sobota, 3 stycznia 2009

Ludzie komety

Zwiedzają galaktyki. Mijają księżyce i słońca. Komety – okruchy lodu przebiegające kosmos. Ich odłamki ranią powierzchnie gwiazd. Mniejsze planety rozbijają się o nie, większe wytrącają z toru. Oglądają rozpady światów i narodziny supernowych.
Czasem ich drogi zbiegają się z orbitami innych ciał niebieskich. Razem. Przez chwilę. W tym samym kierunku.
Zawsze, same dla siebie wszechświatami. W ciemności.

Co się stanie gdy zderzą się dwie komety?
Widziałeś kiedyś jak płonie lód?

Ludzie komety...


Ten wpis widziałam na stronie Konika Morskiego.
Okropnie mi się podoba i wiele razy do niego wracałam.
Jest w nim coś magicznego i coś... znajomego?
I kiedy już przyzwyczaiłam się myśleć o sobie per "kometa", końcówka roku kazała mi to przemyśleć.

Najpierw poczułam się jak bohater "Czterech wesel i pogrzebu", kiedy mój pewien znajomy przyniósł mi zaproszenie na swój ślub. Wysypało się tego. Ale co ważniejsze, że w ogóle pomyśleli o tym, żeby mnie zaprosić, kiedy ostatni raz widziałam go... żeby nie skłamać... cztery lata temu?

Później telefon. Zaspana odebrałam i słyszałam świetną imprezę po drugiej stronie. Młodzi medycy urządzali sobie wieczorek rozrywkowy i wzięło ich na wspominki pierwszego roku.
I wyskoczyłam im ja w tych wspomnieniach.
Nawet mimo bycia zaspaną, zrobiło mi się miło.

I na sam koniec, w Sylwestra, zadzwonił telefon. Gdy zerknęłam na wyświetlacz pomyślałam, że to jakaś pomyłka. Ale nie, to nie była pomyłka. Dzwonił kolega z którym urwał mi się kontakt jakieś... pięć lat temu? Sam ledwo mógł uwierzyć, że jeszcze miałam jego numer w książce telefonicznej, podobnie jak ja, że jeszcze mój mu się gdzieś uchował.

Zabawne uczucie, kiedy ktoś mówi, że dzięki mnie czegoś dokonał.
Nagle dociera do mnie, że chociaż może i dzielą nas setki kilometrów, i jawię się jako linijki tekstu to mimo to, mogę mieć wpływ na czyjeś życie.
Zanim jednak stwierdzę, że oto mam misję niczym Amelia i mam nieść radość innym ludziom (uwielbiam ten film, jest jak balsam na duszę) trochę ostudzę swój zapał.
Już kiedyś przypadkowo spotkałam kolegę, którego dawno nie widziałam. Wymieniliśmy mejle, obiecaliśmy, że będziemy do siebie pisać i co? Wciąż czekam aż mi odpowie na mejla.
Teraz też nie roję sobie, że oto z tym sylwestrowym znajomym wrócimy do tak częstych kontaktów jak to było kiedyś. Nie żebym nie chciała.
Po prostu w to nie wierzę.

Ale mimo to...ciekawe jak będzie wyglądać pierwszy tydzień lipca tego roku...?

PS. W notatniku pojawiły się dwie nowe kartki. Twórczy początek roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz