Ponoć z rodziną dobrze to wychodzi się tylko na zdjęciu i to pod warunkiem, że stanie się w środku, bo inaczej wydrą.
Jest kilka sposobów by temu zapobiec. Pierwszy to mieć z nimi dobre stosunki, co nie bywa łatwe. Mój sposób jest inny. Mieszkaj na drugim krańcu kraju i wpadaj na dwu- góra trzydniowe odwiedziny.
W tak krótkim czasie nie jest łatwo innych zdenerwować, poza tym nikt nie czuje się zmęczony obecnością gościa.
Oni najpierw mi wypomną, że skoro już przyjeżdżam tak rzadko, to chociaż bym została na dłużej.
Na co odpowiadam, że pociągi jeżdżą też w drugą stronę i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to wreszcie oni kiedyś odwiedzili mnie.
A potem streszczenia tego co się dzieje.
Po tym wszystkim, spotkanie z Mistrzynią Rebusów.
Pamiętasz Iksińskiego? Tego co to jego ojciec był kimś-tam. Wiesz, miał taką dziwną matkę, co to przyjaźniła się z Igrekowską. Wiesz z tą Igrekowską co to mówiłaś, że głupia jakaś i zawsze chodziła w takim grubym płaszczu...itd.
To jest przykład rebusu mojej Babci.
Co ciekawe, Mama jakoś jeszcze sobie z nimi radzi, może i zamyka tabelę wyników, ale chociaż się łapie na jakiekolwiek punkty. Ja z kolei jestem zupełnie wykluczona z rozgrywek.
W każdym razie obraz miasteczka według relacji Babci jest dość monotonny. Większość bohaterów jej zagadek to: pijak, złodziej lub kurwa. Przy czym te trzy cechy raczej nie występują jednocześnie.
Czy jest Nadzieja?
Chyba tak. Bo miasteczko, gdzie poprawczak, więzienie i szpital psychiatryczny są przemieszane z czterema kościołami (pięcioma, jeśli liczyć przerobioną bożnicę żydowską), utonęło w kwiatach.
Miejski ogrodnik naprawdę się spisał, klomby wyglądają bardzo optymistycznie.
Ale jedno mnie zasmuciło, a mianowicie likwidacja budki z lodami, gdzie je kupowałam odkąd pamiętam. Strasznie wyświechtane to co powiem, ale nie sposób tego inaczej skomentować niż jako symboliczny koniec pewnej epoki.
Naprawdę wyświechtanie to zabrzmiało. Brrr...
Myślałam, że jeszcze jedna rzecz się zmieniła, mianowicie moja odporność na autobusy linii 14. Ten numer był zawsze dla synonimem straszliwego cierpienia i walki z własną słabością. Albo wcześniejszego wysiadania, bo robiłam się całkiem zielona.
Miałam nadzieję, że moja szczątkowa odporność nabyta na trasie do domu i z powrotem uodporni mnie.
Nic z tego.
Kiedy następna wyprawa?
Wygląda, że już w czerwcu.
Podskoczy mi częstotliwość wizyt.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz