym bardziej, że, podkreślę to jeszcze raz, autorami są mężczyźni, więc zgaduję, że wiedzą o czym piszą.
Kto przecież ma lepiej od nich wiedzieć o czym myślą młodzi chłopcy?

I pomyśleć, że mówią, że to dziewczynki szybciej dojrzewają psychicznie.
Próbowałam sobie przypomnieć, o czym myślałam, mając tych czternaście lat.
Chyba straszny dzieciuch był ze mnie, bo nie przypominam sobie żadnych fascynacji. Jeśli były to zupełnie platoniczne.
Te poważniejsze zaczęły się później, ale to inna historia.

A Wy Panie, kiedy zauważyłyście, że ten chłopak z tylnej ławki to wcale nie jest taki głupek, jak się zdawało na samym początku i w tej nowej fryzurze wygląda nawet całkiem-całkiem?
A Wy Panowie, kiedy zauważyliście, że koleżanka z ławki jest jednak fajną dziewczyną?
I kiedy zwróciliście uwagę, że ma nogi do samej ziemi i ładny uśmiech?

piątek, 24 kwietnia 2009

Plakaty grzechu warte

Jedną z rzeczy, która przyciągała moją uwagę po przeprowadzce do dużego miasta, były wszechobecne billboardy i plakaty. U mnie żadnych "sitilajtów" nie było, a tu, na każdym przystanku, ścianie, nawet podwórku.
Głowa latała mi we wszystkie strony.
Przewinęło się tego trochę.
Pamiętam jeden, to była chyba reklama Burberry.
Przystojny, szczupły mężczyzna w garniturze. Ale krawat nieco poluzowany, koszula nieco niedbale włożona... Nic takiego niby, ale efekt był piorunujący.
Ostatnio znajomy, śmiechem-żartem, stwierdził, że chyba zacznie wykradać reklamy Intimissimy.
Ładna dziewczyna ich reklamuje, nie przeczę.
Śmiałam się z niego, ale nagle przypomniałam sobie tamten plakat z tym nonszalanckim chłopakiem i ... obiecałam, że dam mu znać, na których przystankach zobaczę interesujące go plakaty .
Szkoda, że ostatnia reklama Burberry, którą widziałam, nie była aż tak dobra. Zdjęcie robione "od dołu", nad obiektywem pochylają się chłopcy. Mordki urocze, ale jeśli oni mieli więcej niż 16 lat, to jestem szachem perskim. Mieli oni zachęcić do kupna perfum dla mężczyzn.
Wolne żarty.
Każdy mężczyzna, który by na to popatrzył, pomyślałby "To zapach dla jakiś młodzików, a nie dojrzałego mężczyzny, jak ja". A młodzików chyba nie byłoby stać na ten zapach, więc cały czas się zastanawiam, jaka jest grupa docelowa tej reklamy.
Jeśli ci młodzi chłopcy mieli zachęcić kobiety, by kupiły ten zapach dla swoich partnerów, to chyba też coś nie zadziałało. Podobnie jak mężczyzna, pomyślałabym, że wybrałabym zapach rekomendowany przez kogoś starszego.

Przypomniałam sobie teraz parę innych reklam. "Opium", naga, blada kobieta na ciemnym, purpurowym tle. Adrien Brody w garniturze od Ermenegildo Zegny. Reklama Gucciego (chyba linia odzieżowa), z łonem z literką G. Czyżby pozazdrościli Benettonowi, który słynie z kontrowersyjnych pomysłów? Telewizyjna reklama cappucino, czarno biała, stylizowana na filmik z Włoch - pioseneczka była wspaniała. Peroni. Chyba mam słabość do włoskich marek... Spoty z Mumio ("kopytko!"). Perfumy, nie pamiętam czyje, ale reklamowane przez nagiego mężczyznę. Poster był ocenzurowany (czyt. ucięty na wysokości pasa), ale zwracał uwagę. Nicole Kidman, mówiąca, że uwielbia tańczyć w reklamie Chanel.
Było tego trochę...

PS. W Weekend wyścig w Motegi, a ja nie mam jak go obejrzeć... Ech...

wtorek, 14 kwietnia 2009

Nie ma wody na pustyni?

Co za koszmarny początek sezonu!
O tym, że Eurosport nie pokazuje w tym roku moich ulubionych zawodów, już pisałam.
Ale znalazłam DSF! Niekodowany, niemiecki kanał sportowy.
Pierwsza runda, Losail w Katarze.
Środek pustyni.
Pierwszy wyścig, motocykle klasy 125cc rozpędzają się, wypełniając powietrze nerwowym brzęczeniem.
Powiewa czerwona flaga.
Wyścig przerwany z powodu deszczu.
Co?!
Deszcz sam w sobie nie jest problemem. Opony deszczowe istnieją. Ale wyścigi w Katarze są wyścigami nocnymi i światło odbite od kałuż oślepia jeźdźców.
Trzeba poczekać aż przestanie padać, wznowić procedurę startową i do przodu.
Bloczek irytujących reklam, ale od czego przycisk "wycisz"?
Dlaczego ten pan opowiada o "fussbal", kiedy tam ma być "rennen" w Katarze?
Nie cierpię BundesLigi.
W ogóle nie lubię piłki nożnej, teraz nie znoszę jej nawet bardziej. Zamiast pokazać mi wznowiony wyścig 125cc, pokazano tylko podium i znowu powrócono na boiska.
A gdzie 250cc?
Nie ma. BundesLiga i tyle.
Koło 22 wróciłam na DSF. Zatrzęsło mnie na widok murawy, ale po chwili przełączyli się na tor wyścigowy.
Casey. Ciągle mi pokazują Caseya. No dobra, ale on już nie jest "weltmeistrem", dawać Valentego!
Valenty! Przestań wreszcie golić tę głowę i zapuść z powrotem loki!
Nicky!
Andrea!
Jorge!
I tak jeszcze długo gorączkowałam się, oglądając chłopaków przygotowujących się do startu.
Zaraz ruszą...czy czerwone Ducati znowu będzie zwijać asfalt za sobą? Treningi sugerują, że tak. Czy Nicky poradzi sobie z czerwonym diabłem? Po upadku pewnie średnio. Jak będzie spisywał się prywaciarz Marco?
Tyle pytań. Ale oni zaraz ruszą, zaraz będę wszystko wiedzieć!
"Vale dacci un altra Laguna!", o ile dobrze zapamiętałam napis. Tak, daj nam drugą Lagunę! Choć nie wierzę, by na tym torze miało być aż tak gorąco.
Wszyscy zeszli już z toru, zaraz ruszą...
Race delayed.
Co?!
Nad pustynią ponownie rozszalała się straszliwa ulewa.
Nie wierzę.
Wyścig został przełożony na poniedziałek.
Gdzie ja to obejrzę? DSF daje wtedy BundesLigę.
W duchu wieszam sforę psów na Dornie i właścicielach SportKlubu.
Ale chociaż dali wyścig 250cc.
Matia wyleciał w pierwszym zakręcie, Tomaszek Luthi dojechał 6.
Kto to widział, żebym o przebiegu najważniejszego dla siebie wydarzenia sportowego czytała w Necie...
Wygrał Casey, za nim ze stratą siedmiu sekund dojechał Vale, dalej Jorge.
A jednak Stoner zwinął za sobą asfalt. Cholera.
Następna runda w Motegi.
Obym miała więcej szczęścia z transmisją.

niedziela, 29 marca 2009

Plakat

Przyglądałam się ostatnio dużemu plakatowi. Nie mogąc się doczekać odejścia zimy, z dziwną nostalgią patrzyłam na reklamy marek odzieżowych. Kolekcje wiosna-lato, ech te wysokie temperatury. Właśnie przyglądałam się jasnemu żakietowi, w który była ubrana modelka (bardzo ładny), kiedy moją uwagę przyciągnął pewien szczegół.
Co modelka miała na sobie poza żakietem (i paskiem).
Nie była to spódnica.
Nie były też szorty, ni inne krótkie spodenki. Śmiem tak twierdzić, bo nie zauważyłam nogawek.
To był majtki.
Nie jakieś tak zwykłe gatki, ale zapewne gatki wyjściowe, bo nabłyszczane. Żadne tam barchany, figi wersja glamour.
I teraz moje pytanie, czy Panowie stwierdzą, że zestaw jest mimo wszystko dziwny, czy może...nie?

PS. Dzięki serdeczne za komentarze. Jay, korzystam z szablonu i obawiam się, że na dziwnie rozmieszczone przyciski nic nie poradzę.
Mam nadzieję, że jednak nikogo to nie zniechęci.

piątek, 20 marca 2009

Auto(fantasy)analiza

Ostatnio zafrapowała mnie jedna sprawa.
Zaczęłam poważnie zastanawiać się nad tym, czy lubię fantasy.
Wydawałoby się, że odpowiedź jest oczywista, przecież grywam z w NWN, zajmuję się DA (rany, same skróty, prawie jak w tym starym powiedzonku "Piję EB (czy ktoś je jeszcze pamięta?), palę HB, używam OB i jestem OK") no i generalnie przecież lubię fantasy.
Tylko czemu na mojej półce z książkami stoją pozycje innych gatunków?
I żeby była jasność, przez fantasy rozumiem książki z rodzaju "smokiem i czarem". Wszystkie inne, gdzie tylko pojawiają się takowe elementy, nie uważam za "czyste gatunkowo". Choć pewien znajomy, kiedy zapoznał się z moim podziałem, powiedział, że "smokiem i czarem" to po prostu D&D. Na chwilę zbił mnie z tropu, ale uznaję, że wszystko co jest powiązane z D&D pod fantasy jak najbardziej podpada.
Próbowałam sobie przypomnieć kiedy ostatnio przeczytałam coś stricte w tym gatunku i doszłam do wniosku, że był to "Władca Pierścieni", przy okazji premiery filmu. Potem tylko były książki z elementami fantasy.
Może jednak wcale nie lubię tego gatunku tak bardzo jak sądziłam?
Filmów, poza pewnymi wyjątkami, praktycznie nie da się obejrzeć.
Seriale? No niby jakieś tam były, ale niezbyt porywające.
Anime? Hm, chyba tylko "Slayers" a i to była raczej parodia niż cokolwiek poważnego.
Książki? "Władca Pierścieni", "Wiedźmin", "Zamek Lorda Valentine'a", coś ze smokiem w tytule i... nieco z cyklu "Świat Czarownic". Mam problem z zakwalifikowaniem "Koloru magii". Wrzucę go jednak do tego worka, co oznacza, że to właśnie była ostania książka fantasy, jaką przeczytałam.
Słabo, prawda?
Ale dlaczego?
I tu z pomocą przyszedł mi p. Sapkowski.
Jakiś czas temu udzielił on Newsweekowi wywiadu, w którym opowiadał o swojej nowej książce. P. Ziębiński spytał go, czy aby nie kusił go powrót do postaci Geralta, na co p. Sapkowski odparł, że nie. Wtedy powiedział też coś ważnego. Niestety nie mam dostępu do oryginalnego tekstu, więc mogę nieco przekłamać. Stwierdził, że problem z fantasy polega na mnożeniu ilości tomów. Że w pewnym momencie akcja polega na tym, że drużyna idzie ubić kolejną bandę trolli, w kolejnym tomie, dla odmiany, idzie ubić armię gnolli i tak to się kręci.
Kiedy w księgarni widzę te półki pełne tytułów, i krótkie opisy informujące, że jest to "kolejny tom sagi..." to od razu takie coś odkładam. I wtedy, w duchu, za każdym razem przyznaję p. Sapkowskiemu rację.
Pamiętam, że jak byłam bardzo młodziutką dziewczynką (miałam wtedy 8,9 lat więc naprawdę byłam bardzo młodziutka, teraz jestem zaledwie bardzo młoda) zaczytywałam się w cyklu o "Świecie Czarownic". "Świat Czarownic", "Świat Czarownic w pułapce", "Troje ze Świata Czarownic", "Czarodziejka ze Świata Czarownic" (albo czarownica...nie pamiętam), "Czarodziej ze Świata Czarownic". Potem jakoś straciłam rachubę i przerzuciłam się na podserię z gryfem w tytule (bodajże trzy części). Czy muszę dodawać, że jest jeszcze cała lista innych tomów (bez "świata czarownic" w tytule, ale z tego cyklu), których nie przeczytałam?
Ileż w końcu można było czytać o tym samym?
To jest chyba przyczyna dla której żadna siła nie zmusi mnie po sięgnięcie po książki osadzone w świecie FR.
Pewnie niektórzy pomyślą teraz, że gdybym jednak sięgnęła po nie, to miałabym większą radość z gry, bo znałabym jakieś tam niuanse (albo wręcz podstawy rządzące światem, bo takowych nie znam i bazuję jedynie na tym, co pamiętam z adaptacji komputerowych).
Bo ja wiem? Urok rozgrywki i tak zależy od innych graczy. Bo co mi z tego, że będę znać realia FR na wylot skoro i tak moja rogata będzie siedzieć sama na ławeczce w pustym mieście, i będę umierać z nudów z braku towarzystwa do rozmowy?
Tak jeszcze na sam koniec dorzucę, że dziś moja uczennica pokazała mi książkę, którą sobie kupiła. Dokonała zakupu ze względu na okładkę, zaiste, ładna. Przeczytałam o czym jest rzecz i... zaczęłam nerwowo chichotać. Było tam coś o dziewczynce, która przypadkiem zabiła kolegę i ją wygnano. I zginęłaby gdyby nie jakiś tajemniczy koleś z tajemniczej organizacji, który nauczył ją jak mordować i kraść (słowem, uczynił ją typowym łotrzykiem...już widzę jak dziewczę wykonuje cios w plecy z trafieniem krytycznym o wartości 4k6+2*1k4). Było też coś o innej tajemnej organizacji, która widzi w dziewczynce Dziecię Śmierci czy coś takiego i chce z niej uczynić terminatora...errr tj. zabójcę idealnego. Ach, zapomniałam dodać coś o klątwie, którą ktoś na nią rzucił.
Ileż nieszczęść jak na jedną dziewczynę, prawda?
Moja uczennica stwierdziła, że książka wcale nie jest tak... głupia (naprawdę nie znalazłam innego słowa) jak wskazywałby opis.
Może to jest kolejna rzecz, która w jakiś trudno wytłumaczalny dla mnie sposób, odstręcza mnie od tego gatunku, opisy fabuły. No przecież czasem to jajo można znieść ze śmiechu.
Choć to nie jest bolączka jedynie fantasy.
Ale o tym następnym razem.

Zatem, jak wygląda sprawa "Ja i literatura fantasy"?
Niby nie jestem uprzedzona, choć jestem. Niby akceptuję reguły rządzące tą literaturą, choć wygląda, że tak nie do końca.
Najwyraźniej fantasy jest dla mnie jak przyprawa, dodana do innych, wzbogaca ich smak, ale kiedy spożywana sama... to już bywa różnie.

środa, 11 marca 2009

Wiosno, przybywaj!

Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale motocyklista już tak!
Jeszcze parę dni temu, zanim powrócił śnieg(!) i lodowaty wiatr, już ich widziałam.
Właściwie to wpierw usłyszałam.
Co za uczucie!
Najpierw zaskoczenie. Co to za dźwięk? Zaraz, no tak, to przecież motocykl!
Nagle uświadomiłam sobie, jak długo nie słyszałam tego charakterystycznego pomruku, kiedy motocykl podjeżdża wolno do świateł i potem wizgu, kiedy rusza.
Miód!

Co więcej, to oznacza, że początek sezonu jest już bliski. Superbike'i swój już zaczęły (niech tylko dojadę do domu, a obejrzę sobie ten zaległy wyścig, tyle zmian, muszę szybko nadrobić zaległości). To co lubię najbardziej, motogp, dopiero przede mną.
Ale nie będzie to takie oczywiste.
Myślałam, że to oznaka paranoi z mojej strony, kiedy Eurosport zaczynał powoli reklamować to, co szykuje dla swoich widzów i pośród reklamówek sportów motorowych było wszystko poza gp. Jak to tak nie pokazać roześmianej buźki Valentego? Nawet jak nie był mistrzem to go pokazywali, a teraz nic?
Pamiętałam, że wcześniej Dorna planowała jakieś zmiany odnośnie sprzedaży praw do transmisji, ale nie sądziłam, że to wypali.
Jednak brak spotów na Eurosporcie był wciąż nieco niepokojący...
Niestety.
SportKlub ma prawo po pokazywania wyścigów w Polsce.
Ki diabeł!?
Jak to tak bez Eurosportu?
Nie zgadzam się!
PROTESTUJĘ!
Po tylu latach mam nagle zostać pozbawiona relacji?
Byłam absolutnie wściekła jak to przeczytałam. Jakby mi było mało, znajomy zostawił mi taką wiadomość:
nie wiedzialas w tym sezonie prawa do motogp ma sportklub :D cale szczescie ze mam n-ke :P

Już wiem... Trzy głębokie wdechy, żeby mu od razu nie napisać co sądzę o nadmiernym użyciu wesołych emotek, kiedy ja kombinuję jak koń pod górę, gdzie tu oglądać wyścigi.
Nie będę się do niego wpraszać.
Nie kiedy wykazał tak mało empatii i zamiast współczuć mi z powodu straty to jeszcze się cieszy, że on ma.
Żeby to jeszcze oglądał chociaż!
Kolejne trzy głębokie wdechy, bo się za mocno denerwuję.
Liczę na to, że Włosi albo Hiszpanie będą dawać relacje w paśmie niekodowanym. Wolałabym Włochów, mogłabym osłuchać się nieco ze słownictwem (la gara!).
Wszystko wyjaśni się w kwietniu.

niedziela, 8 marca 2009

Tonight: Franz Ferdinand

Wreszcie ją mam! Swój własny, prywatny, oryginalny, dwupłytowy album!

No you girls you never know how you make a boy feel!


Panowie tworzący zespół to nie młodzi chłopcy, śpiewający o swych pierwszych podbojach. W warstwie tekstowej zbyt wiele się nie zmieniło, wciąż kręcą się wokół związków, mniej lub bardziej udanych. Podrywy w barze, na parkiecie, szybki seks, chwile uniesień a potem wyrzuty sumienia, bądź smętny powrót do domu nad ranem. Wszystko po staremu.
Ale muzyka jest nieco inna.
Dwie poprzednie płyty były mimo wszystko podobne do siebie, owszem, druga miała bogatsze aranżacje, ale wciąż czuło się między nimi ciągłość. Trzecia jest próbą pójścia nieco inną drogą. Tylko "nieco" zatem nie musiałam cały czas upewniać się czego słucham, to wciąż brzmi jak Franz Ferdinand i wciąż chce się przy tym tańczyć (za co jestem najbardziej wdzięczna!).

Ulissesa, pierwszy utwór, już znałam i już o nim pisałam. Po przesłuchaniu płyty miałam podobne wrażenie jak pan Ziębiński z "Newsweeka".
Ta płyta jest seksownie bujająca.
Pan recenzent z Dziennika, p. Marcin Staniszewski był w sumie dość podobnego zdania w swojej recenzji:
"Głos Kapranosa ocieka wręcz seksowną nonszalancją, do złudzenia przypominającą manierę Jima Morrisona. Jestem szczęśliwie żonaty, ale słuchając takich numerów jak „No You Girls Never Know” czy „Ulysses”, myślę sobie, że nie wyrzuciłbym Kapranosa z łóżka, gdyby ten znalazł się jakimś dziwacznym zrządzeniem losu w jego okolicach..."

Też bym go nie wyrzuciła i to również z powodu jego głosu.
Nie oznacza to, że Alex ma warunki niczym śpiewak operowy, o nie, on sam określa swój wokal jako raczej przeciętny.
Ale świetnie radzi sobie z wyrażaniem emocji (może i się powtarzam, ale fraza z "Word so leisured" to arcydzieło!).

You dirty boys'll never care how the girl feels! (kiedy mówicie różne rzeczy TYM głosem...)

PS. Próbowałam parę razy dodać komentarz do poprzedniego wpisu, ale nie udało mi się. Spisku jeszcze żadnego nie wietrzę, raczej jako winnego wskazałabym swój "szybki" Net. Glaco, dzięki za ciepłe słowa i zapraszam częściej!
Zielu... to ja wcale nie nadużywam słowa na f, zatem zupełnie nie wiem, skąd takie insynuacje! :)

czwartek, 26 lutego 2009

Wspołlokatorzy

Współlokatorzy to specyficzna grupa ludzi.
Widzą mnie nieuczesaną, snującą się po domu w rozciągniętym swetrze i workowatych spodniach i zupełnie ich to nie rusza.
Są ze mną w zdrowiu i w chorobie (choć w innym pokoju), w radości i smutku.
Są zawsze, prawie jak ta druga połówka, tyle, że bez tego ładunku emocjonalnego.
Zawsze można się do nich odezwać.
Zawsze może wyrwać się przeciągłe westchnięcie na widok sterty brudnych garów, którą nie ja zostawiłam.
Za każdym razem kiedy mają gości i nie mogę usnąć od ich wspólnego śmiechu, trafia mnie szlag.
Wiedzą, że kiedy sprzątam, to głośno słucham muzyki. Niekoniecznie taką, którą lubią.
Można z nimi wspólnie łupać w Heroes of Might and Magic.
Można z nimi oglądać Dr. House'a (oraz każdy inny serial, zaczynając od Dextera a kończąc na IT Crowds) i komentować każdy inny film, często dopiero po tym zabiegu film jest zdatny do oglądania.
Z kim urządzać sobie alkoholowe wieczorki jak nie z nimi? (i kto, jak nie oni, ogląda mnie potem, kiedy przesadzę podczas takiego wieczorku?)
Z kim można pogadać w kuchni jak nie z nimi?
Jest z kim urządzać zawody "Kto pierwszy zajmuje łazienkę?".
Można pożyczyć cukru i to bez wychodzenia z domu.
Można się załapać na frykasy.
Jest z kim się zabrać do kina albo na koncert.

Jak wieczne kolonie, tyle, że bez wychowawcy.
Uwielbiam ich.

środa, 18 lutego 2009

Miau!

17 lutego był Dzień Kota.
Kto pamiętał by złożyć życzenia swojemu Kocurkowi czy innej Kici? (bo kto powiedział, że koniecznie o futrzaki się rozchodzi?)

Poza tym, był też koncert Myslovitz w Eskulapie.
Chłopaki wrócili po rocznej przerwie i zagrali kawałki ze swoich chyba wszystkich płyt. I pomyśleć, że jeszcze parę dni przed koncertem, wraz z moją sąsiadką naśmiewałyśmy się z warstwy lirycznej pierwszych piosenek. Okazuje się jednak, że miarą "wielkości" utworu nie jest koniecznie jego piękno liryczne co moc, z jaką się go wyśpiewuje.
Wystarczyły pierwsze takty, mrugnęłyśmy do siebie porozumiewawczo i na całe gardło: "Zgooooon".
I tak skakałyśmy, wyśpiewując niczym wierne, psalmy p. Rojka.
Świetnie Was znowu widzieć na scenie Panowie!

poniedziałek, 16 lutego 2009

"Valentinki"

Moi Państwo, Walentynki obchodzę dziś.
Tak, 16 lutego, to żadne przeoczenie z mojej strony.
Dziś są urodziny Valentino Rossiego, zatem data całkiem akuratna.
Brakuje mi jeszcze żółtego tulipana, ale pracuję nad tym.

Ostatnio pisałam, że mam się nie zapalać i wierzcie mi moi Państwo, próbuję z całych sił. Zdmuchuję każdą iskrę, która mogłaby nieopacznie wszcząć pożar. Gdy dni dłuższe i słońce coraz śmielej wychodzi zza ciężkich chmur, bardzo łatwo o taką skrę. Wystarczy wspomnieć fragment rozmowy i potwór straszliwy, nadpobudliwa wyobraźnia zaraz dopisuje dalszy ciąg. Chyba, że na czas uda mi się ten ognik zadeptać. Bywa jednak, że zarzewie małego pożaru zostanie i lont tli się i tli, dymiąc okrutnie czarną i duszącą strużką dymu. Dym ten gryzący, oczy od niego łzawią i musi mieć jakieś dziwne mieszanki bo i na nastrój wpływa. Nie tylko nagle świat w ciemnych barwach widać, ale i samopoczucie takie kijowe.

Przydałoby się jakieś wietrzysko do odpędzenia tego dymu.

środa, 11 lutego 2009

Piątkowy rytuał

Piątek wieczór to interesująca pora. Początek weekendu, co oznacza, że oto wszyscy po całym tygodniu ciężkiej pracy, chcą gdzieś iść, odreagować i miło spędzić czas ze znajomymi. Wokół Pręgierza na Starym Rynku, tłum gęstnieje. Każdy wypatruje w mroku czy aby jego kompani gdzieś już tam nie stoją. Zupełnie jakby cały Poznań zmówił się, że spotka się w jednym miejscu.

Poszukiwania lokalu, okopanie się przy stoliku i... można zaczynać swój piątek wieczór. Przy włoskim piwie (rozlewanym w Kompanii Piwowarskiej, ale magia nazwy Nastro Azzuro i tak na mnie działa) opowiadam koleżankom co u mnie, słucham co u nich. Śmiech, żarty i to dziwne poczucie, że chociaż niby tyle się nie zmieniło, bo wciąż siedzimy w knajpie przy piwie, to jednak jest to nieco inna knajpa, piwo też jakby już nie studenckie, a tematy zupełnie odbiegają od typowych problemów młodych żaków.
Ktoś patrzący z boku pewnie pomyślałby, że oto młode kobiety mają babski wieczór. Właśnie. Młode kobiety, nie dziewczyny.

Pora ruszyć na parkiet. Klimaty rodem z lat siedemdziesiątych nie pozwalają usiedzieć zbyt długo w miejscu. Tańczących jeszcze nie za wiele, za konsoletą przystojny DJ, który niestety nie ma nic T-Rex'a. A już chciałam pobujać się w takt muzyki cudownego Marca Bolana.
Wracamy do stolika, roześmiane. Za chwilę chce do nas dosiąść się chłopak. Łysa głowa, gojący się nos i pełno sznyt na rękach. Ale, co należy mu zapisać na plus, gdy się do nas zwracał, nie "urywało mu się". Mówiąc wprost, nie klął.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Widziałam na parkiecie jak startował do pewnej blondynki, ale ta spławiła go. "Nie u niej, to może u nich", zapewne pomyślał. Przeliczył się. Koleżanki siedzące bliżej niego wciągnęły się w swoją dyskusję i ani myślały wciągać go w dysputę. Spojrzał na mnie.
Zawsze wydawało mi się, że nie wyglądam zbyt "zachęcająco", ostre, wychudzone rysy twarzy, wąskie, zaciśnięte usta i głęboko osadzone oczy oglądające świat zza ciemnej obwódki cieni i kredki. A jednak...
Spojrzał na mnie i już wiedziałam którą z nas sobie obrał.
Westchnęłam w duchu.

Poszłam na parkiet licząc, że tam go zgubię. Poszedł za mną niby pies pasterski, który tylko pilnie baczy, czy mu aby żaden zły wilk nie ostrzy zębów na owieczkę. Nie cierpię tego.
W każdym razie w dość dyplomatyczny sposób próbowałam mu dać zrozumienia, że raczej nie zaprzyjaźnimy się. Nie interesują mnie mecze piłkarskie, oglądane z perspektywy Kotła, ani wspólne wyjścia do kina (koleżanki, prawie się zakrztusiły, gdy usłyszały moje wielkie kłamstwo, o tym jak to nie cierpię kina).
"Nie, nie dam ci mojego numeru telefonu."
I wtedy dopiero się zaczęło...
Zaczął mnie zapewniać, że nie szuka dziewczyny, tylko koleżanki. Wyciągnął telefon, by pokazać mi zdjęcie małej dziewczynki, córki jego dziewczyny (ale nie jego córki). Pokochał dziecko jak swoje a dziewczyna puściła go teraz kantem i wróciła do jakiegoś swojego byłego chłopaka, a może kolegi, nie pamiętam. I patrzy na mnie tym swoim wzrokiem zbitego szczeniaka, pytając co ma zrobić.
Przestać ocierać się o moją rękę na dobry początek.
Piątek wieczór, czas kiedy naprawdę nie mam sił ani ochoty by zamartwiać się o losy świata, a tu masz! Historia krzywego życia. Że jestem bez serca? Nieczuła na problemy innych? Biuro wszelkiego pocieszenia otwarte jest od poniedziałku od 8:00 do piątku do godziny 17:00.
I gdy poznałam jego smutną historię, pyta się mnie, czemu jednak nie chcę się z nim zaprzyjaźnić.

Nie lubię mówić ludziom przykrych rzeczy. Chyba, że nie odczytują subtelnych znaków, jakie im posyłam i zmuszają mnie do sięgnięcia po broń ostatecznej zagłady.
Na początek powiedziałam mu, że widziałam jego nieudany start do blondyny.
Te tłumaczenia, że podszedł do niej dla śmiechu, że ona ma męża i jest sporo od niego starsza... Nawet jakby do niej nie podszedł to i tak za dużo by to nie zmieniło, ale chłopak zamiast tutaj spasować, zaczyna opowiadać o swych kolejnych nieszczęśliwych miłościach, pokazując sznyty i wymieniając kolejne imiona.
"Nigdy nie bierz nikogo na litość. Naprawdę. To nie działa."
Spojrzał. Zasępił się. Spasował.
Wreszcie.

Odetchnęłam z ulgą i poszłam na parkiet. Lata siedemdziesiąte powoli zmieniły się w dyskotekowe evergreeny. Wróciłam do stolika i widzę, że siedzi przy nim jakiś nowy mężczyzna. Popatrzyłam na koleżanki zatopione w rozmowie, na faceta, wzruszyłam ramionami i usiadłam na przeciw niego, nucąc przebój, który wylewał się z głośnika. Próbowaliście się kiedyś komuś przyjrzeć w taki dyskretny sposób, żeby ta druga osoba się nie zorientowała? Oczywiście, ta osoba, zawsze spojrzy prosto na was. Uśmiechnęłam się i odwróciłam wzrok, by po chwili jednak znowu na niego spojrzeć. Zrobił to samo.
Jak dzieci.
A potem lokal zaczęła rozgrzewać Macarena. Wszystkie skoczyłyśmy na parkiet, koleżanki zaczęły mnie podpuszczać, żebym wzięła naszego nowego kolegę. To się wróciłam, stwierdziłam ,żeby tyle nie pił i poszedł z nami na parkiet.
Ponoć jeśli zaskoczy się człowieka, nie ma szans, żeby ten się nie zgodził.
Zadziałało.

Na parkiecie nawet nieźle mu szło.
Jednak gdy się odezwał...
Wyglądał na inteligentnego, obytego człowieka. To dlaczego na pięć pierwszych słów jakie wypowiedział dwa był niecenzuralne?
Nie twierdzę, że każdy ma mówić w kwiecisty i ultra wyszukany sposób. Do tego trzeba mieć talent, inaczej można się zbłaźnić. Ale na litość Boską... To co widziałam, a to co słyszałam było w takiej sprzeczności, że aż nie chciało mi się wierzyć.
Może teraz to on dawał mi znaki, że nie chce się ze mną zaprzyjaźniać?
Możliwe, ale to wystarczyło, żeby się po prostu nie odzywał.
Albo zmienił stolik. Przy barze były wolne miejsca.
Nie bywam nadgorliwa.

I tak oto ten piątkowy wieczór przypomniał mi kilka starych prawd:
- nie wszystko złoto co się świeci
- nie sądź po pozorach

Z kolei inne wydarzenie zmusiło mnie do przypomnienia sobie sentencji, którą muszę powtarzać sobie jak mantrę "nie zapalaj się, nie zapalaj się, niezapalaj się, niezapalajsię...."

wtorek, 27 stycznia 2009

Cztery nowe prawa

Ostatnie dni spowodowały, że pokusiłam się o sformułowanie następujących praw:

1. Nie zakładaj, że jeśli zostaniesz o coś poproszona, to od razu oznacza, że faktycznie Ty masz to zrobić. To dopiero wstęp do dalszego przetargu, jak się później okaże.
2. Nie zakładaj, że to co Tobie wydaje się oczywiste, będzie tak samo oczywiste dla innych.
3. Tym bardziej nie zakładaj, że osoba, która pchnęła Cię w maliny (celowo omijam słowo "wpuścić", bo chyba(?) nie było to zagranie celowe ze strony tej osoby), spróbuje potem, choć odrobinę, sytuację wyprostować. Raczej spodziewaj się ciosu w plecy o wartości 10k6 + szansa na trafienie krytyczne. ("Bo ja myślałem, że się podzielicie..." -> przy okazji ponownie przypomnij sobie treść drugiego prawa!)
4. Czegokolwiek byś nie robiła i tak zawsze będziesz wszystkiemu winna.

Wniosek? Czas najwyższy przestać się starać i przejmować skoro, i tak zawsze d**a z tyłu, jak to mówi mądrość ludowa.

sobota, 3 stycznia 2009

Ludzie komety

Zwiedzają galaktyki. Mijają księżyce i słońca. Komety – okruchy lodu przebiegające kosmos. Ich odłamki ranią powierzchnie gwiazd. Mniejsze planety rozbijają się o nie, większe wytrącają z toru. Oglądają rozpady światów i narodziny supernowych.
Czasem ich drogi zbiegają się z orbitami innych ciał niebieskich. Razem. Przez chwilę. W tym samym kierunku.
Zawsze, same dla siebie wszechświatami. W ciemności.

Co się stanie gdy zderzą się dwie komety?
Widziałeś kiedyś jak płonie lód?

Ludzie komety...


Ten wpis widziałam na stronie Konika Morskiego.
Okropnie mi się podoba i wiele razy do niego wracałam.
Jest w nim coś magicznego i coś... znajomego?
I kiedy już przyzwyczaiłam się myśleć o sobie per "kometa", końcówka roku kazała mi to przemyśleć.

Najpierw poczułam się jak bohater "Czterech wesel i pogrzebu", kiedy mój pewien znajomy przyniósł mi zaproszenie na swój ślub. Wysypało się tego. Ale co ważniejsze, że w ogóle pomyśleli o tym, żeby mnie zaprosić, kiedy ostatni raz widziałam go... żeby nie skłamać... cztery lata temu?

Później telefon. Zaspana odebrałam i słyszałam świetną imprezę po drugiej stronie. Młodzi medycy urządzali sobie wieczorek rozrywkowy i wzięło ich na wspominki pierwszego roku.
I wyskoczyłam im ja w tych wspomnieniach.
Nawet mimo bycia zaspaną, zrobiło mi się miło.

I na sam koniec, w Sylwestra, zadzwonił telefon. Gdy zerknęłam na wyświetlacz pomyślałam, że to jakaś pomyłka. Ale nie, to nie była pomyłka. Dzwonił kolega z którym urwał mi się kontakt jakieś... pięć lat temu? Sam ledwo mógł uwierzyć, że jeszcze miałam jego numer w książce telefonicznej, podobnie jak ja, że jeszcze mój mu się gdzieś uchował.

Zabawne uczucie, kiedy ktoś mówi, że dzięki mnie czegoś dokonał.
Nagle dociera do mnie, że chociaż może i dzielą nas setki kilometrów, i jawię się jako linijki tekstu to mimo to, mogę mieć wpływ na czyjeś życie.
Zanim jednak stwierdzę, że oto mam misję niczym Amelia i mam nieść radość innym ludziom (uwielbiam ten film, jest jak balsam na duszę) trochę ostudzę swój zapał.
Już kiedyś przypadkowo spotkałam kolegę, którego dawno nie widziałam. Wymieniliśmy mejle, obiecaliśmy, że będziemy do siebie pisać i co? Wciąż czekam aż mi odpowie na mejla.
Teraz też nie roję sobie, że oto z tym sylwestrowym znajomym wrócimy do tak częstych kontaktów jak to było kiedyś. Nie żebym nie chciała.
Po prostu w to nie wierzę.

Ale mimo to...ciekawe jak będzie wyglądać pierwszy tydzień lipca tego roku...?

PS. W notatniku pojawiły się dwie nowe kartki. Twórczy początek roku.