poniedziałek, 3 grudnia 2007

3:10 do Yumy

Western nigdy specjalnie do mnie nie przemawiał. Bezdroża Dzikiego Zachodu nigdy nie zaprzątały mi głowy, pojedynki rewolwerowców, nie działały na wyobraźnię. Ale na film poszłam.
Zachęciły mnie recenzje.
No i Christian Bale.
Russell Crowe istnieje dla mnie tylko w jednym filmie, w "Gladiatorze" właśnie. Rola twardego, starożytnego generała była IDEALNA dla niego. W innych...nie leżał mi. Po prostu nie i tyle.
Już wiem, że Crowe nie będzie mi się tylko kojarzył z Maximusem, ale także z Benem Wade'm, łajdakiem jakich mało. Jego niski, wibrujący głos(oj chciałabym go kiedyś w dubbingu usłyszeć, oj chciałabym...), przenikliwe spojrzenie, gładka gadka i wieczny, ironiczny uśmieszek idealnie współgrają z postacią jaką gra. Jest wredny, ale i na swój sposób uczciwy. Szanuje ludzi, którzy mają zasady i się ich w życiu trzymają. Takich jak bohater grany przez Bale'a, cichy, ranczer, którego prześladuje pech, a który jest gotów podjąć każde ryzyko, by zapewnić rodzinie godne życie.
Starcie tych dwóch jednostek, złoczyńcy i dobrego obywatela, nie pozwala oderwać się ani na chwilę od ekranu. Czy złoczyńca się nawróci? Czy prawy obywatel dla się złamać?
To po prostu trzeba zobaczyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz