środa, 26 grudnia 2007

"Maska Zdrajcy", odsłona pierwsza

Ocean, który zalągł się w mojej głowie, próbuje znaleźć ujście.
Przez nos.
Są święta a ja mam katar.
Mam też wreszcie "Maskę Zdrajcy".
I mieszane uczucia.
Pierwsze co się rzuca w oczy - poprawiona szybkość zapisu. Odbywa się to naprawdę szybko.
Parę nowych klas, ras, takie tam...i tak wybiorę tieflinga a jako klasę złodziejkę.
Szkoda, że nie dołożyli kilku nowych twarzyczek...

Postać stworzona, mogę zacząć grę!
Cholera, silne te stwory.

I o co chodzi z tą klątwą?!
Przegięli....nie podoba mi się to.

Niby ta odsłona miała być bardzo mroczna.
Albo mam za wysoki poziom gammy, albo jestem na początku początków, bo mi średnio mroczne się wydaje. Albo oczekiwałam zbyt wiele? Może jak ukończę to zmienię zdanie?

Hmm, podoba mi się jeden z towarzyszy, Gann, szaman dusz. Wreszcie godny następca Valena Shadowbreath'a z Hord Podmroku! Nie żeby był lepszy od niego, ale nareszcie ktoś chociażby równie interesujący. Wbrew pozorom, główny sercołamacz z NWN2, Bishop, jakoś mi do końca nie leżał. Właśnie...romanse...
Wreszcie dostałam się na serwer. Ojj posucha czeka mą bohaterkę, bo pozwolę sobie zacytować "Gdzie te chłopy?!". Stworzyłabym sama amanta, ale z przyczyn technicznych nie dam rady grać dwiema postaciami równocześnie. Poza tym groziłoby mi jeszcze całkowite pomieszanie zmysłów jak bohaterowi "Przez ciemne zwierciadło"(wreszcie obejrzałam....stwierdzam, że łatwiejsze w odbiorze niż książka...choć równie dobrze mogłam być zbyt młoda gdy się za nią zabierałam). Zatem amanta tworzyć nie będę...a przynajmniej nie teraz... Ciekawostka. Jeśli widzisz postać dziewczyny, która ma emotki w stylu "potrząsnęła główką", "ruszyła nóżką" w ciemno strzelam, że animuje ją chłopak/mężczyzna. Czemu oni tak zdrabniają? To dziewczyna nie ma już nogi albo głowy? Poza tym trochę dziwnie brzmi, gdy poważna paladynka mówi "głosikiem". Co ona myszka jakaś czy heroina zdolna wymachiwać wielkim mieczem?
A może się zwyczajnie czepiam przez ten katar?

sobota, 15 grudnia 2007

A zapowiadało się tak fajnie...

Rewelacja.

Dwa tygodnie posuchy bez grania, ale nic, bo przecież wrócę do domu i sobie wreszcie pogram. "Maska Zdrajcy" zamówiona, czekam tylko kiedy przyślą.
Jest sobota, tydzień po złożeniu zamówienia a gry nie ma. W tym samym czasie na serwerze dokonywane są wiekopomne zmiany i mogę sobie tylko popatrzeć na ekran.
Bo bez "Maski..." nie zagram.

Świetnie.

Nie tylko PKP, po zmianie rozkładu ma u mnie tyły, dołącza do tego także Poczta Polska.
Znajomy, chcąc mi pomóc doradza bym olała przesyłkę i poszła kupić, bo przecież MM, Empik czy Tesco mają już. Hm, żadnego z tych sklepów nie mam u siebie, poza tym mam tę wredną cechę charakteru, że się zaperzam i obrażam, i nie próbuję nawet szukać wyjścia z sytuacji.
Ale mam nauczkę, nigdy więcej nie zamawiaj, idź i kup dziewczyno, to najpewniejsze...

poniedziałek, 10 grudnia 2007

"Wyłączyć nam prąd i nas nie ma"

"Imperium zmysłów"
Wystawa artystów z Katedry Intermediów ASP w Poznaniu.
http://www.starybrowar.pl/sztuka/imperiumzmyslow

Tytuł przywodzi na myśl skandalizujący film Nagisy Oshimy, ale to "tylko" tytuł wystawy Katedry Intermediów poznańskiej ASP.

Moja współlokatorka, studentka ASP zaciągnęła mnie na to. Ona nie jest z intermediów, po prostu miała jakieś swoje sprawy do załatwienia tam.

Załapałam się na część prelekcji.
Wreszcie, wystawę uważam za otwartą...

Co to za cholerny hałas na schodach? Kroją tę babę, czy tylko obdzierają ją ze skóry? Mam ochotę zerwać głośnik i skakać po nim, byle uciszyć te irytujące dźwięki.
Pierwsze pomieszczenie, pierwszy eksponat - wielki szkic. Niby to erotyczny, ale jeszcze nie pornograficzny, bo to wszystko miękką kreską, niby przez dziecię proste i niewinne malowane. Jeśli moje dziecko zaczęłoby coś takiego rysować (gdy byłoby jeszcze w wieku przed "uświadomieniem") uważnie przyjrzałabym się jego lekturom ewentualnie programom telewizyjnym, które ogląda...
A potem...stojak z kieliszkami wina. Od jego zapachu aż zakręciło mi się w głowie... Pewnie każdemu (laikowi) na ten widok przebiegły przez myśl dwa pytania
- czy ktoś miałby coś przeciw, jakby sobie jedne kieliszek łyknąć?
- dlaczego nikt nie domył kieliszków?!
Następna instalacja miała w tytule las. Na trzech ekranach były wyświetlane filmy przyrodnicze. Hmm. A nie lepiej włączyć sobie Animal Planet i "Najzabawniejsze Zwierzęta Świata"? Albo National Geographic HD? Skoro już mam oglądać pasącego się strusia, to niech chociaż widzę także pchły biegającego w jego krótkiej eee sierści, pierzu?
Z innych ciekawostek to należy wymienić prezentację, gdzie ekran wypełniał pomidor (albo dynia, zdania są podzielone) leżący na nagim brzuchu i poruszający w rytm oddechu kobiety. Niestety nie znalazłam opisu, co to miało oznaczać.
Kolejną ciekawostką był układ kół zębatych. Zaraz na myśl przyszły mi zabaweczki z Syberii. Fajne to było. Ale jak poczytałam, że jest to alegoria zdobywania wiedzy, gdzie uczeń jest wepchnięty w tryby maszyny, pomyślałam z przekąsem, że z głośników powinno jeszcze lecieć "Another Brick in the Wall part 2" Pink Floyd, z pamiętnym refrenem "We don't need no education". Ale może wtedy to byłoby zbyt dosłowne...?
Kolejna ciekawostka - impresje z pobytu w Stanach. Instalacja wideo - chłopak wchodzi na wzgórze, strzela i schodzi. Napisy końcowe.
Przynajmniej krótkie.
Zaintrygowała mnie prezentacja, gdzie nagrane studentki czytały poezję Michała Anioła. Szkoda, że nic nie było słychać, bo może robiły to w specyficzny sposób? Według opisu, każda czytała wiersz, który był dopasowany do jej charakteru a tak w ogóle to chodziło o bunt, że młode artystki są wciąż duszone niejako przez duchy wielkich artystów mężczyzn, jak choćby Michał Anioł.
Czasem żałowałam, że czytałam o o chodzi, bo owo tłumaczenie zupełnie rujnowało mi efekt. Nawet jeśli praca mi się spodobała, to gdy przeczytałam "co autor miał na myśli", odchodziłam, rozczarowana?, pełna zwątpienia? Z poczuciem, że przesadzają? Albo z czymś takim.
Jak przy zdjęciach z księdzem z perłami zamiast zębów, albo z gołębiem sterowanym zdalnie.
Mówi się, że najlepsze jest zawsze na końcu...wideo przedstawiające zabiedzonego chłopaka, który biczuje się, bo nie wykonał pracy zaliczeniowej. Horror.

Obawiam się, że długa droga przede mną, by zrozumieć Sztukę. Zacznę malutkimi kroczkami, bo przy dużych można się, jak widać, potknąć.

niedziela, 9 grudnia 2007

"Konstelacje"

Lubię książki Davida Mitchell'a. Pamiętam, że kiedyś przeczytałam, bodajże w "Newsweeku", recenzję "Snu_numer_9" i zaintrygowała mnie ta książka. Wszak, że przykładowy fragment udostępniony w księgarni internetowej trochę ostudził mój zapał, ale zaryzykowałam i kupiłam.
I nie żałowałam.
Do przygód młodego Mijakiego zagubionego w Tokio wracam często i chętnie. Fanstamagorie młodego chłopaka, zgadywanki co się naprawdę stało a co nie, no i przede wszystkim ciekawość, czy Eidżi odnajdzie ojca, powodują, że trudno mi się od niej oderwać.
Potem poznałam "Widmopis".
Chociaż "Widmopis" był napisany przed "Snem...", u nas został wydany później. 9 opowiadań, każde pozornie niezwiązane ze sobą, a jednak... jak jedna, wielka kosmiczna układanka, która nabiera sensu dopiero wtedy, gdy patrzy się na nią z dużej odległości. Zawsze zastanawiam się, czy młody saksofonista z jednego z opowiadań, to nie "pra-wcielenie" Mijakiego.
A potem, niesamowita książka-wahadło, jeden wielki fajerwerk stylistyczny, "Atlas Chmur". Każde opowiadanie dzieje się w innej epoce, każde z nich utrzymane w innej stylistyce.
Każde wciąga jak jasna cholera.
Najpierw poznaje się połowę historii, aż dojdzie się do końca czasu a potem, wahadło cofa się i poznaje się resztę, która, znowu!, zazębia się w tajemniczy sposób ze sobą, tworząc kosmiczny wzór.

I nagle czytam, że "Black Swan Green", czyli, właśnie "Konstelacje" mają opowiadać o nadwrażliwym chłopcu.
Nie lubię historii, których bohaterami są nieletni. Po prostu nie lubię i tyle.
Kupić, nie kupić?
To przecież Mitchell, do licha, kup!

Jason, owszem, ma bardzo wrażliwą duszę, ale i jest bystrym obserwatorem. Poza tym chce być popularny w szkole i ma typowe problemy dla dzieciaków w swoim wieku (choć nie pamiętam, czy całowałam się w wieku trzynastu lat, coś mi się wydaje, że jeszcze nie).
Może i czasem Jason wydaje się wygłaszać zbyt światłe sądy jak na tak młodego człowieka, ale nie zmienia to faktu, że "Konstelacje" naprawdę dobrze się czyta. Lubię u Mitchell'a to, że pojawiają się w jego kolejnych powieściach, bohaterowie z poprzednich. Tym razem nie jest inaczej. Niby takie nic, a jednak cieszy, pozwala wyczuć pewną kontynuację w twórczości pisarza, choć przecież każda książka jest o czymś innym(?).

Davidzie, czekam na następne!

poniedziałek, 3 grudnia 2007

3:10 do Yumy

Western nigdy specjalnie do mnie nie przemawiał. Bezdroża Dzikiego Zachodu nigdy nie zaprzątały mi głowy, pojedynki rewolwerowców, nie działały na wyobraźnię. Ale na film poszłam.
Zachęciły mnie recenzje.
No i Christian Bale.
Russell Crowe istnieje dla mnie tylko w jednym filmie, w "Gladiatorze" właśnie. Rola twardego, starożytnego generała była IDEALNA dla niego. W innych...nie leżał mi. Po prostu nie i tyle.
Już wiem, że Crowe nie będzie mi się tylko kojarzył z Maximusem, ale także z Benem Wade'm, łajdakiem jakich mało. Jego niski, wibrujący głos(oj chciałabym go kiedyś w dubbingu usłyszeć, oj chciałabym...), przenikliwe spojrzenie, gładka gadka i wieczny, ironiczny uśmieszek idealnie współgrają z postacią jaką gra. Jest wredny, ale i na swój sposób uczciwy. Szanuje ludzi, którzy mają zasady i się ich w życiu trzymają. Takich jak bohater grany przez Bale'a, cichy, ranczer, którego prześladuje pech, a który jest gotów podjąć każde ryzyko, by zapewnić rodzinie godne życie.
Starcie tych dwóch jednostek, złoczyńcy i dobrego obywatela, nie pozwala oderwać się ani na chwilę od ekranu. Czy złoczyńca się nawróci? Czy prawy obywatel dla się złamać?
To po prostu trzeba zobaczyć.

czwartek, 29 listopada 2007

Angielski

Nauczanie innych to przygoda.
Od października jestem lektorką (ach, to brzmi dumnie) języka angielskiego w pewnej szkole języków obcych. Hasło "lektorka" jest może w tym przypadku trochę na wyrost, bo wciąż jestem studentką, ale staram się jak mogę.
Choć obawiam się, że moje starania i tak na nic się nie zdadzą.
Mam dwójkę maturzystów, bardzo fajni chłopcy,ale oni nie znają języka. Nie potrafią mówić, nie potrafią pisać i mają mały zasób słów. A wbrew pozorom, nawet matura na podstawowym poziomie, wcale nie jest prosta. Trzeba przecież przeczytać tekst (i zrozumieć go!), by następnie odpowiedzieć na pytania. Trzeba napisać dwa teksty i jeszcze porozmawiać z komisją.
Nie mają szans na zdanie matury i za każdym gdy ich widzę, jest mi bardzo przykro z tego powodu. I za każdym razem jedno mnie zastanawia....jak oni doszli do klasy maturalnej? Jak są prowadzone ich lekcje angielskiego, że chociaż poziom ich wiedzy jest zatrważająco niski, to jednak zdali i są w ostatniej klasie?
Myślę, że dzielenie na grupy według poziomu zaawansowania powinno być obowiązkowe i uczeń na angielski, zamiast ze swoją klasą, chodziłby ze swoją grupą. Miałam szczęście uczyć się w takim systemie i bardzo go sobie chwalę, bo wszyscy byliśmy na jednym poziomie i było wiadomo co można z nami zrobić. Co już umiemy, a nad czym trzeba jeszcze popracować. A w klasie, kiedy ktoś już coś wie a inny nic, jak wypośrodkować poziom? Jak to zrobić, by ten co już coś wie, nie nudził się i jednocześnie ten, który nie wie nic, cokolwiek wyniósł z lekcji? To przecież niewykonalne.

czwartek, 15 listopada 2007

Praca magisterska

Pisanie pracy magisterskiej jest straszliwie czasochłonne. Ileż to się muszę naczytać, by napisać parę linijek tekstu! A potem i tak mam to dziwne uczucie, że to co napisałam to bajka a nie poważna praca naukowa. Może należałoby rozluźnić trochę te sztywne kanony, wpuścić trochę powietrza? Może promotorowi i recenzentowi czytałoby się lżej? Bo przecież kto powiedział, że to co naukowe musi być napisane z zadęciem i za pomocą pseudonaukowego bełkotu?
Mam nadzieję, że nie powie mi tego mój promotor...

środa, 14 listopada 2007

Wiedźmin

Intensywna kampania reklamowa, artykuły niemalże co miesiąc w prasie komputerowej i fakt, że bardzo podobał mi się cykl opowiadań/książek o Geralcie, wszystkie te czynniki spowodowały, że egzemplarz "Wiedźmina" stanął i u mnie na półce.
Po modlitwach, w intencji by gra ruszyła na moim sprzęcie, uruchomiłam ją. Film otwierający, mocno streszczający treść pierwszego powiadania o wiedźminie, robi wrażenie. Od razu widzę, że Geralt to nie byle domorosły bohater, ale prawdziwy specjalista w swoim fachu.
A potem oglądam ekran ładowania. Jedna, dwie...ileś chwil później i gram!
Fabuła zaczyna się pięć lat po wydarzeniach z książki. Geralt ciężko ranny i z amnezją trafia do Kaer Morhen, czyli misja-samouczek. Pierwsza walka i możliwość popatrzenia na różne style walki. Na początku za dużej tej różnicy nie widać, ale wraz z rozwojem bohatera, style wyraźnie się różnicują. Potem zdarzało mi się specjalnie Geralta wpychać w niebezpieczne rejony by nacieszyć oczy animacjami walk. Wiedźmin zabija paskudnie i to widać. Krew sika, kończyny fruwają a przeciwnicy jęczą. Napisałabym, że "coś pięknego", ale trochę dziwaczny może mieć to wydźwięk.
Słówko o języku i "klimacie". Język jest dosadny, słowa powszechnie uważane a wulgarne, słyszę na prawo i lewo. Ale spora dawka humoru powoduje, że słucham tego pokładając się ze śmiechu. Geralt to cyniczna bestia (sic!), która potrafi wykorzystać (nomen omen) nastrój rozmówcy by uzyskać to co chce. Napisałam "rozmówcy"? Przepraszam, miałam na myśli rozmówczyni. Chociaż na twarzy ma szpetne (?) blizny po cięciu mieczem, spojrzenie zakapiora i wykonuje zawód, który ludzi skutecznie potrafi odstraszyć, to od bab się Geralt musi wręcz odganiać. A że cnotliwy nigdy nie był...choć mógłby być. Gdy gram, cały czas toczę bój sama ze sobą o to czy zostawić Geralta takim "książkowym" (albo chociaż próbować tego dokonać) czy też prowadzić go jak ja go sobie wyobrażam. Ciekawa jestem ilu jeszcze graczy ma ten sam dylemat i często zastanawia się "Czy Geralt by to zrobił?" zamiast "Czy mam ochotę to zrobić?". Czasem może lepiej nie znać pierwowzoru...
Nie jest niestety tak, iż "Wiedźmin" jest absolutnie pozbawiony wad. Długi okres wczytywania to jedno, druga, dość irytująca rzecz to mała ilość modeli. Bezosobowy tłum na mieście może sobie w miarę jednakowo wyglądać, ale gdy część bohaterów, którzy mają wpływ na fabułę, wygląda tak jak reszta tłumu to zaczyna się robić dziwnie. Wszak, na upartego nie jest to nic, co by mocno przeszkadzało w rozgrywce, ale...diabeł tkwi w szczegółach jak mówią.

Na koniec tylko jedna uwaga. Bardzo podoba mi się głos aktora, który mówi rolę Geralta. No ma to coś w głosie... Podobnie jak pan, który użyczał głosu detektywowi Raymondowi...Ech...

Ciekawostką jest to, że wszystkie babcie mówią jednym głosem.

środa, 7 listopada 2007

Sezon 2007

Czwartego listopada 2007 roku zakończył się kolejny sezon motocyklowych mistrzostw świata. Sezon zaskakujący, z paroma naprawdę dobrymi wyścigami. Ale po kolei..

125cc
Gdy zeszłoroczne tuzy jak Bautista, Kallio czy Luthi, przenieśli się o klasę wyżej, stworzyli lukę, która musieli wypełnić inni młodzi-zdolni. Zespół Aspara, jak zwykle, pokazał się z jak najlepszej strony, ich zawodnicy regularnie kończyli w czołówce, bywało, że całe podium należało do nich.
Katastrofalny początek sezonu miał Mattia Pasini. Na, bodajże 6 pierwszych wyścigów, 5 miał nieukończone, przy czym tylko jeden nieukończony z własnej winy. Reszta DNF-ek z powodu awarii motocykla. Później, Mattia zaliczył istny pochód chwały. Nie tylko wciąż wygrywał pierwsze pole startowe, ale i wyścigi, szybko pnąc się w górę klasyfikacji. Szkoda, że sama końcówka sezonu w jego wykonaniu była trochę słabsza (choć wciąż dojeżdżał wysoko), bo zapowiadało się na naprawdę kosmiczny awans z mroków klasyfikacji generalnej na, nawet trzecie miejsce.
Lukas Pesek także może zaliczyć ten sezon do całkiem udanych. Zawsze gdzieś się w czołówce pojawił, jakieś zwycięstwo się trafiło, szkoda tylko tych paru słabszych wyścigów w jego wykonaniu.
Inny zawodnik, który mnie bardzo zaskoczył w tym sezonie to Simone Corsi. Miał naprawdę parę bardzo dobrych wyścigów, w których pokazał pazur a przede wszystkim świetna jazdę. Muszę uważniej mu się przyglądać w następnym sezonie. Największym zaskoczeniem jest dla mnie Tomoyoshi Koyama. Niby trochę w cieniu, no, czasem na podium, ale punkty regularnie, nawet bardzo regularnie zbierane dały mu trzecia lokatę!
Mistrzem świata został Węgier, Gabor Talmacsi, drugie miejsce zajął Hector Faubel, obaj z teamu Aspara.

250cc
Nigdy nie rozumiem jak to ie dzieje, że a klasa jest regularnie zdominowana przez jednego zawodnika. W tym roku był to znowu Jorge Lorenzo. Wiadomo już, że nie zdominuje tej klasy po raz trzeci, jako, że od przyszłego roku startować będzie w klasie królewskiej.
Tym, który najusilniej próbował Hiszpanowi wyrwać tytuł, był Włoch Andrea Dovizioso. Cóż, przy bardzo agresywnym stylu jazdy Hiszpana, "łagodna" jazda Andrei nie bardzo się sprawdzała,choć muszę przyznać, że były wyścigi, kiedy to Andrea pokazał, że on też się krewkim Południowcem i nie sprzeda tanio skóry. Obym jak najczęściej go oglądała w takim właśnie wydaniu!
Bardzo rozczarował mnie Alex de Angelis. Zawsze był to dla mnie swoisty "cudotwórca" na torze. Jeśli coś dziwnego miałoby się zdarzyć, to na pewno on by tego dokonał...Może i ukończył sezon na dobrym, trzecim miejscu, ale wydawał się strasznie mdły w tym sezonie, jakby uszła z niego para.
Za to tytuł szaleńca roku wręczyłabym Alvaro Bautiście. Miał naprawdę przebłyski bardzo dobrej jazdy ale i najwięcej przypadków jazdy na granicy fair-play. Wciskał się wszystkim straszliwie, parę razy wszystkim podnosząc ciśnienie. Za to minus!

Motogp
Otwarcie sezonu było jak trzęsienie ziemi, ale potem napięcie jeśli rosło, to niestety niekoniecznie przez wyścigi. Wyścig w Katarze, wyjazd na prostą i obraz, który głęboko wbił mi się w pamięć - czerwone Ducati zostawiające za sobą Yamahę Rossiego z dziecinną wręcz łatwością. No ale jak różnica prędkości maksymalnych była wynosiła 15km/h to nie ma się czemu dziwić. Ale wszyscy się spodziewali, że na krótkich torach będzie lepiej, że straszliwe Ducati nie będzie miało gdzie rozwinąć skrzydeł.
Sromotnie się wszyscy pomylili, na czerwoną maszynę Stonera nie było w tym roku silnych. To co wyprawiał na nowej 800-tce, przypominało mi to, co z rywalami wyprawiał przed paroma laty Rossi na nowej 990-tce. Po prostu robił z nimi co chciał. Ale to nie tylko wolne serce Yamahy miało być przeszkodą w odzyskaniu tytułu przez Doktora. Coraz głośniej zaczęto mówić o oponach i o tym, że Micheliny w tym roku po prostu do niczego się nie nadają. Nie wytrzymują trudów wyścigu, nie dają dobrej przyczepności..nic tylko je na śmietnik. Jaka jest skala problemu pokazał wyścig na kalifornijskim torze Laguna Seca, gdzie Vale, dojeżdżając na 4 pozycji był około 30 sekund za liderem, Stonerem.
Ciężkie czasy przyszły dla Yamahy. Nowy silnik z pneumatycznymi zaworami też nie poprawił sytuacji, bo... zepsuł się. A konkurencja nie spała. Suzuki pokazało się z naprawdę dobre strony. Byli szybcy i skuteczni. No i mieli Bridgestony. To samo z Kawasaki. Tylko Honda i Yamaha na Michelinach dostawały srogie baty. Choć, Honda szybko wyciągnęła nauczkę ze swoich niepowodzeń i ich maszyna w drugiej części sezonu zaczęła się spisywać nadwyraz dobrze, podczas gdy Yamaha kręciła się w kółko ze swoimi problemami. Wypadek Rossiego podczas treningu kwalifikacyjnego w Valencii i awaria jego motocykla w trakcie wyścigu, do którego ruszył z popękaną prawą ręką, przelały czarę goryczy - Vale stracił drugie miejsce na rzecz Daniela Pedrosy a Yamaha dobre miejsce wśród konstruktorów i teamów.
Szkoda, że tak mało było dobrego ścigania w tym roku w tej klasie. Casey, który wygrał wszystko co mógł po prostu zawsze uciekł na początku i nikt nie mógł go już dogonić, mało, oj mało było wyścigów, że naprawdę musiał walczyć. Szkoda. Mam nadzieję, że w przyszłym sezonie wszyscy wezmą się ostro do pracy i będę oglądać wyścigi, gdzie o pierwszą lokatę walczyć jak lwy będą Rossi, Stoner i Pedrosa. Każdy z nich potrafi jeździć szybko i żaden nie uznaje słowa "odpuszczę". Taki wyścig to dopiero byłaby gratka....szkoda że w tym sezonie takich prawdziwych thrillerów można było zliczyć na palcach jednej ręki.
Właściwie od samych wyścigów ciekawsze było to co działo się przy okazji, czyli wielka wojna oponiarska. Widząc co się dzieje, czyli wychodzące tłumy, gdy zawodnicy jeździli w stałych odstępach i nic nie działo się na torze, albo słysząc ciągłe narzekania zawodników, zaproponowano wprowadzenie reguły jednego dostawcy dla wszystkich. Tylko kogo wyrzucić, kiedy trzy firmy się zadomowiły? Wreszcie w ciężkich bólach, urodził się kompromis - zasady zostają, tyle, że powiększono limit opon z których zawodnicy mogą wybierać. Złośliwe głosy mówią, że wszystko tylko dlatego się uspokoiło, bo Rossi wreszcie dostał Bridgestony. Będzie on jedynym kierowcą Yamahy korzystającym z tych opon. Reszta, będzie jeździła na Michelinach, zatem w przyszłym sezonie boks Yamahy będzie przedzielony gustowną ścianką.

Jak zawsze, nie zabrakło spektakularnych transferów.
Loris Capirossi, o tym gdy dowiedział się z trzeciej ręki, że zastąpić go w zespole ma Marco Melandri, zdecydował się przejść do Suzuki na miejsce Hopkinsa, który to z kolei włoży zielony uniform Kawasaki. Colin Edwards przechodzi do Yamahy Tech 3, gdzie będzie jeździł wraz ze świeżo upieczonym mistrzem świata SBK, Jamesem Toselandem.
Do SBK odchodzi Carlos Checa, z kolei Alex Barros odchodzi na sportową emeryturę.
Z klasy 250cc przychodzą Jorge Lorenzo (do Yamahy) i Andrea Dovizioso (do Minolty, ale wraz z własnym sponsorem).

Zapowiada się ciekawie...jak co roku.

wtorek, 9 października 2007

Miłość w formacie SMS

Czytałam tytułowy artykuł kilka dni temu i uważałam, że jest w jakiś sposób zatrważająco prawdziwy.
Zrywanie przez SMS, chciałoby się powiedzieć, normalna rzecz dziś, nie wymaga odwagi. Nie ma spoglądania tej drugiej osobie w twarz i wypowiadania TYCH SŁÓW "Że to już koniec". A potem oczekiwania na reakcje, może westchnięcie, może spojrzenie pełne bólu, może płacz. W każdym razie coś, co może nie być łatwe do opanowania. A tak, cisza i niezmącony nadmiernymi przeżyciami spokój.

Załączam gg, mruga koperta. To klikam.
"Po naszym wczorajszym spotkaniu doszedłem do silnego przekonania, że więcej się spotykać nie powinniśmy. Może powinienem Ci to powiedzieć osobiście, ale to chyba nie ma większego sensu. Jestem od dłuższego czasu w kimś zakochany. Liczyłem, że może uda mi się zapomnieć o tej osobie przy Tobie,ale tak się nie stało. Byłoby z mojej strony nieuczciwe dłużej przeciągać naszą znajomość. Przepraszam Cię za zmarnowanie Ci tej, mam nadzieję, niewielkiej ilości czasu. Mam nadzieję że nie sprawiam Ci zbytniej przykrości. Życzę Ci wszystkiego dobrego."

Los bywa złośliwy, prawda?
No ale zawsze to więcej niż SMS i się chłopak wysilił, bo nawet polskich znaków użył (czego ja nie robię). Co nie zmienia jednak faktu, że taka rozmowa powinna się jak najbardziej odbyć twarzą w twarz. A tak? Owszem, mogłabym go zezwać, ale co z tego? Kliknie i zamknie wiadomość nawet bez czytania i tyle. Moja złość trafi w pustkę.
To jest chyba kolejny powód, dlaczego ludzie wybierają ten sposób zakomunikowania pewnych wieści, bo mogą uniknąć "kontrataku", usłyszenia paru gorzkich słów, które byłyby wskazówką co poszło nie tak. A gdyby się ze mną spotkał, musiałby oglądać moje pochmurne spojrzenie i wysłuchać jak wysykuję mu, że jeśli chciał o kimś zapomnieć, to mógł zaopatrzyć się w butelkę wódki i lustro a nie zawracać mi głowę.

Ciekawa jestem cy mi odpisze, bo przecież bez komentarza tego zostawić nie mogłam (a może powinnam była?). Czy jednak podkuli ogon i zniknie tęsknić do "tamtej"...?

niedziela, 7 października 2007

M

M. zawsze mnie zaskakuje.
Już podczas pierwszego wyjścia, które miało na celu zintegrowanie pierwszaków, M. pokazał, że swobodnie czuje się w towarzystwie dziewcząt, by na koniec, pożegnać mnie całusem, który do dziś nie daje mi spokoju.
Różne były nasze ścieżki, od obojętnych po wyglądające na bliskie. "Wyglądające", bo do prawdziwej bliskości dużo nam brakowało. M. potrafi stwarzać pozory, że się otwiera, że oto zaraz da poznać swoje prawdziwe "ja". Nic bardziej błędnego. Pod tą pozorną otwartością jest twardy mur maskowany tylko drobnymi półprawdami.
Nie wiedziałam tego kiedyś...i...i był czas, że gdyby poprosił bym skoczyła z nim na głęboką wodę, zrobiłabym to. Chyba. Ale M. szybko mnie wyleczył z niewiedzy. Nie wiem czy zrobił to specjalnie czy tylko nie przemyślał jak jego zachowanie może zostać odebrane. Nawet jeśli była to zwykła gafa, to wiąz było to coś, nad czym nie można było przejść, ot tak, do porządku dziennego.
Ech słodko-gorzki M...

niedziela, 30 września 2007

Poszukiwanie dachu nad głową i jak się to skończyło.

Październik za pasem, trzeba było zjechać już do Poznania.
Jak to dobrze mieć już dach nad głową, bo jeszcze jakiś tydzień, półtora temu, wcale nie było tak wesoło.
A wszystko zaczęło się od okazji...
Okazją, bo inaczej nie można było nazwać propozycji pana, będącego znajomym taty mojej współlokatorki? Zaoferował nam lokum, bez współlokatorów w remontowanej części kamienicy. Z zapewnieniem, że remont do września się skończy. Do tego należało dorzucić jeszcze bardzo okazyjną cenę za wynajem. Nawet jeśli to miejsce nie wydawało się aż takim rajem na ziemi, to cena + perspektywa pełnej samodzielności, była bardzo nęcąca. Wszystko pięknie, dopóki nie zadzwonił dwa lub trzy dni przez przeprowadzką, z informacją o czynszu i opłatach. I to dużo wyższych od tych na które się umawialiśmy. No to podziękowałyśmy panu i zaczęłyśmy szukać...
O rety, to jest dopiero przygoda!
Ale zanim zacznę opisywać, co widziałam, jedna myśl, która mi się nasunęła.
Otóż wynajem mieszkania dla studentów to rodzaj wolontariatu, to rodzaj próby, który ma wzmocnić hart ducha.Bo przecież student to zło najgorsze, które za nic ma własność drugiego człowieka, wynajmuje tylko po to by niszczyć, niszczyć, niszczyć...
To może lepiej sprzedać lokal w cholerę, po co się zadręczać, czy odkurzacz wciąż działa a ściany wciąż mają ten sam kolor? Cóż...ludzie lubią cierpieć zatem wynajmują i narzekają.

1) Na pierwszy ogień, mieszkanie przy naramowickiej. Nawet fajne, nowe, jasne i ciepłe. Daleko tylko do miasta, ale trudno. Właściwie pawie byłam zdecydowana, gdy okazało się, że nagle siostra wynajmującego nie mgła się zdecydować czy będzie studiowac w Poznaniu czy nie..Hmmm, no to po ptokach.
2) Junikowo. Mam sentyment do tego miejsca, bo długo tam mieszkałam. Pan zaprowadził mnie na tyły, do jakiegoś, na oko, przerobionego pomieszczenia gospodarczego. Tam pokazał pokoik, który mnie przeraził. Nad oknem okap, rzucający cień, w oknie kraty i spuszczona żaluzja, dwa tapczaniki a między nimi tyle miejsca, by zdołać się obrócić. Nie miałam innego skojarzenia niż "cela". Na uwagę, że trochę ciemno, pan od razu rzucił się do okna, by podnieść żaluzję, co właściwie nie zmieniło zbyt dużo. Nie wiem jak wyglądała łazienka albo cokolwiek innego, bo zwyczajnie uciekłam stamtąd.
3) Lodowa. Całe mieszkanie, do którego dwójka studentów szukała współtowarzyszy. O rety...Klaustrofobiczna łazieneczka, do tego ubikacja, której nie zauważyłam przez zajmującą wszystko pralkę. Aha, ani jedno ani drugie, ani trzecie, bo jeszcze kuchnia, pomieszczenie, nie było ogrzewane. Ale chociaż szczerze mogę powiedzieć, że to miejsce było tanie...wszak, że ogrzewanie na prąd, zatem byłoby się modlić tylko o łagodną zimę...
4) Cała sterta tych co to okazały się już nieaktualne albo nie chciało mi się tam jechać ze względu na zniechęcenie...
5) Grochowska. Najpierw mały "casting" - zdjęcia, czy dobrze nam z oczu patrzy, informacje gdzie studiujemy, czy palimy etc... Kazało mi to myśleć, że może to miejsce, która ta pani wynajmuje to jakiś ósmy cud świata i zwyczajnie pani chce mieć pewność, że nie wynajmuje byle komu. Najważniejsza kwestia - ile będę miała zajęć na międzychodzkiej? Cóż...teraz wiem, że żadnych, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam a wszystkie znaki na niebie i ziemi kazały mi sądzić, że wszystkie. Bo pani ma dobre serce i chce by jej mieszkańcom było blisko na uczelnię. Moja współlokatorka nie miałaby tak bardzo blisko... Ale zanim to, to czas obejrzeć to cudo! Przedpokój całkiem, całkiem...zaglądam do łazienki("słabą żarówkę dziewczyny wkręciły, żeby prąd oszczędzać"), trochę ciemnawo..., zaglądam do kuchni ("O! bo ja nie lubię jak bloki stoją tak blisko, że sąsiedzi sobie w okna zaglądają, a tu jak pani będzie ziemniaki obierać, to można popatrzeć na spacerujących ludzi, bądź kwiaty...widzi panie jakie ładne?"), maluśka i pamięta chyba czasy sprzed moich narodzin...a w najgorszym wypadku jesteśmy równolatkami. No i pokój! Dość widny, dwa łóżka, które jak będą rozłozone, to nikt nie przejdzie...Biureczko i rozpadający się stolik ("To nic, mam znajomego stolarza!"). To wspominam, że Kasia szyje...
P: Szyje? A jaką ma maszynę?
A(z mądrym wyrazem twarzy): Errr, noo elektryczną, taką małą, przenośną. Nie żadnego Singera ze stołem.
P: Taaa (zamyślona)
A: Ale ona nie szyje w nocy, nie będzie nikomu hałasować!
P(zafrapowana): Taka maszyna to prądu pewnie ciągnie...Bo widzi pani, tutaj jedna dziewczyna ma tylko komputer a druga nawet tego nie ma! No ale komputer to za dużo nie ciągnie, ale taka maszyna...
A(próbując w locie łapać opadającą szczękę): No ale koszt jak będzie dzielony, to nie wyjdzie duża suma. Nigdy nie wychodziła dużo...
P: No wie pani, ale one mogę mieć pretensje, że czemu mają płacić za was prąd. Ale to najwyżej panie byście płaciły te 5 złoty więcej czy ile by tam wychodziło...Bo widzi pani, tych dziewczyn więcej nie ma jak są i tu jakby nagle taki rachunek przyszedł...(...)

Bardzo poważnie zaczełam tracić nadzieję na cokolwiek ludzkiego i w odruchu desperacji byłabym gotowa to wziąć, ale nagle, dobry Bóg miał mnie chyba w swojej opiece i zadzwoniła do mnie pani, która znalazła moje ogłoszenie (dwie studentki szukają...). I okazało się, że ma do zaoferowania właśnie taki ósmy cud świata.
Uff

czwartek, 27 września 2007

NWN wiecznie żywe!

Wreszcie, po wielu, przebojach, zakończyłam przygodę z Neverwinter Nights 2. I postanowiłam spróbować przygody w trybie multi.Przejrzałam odpowiednie strony, instrukcje, fora i ...zaskoczenie. No oto na forum trzeba stworzyć konto, opisać historię postaci i czekać na akceptację. Czas zakasać rękawy i do dzieła!
To wcale nie jest aż takie łatwe zadanie...
Ale po paru drobnych poprawkach, wreszcie moja diablica-złodziejka została zaakceptowana i może zaistnieć w cyberprzestrzeni. A wtedy...
Pierwsze radosne wyjście za bezpieczne mury miasta skończyło się przykrym i szybkim zgonem. Odrodzenie i do przodu...A może jednak spróbuję dołączyć do jakieś drużyny? Ale, żeby to zrobić, muszę przywitać się z innymi graczami.
Nie jest to sprawą prostą, takie "wgranie" się w postać. Tym bardziej, jeśli akurat napotyka się na poszukiwaczy przygód, którzy tylko chętnie by coś utłukli zamiast rozmawiać i wnikać w świat. Osobiście, jeszcze na tyle nie mam sterowania opanowanego na tyle, by jednocześnie rozmawiać i podróżować. Najwyraźniej mam za mało treningu...
Ale są i gracze, którzy za miasto mogliby nie wychodzić. Podziw i szacunek dla tych młodych ludzi za ich fantazję. Zawsze uważałam się za osobę o, w miarę, lekkim piórze, ale gdy trzeba szybko-szybko coś napisać, nie zawsze wychodzi tak ładnie i z polotem. Muszę popracować nad refleksem, ale staram się, naprawdę.
I może jednak nie idzie mi tak najgorzej bo...załapałam się na miejsce w wielce tajemniczej organizacji...
Nieźle jak na pierwszopoziomowca, prawda?

sobota, 1 września 2007

Michelin straszy

Tegoroczny sezon, choć jeszcze trwa, jest jednak jedyny w swoim rodzaju. Nie tyle przez wyścigi, które ostatnio stały się dość monotonne, ale przez tę całą otoczkę tego, co dzieje się wokół toru. Na przykład takie oświadczenie firmy Michelin o możliwym wycofaniu się w przyszłym roku z serii motogp.
Michelin ma kiepski sezon - fakt. Ich opony nie spisują się dobrze, zawodnicy dojeżdżają w wielosekundowych odstępach i to jeszcze na miejscach znacznie różnych od tego do czego nas przyzwyczaili. Seria ta, dotychczas tak popularna ze względu na sporą ilość wyprzedzeń, straciła na uroku i widowiskowości. Także fabryki tracą grube miliony dolarów i nerwy. Bo jak zachować spokój, kiedy wyniki ich pracy mogą wziąć w łeb z powodu słabych gum? Zawodnicy też się denerwują - jedni straszą odejściem, inni mają nadzieję na przełom.
Obserwując to co się dzieje, trudno się dziwić głosom mówiącym, by opony dostarczał tylko jeden producent. Ale kogo wybrać, gdy dwie firmy zdążyły się już zadomowić? Dorna prosiła szefostwa firmy Michelin i Bridgestone o pomysły i sugestie jak wyjść z tego impasu, ale nie doczekała się chyba żadnych konstruktywnych odpowiedzi. Gdyby jednak Michelin się wycofał, problem rozwiązałby się sam.
Sport to miejsce, gdzie nie ma miejsca na sentymenty, nie ma znaczenia co osiągnąłeś, kiedy powinie ci się noga, wylatujesz. I nie ma znaczenia czy jesteś zawodnikiem czy dostawcą opon.

środa, 22 sierpnia 2007

Cardion AB Grand Prix Ceske Republiky 2007

Galeria.

Środa. Początek podróży. Pociąg do Wrocławia wlecze się niemiłosiernie. 130km w trzy godziny...Istny rekord...Do tego postój w Głogowie. 20 minut patrzenia na straszne przejście na peron. Może z 30 lat temu, gdy ono powstało, było szczytem architektonicznej awangardy. Teraz, pordzewiałe, z powybijanymi bądź zamalowanymi szybami nadaje się jako scenografia filmu o zagładzie nuklearnej. Wreszcie pociąg rusza, by zatrzymać się pośrodku niczego. Zepsuł się? Przepuszczamy kogoś? Ach nie! Widzę wbitą tabliczkę z nazwą miejscowości Toż to zwyczajny przystanek jest!
Gdy zobaczyłam zabudowania Wrocławia, myślałam, że popłaczę się ze szczęścia....Nareszcie...
Za godzinę mam autokar do Wiednia przez Brno. Oczami wyobraźni widziałam innych fanów jadących na wyścig i już cieszyłam się na wesołą podróż. Ale kierowca szybko sprowadził mnie na ziemie, informując, że jesteśmy jedynymi pasażerkami wysiadającymi w Brnie. Aha.
Pierwszy postój w Kudowie, granica i witamy na gładkich czeskich drogach. Autokar rozpędza się - zauważam jeszcze znaki, ale tego co na znakach już nie. Czuję się trochę nieswojo, ale zapadam w krótką, nerwową drzemkę.
O 2:30 rano wysiadam Brnie. Miałam tu być o 3:15.
No dobra, ale w którą stronę jest jakiś przystanek? A może jednak taryfa? Stoi akurat jedna...Kierowca od razu wyskoczył by pomóc nam z bagażami. I pyta się po rosyjsku skąd jedziemy. Z Wrocławia. Polki? Biznes czy turisty? Grand Prix. A rozumiecie jak po czesku będę mówił? Pewnie da rade. A chcecie przyłączyć się do biznesu? Bo ja wieczorami na taksówce, ale za dnia to mam sklep internetowy i otwieramy się w Polsce i... itd... Nie wiem czym handluje ani czego chciał. Albo nie zrozumiałam albo mi nie odpowiedział. Ale zaprosił nas na konferencje biznesową koło Warszawy. Dokładnie w Pruszkowie. Dobrze, że byłyśmy już pod hotelem. Meldunek, herbata i kima.

Hotel Komarov, według opisu usytuowany jest w cichej części miasta i dlatego obudził mnie pociąg, śmieciarka, kosiarka do trawy i wiertarka chyba zza ściany albo równie blisko. Bałabym się lokum w gwarnej części miasta. Gdy już doprowadziłam się do porządku po tym łagodnym przebudzeniu, trzeba było ruszyć na zwiedzenie okolicy. Punkt pierwszy - znaleźć jakiś przystanek łączący z centrum. Według w/w opisu miał być blisko... To "blisko" okazało się takie jak "spokojna okolica"...
Czwartek był upalny i leniwy i pewnie taki by pozostał, gdyby nie nagłe pojawienie się sąsiadów. Mieszkałyśmy w segmentach gdzie był dwa pokoje łączone łazienką. Na ucho - Anglicy, ale pewna nie byłam. Najpierw jeden z nich wparował nam do pokoju, sądząc chyba, że jest pusty i może sobie pozwiedzać. A potem znowu wpadł z pytaniem czy nie zabrałyśmy wieszaków z szafy. Nie, nie zabrałyśmy, tu nie było wieszaków. Ale już wiem, że to jednak Anglicy.

W piątek wczesna pobudka. Szybko na Mendlovo Namesti (z przesiadką) i autobusem na tor! Zamiana na plus - w tym roku autobusy są za darmo.
Zaraz za bramą stoiska z gadżetami - Valentino, Ducati, Honda, Yamaha, Suzuki, KTM... Cuda. Było chłodno, ale na szczęście sucho. Choć jak się siedzi w ostatnim rzędzie na trybunie to nawet w pełnym słońcu jest "rześko". I znowu miałam okazję zobaczyć to na co tyle czekałam - tych wspaniałych chłopaków na ich wspaniałych maszynach. Zapomniałam jak te motocykle potrafią być głośne. I wreszcie doczekałam się...
Wyjazdu z boksu nie widziałam, bo boks daleko i jeszcze przesłonięty raminiem wysięgnika, ale teraz przemknął przede mną pstrokato-żółty błysk. Serce mi szybciej zabiło. Był tu, przede mną, oddzielony zaledwie ścieżką, dwiema siatkami i dwudziestoma rzędami krzesełek. Dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Valentino Rossi.

Po wszystkim trzeba było coś zjeść. Wybór padł na włoska knajpkę - mam dziwną, choć łatwą do wytłumaczenia, słabość do tego co włoskie. Jedzenie dobre a deser... Dostałam czekoladowe ciastko i zafrapowałam się jak je zjeść, by nie pożreć go jednym kęsem. Ciastko było maleńkie, obok równie potężna kulka bitej śmietany i klinem między te smakołyki był wbity czekoladowy żagiel. Tak piękne, że aż szkoda jeść.
A wieczorem miało miejsce pewne zjawisko. Otóż jeden z Anglików (prawdopodobnie ten co mi wparował do pokoju) jak zaczął czyścic gardło, to miałam wrażenie, że on tam umiera. Brrr.

Sobota. Dzień kwalifikacji.
Pobudka nów rano. Ale tym razem, sąsiedzi byli czujni i łazienka stała się celem przyczajek. Okazałyśmy się jednak lepiej zorganizowane i to my pierwsze opuściłyśmy pole bitwy. Pogoda piękna - na dole skwar a na górze hula lodowaty wicher.
A ja poczyniłam pewne obserwacje. Otóż najciekawiej prezentowali się kibice z Hiszpanii i...tak, tak Włoch. Świetnie ubrani, do tego gustowne okulary przeciwsłoneczne, fajne fryzury. Normalnie jakby ich z żurnalu mody wyjęto. Jeden szkopuł tylko - trochę niscy.

Po powrocie musiałam zmienić baterie, bo komplet, który miałam wyczerpał swe siły. Spokojnie zmieniam je na wcześniej załadowane, które przywiozłam ze sobą i pada nagle na mnie blady strach - bo wskaźnik pokazuje, że te nowe ledwo zipią. A jutro przecież wyścig i tyle rzeczy trzeba będzie sfotografować! Postanowiłam spytać sąsiadów, czy aby przypadkiem nie mają ładowarki. Gdy tylko mnie zobaczyli w odpowiedniej, żółtek koszulce z magicznym numerem, od razu byłam swoja. A skąd jestem? A czy już byłam na wyścigach wcześniej itp... Ale ładowarki nie mieli... Postanowiłam przejść się po hotelu i popytać. Akurat tego dnia, sprowadziła się nowa grupka. Rzecz jasna, wydawali mi się Włochami. Zapukałam, przeprosiłam za najście i pytam czy oni aby po angielsku mówią. Uroczy młody człowiek, który mi otworzył, spojrzał z rozbawieniem na mnie i powiedział, że mówią. No to ja przedstawiłam mu swoją trudna sytuacje. Młody człowiek zafrapował się i świetną angielszczyzną poinformował mnie, że mają tylko ładowarki do telefonów. Przy okazji pokazali się inni i jakoś tak zaświeciły im się oczy a widok mojej koszulki. I znowu - skąd jestem? Bo oni właśnie przylecieli z Anglii...To już wiem skąd świetny angielski. Nic tam, nie tracę nadziei tylko szukam dalej. Piętro niżej usłyszałam głośne rozmowy zza drzwi. Zatem ktoś tam jest! Puk puk i ponownie cała moja litania, że przepraszam, ale mam problem bla bla. Chłopak, który mi otworzył cały czas uśmiecha się szeroko i woła wreszcie kogoś kto się ze mną będzie potrafił dogadać. Woła po polsku. No to ja jeszcze raz, ale tym razem po polsku. Niestety też nie mają ładowarki do baterii. Nie pozostaje mi nic innego jak jechać do sklepu. Na schodach spotykam jeszcze nowych z Anglii. Po wymianie powitań typ "Valentino na mistrza" i podobnych, zapytali się mnie jak wypadły kalifikacje. Najlepszych wieści nie miałam, ale wszyscy wyraziliśmy nadzieję, że będzie lepiej. No i życzyli mi szczęścia z bateriami. Prawda, że urocze? Przed hotelem stało dwóch panów, którzy tak wymownie spojrzeli na mnie, że mimowolnie wyrwało mi się "hello". Odpowiedzieli po swojemu. Jakby mi było mało, automat sprzedający bilety musiał mi zrobić psikusa i bawił się ze mną, "wrzuć tę monetę jak lubię" a tramwaj odjechał w siną dal. Cierpliwość ponoć jest cnotą. Wreszcie nadjechał drugi. Jakieś dwa przystanki dalej, czuję intensywny zapach wody kolońskiej i słyszę coś co przypomina niemiecką mowę. Co się będę przejmować, gapię się w okno. Ale kątem oka zauważam, że ktoś przesiada się bliżej mnie i próbuje delikatnie zwrócić moją uwagę na siebie. Patrzę na kolesia a ten patrzy na mnie z takim przejęciem jakby chciał zakrzyknąć "Siostro moja, wreszcie się odnaleźliśmy!", no i coś zakrzyknął, ale nie rozumiałam co. Oczy zrobiły mi się wielkie jak dwa spodki i tłumaczę mu, że nie rozumiem, na to on znowu dostał ataku słowotoku i usłyszałam jedno słowo-klucz "hotel". No tak! To jeden z tych co to ich mijałam przy wejściu! Uśmiecham się i tłumaczę mu, że nie poznałam... Kończą nam się tematy a raczej zdolności językowe. No to szarpię się za koszulkę i pytam czy przyjechał na wyścig. Potwierdza. I znowu cisza. Pozostali pasażerowie przyglądają się tej cudacznej rozmowie. Nagle on - Rossi fan? Ciekawe po czym zgadł.... Potwierdzam i zadaję mu to same pytanie. Też pokiwał, że tak. Mój przystanek.
Niech żyje Tesco i ich skład z bateriami!
Wieczorem, gdy sąsiedzi wracają, ucinamy sobie krótka pogawędkę na temat kwalifikacji i wyścigów. Umawiamy się, że oni jutro wstaną wcześniej i szybko się wyszykują, żeby nie blokować łazienki. Ok.

Rano obudziło mnie charchanie. Straszne słowo, ale najlepiej oddaje dźwiękowo to, co rano wyprawiał sąsiad. Bo czyszczenie gardła brzmi stanowczo za delikatnie.
Na wyścigu było ponad 140 tysięcy ludzi. Gdy byłam ostatnim razem, było nas tylko 80 tysięcy. Mimo tego, na to dostałyśmy się dość szybko. Pogoda nas naprawdę rozpieszczała - słońce i nawet ten lodowaty wiatr jakby cieplejszy. Najpierw poranne treningi i straszny wypadek - najpierw Marco Simoncelli rozstaje się z motocyklem, ale w dość łagodny sposób. Ale maszyna wzbija tumany kurzu i wypada na tor. Nadjeżdżający Taro Sekiguchi może nie zdążył jej objechać i wjechał prosto w motocykl. Fiknął kozła i grzmotnął o asfalt. Trening wznowiono po oczyszczeniu toru i przetransportowaniu zawodnika do szpitala.

Wreszcie to co najlepsze - wyścigi.
Najpierw 125cc. Jak się miało później okazać, najciekawszy wyścig. Czołowa grupa tasowała się, atakowała, walczyli. Najlepszy okazał się Hector Faubel, potem Mattia Pasini i "local hero" Lukas Pesek.
250cc - jak wystartowali to niemalże w tej samej kolejności skończyli, czyli Lorenzo, Dovizioso i Kallio.
Motogp.
Start nie był aż taki zły. Valenty, "Król startów", wyjątkowo nie spadł nawet za bardzo. Jak szósty wystartował tak tez zameldował się szósty w zakręcie. I jadą. Casey gdzieś daleko z przodu za nim wkrótce ustawia się Hopkins, potem Nicky Hayden i mała grupka - Pedrosa, Loris, Vale, Chris i Randy. Parę okrążeń później, Casey ma już taką przewagę, że może się zatrzymać, zrobić sobie fotkę z fanami i dalej będzie pierwszy. To samo z Hopkinsem i Nickim. Ale oto wreszcie Vale wyprzedza Lorisa. Ja się drę szczęśliwa. Facet, który siedział obok mnie, też wreszcie przejawił jakieś zaangażowanie. Oboje wstajemy jak Vale przejeżdża nam przed nosem. Ale potem groza. Loris wyprzedza Rossiego, za chwilę robi to także Chris. Oczy same mi się szklą, palce zaciskam mocniej modląc się o jakiś cud. Słyszę, że sąsiad obok też mruczy po swojemu jakieś modlitwy zachęcając Valentego by jechał szybciej. Ale cud nie nadchodzi i Vale kończy wyścig siódmy. Mnie pęka serce gdy widzę go zjeżdżającego do boksu z opuszczona głową. Tłum gratuluje zwycięzcom, ci fetują, polewając ludzi szampanem.
Na torze zaczyna się exodus.
Ale jedno mnie zaskoczyło. Gdy byłam tam dwa lata temu i Vale toczył ostra walkę z Sete, za każdym razem, gdy przejeżdżali przed trybunami, tłum szalał. Podnosił się i skandował imiona. Tym razem cisza. Żadnych wiwatów, żadnego wstawania. Cisza.

Po powrocie do pokoju, wraz z sąsiadami komentujemy wyścig. Nie był pasjonujący, no bo czym się tu pasjonować gdy wyprzedzeń jak na lekarstwo a jeśli są to gdzieś z tyłu? Żegnamy się i jadę na dworzec.
Autobus miał przyjechać o 22:50. O 23:30 próbowałam się dodzwonić do przewoźnika by spytać się co jest grane, ale nikt nie odbierał. Zaczynało się robić trochę strasznie. Po północy był jeszcze pociąg do Katowic i już poważnie zaczęłam rozważać czy nim nie jechać. Ale na piechotę na dworzec nie dojdę tak szybko. Nie zgadniecie jaka taksówka pojawiła się na dworcu...Tak, ta z biznesmenem na pokładzie. Ledwo wsiadłyśmy i ruszyłyśmy, gdy wjechał autokar. W Austrii był wypadek i stąd opóźnienie. Szkoda tylko, że nikt nikogo o tym nie informuje...
Autokar był pełen, jedyne a ostatnie miejsca były n samym końcu. Siedziałam obok młodzieńców, którzy nie wiem czy coś zjedli/wypalili/wypili, ale zapach był dziwny. Na szczęście do Wrocławia dojechałam cała i zdrowa... Mieliśmy tam być po 5, byliśmy o 4:30. A dworzec jest otwierany o 5. O 6 miałam autobus do domu.
Koniec.

piątek, 27 lipca 2007

Po Lagunie

I stało się. Jorge Lorenzo podpisał kontrakt z Yamahą na starty w klasie motogp. Zatem,czas najwyższy, by Vale uściskał Colina na pożegnanie. Skład teamu nie jest oficjalnie podany i wszystko jest jeszcze wielką tajemnicą, ale... Ale jak ktoś kupuje wszystko-wskazuje-że-dwukrotnego-mistrza-świata-250cc to przecież nie wyśle, go do satelickiego zespołu. Szkoda mi Colina - też jeździec nie w ciemię bity bo bodajże dwukrotny mistrz świata SBK...ale to były niestety dawne czasy. Także nie bardzo chce mi się wierzyć w ogromną hojność sponsorów, by Yamaha mogła sobie pozwolić na trzech kierowców.
Złośliwi, powyższą wiadomość od razu skomentowali wyrażeniem obawy, czy aby Yamaha znajdzie odpowiednio duży boks by pomieści ego Włocha i Hiszpana. Jeden i drugi lubi popisy, ale celebracja w stylu Jorge nie odpowiada mi. Bardziej to wygląda jakby chciał innym pokazać, gdzie ich miejsce w szeregu, niż na radość ze zwycięstwa. Ale pewnie teraz to ja jestem złośliwa, bo nie przepadam za Lorenzo.
Całej sprawie pieprzyku dodaje dodaje jeszcze jedna sprawa - za Gazetta dello Sport i moją początkującą znajomością włoskiego, Jorge miał kiedyś powiedzieć, że jego bohaterem nie jest np. Rossi, ale... Max Biaggi.
Ten sam Max Biaggi, który niedawno powiedział, że Casey Stoner jest dużo bardziej utalentowany niż Rossi. Nie przeczę, że Australijczyk w tym roku błyszczy najjaśniej, ale czy nie za szybko na takie stwierdzenia? Walka o tytuł wygląda inaczej niż w zeszłym roku i to właśnie za spraą wspaniałej jazdy Stonera. I opon jak dodają niektórzy.
Właśnie. Opony.
Michelin nie ma szczęścia w tym roku - czy to chwilowy kryzys czy też nowe regulacje im nie służą i zawodnicy(głównie Rossi) są coraz bardziej sfrustrowani. No ale jak można być zadowolonym, gdy przy suchej nawierzchni dojeżdża się 30 sekund za liderem? A tak to było na Lagunie - pierwsza trójka na Bridgestonach wyglądała, jakby jechała w innym, dużo szybszym wyścigu, w porównaniu z czwartym Valentym, czy piątym Pedrosą.
Trochę współczuję Stonerowi, bo jego fenomenalna jazda jest "przyćmiewana" bądź to piekielną prędkością jego Ducati, bądź też nieziemską przyczepnością opon. I mimo iż Vale wychwala młodego Australijczyka pod niebiosa, nazywając go, nomen omen motocyklowym bóstwem, i tak wszyscy wciąż szukają tajemnicy jego sukcesu.
Myślę, że po tym sezonie, twierdzenie, że zwycięstwo zależy w równym procencie od maszyny jak i jeźdźca, trzeba będzie poszerzyć o trzeci czynnik, o opony właśnie. Bo zestaw "Bridgestone+Ducati+Stoner" przypomina mi bardzo inny, sprzed lat, "Michelin+Honda+Rossi". Gdy debiutowały 990cc, Vale, tak jak Casey dziś, wygrywał co chciał i jak chciał. Może trochę szkoda, że zamiast zastanawiać się "kto dziś wygra?", zadaję sobie pytanie "czy dziś znów Bridgestone czy może Michelinom wreszcie coś wyjdzie?".
A wracając do tego, od czego zaczęłam, czyli wieści o Lorenzo... To może oznaczać, że Yamaha powoli przygotowuje się do odświeżenia swojej stajni. Przygotowują się do zmian. Kontrakt Rossiego kończy się w 2008 roku. Sam zainteresowany twierdzi, że pojeździ na motocyklu tak do 31, 32 roku życia, czyli jakieś 3, 4 lata. Ale czy będzie to do końca Yamaha? Odpada Ducati - Stoner przedłużył swój kontrakt, poza tym dopiero co nabyli Melandriego. Zostaje zatem Suzuki i Kawasaki. A Suzuki w tym roku prezentuje się z bardzo dobrej strony. Agostiniego i tak nie doścignie z liczbą tytułów mistrza świata, ale Rossi może mieć inny cel - zapiać się w kronikach pod kolejnym hasłem - jako ten, który zdobył mistrzostwo na trzech różnych motocyklach. To by dopiero było ekscytujące.

wtorek, 24 lipca 2007

Icky Thump

Jak to się stało, że tak długo byłam głucha na The White Stripes - nie wiem. No ale lepiej poznać ich późno niż później, albo i wcale.
Co zaskakuje? Bardzo chwytliwe refreny. Po drugim, trzecim przesłuchaniu można już swobodnie nucić. No i jeszcze jedna rzecz - nie jest ważne w jakim tempie zaczyna się utwór, bo i tak zakończy się jazgotem. Rewelacja.
1. Icky Thump
Weszło mi w głowę i nie chce wyjść. Mocne otwarcie.
2. You don't know what love is(you just do as you're told)
Piosenka z rodzaju "o miłości", ale przyjemna i bez zadęcia. I ten przyjemny refren.
3. 300 m.p.h torrential outpour blues
Spokojny, kojący nerwy wstęp. Reszta to ostre zmiany tempa i głośności.
4. Conquest
Przy tym nagraniu mam ochotę wskoczyć w falbaniastą spódnicę i ruszyć w bardzo rockowe passo! Pojedynek gitara vs trąbka.
5. Bone Broke
Nie przychodzi mi nic innego do głowy, jak stwierdzenie, że jest to przykład solidnego, rockowego kawałka.
6. Prickly Thorn, But Sweetly Worn
Kolejna taneczna niespodzianka. Tym razem stara stodoła, rumiane dziewczęta i ogorzali chłopcy wywijający hołubce z przytupem. Nie wiem w co uderza Meg, ale meble od basów skaczą.
7. St. Andrew(the battle is in the air)
Ciąg dalszy poprzedniej. Do basów doszły jeszcze gitary i podkręcanie tempa. Stodoła płonie.
8. Little Cream Soda
A teraz wyciągamy czarne T-shirty, rozpuszczamy włosy i rytmicznie kiwamy głowami.
9. Rag and Bone
Jeśli przy tym utworze, ktoś potrafi zachować spokój i nie poruszyć żadną końcyną to a)jest głuchy jak pień b)totalnie nie czuje rock'n'rolla
10. I'm slowly turning into you
Kolejny chwytliwy refren. Jak oni to robią? No i to monumentalne brzmienie. Stwierdzam, że "I'm quickly turning into this song".
11. A martyr for my love for you
Piosenka o popapranej miłości. Lubię takie.
12. Catch Hell Blues
Nawet jeśli by się wydawało, że ten utwór mógł napisać jakiś bluesman, spędzający dnie w oparach nikotynowego dymu i kontemplujący wielką rzekę przed swoim domem, to szybko jej charakter zmienia się w co? Tak, w jazgot!
13. Effect and cause
Najspokojniejsza piosenka na płycie. Co nie znaczy, że wolna/cicha/itp.

sobota, 21 lipca 2007

Świeradów Zdrój

07.07.2007 (sobota)
Magiczna data. Jedni, wierząc w magiczną moc siódemek, planowali ślub już od miesięcy. Inni, co też planowali, w ostatniej chwili rezygnowali, stwierdzając, że "kosy" w dacie ślubu to jednak zły omen. Stanu cywilnego tego dnia nie zmieniałam. Zaczynał się mój wyjazd w góry. Było pochmurno, temperatura raczej średnia. Droga minęła spokojnie.
Hmm, Czyta góra przede mną to Stóg Izerski? Dach czerwony jest, wieża meteo też....ale co to za goły pas? Czyżby ruszyła budowa kolejki gondolowej?
Wesoło zrobiło się dopiero w hotelu, gdy okazało się, że pokój zarezerwowany w maju jest zajęty jeszcze przez jeden dzień. Ktoś miał dylemat - czy tamtym kazać się spakować i przenieść ich do innego pokoju, czy też nam kazać spędzić jedną noc na walizkach.
Pokój 305 - z widokiem na komin... I to nie koniec niespodzianek - w TV jest tylko TVP1 i 2 oraz trzy kanały niemieckie. Absolutny brak Polsatu, który był (pamiętam, że oglądałam wszystkie powtórki gier prowadzonych przez Ibisza). A za parę dni finały Ligi Światowej. Rewelacja...

Chciałam odtworzyć to co robiłam każdego dnia, ale zrezygnowałam. W zamian - garść spostrzeżeń.

1)Mamy pewien problem z rozumieniem tekstu pisanego. Tabliczki, żeby nie wynosić jedzenia są przez część polskich turystów nagminnie ignorowane. Ale za to niektórzy niemieccy turyści mają problem z pismem obrazkowym - pewna para nijak nie potrafiła rozszyfrować znaczenia naklejki z przekreślonym psem na drzwiach. Wnoszę to po tym, że na posiłki do restauracji przychodzili z ...psem(!). Co ciekawe, tylko jeden kelner zwrócił im uwagę (nie żeby się przejęli...). Jestem bardzo ciekawa, czy w Niemczech ci państwo także zabraliby swego czworonoga do restauracji?

2)Szwedzki stół a raczej jego namiastka. W hotelu, w którym mieszkałam (Malachit) z roku na rok jest ciężej ze śniadaniem. Posiłek zaczyna się o 8 i trwa do 10. Gdy przychodziłam około 8:30 widziałam jedno, wielkie pobojowisko. Bułek mało(no ale jak inni wynoszą...bo gdy wynosiciele wyjechali, sytuacja uległa poprawie), po kilku plastrach łososia nie ma śladu(chyba, że liczyć tacę, na której leżał). Jedyne na co zawsze można liczyć to a)surowa papryka b)ogórek c)twarożek - tych rzeczy NIGDY nie zabrakło.

3)Krótki przewodnik po turystach. Jeśli są na rowerach i w kaskach to duża szansa, że będą to Czesi. Starsi ludzie z kijkami? Najczęściej Niemcy, ale i spotkałam sporo Polaków. Wożą tyłki autami wszędzie, gdzie się da? Polacy. Najgorsze co można zrobić, to wybrać się na wycieczkę w niedzielę. Raz, że trzeba uważać na taksówki kursujące na Stóg Izerski(!) to jeszcze na w/w "autoturystów". Szczególne pozdrowienia dla pana z rodziną, który to postanowił wśród szczytów zjeść obiad. To małe dziecko można było wnieść w nosidełku. A że pan wjechał ładną Toyotą Avensis, zgaduję, że na nosidełko pana stać.

4)Omijać szlaki gdy jest sezon na jagody. Zbieracze ostatnio się zorganizowali i nie znoszą już ciężkich wiader. Są zwożeni autami... Czy wspominałam, że droga jest zamknięta dla ruchu?

5)Powszechny boom budowlany. Nie wiem czy to za sprawą Euro 2012 czy też spowodowała to budowa kolejki gondolowej, ale sporo budynków, które chyliły się ku ruinie, albo których budowa kiedyś utknęła w martwym punkcie, jest teraz na gwałt zmieniana w małe cudeńka architektoniczne. Albo ma Świeradów ambicję by dorównać popularnością Szklarskiej Porębie, od której dzieli go tylko 20 km.

6)Imprezy. Nie ma co, coś drgnęło. Niemalże codziennie w Pijalni odbywały się koncerty muzyki poważnej. Darmowe bądź płatne (30 zł za bilet to chyba jednak trochę sporo...). Poza tym jet też Świeradów gospodarzem paru imprez kolarskich (kiedyś na pewno Skoda MTB, teraz bodajże Bike Action). Ciekawostka - nie ma tu chyba ŻADNEGO sklepu, gdzie można by zaopatrzyć się w akcesoria rowerowe, jak choćby dętka. Najbliższy sklep - w Szklarskiej...

7)Auta. Z roku na rok, kierowcy wydają się być bardziej uważni i kurtuazyjni w stosunku do rowerzystów, za co Wam chwała. Ale głupków wciąż trzeba się strzec.

sobota, 30 czerwca 2007

GP Holandii

Jestem w takim szoku, że jeszcze ręce mi się trzęsą.
Valentino Rossi, startujący dziś do wyścigu w Holandii, z 11 miejsca, wygrał!
Przebijał się powoli, pozycja za pozycją ("król startów" przesunął się tylko o jedno miejsce po starcie) aż wreszcie, po dzikiej pogoni dopadł Stonera. Jechał za nim z 10 okrążeń zanim zdecydował się na TEN atak. A gdy go już dokonał, uciekał przez trzy ostatnie okrążenia.
Gdy przekraczał linię mety, cieszył się jak dziecko.
A ja wycierałam łzy wzruszenia, ledwo wierząc w to co widzę.
Za Stonerem na metę wpadł, dawno nie widywany tak wysoko Nicky Hayden - najwyraźniej regulacja kontroli trakcji naprawdę przynosi wymierne wyniki.
Stoner wciąż ma 21 punktów przewagi nad Rossim, ale jeszcze połowa sezonu przede mną.
Nicky, przesunął się o oczko w klasyfikacji (10 miejsce) i ma tyle samo punktów co Loris.
Na starcie nie pojawił się Toni Elias - miał wypadek w czasie pierwszych kwalifikacji i paskudnie złamał nogę. Lekarze twierdzą, że czeka go nawet 3-miesięczna przerwa.

W klasie 250cc nie działo się zbyt wiele - Jorge odjechał, najpierw gonił za nim Andrea, ale Włoch słabł i jego miejsce zajął Alex. Wreszcie Andreę dopadł jeszcze Alvaro i zepchnął Dovizioso z podium. Tym samym Andrea zrównał się ilością punktów z Alexem.
Cała czwórka strasznie rozjechała się i wyścig był raczej mało ekscytujący.

Za to w 125cc było znacznie ciekawiej. Wszak, że jak Mattia wysforował się do przodu to już żadna siła (nawet wyższa) nie była w stanie go zatrzymać i Włoch wygrał swój drugi wyścig. Był goniony przez dość pokaźną grupę, ale na podium załapali się tylko Faubel i Talmasci, obaj z Bancaja Aprilia. Pasini jest teraz na 7 pozycji i ma dość sporą stratę punktową do Simone Corsi. Ale jeśli dalej będzie pokazywał taką formę, to kto wie...może jeszcze doskoczy do ścisłej czołówki?

Nie mogę się już doczekać tego, co będzie się działo w Niemczech, 15 lipca.

piątek, 29 czerwca 2007

Urodziny

Uczucia to skomplikowana sprawa.
Poznaliśmy się w banalny sposób - w piątek na parkiecie. Ja świętowałam zakończenie sesji, on robił sobie przerwę od nauki.
Jeśli, w moim niezdecydowaniu, miałabym określić swój "typ", to on do niego pasował - wysoki, bardzo szczupły, z potarganą fryzurą. Potańczyliśmy, porozmawialiśmy. Dałam mu numer telefonu a potem nerwówka - "Zadzwoni, nie zadzwoni". Napisał. Chociaż cały czas powtarzałam sobie, że to przecież nic takiego, ucieszyłam się. Chyba bardziej niż byłam gotowa przyznać. Umówiliśmy się na spacer. Wyrwał się na chwilę z domu, rzucił książki, żeby spotkać się ze mną. Znowu, nie chciałam sama przed sobą przyznać, jak było mi miło. Śmiechy żarty, jakieś całusy. Zupełnie straciłam głowę.
A potem on uczył, uczył, uczył się. Przecież w poniedziałek miał ważny egzamin. I były też urodziny Marty, na których miał spróbować się pojawić.
Wszyscy już wiedzieli, że się spotkaliśmy. Chcieli go poznać, ciesząc się, że ja, wieczny-wolny-duch może mam szansę zadokować na chwilę przy czyimś boku. Wybiła 20:00 - początek przyjęcia. Godzina mijała za godziną a ja dyskretnie patrzę na drzwi. Wreszcie goście zaczęli wychodzić i zabrałam się z nimi. Chociaż coś (kobieca intuicja?) podpowiadało mi, że nie przyjdzie, to, znowu!, tak trudno mi przyznać przed samą sobą, że zabolało mnie to. Zrobiło mi się żal tych wszystkich miłych chwil, które mogły mieć miejsce.

"Napisz chociaż jak poszedł Ci egzamin."
"Przepraszam, byłem wczoraj do niczego i jak poszedłem spać to się już nie obudziłem(...)".

piątek, 22 czerwca 2007

Zaległe wyścigi

Pora nadrobić zaległości.
Przecież tyle wyścigów już było a u mnie ani śladu po nich.

Zatem...najpierw Francja.
Ponoć w całej Francji było wtedy słonecznie, poza jednym miejscem...akurat poza rejonem gdzie znajduje się legendarny tor Le Mans. Wyścig ogłoszony wyścigiem mokrym, choć większość zawodników i tak ruszyła do niego na slickach.
Ale Francja od początku nie rozpieszczała mojego faworyta - już w kwalifikacjach nie było rewelacyjnie a potem... Potem wyglądało, że może być nie najgorzej - prowadził przez jakiś moment, potem trzymał się w czołówce.
Dopóki nie spadł deszcz. Szybki zjazd, zamiana motocykli i ścigamy się dalej. I coś się psuje. Rywale uciekają, kółka wcale ie są szybkie. Vale kończy na szóstej lokacie, za Stonerem. Wyścig wygrywa inny Australijczyk, Chris na Suzuki.
Potem Włochy - terytorium Rossiego. Słaby start. I utrata pozycji za pozycją. Ale wtedy, cud - Vale wyprzedza zawodnika po zawodniku, kręci coraz szybsze kółka. Jeszcze tylko Stoner, jeszcze tylko Pedrosa i ... wychodzi na prowadzenie. Zaciskam kciuki, że aż prawie boli. Wpadają na prostą start-meta. Zbliżają się do jej końca. Tak się boję... Niepotrzebnie. Daniel nie był w stanie wyprzedzić Włocha. Vale zdobywa kolejne ułamki sekund. Cały czas prowadzi. Daniel wreszcie odpuszcza. Vale wjeżdża w glorii chwały na metę, ja prawię płaczę ze szczęścia. Mugello jest zawsze magiczne.
A potem gorąca Katalonia. I te pytania - kto tym razem? Czy Vale, uskrzydlony zwycięstwem z Włoch, czy może niespodzianka tego sezonu, Casey? A może Daniel - przecież t owyścig w Hiszpanii? Gasną światła i zaraz się przekonamy. Na prowadzeniu, wyżej wymieniona trójka. Casey, Vale i Daniel. Vale robi co może - Casey broni się jak lew. Co Vale zyska to traci na prostej. A potem manewry mrożące mi krew w żyłach. Boję się na to patrzeć, ale nie mogę zamknąć oczu, bo cokolwiek by się nie działo, ja to MUSZĘ zobaczyć. Walczył, ale musiał ulec. Pierwszy wjeżdża Casey.
Po wyścigu, Vale powiedział, że Casey jechał tak dobrze, że zwyczajnie nie znalazł na niego sposobu. Jak bóstwo. Casey z kolei miał stwierdzić, że Vale jechał naprawdę ostro, może momentami nawet zbyt ostro, ale to są wyścigi i tak bywa w walce. Nie wiem, czy naprawdę miał mu coś za złe, czy to tylko nadinterpretacja dziennikarzy. W każdym razie, jazda Caseya zmusza Rossiego do naprawdę tytanicznego wysiłku. Ale ich walka pokazuje coś jeszcze - ich klasę, ich talent i to jakimi naprawdę są wspaniałymi zawodnikami. Ci dwaj dokonują na torze rzeczy, które wydają się niemożliwe.
Dlatego już nie mogę się doczekać niedzieli i Donington.

czwartek, 7 czerwca 2007

Liga Światowa.

Liga Światowa. Poznań, Hala Arena 01.06.2007

Na wstępie, muszę zaznaczyć, że właściwie to nie tyle siatkówka jest w centrum mojego zainteresowania, co siatkarze. Moja dobra koleżanka Aśka, która co pewien czas przeżywa fascynację czymś innym (i chwała jej za to!), po tym jak nasi chłopcy przywieźli z Japonii srebrny medal, załapała tzw. "fazę" na siatkę. I to ostrą fazę. A skoro ona, to i ja byłam zmuszona oglądać zdjęcia, wywiady, tudzież mecze. Hmmm. Urodziwa ta nasza reprezentacja, nie da się ukryć. Może jednak warto zainteresować się tym sportem, skoro panowie tacy fajni i biegają w ilościach wręcz hurtowych po boisku?
I tak właśnie stałam się "fanką" siatkówki. Piszę "fanką", bo jak już wspomniałam, nad piękno gry przekładałam chyba jednak czar i urok zawodników.
Gdy wyżej już wspomniana, moja dobra koleżanka, zorientowała się, że mecz Ligi Światowej będzie rozegrany w Poznaniu, to nie wahała się ani trochę by kupić bilety. Ja nie zdecydowałam się - w sierpniu pojadę do Brna i przyda mi się każda złotówka. Odliczała miesiące, tygodnie, potem dni... Aż wreszcie, 28 maja kadrowicze mieli się zjawić w hotelu Trawiński w Poznaniu.
Tego dnia, jak tylko zakończyłyśmy egzamin ustny z języka, zaopatrzone w aparat pobiegłyśmy pod ten hotel. Usiadłyśmy na murku nieopodal i czekałyśmy, same nie bardzo wiedząc na co. Wiedziałyśmy, że nie przyjadą autokarem, tylko każdy we własnym zakresie. To siedziałyśmy i bacznie obserwowałyśmy każde auto na innych niż poznańskie rejestracje. Nagle wyjechał czarny volkswagen na olsztyńskich numerach. Marta, o najbystrzejszym wzroku, zakrzyknęła, że za kierownicą siedzi blondyn. Aśce serce zadrżało. W kadrze mamy dwóch blondynów - Daniela Plińskiego i Łukasza Kadziewicza, który to jest jej ulubieńcem. Gdy auto skręciło i dojrzałyśmy profil kierowcy, byłyśmy pewne, że to właśnie "enfant terrible" naszej siatkówki - Kadziewicz. Ruszyłyśmy się z miejsca i podreptałyśmy w kierunku parkingu. Aśka odchodzi o zmysłów, ja wyciągam aparat i pstrykam zdjęcia a Marta mówi mi gdzie mam się ustawić, żeby były dobre. Jako jedyna z nas zachowała zimną krew. Pan parkingowy patrzy na nas ze zdziwieniem (trzy dziewczyny, każda elegancka, bo przecież prostu z egzaminu...), ale uśmiecham się do niego i dalej pstrykam. Po chwili, Łukasz znika w hotelu a Aśka może znowu oddychać. Wtedy Marta zaproponowała, żebyśmy przeszły ścieżynką prowadzącą na drugą stronę parkingu. Właściwie to dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jaki ten parking jest długi. Usiadłyśmy na krawężniku, wyciągnęłyśmy słówka do powtórzenia, na przyszłotygodniowy egzamin i powtarzamy. Wtem...szlaban się podnosi i na parking wjeżdża terenowe volvo, także na olsztyńskich numerach. Aśka, pyta się nas kto wysiada. Marta mówi, że jacyś znani. Ja, walcząc, by aparat nie łapał ostrości na siatkę, odpowiadam, że nie wiem, ale jacyś ładni. Ojjj ładni... Michał Winiarski, Łukasz Żygadło i Daniel Pliński. Nie wiem czy nas widzieli, bo choć stałyśmy zaraz przy płocie, to był on porośnięty dziką roślinnością. Ale nawet jeśli nas widzieli, to w ogóle nie przejęli się naszą obecnością. A my, zamiast zawołać ich czy zrobić cokolwiek stałyśmy jak wryte...no pomijając to, że ja robiłam zdjęcia. A potem nadjechali Paweł Zagumny i Marcin Możdżonek, ale aparat cały czas upierał się, że będzie łapał ostrość na płot a nie na zawodników...cóż... Roztrzęsione, ale szczęśliwe, stwierdziłyśmy, że koniec łowów, wracamy.

W środę, gdy wyszłam z egzaminu, sprawdziłam czy nie mam żadnych nowych wiadomości. O była jakaś i trzy nieodebrane połączenia od Aśki - "Anka, jak skończysz dawaj na Arenę, oni tu trenują i widać ich przez szybę". Nie wiem czy większym wyczynem jest to, że z HCP na Arenę dojechałam w 15 minut, czy też mój sprint w szpilkach do tramwaju. Aśka zaprowadziła mnie pod jedno z wyjść z Areny. Przyklejam się do szyby i... faktycznie, widać jak trenują. Chociaż miałyśmy aparat przy sobie, bałyśmy się, że nie damy rady zrobić zdjęć, że wszystko będzie się odbijać od szyb. Jako, że Aśka jest urodzona w niedzielę i w dodatku w czepku, gdy chłopaki po treningu zaczęli się rozciągać, na wprost nas, usiadł nikt inny jak sam Kadziewicz. Ależ oni są rozciągnięci... Nie wiedzieć czemu, mnie także nagle zaczęło się ciężej oddychać. I tak stałyśmy sycąc oczy, aż wreszcie stwierdziłam, że trzeba chociaż jedno, próbne zdjęcie wykonać. Aśka odsunęła się na bok, by pstryknąć tę fotkę, ale...
- Aśka, wracaj tu.
- A co się dzieje?
- Kadziu się rozbiera.
- Ale, że co? Że ściąga koszulkę?
- Tak.
Zaraz była przy mnie. Stał do nas plecami i rozmawiał z kimś, z wrażenia nie pamiętam z kim. Aśka znowu ma problemy z oddychaniem a ja klnę w duchu, dlaczego nie robię zdjęć...Gdy skończyli, pobiegłyśmy pod główne wyjście, gdzie stał już autokar. Usiadłam na ławeczce nieopodal i ustawiłam aparat. Wtem widzę czyjąś głowę. Jakby znajoma. Pstrykam zdjęcie - może na powiększeniu poznam....No tak, przecież to Michał Bąkiewicz. Sam, spaceruje sobie z komórką. Ja pstrykam zdjęcia i znowu łoję sama siebie w myślach dlaczego siedzę a nie biegnę do niego po fotkę (w głowie wciąż mam zdjęcie, które dał sobie zrobić dla Cosmopolitana...). On zawraca w kierunku autokaru i oto nieszczęście. Podjeżdża jakiś zdezelowany dostawczy, koncertowo zasłaniając mi widok. Jeśli pominę brzydkie wyrazy, jedynie co powiedziałam to "przez tego, nic nie widzę". Poderwałam się z ławki i znalazłam sobie inną miejscówkę, niestety nie tak dobrą. Z tych nerwów nawet zdjęcia nie bardzo mi chciały wyjść... Stwierdziłyśmy, że wracamy tu po zajęciach na ich drugi trening. I wróciłyśmy, wraz z kolegą Szymonem. Tyle, że teraz akurat trenowali Argentyńczycy. Szymon, wierząc w swoje szczęście (kolejny urodzony w niedzielę i w czepku...) wszedł do środka. Odczekałyśmy chwilę... Nie wywalili go z hukiem, to też wchodzimy! Wtedy pewien pan zapytał się nas w czym może nam pomóc. Odparłyśmy, że my idziemy po kolegę, bo nam się w środku zagubił. Pan się zaśmiał i powiedział żebyśmy szybko go zabrały. Aśka zapytała pana, kiedy nasi będą trenować. Pan odparł, że za godzinę i o 10:30 dnia następnego. I jakby to od niego zależało, to by pozwolił nam zostać, ale Lozano nie pozwala i nawet się denerwuje kiedy mu obsługa Areny się krząta. No co za przemiły pan! Gdy wyszliśmy, zauważyliśmy dziewczyny rozwieszające plakaty reklamujące mecz. Zapytaliśmy się pana, czy jest szansa, żeby taki plakat dostać. Pan stwierdził, że musimy zapytać dziewczyn, bo on nie ma z tym nic wspólnego. No to już! ale one stwierdziły, że nie bardzo, bo mało, bo nie wiedzą i w ogóle nie... Hmm. Trudno.
Gdy Argentyńczycy jeszcze trenowali, sprawdziłyśmy jak wyglądają zdjęcia zrobione przez szybę. I znowu zawyłyśmy z rozpaczy - może nie były powalającej jakości, ale wyraźnie było wszystko widać... No nic, może przy odrobinie szczęścia, Łukasz znowu się będzie rozbierał?
Po jakieś godzinie i wyczerpanych bateriach już wiedzieliśmy, że jednak się nie rozebrał... Ale jak nie dziś, to może jutro? Bo my z Aśką, już miałyśmy plan być rano pod Areną. I jak zamyśliłyśmy, tak zrobiłyśmy.

Zabrałam ze sobą statyw, bo od trzymania aparatu bolały mnie ręce, poza tym, zawsze to szansa, że będą mniej poruszone. Ale ku naszej rozpaczy, czwartek był wyjątkowo słoneczny. Wszystko się perfidnie odbijało od szyb, właściwie mało co było widać. Podeszłyśmy do innego wyjścia, licząc na to, że będzie tam lepszy widok. W międzyczasie, dołączyła do nas Marta. Szkoda, że nie było jej dnia poprzedniego, może ona ruszyłaby do Michała i namówiła go na wspólne fotki? Po chwili, obok nas pojawiają się jeszcze dwie dziewczyny - sporo młodsze na oko od nas. Postanowiłyśmy wrócić do poprzedniego wyjścia, bo przy tym już kompletnie nic nie widać.
Wracamy a tam drzwi otwarte, bo panowie rozładowują sprzęt nagłaśniający. To my się ustawiamy obok i patrzymy dalej. Panowie zerkają na nas z zaciekawieniem i wracają do swojej pracy. Po chwili pojawiają się koleżanki. Patrzymy a one ustawiają się w tych otwartych drzwiach i cykają zdjęcia. No to jak one mogą, to ja też! Ustawiam się obok i cykam. Panowie rozładowujący patrzą na nas z jeszcze większym zdziwieniem, ale najlepszą minę to miał pan ochroniarz pilnujący tego właśnie wejścia. W sumie nie ma się czego przyczepić, bo stoimy na zewnątrz hali. Po chwili wpadam na genialny koncept, żeby wyciągnąć statyw. Aśka śmieje się ze mnie, ale pomaga mi go rozstawić. Pan ochroniarz zdębiał totalnie a ja pstrykam dalej. "No odwróć się", "No chodź tu do nas" - takie zaklęcia słychać z naszej strony. Już wspólnie żartujemy z koleżankami i umawiamy się, że wymienimy się zdjęciami. Nagle, przed obiektywem pojawia się moja ex-fascynacja (dlaczego ex, o tym za chwilę) Grzesiek Szymański. Nie piszczałam jak Kadziewicz stał pół nagi przede mną, to musiałam zacząć piszczeć jak zobaczyła jego... No po prostu puściły mi nerwy i chyba zbyt intensywnie zaczęłam się cieszyć. Właściwie wcale mi się nie wydawało, że tak głośno piszczę... Grzesiek pomachał do nas a ja, jakże by inaczej!, zrobiłam wtedy tak nieostre zdjęcia, że aż boli patrzeć... No nic... W międzyczasie wieszałyśmy sforę psów na dziewczynach rozwieszających plakaty. Bo przecież powiedziały nam, że ich mało i nam nie dadzą, a dziś cała Arena była nimi obklejona. Każdy filar, każde drzwi, ścianka działowa...wszystko. Jednak gdy pojawiły się na widoku, nie omieszkałyśmy spróbować raz jeszcze. Dziewczę skrzywiło się jakby zjadło cytrynę i poszło sobie. No to dawaj, dalej wieszać te psy. Wtem podeszła do nas główniejsza-rozwieszająca z pytaniem czy byśmy nie chciały plakatu. No co za pytanie?! Jasne, że tak! I przyniosła je nam. Psy zostały uroczyście ściągnięte, a złe słowa odszczekane. Teraz puściłyśmy wodze fantazji, jakby to fajnie było mieć podpisy na tych plakatach...na co nasze koleżanki stwierdziły, że da radę, bo one mają markery. Chyba nawet 24-karatowe złoto nie świeci się tak jak zaświeciły się nam oczy. Koleżanki, chociaż młodsze, wydawały się dużo od nas odważniejsze, zatem jeśli będziemy się ich trzymać, to kto wie, kto wie...
No ale chłopaki kończyli trening a my biegniemy dookoła hali, pod autokar. Nagle, przystajemy. Zza uchylonego okna słychać szum wody a z boku widać buty siatkarskie. Czyżby tu były prysznice!? Wsadzić ten aparat czy nie? A jeśli będzie go widać? Ach....te decyzje...Dajemy spokój zdjęciom spod prysznica i biegniemy pod autokar. Koleżanki ustawione - jedna z nich i ja robimy zdjęcia, reszta zbiera autografy. Pierwszy wychodzi Michał Winiarski Właściwie to wylatuje, zanim którakolwiek z nas zdąży zareagować, jest już w środku autokaru. Po nim wyszedł jakiś pan, którego nie poznałam, ale na wszelki wypadek zrobiłam mu zdjęcie. Potem ... Michał Bąkiewicz. No jemu to nie darujemy! „Przepraszam, czy możemy prosić o autograf?” „Jasne.” Nie tylko autografy ale i uśmiechy rozdaje na prawo i lewo. Jakiż on jest wysoki, jakiż on jest sympatyczny! Jak on dobrze wygląda na żywo!! Potem Sebastian Świderski razem z Zagumnym. „Sebastian, możemy prosić?” „Jezu dziewczyny, aż tyle was? (raptem 5) My czasu nie mamy”... Ale z uśmiechem i cierpliwie podpisuje. Myślę, że Zagumny też by się dał namówić, ale miałyśmy ograniczoną ilość markerów i musiałby czekać na swoją kolej. Pokręcił się chwilę i zniknął w czeluściach autokaru. Potem Michał Możdżonek i Wojtek Grzyb - spokojnie i cierpliwie podpisują. Szkoda tylko, że takie ponure miny mają. W międzyczasie ucieka nam Daniel (podobnie jak w przypadku Zagumnego - mamy za mało markerów, żeby go zatrzymać). A potem ja biorę głęboki wdech bo oto Grzesiek Szymański! „Możemy prosić?” „A o co?” i nie zwalnia kroku. No to ja dorzucam, że o autograf. Ale on już się schował w autokarze łamiąc mi tym samym serce. Nie mógł powiedzieć, że był straszliwie zmęczony, bo ze względu na kontuzje, raczej się oszczędzał. Tym bardziej mi się przykro zrobiło, bo Grzesiek ma opinię człowieka cierpliwego kiedy przychodzi do rozdawnictwa autografów (a powtórzę, że było nas PIĘĆ). Wtedy Marta pokazuje mi, żebym się obróciła. Ale o co chodzi? Pstryk! Pan, którego sfotografowałam a którego nijak nie umiem zidentyfikować ze śmiechem robił nam zdjęcia. No to zrobiłam mu jeszcze jedno a co! Uśmiechnął się do nas i zaczął rozmawiać przez komórkę. Plus musi być bardzo dobrym sponsorem i zapewniać im miliony darmowych minut, bo oni praktycznie nie rozstają się z telefonami. No, ale, ale, oto idą gwiazdy! Łukaszów dwóch - Kadziewicz i Żygadło. „Możemy prosić?”
Kadziewicz: „Przepraszam, nie.” - i ładuje się do autobusu z miną taką, że zrobiło mi się nieswojo. Cóż...właściwie po Łodzi spodziewałyśmy się, że akurat on nie będzie zbyt skory do rozdawnictwa, zatem jakoś się specjalnie nie zdziwiłyśmy. Ale za to drugi Łukasz, Żygadło. No chłopak do rany przyłóż! Dowcipny, miły i o tak fenomenalnym uśmiechu, że aż się wierzyć nie chce. Żadne zdjęcie ani transmisja nie oddaje tego, jak on naprawdę wygląda na żywo. Cud, miód. Chwila przerwy, nikt nie wychodzi, to pytam się tajemniczego pana fotografa, czy my z boku naprawdę tak śmiesznie wyglądamy. On z uśmiechem odpowiada, że pstryka pamiątki dla chłopaków. Czemu ja nie zaproponowałam mu wtedy żebyśmy się wymienili zdjęciami, nie wiem. Pewnie zadziałał mój spóźniony refleks. Dalej nie wiem kim jest ten pan, czy to fotograf reprezentacji czy kto, ale był dla nas szalenie miły i odniosłam wrażenie, że trochę nam współczuł, gdy widział jak nam niektórzy odmawiali i mimo wszystko próbował ich namówić. Szkoda, że nie poskutkowało, ale i tak za wysiłek bardzo Panu dziękuję! Ale to jeszcze nie koniec autografów. Ignaczak i Gruszka - to byli ostatni, przydybani przez nas zawodnicy. Cierpliwie, może już bez uśmiechu, ale nie można mieć wszystkiego. Zapakowali się do autokaru i odjechali.

No właśnie... Jak pisałam, spodziewałyśmy się, po relacjach z Łodzi, że Kadziewicz może nie być w nastroju do podpisów, zatem Aśka specjalnie się nie nastawiała, ale... no żal zostaje. Łukasz to specyficzny człowiek, gdy się czyta wywiady z nim czy też opinie o nim, to odnosi się wrażenie, że tak naprawdę to zabawny i w dechę człowiek. I pewnie taki jest dla ludzi których zna, a dla tych których nie zna, no...to już różnie o czym się same przekonałyśmy. Ale chociaż przeprosił, jak to potem stwierdziłyśmy. Ja jednak dalej nie rozumiem dlaczego Grzesiek tak nas zlekceważył. Za głośno piszczałam wtedy? Czy też stwierdził, że pomachanie nam to już będzie chwatit i więcej się nam nie należy? Jakby nie było, zrobiło mi się przykro, bo zanim zjawili się w Poznaniu, cały czas wierciłam Aśce dziurę w brzuchu, żeby mi zdobyła jego autograf. Cóż...przestałam go kochać i przelałam to uczucie na Michała Bąkiewicza. Nie tylko dlatego, że był taki cierpliwy i miły wtedy, po Areną, ale także, że nawet po meczu, kiedy już spory tłum podkładał rzeczy do podpisywania, cierpliwie rozdawał autografy i pstrykał sobie zdjęcia z kibicami. Niestety nie udało mi się do niego dopchać po meczu (który oglądałam na telebimie, bo przecież biletu nie miałam - pozdrawiam wszystkich z trawnika!), ale Aśce się udało (no bo urodzona w niedzielę i w czepku). Opowiadała potem, że cały czas żartował sobie i był, jak to stwierdziła, ujmujący. No to ma za to kolejną fankę do kolekcji (jakby i tak było ich mało...). Także ogromne wyrazy uznania dla Łukasza Żygadło (ten uśmiech...), Sebastian Świderskiego i wszystkich, którzy wykazali się cierpliwością, by podpisać się nam na plakatach. Dzięki chłopaki! I odwiedzajcie częściej Poznań!

sobota, 19 maja 2007

Horror

Wolsztyn, dworzec, 10 minut przerwy. – pisk wyłączanego mikrofonu budzi mnie z płytkiego, nerwowego snu. Nagłe przebudzenie objawia się tępym, pulsującym bólem głowy. Ludzie wychodzą na szybkiego papierosa, inni biegną do pobliskiego sklepu po coś do picia. Ludzie, czekający na stanowisku patrzą na nas nienawistnie. Znam to spojrzenie- patrzę tak samo, gdy autobus jest w zasięgu wzroku a ja muszę stać i czekać aż pan i władca w osobie kierowcy, raczy podjechać. Udaję, że ich nie widzę i patrzę w niebo na ołowiane, ciężkie chmury. Zastanawiam się czy zmoknę dziś czwarty raz, czy może jednak mi się upiecze. Patrzę na szkołę tańca mieszczącą się w budynku nieopodal. Zazdroszczę im, też chciałabym mieć z kim płynąć po parkiecie. Szybko jednak przestaję im zazdrościć- ćwiczą walca a mi zaczyna kręcić się w głowie. Zamykam oczy i oddycham głęboko.
Przede mną ostatnie 50 kilometrów. To około godziny jazdy. Po krętych i dziurawych drogach. Nic mi nie będzie, na pewno nic mi nie będzie... Dlaczego sobie nie wierzę? 10 minut minęło, ruszamy. Autobus zakołysał na zakręcie, mam ochotę, Boże jakże silną ochotę, by odkręcić własną głowę. Oczy mam zamknięte, nie odważę się ich teraz otworzyć, to tylko mogłoby przyśpieszyć to czego staram się uniknąć. Kierowca naciska na hamulec, lecę do przodu, asekurując się w ostatnim momencie rękoma, czuję jak robi mi się słodko w ustach a świat wiruje znacznie szybciej niż zazwyczaj. Rozważam scenariusz – siedzieć i liczyć na to, że mi przejdzie, czy ryzykować sięgnięcie po worek? Ale wtedy będę musiała poruszyć głową i spojrzeć na bok, potem w dół. Nie, nie będę sięgała po worek. Dam radę, muszę dać.
Głębokie wdechy. Węch mam teraz wyostrzony jak u psa i czuję, że ktoś kto siedzi dwa rzędy ode mnie na kanapkę z silnie naczosnkowaną kiełbasą.
Nie cierpię zapachu czosnku.
Wdech, wydech, nie myśleć o niczym innym. Wilgotnieją mi oczy, w ustach ponownie czuję charakterystyczny, słodki smak, oblewa mnie fala gorąca. Nie! Dam radę! Na ślepo odsłaniam dłonią wieczko nawiewu, zimny strumień owiewa mi twarz. Łomotanie w głowie chwilowo słabnie. Gdzie ja w ogóle jestem? Otwieram oko, widzę stary zrujnowany wiatrak – Lubięcin. Dopiero tu. Jeszcze Lipiny i Przyborów. Jeszcze tyle zakrętów i dziur. Zawroty głowy wróciły ze zdwojoną siłą. Zaciskam pięści, prawie nie czuję jak paznokcie wbijają mi się skórę. Wytrzymasz! Wychodziłaś z gorszych opałów, przecież nie jest jeszcze AŻ tak źle. Koło podskakuje na koleinie a ja chcę wyć z bezsilności. Jestem zamknięta w tym blaszanym więzieniu i nie mam jak stąd uciec. Ludzie gapią się bezmyślnie w krajobrazy za oknem nie mając pojęcia jaki przeżywam dramat. Jak bardzo staram się zachować godność, bo kto to widział, żeby dorosła dziewczyna chorowała. Przecież są na to lekarstwa, pomyślą. Wiem, znam je jak nikt inny! Wzięłam taką jedną maleńką, okropnie gorzką tabletkę przed podróżą. Autobus wspina się pod górę. Lipiny. Jeszcze najwyżej 15km, wytrzymaj, wytrzymaj. Oddycham chrapliwie, czuję pot i słodkie perfumy ludzi, którzy wsiedli. Znowu oblewa mnie fala gorąca, mięśnie sztywnieją, w gardle mi wysycha. I znowu słodko mi w ustach. Otwieram je by zaczerpnąć zimnego powietrza z nawiewu. Wolę już mieć chore gardło niż... Próbuję skupić się tylko na oddychaniu, by nie myśleć o niczym innym, wprowadzić się w trans. Oczami wyobraźni widzę już znajome zabudowania Przyborowa, zakręt w lewo, most na Odrze i zakręt w prawo. Otwieram oczy. Mijam most zwodzony. Jeszcze dwie ulice i będę mogła opuścić to blaszane więzienie. Wysiadam chwiejnym krokiem i idę do bagażnika po torbę. Podnoszę ją zbyt gwałtownie i wszystko zaczyna mi wirować przed oczami, z miejsca dopadają mnie mdłości.
Dwa skurcze i po wszystkim...

Cholera...

niedziela, 6 maja 2007

GP Chin

Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie "Kto może być najbardziej sfrustrowanym zawodnikiem na torze?" odpowiedziałabym, że albo to będzie Nicky Hayden albo... Vale Rossi.
Dzieje się to, co w porywie gniewu i poczuciu niesprawiedliwości dziejowej, wykrakałam Nickiemu - że w następnym sezonie nic nie ugra bo go inni pobiją. I wygląda na to, że ta jedna z moich przepowiedni na razie się sprawdza. Teraz, gdy złość przeszła i pogodziłam się z faktem, że Rossi nie jest kolejny raz mistrzem, żal mi patrzeć jak się chłopak męczy na nowej Hondzie. Nie pasuje mu ona i to bardzo. A chociaż pozory walki o obronę tytułu trzeba zachować... Jeszcze dzisiejsze zderzenie z Eliasem (ha! ma Elias za swoje! za swój, jak to Toni określał "agresywny styl") też wcale nie pomogło.
A Rossi? Kolejny raz pobity przez prostą. I własne błędy.
To musi być straszne uczucie, gdy w ciasnych łukach jest w stanie wyprzedzić Caseya, nawet kawałeczek mu odjechać, żeby potem na prostej być wręcz pożartym przez Ducati. Właściwie Casey łykał Valentego bez walki - ot prosta i Vale zostaje z tyłu. Próbował się bronić- albo opóźniał hamowanie (i wylatywał z toru) albo zacieśniał jak się dało (co też kończyło się błędami). Już dawno nie widziałam Rossiego aż tak szamocącego się byle tylko uzyskać przewagę. A potem prosta i ... Ducati wkręca się na drugą kosmiczną zostawiając Yamahę daleko za sobą.
Pozostaje czekać aż wreszcie Yamaha coś z tym zrobi albo aż zaczną jeździć na torach o krótkich prostych. Bo Yamaha nie jest doszczętnie złym motocyklem. W końcu to Rossi zajął dziś w Chinach drugie miejsce. Ale czas najwyższy zacząć odrabiać straty, Stoner uciekł już na 15 punktów.

W 250cc - bez nowości. Kozak Lorenzo daleko z przodu, za nim Alvaro z Dovizioso. Czy ten ostatni manewr wyprzedzania wykonany przez Alvaro był do końca fair? No nie wiem...W każdym razie ograł Andreę i Włoch zakończył na trzecim miejscu. Lorenzo ma już 95 punktów ze 100 możliwych. Dominator. A liczyłam na to, że będzie tu wesoło, że będą zawsze wpadać całą grupą na metę i nigdy nie będzie można być pewnym zwycięzcy. No nic...wygląda na to, że w 250-tkach wszystko raca do normy - dominator z przodu a za nim cała reszta.

W klasie 125cc należy odnotować, że Mattia WRESZCIE dojechał do mety. Niestety jego motocykl chyba nie działał do końca jak powinien, bo nagle Mattia zniknął z czołówki. Dojechał na dziesiątym miejscu. Nisko jak na jego możliwości, ale ma pierwsze punkty! Nareszcie! Wygrał Pesek, ale bohaterem jest Esteve Rabat - chłopak znikąd co nagle wskoczył na podium. Dobra robota!

sobota, 5 maja 2007

Przed GP Chin

Co za kwalifikacje!
Rekord toru w Chinach poprawiony o pawie 0.6 sekundy. I dokonano tego na motocyklu o mniejszej pojemności i dość średniej prędkości maksymalnej (właściwie to chyba tylko składaki w postaci KR 212V są wolniejsze).
Valentino Rossi szaleje w Szanghaju.
Nie wiem, jak tego dokonał, on sam też tego nie wie. Jedno jest pewne - wszyscy na torze przecierali oczy ze zdumienia i sprawdzali czy aby monitory nie nawaliły. Bo takie kółko nie zdarza się często.
Ale ja i tak się boję o jutro.
Kwalifikacje kwalifikacjami, ale Vale dalej ma mniej o jakieś 15km/h na prostej niż Casey. A proste są dwie i to jeszcze długie. Nie chcę żeby powtórzył się scenariusz z Kataru, gdzie Vale na prostej wyglądał jakby jechał na rowerku.
Wiadomo, że Yamaha nowych części w Chinach nie da, na te można dopiero liczyć we Francji albo we Włoszech. Jedyna nadzieja w deszczu - jak mokro to nikt nie odkręca i prędkości maksymalne przestają się liczyć...ale wtedy wszystkie ustawienia diabli biorą...
Ech... Valenty, pojedź dobrze jutro. Proszę.

W niższych klasach bez zmian - Lorenzo i Pasini na czele.
Lorenzo, chyba zapatrzył się na Rossiego, bo jego czas też był z tych co to dają innym dużo do myślenia. Może i za nim nie przepadam, ale muszę mu oddać, że jeździ naprawdę z polotem.
Może Pasini wreszcie dojedzie do mety? I może pomyśli o tym, by ponownie zapuścić włosy? Bo w nowej "fryzurze" nijak mu do twarzy...

czwartek, 3 maja 2007

Rower

Sport to zdrowie!

Po przejechaniu blisko 60 kilometrów, zimny pot oblewa mnie na myśl o kanapie, fotelu bądź innym siedzisku.
Myśl o siodełku wzbudza grozę.
Poza tym pogryzły mnie owady, nie wiem czy to komary, muchy, meszki czy inne badziewie, ale swędzi okrutnie. Trzeba było łykać witaminę B, może chociaż te mniej zmutowane dałyby mi spokój?
Jeżdżę po lasach, po drogach publicznych się boję - nie ufam kierowcom. Jest sucho i drogi stały się bardzo piaszczyste. Poza tym, ruszyły prace przy budowie obwodnicy. Nie wiem czy panowie robotnicy robili sobie skróty przez las czy jak, ale drogi nie tylko są piaszczyste do tego jeszcze rozryte. No i w mostku są dwie dziury.
Najważniejsze jednak, że obchód zrobiony i znam już stan tras.
Ogólnie - pustynia. Nie wiem czy to skutek braku opadów, czy ten teren tak po prostu ma. Podejrzewam, że to drugie. Ale jest jedna dobra rzecz! Czynna przeprawa między Bytomiem Odrzańskim a Siedliskiem! Ponoć czynna już od zeszłego września.
Chyba dawno tamtędy nie jeździłam.
Droga na Siedlisko jakaś uczęszczana mocno i dziurawa jak szwajcarski ser - co z tego, że z górki jak przez dziury nijak nie mogę się rozpędzić.
Drzonków i okolice - piachy... Chyba, że jechać asfaltem przez wioski i uważać by nie dać się rozjechać. Kierowcy ostatnio jakby bardziej zwracali uwagę na rowerzystów, ale głupków wciąż nie brakuje.
Nie byłam jeszcze przy Bukowej Górze. Tam strasznie dużo krzaków i cienia, obawiam się zatem, że wróciłabym stamtąd jako jeden wielki swędzący bąbel. Nie dzięki, daruję sobie.
A póki co, to chyba się położę, bo siedzieć jakoś ciężko...

piątek, 27 kwietnia 2007

"Wizje Alternatywne"

Już wiem, że nie zostanę pisarką.
Jeszcze parę dni temu, miałam czasem taką fantazję, że kiedyś moja pisanina zostanie wydana, okaże się wielkim hitem i będę sławna, rozchwytywana i rzecz jasna, bogata.
Ale po tym jak zaczęłam czytać "Wizje Alternatywne", zbiór opowiadań polskich autorów, już wiem, że to mrzonki totalne.
Właściwie to wiedziałam to chyba z każdą kolejną przeczytana książka, ale potrzebowałam takiego, przysłowiowego "gwoździa do trumny". I go znalazłam.
Odkryłam, że największą moją słabością jest narracja (pomijając takie "szczegóły" jak brak nośnych pomysłów na fabułę). Autorzy z tego tomiku, nawet jeśli opisują coś nieistotnego, ot taki "wypełniacz fabuły", robią to tak sprawnie, pięknie i z polotem, że właściwie ciężko zauważyć, że czyta się o niczym.
Też bym tak chciała.
Na razie ćwiczę się w krótkich formach. Tracę cierpliwość i zapał przy czymś dłuższym. Jak dziecko z ADHD - muszę zawsze wszystko szybko kończyć bo inaczej nie skończę wcale. Czy muszę dodawać, że rezultat okazuje sie najczęściej dość mierny? Tak też sądziłam...
Ostatnio odnalazłam parę rzeczy, które stworzyłam jakiś czas temu - wstyd i sromota. Narracja kulejąca, dialogi drętwe. Opisy? Lepiej zmilczę. Niektóre pomysły może nawet całkiem fajnie, niestety wykonanie tak słabe, że wstyd. Jednak pisanie wypracowań szkolnych a opowiadań to dwie różne rzeczy i jeśli ktoś te pierwsze tworzył nawet znośne, nie znaczy, że te drugie też będą dobre.
Nie wiem czy ta zależność działa w drugą stronę.
Jak już naprawdę mam zapędy masochistyczne, to umieszczę czasem jakąś rzecz na serwisach fan-fikowych. Fajne miejsce - wszyscy umieszczają, bo chcą być czytani, tylko brakuje ochotników, którzy by to czytali... A przynajmniej takie wrażenie odnoszę. Czasem, jak mam nastrój to zmieniam się w Czepialskiego Krytyka i czytam. Nie czepiam się z czystej złośliwości, po to by dobić, robię to w dobrej wierze, żeby pisali lepiej. Nie wiem czy autorzy biorą sobie moje komentarze do serca. Nie wiem czy je w ogóle czytają.
Może też stwierdzili, jak ja, że ich flirt z pisaniem skończony i nie mają ochoty wracać do swoich prac?

czwartek, 19 kwietnia 2007

Kolejne filmy.

Scoop.

Poszłam bo chciałam zobaczyć Hugh Jackaman'a, który bardzo mi się podoba. I powinnam być zadowolona, bo Hugh wygląda bosko. Gra przecież młodego, przystojnego i miłego arystokratę i taki właśnie jest. Scarlett gra amerykańską studentkę dziennikarstwa, trochę naiwną, trochę gapowatą ale na szczęście, nie aż tak gapowatą, by denerwowała. Fabuła nie jest może misternym tworem o którego złożoności można rozprawiać całymi godzinami, ale nie razi dziurami. Niby wszystko dobrze, wszystko cacy, ale... coś nie gra. Nie wyszłam zadowolona z tego filmu, z poczuciem "tak, to naprawdę było dobre!". A najgorsze jest to, że sam nie wiem, co mi sie właściwie nie podobało. Może Allen? Może gdyby jego rolę zagrał ktoś inny byłoby lepiej? Może jednak pewne uproszczenia w fabule - że też akurat trafiło się Scarlett, że Hugh zwrócił uwagę na nią, chociaż wokół miał na pewno tabuny pięknych i elokwentnych dam? Może to, że rozwój romansu był tak popędzany, że nawet nie zauważyłam kiedy ona się w nim zakochała (pomijam pierwsze wejrzenie, choć mnie by w pełni wystarczyło)?
Może narzekam, że nie jest to zły film - naprawdę szczerze się parę razu uśmiałam i muszę stwierdzić, że jak Allen nie pasuje mi na aktora, tak na twórcę dialogów i owszem.
A może zwyczajnie nie jest oddaną fanką filmów Allena i stąd moje kręcenie nosem?


W stronę Słońca.

Niech Ci, którzy nie lubią filmów s-f nie zrażają się po przeczytaniu opisu tego filmu. Owszem, jest statek kosmiczny i spacery w kosmosie, ale to naprawdę niezbędny dodatek wzbogacający fabułę. Bo "W stronę..." należy umieścić gdzieś pomiędzy kinem katastroficznym a dramatem psychologicznym.
Na początku wszystko jest jak się tego spodziewamy - dzielna załoga z bardzo ważną misją i właściwie zero problemów. Wszystko idzie jak z płatka aż do pewnego momentu, kiedy to nagle wszystko zaczyna się walić i palić. Scenarzysta naprawdę nie oszczędzał się podczas wymyślania jak tu jeszcze utrudnić życie swoim bohaterom. No i sama nazwa statku - Icarus, jeśli to od Ikara, to naprawdę mało fortunna.
Na początku, gdy zaczynają się pierwsze kłopoty i lepije poznajemy charaktery bohaterów, miałam skojarzenia z "Głębią" Camerona. A że bardzo lubię ten film, wzięłam to za dobrą monetę. Ale potem stwierdziłam, że chyba bliżej jednak filmowi do "Okrętu" Petersena. Choć przez moment rozważałam nawet "Ciśnienie" i "Obcego", ale szybko porzuciłam ten trop.
"W stronę..." ogląda sie naprawdę nieźle. Fabuła nie pędzi na łeb na szyję ale i nie nudzi. Właściwie, cały czas czułam jakiś niepokój...A scena wejścia na Icarusa I - majstersztyk. Najpierw myślałam, że z rolką filmu dzieje się coś dziwnego.
A potem zaczęłam się bać.
W ogóle trzeba film pochwalić za fajne zdjęcia i przyjemne efekty specjalne - w końcu to s-f, bez efektów obyć się nie mogło, ale nie są przytłaczające. Są takie w sam raz.
Choć jeśli miałabym być bardzo czepialska, to jako zarzut, wytknęłabym małą czujność komputera Icarusa. Niby to takie zdolna i mądra bestia a taka gapowata i ... ślepa (?) momentami.
A na koniec....powiem tylko, że byłam bardzo, ale to bardzo zadowolona kiedy już w pierwszej scenie usłyszałam Cilliana Murphy. Głos tego pana to absolutny hit, porównywalny jedynie z jego spojrzeniem.

wtorek, 10 kwietnia 2007

Sport.

Smutno mi się ostatnio zrobiło.
A wszystko przez chamstwo. I to w miejscach, gdzie przecież powinny rządzić tylko pozytywne, sportowe emocje.

Najpierw mecz Jastrzębskiego Węgla i Mostostalu. Mecz zawzięty, piękny, emocjonujący. A po meczu - wzajemne pretensje i latające butelki. Siatkówkę oglądam od miesiąca, jestem świeżą fanką, nie znam wszystkich niuansów, ale gdy kibice cały czas obrażają zawodnika, to nie dziwię się, że puszczają mu nerwy. Ktoś powie, że to przecież profesjonalista, że bierze pieniądze za grę. No właśnie - bierze pieniądze za grę, a nie za znoszenie obelg.
Szkoda.
Szkoda, że rzeczy kojarzone tylko z chuligańskimi wybrykami pseudo-kibiców piłki nożnej przenoszą się na hale i fora internetowe. Każda informacja o meczu była komentowana z taką ilością jadu i nienawiści, że aż trudno mi było uwierzyć w to co czytam. Ale nie tylko Szymańskiemu i Kadziewiczowi się dostaje, dostaje się też naszemu rodzynkowi w F1. Nie miał najszczęśliwszych startów ostatni, fakt, ale czy to naprawdę powód do ostrych i mało sympatycznych komentarzy?
Smutno też mi się zrobiło, gdy przeczytałam o przykrym incydencie do jakiego doszło podczas zawodów żużlowych w Zielonej Górze.

Szkoda mi tylko tych prawdziwych kibiców, którzy przychodzą po to by oglądać sportowe widowisko a nie dla zadym.

czwartek, 5 kwietnia 2007

Filmy

"Labirynt Fauna"
Recenzje, plakaty i nagrody, jakie ten film dostał, były dla mnie wystarczającą zachętą, by go zobaczyć. Choć miałam szczere obawy, że mogę nie zrozumieć, co tak właściwie oglądam... Na szczęście, tak się nie stało.
"Labirynt Fauna" jest baśnią, ale nie znaczy to, że jest dla dzieci! O nie! Stanowczo nie jest to film dla najmłodszych, właściwie, gdyby ktoś kazał mi określić gatunek, stwierdziłabym, że to dramat wojenny. Albo coś koło tego. W filmie nie brakuje dosadnych, brutalnych scen, na szczęście, są one jedynie, jako swoisty dodatek, to nie one tworzą oś filmu.
A o czym jest film? O potędze wyobraźni? O ucieczce w świat fantazji, gdy w realnym świecie, dzieją się straszne rzeczy?

Może.

Reżyser sprawnie myli tropy. Gdy już mi się wydawało, że rozgryzłam o co w tym wszystkim chodzi, pojawia się coś, co burzy moją pewność. I tak w kółko.
I właściwie tylko tyle mogę powiedzieć, by nie zdradzić za dużo tym, którzy filmu jeszcze nie widzieli. Generalnie - warto go zobaczyć.
Na końcu tego postu, powrócę jeszcze na chwilę do tej kwestii, jednak Ci, którzy "Labiryntu..." nie widzieli, niech nie czytają - nie chcę Wam psuć zabawy.

"300"
Ten film to jedno wielkie przegięcie. Mieszkańcy Sparty - piękni jak marzenie, Persowie - ohydne, wstrętne kreatury, przemowy pełne patosu, no i Kserkses wielki niczym góra.
Słowem, dostałam to czego się spodziewałam i co dostać chciałam!
Ten film nie jest przecież próbą rekonstrukcji bitwy pod Termopilami, tylko adaptacją komiksu. A w komiksach przegięcia się zdarzają - "Sin City" przecież też nie było od nich wolne. Są bohaterowie - piękni i dzielni, są zdrajcy - odrażający i podli, no i patos, wylewający się z każdego centymetra ekranu. Ale to też przecież jeszcze mieści się w konwencji komiksu.
"300" to kawał dobrego kina - nie jest to może produkcja wybitna, ale jest to film dobry, porządnie zrobiony i dostarczający naprawdę przedniej zabawy o ile człowiek jest przygotowany na to co ma zobaczyć. No i Drogie Panie... ci wspaniali mężczyźni... Naprawdę brakowało mi opcji "pauza", by wzrok nacieszyć, bo trenowali panowie sporo przed zdjęciami i to widać!


At teraz wracam do "Labiryntu Fauna". I jeśli Szanowny Czytelniku nie widziałeś tego filmu, to nie czytaj dalej.

Dlaczego ten film nie daje mi spokoju? Bo cały czas zastanawiam sie, czy ten fantastyczny świat aby na pewno jest taki fantastyczny - labirynt istniał, zejście w jego centrum też. I jeszcze jedna sprawa - nawet, jeśli ten magiczny świat istniał... to chyba nie był on taki miły i sympatyczny jakim chciała go widzieć bohaterka. Spokoju nie daje mi rzeźba z monumentu - Faun, dziewczynka i dziecko. Czy ono nie miało rogów?! No dobra, mogło mieć rogi, bo to syn samego "diabła" Vidala, albo... Fauna?
Muszę go jeszcze raz obejrzeć.

sobota, 31 marca 2007

Lekka trema, bo to pierwszy wpis.

Ponoć, gdy czegoś nie można znaleźć w Sieci, to zwyczajnie nie istnieje. Ostatnio kolega usiłuje mnie przekonać, że to samo jest z ludźmi. I jako, że nic na mój temat nie znalazł, jest mu ciężko uwierzyć w to, że jednak nie jestem duchem, że naprawdę istnieję. Tyle, że tylko w świecie materialnym...
Może czas to zmienić? Albo chociaż spróbować, bo słomiany ze mnie ogień i czuję, że po tygodniu ten blog umrze śmiercią naturalną z braku wpisów. Ale póki co... dam sobie szansę.

Na dobry i ostry początek – GP Jerez

Trzeba mieć sporo odwagi, żeby być motocyklistą – nie chodzi już o ten śmiesznie cienki kawałek gumy, który łączy maszynę z ziemią ani o te szalone prędkości. Trzeba być naprawdę twardym, żeby wyjechać na tor, gdzie na trybunach siedzi przeszło 138 tysięcy ludzi i Bóg tylko raczy wiedzieć ile przed telewizorami. Ale ci, którzy już zdecydowali się na ten krok, dostarczyli mi naprawdę przedniej rozrywki.

125cc

Gdy zawodnicy, którzy nadawali ton wyścigom, przenoszą się klasę wyżej, ci którzy zawsze gdzieś tam dojeżdżali, dostają swoją szansę. Przed startem tego sezonu, myślałam, że najpoważniejszym kandydatem do tytułu mistrza będzie Mattia Pasini. Jak na razie, to jest on poważnym kandydatem do tytułu pechowca roku. Jak nie upadek w Katarze to... to właściwe ciężko określić jednym słowem to co zdarzyło mu się w Jerez. Katastrofa – to słowo chyba najbliżej oddaje bezmiar tego pecha. Ale od początku.

A nic nie zapowiadało tragedii – Mattia zdobył pole position i miał ruszać do wyścigu z wygodnej, pierwszej pozycji. Ale już na okrążeniu zapoznającym, coś się stało. Wyglądało, że zgasł mu motocykl – dopchać go do boksów nie było już sprawą prostą, poza tym po czymś takim startuje się z końca stawki. Ale nawet koniec stawki nie stanowił dla niego aż takiego wyzwania, bo dość szybko dobił do początku – mam na myśli miejsce w okolicach 9. I wtedy... upadek. Nie wiem, czy to on ściągnął ze sobą Bradleya, czy też może Bradley jego, ale szkoda, naprawdę szkoda, że tak piękna walka o pozycję, skończyła się w piachu.

Na prowadzeniu byli Gabor Talmasci i Lukas Pesek. Żadnego z tych zawodników nie darzę szczególną sympatią, ale walczyli ze sobą odważnie i zawzięcie. Wygrał Gabor, wykonując swój „popisowy numer” – wyjazd zza pleców na prostej start-meta. Lukas mógł tylko patrzeć jak Węgier zabiera mu dodatkowe pięć punktów.

250cc

Zazwyczaj był to najnudniejszy z wyścigów. Ale już w ostatnim sezonie coś drgnęło i ćwiartki oglądam naprawdę ze sporym zainteresowaniem. Tu liczyła się tylko pierwsza czwórka – Jorge, Alvaro, Andrea i Hector. No i Alex jadący gdzieś na ogonie jako piąty. Ale Hector szybko wyjechał w piach i została ich już tylko trójka. Ale za to jaka! Każdy tych chłopaków ma na koncie tytuł mistrza świata. Nerwowo ściskałam kciuki, gdy prowadził Andrea. Lubię go, ma taki ładny, czysty styl jazdy – mam wrażenie, że każdy manewr przeprowadza jakoby w białych rękawiczkach – bardzo rzadko robi coś niebezpiecznego. Niestety, czasami jakby to trochę zabija w nim ducha walki, odbiera mu waleczność. Za nim, świeży przybysz, Alvaro Bautista – wiecznie uśmiechnięty chłopak o twarzy bobasa. No i Jorge – bezwzględny, lubiący twardą walkę, obecny mistrz świata ćwiartek. Może i nie przepadam za Jorge, ale talentu i pazura odmówić mu nie mogę. Tym bardziej nerwowo ściskałam kciuki, bo wiedziałam, że Jorge na pewno nie będzie się cały czas wozić z tyłu. I nie pomyliłam się. Gdy wreszcie ruszył do akcji, wszystko zwariowało – manewrów wyprzedzania było tyle, że ciężko było się połapać, kto wreszcie jest na której pozycji. Zaczęłam obawiać się o Andreę, że znowu odpuści, że się podda. Ale nie! Twardo walczył dalej, bardzo mi imponując. Do momentu, kiedy to Alvaro zaczął się przed nim niebezpiecznie ślizgać. Myślę, że wyprowadziło to chłopaka z równowagi i postanowił odpuścić. Lepsze 16 punktów niż piach. Niby tak, ale niedosyt został. Pierwszy na metę wpadł Jorge, potem Alvaro i wreszcie Andrea. Zadziwiła mnie słaba postawa Alexa. Może i dojechał na czwartej pozycji, ale walki pokazał co na lekarstwo, a jest to zawodnik, po którym można się spodziewać dosłownie wszystkiego. Gdyby ktoś mi powiedział, że ktoś startowa z ostatniej pozycji i wygrał, pomyślałabym, że to właśnie Alex. On jest nieustraszony i nieobliczalny. I za to go lubię.

GP

I deser. Najcięższa, choć nieco odchudzona w tym sezonie, kategoria 800cc. Na polu – Hiszpan, Daniel Pedrosa – chłopak, który im starszy tym mniej potrafi się cieszyć. Doprawdy zadziwiająca właściwość. Obok niego, Valentino Rossi, człowiek, który ma w tym sezonie naprawdę wiele do udowodnienia: a)że wciąż jest najlepszy b)że nie boi się żadnych młodych wilczków. Dalej, dawno nie oglądany tak wysoko Carlos Checa. Tylko mistrz świata, gdzieś z tyłu na 11 miejscu. I wystartowali! Daniel długo nie cieszył się prowadzeniem – Rossi, szybko się z nim uporał (właściwie bez walki) i zaczął uciekać. Na trzecie miejsce załapał się Colin Edwards a na czwarte... Nicky Hayden! Musiał mieć naprawdę atomowy start. I właściwe pierwsza trójka nie zmieniła się do końca. Za to z tyłu... no, no, kiedy Toni Elias wreszcie przestał się ślizgać, pokazał kawał dobrego ścigania. Kręcił dobre kółka i właściwe nie było mocnych na niego. Na konferencji Edwards opowiadał, że jak zobaczył na swojej tablicy, że goni go właśnie Elias pomyślał „O nie, tylko nie on!” – Elias u siebie potrafi być naprawdę groźny. Na szczęście dla Colina, wyścig skończył się, zanim Toni go dopadł. Szkoda było tylko patrzeć jak kolejni zawodnicy po kolei wyprzedzali Haydena. Nie wiem co jest z jego motocyklem nie tak, ale Honda niech wreszcie przestanie patrzeć w Pedrosę jak w wybawiciela i zajmie się Nicky’m bo to przecież właśnie on zdobył dla nich tytuł!

Pierwsze miejsce Rossiego, oznacza zmianę w klasyfikacji generalnej – liderem jest, „a to ci nowość”, Rossi. Następny wyścig w Turcji mam szczerą nadzieję, że Doktor znowu pokaże tam kawał dobrej jazdy!