Pora nadrobić zaległości.
Przecież tyle wyścigów już było a u mnie ani śladu po nich.
Zatem...najpierw Francja.
Ponoć w całej Francji było wtedy słonecznie, poza jednym miejscem...akurat poza rejonem gdzie znajduje się legendarny tor Le Mans. Wyścig ogłoszony wyścigiem mokrym, choć większość zawodników i tak ruszyła do niego na slickach.
Ale Francja od początku nie rozpieszczała mojego faworyta - już w kwalifikacjach nie było rewelacyjnie a potem... Potem wyglądało, że może być nie najgorzej - prowadził przez jakiś moment, potem trzymał się w czołówce.
Dopóki nie spadł deszcz. Szybki zjazd, zamiana motocykli i ścigamy się dalej. I coś się psuje. Rywale uciekają, kółka wcale ie są szybkie. Vale kończy na szóstej lokacie, za Stonerem. Wyścig wygrywa inny Australijczyk, Chris na Suzuki.
Potem Włochy - terytorium Rossiego. Słaby start. I utrata pozycji za pozycją. Ale wtedy, cud - Vale wyprzedza zawodnika po zawodniku, kręci coraz szybsze kółka. Jeszcze tylko Stoner, jeszcze tylko Pedrosa i ... wychodzi na prowadzenie. Zaciskam kciuki, że aż prawie boli. Wpadają na prostą start-meta. Zbliżają się do jej końca. Tak się boję... Niepotrzebnie. Daniel nie był w stanie wyprzedzić Włocha. Vale zdobywa kolejne ułamki sekund. Cały czas prowadzi. Daniel wreszcie odpuszcza. Vale wjeżdża w glorii chwały na metę, ja prawię płaczę ze szczęścia. Mugello jest zawsze magiczne.
A potem gorąca Katalonia. I te pytania - kto tym razem? Czy Vale, uskrzydlony zwycięstwem z Włoch, czy może niespodzianka tego sezonu, Casey? A może Daniel - przecież t owyścig w Hiszpanii? Gasną światła i zaraz się przekonamy. Na prowadzeniu, wyżej wymieniona trójka. Casey, Vale i Daniel. Vale robi co może - Casey broni się jak lew. Co Vale zyska to traci na prostej. A potem manewry mrożące mi krew w żyłach. Boję się na to patrzeć, ale nie mogę zamknąć oczu, bo cokolwiek by się nie działo, ja to MUSZĘ zobaczyć. Walczył, ale musiał ulec. Pierwszy wjeżdża Casey.
Po wyścigu, Vale powiedział, że Casey jechał tak dobrze, że zwyczajnie nie znalazł na niego sposobu. Jak bóstwo. Casey z kolei miał stwierdzić, że Vale jechał naprawdę ostro, może momentami nawet zbyt ostro, ale to są wyścigi i tak bywa w walce. Nie wiem, czy naprawdę miał mu coś za złe, czy to tylko nadinterpretacja dziennikarzy. W każdym razie, jazda Caseya zmusza Rossiego do naprawdę tytanicznego wysiłku. Ale ich walka pokazuje coś jeszcze - ich klasę, ich talent i to jakimi naprawdę są wspaniałymi zawodnikami. Ci dwaj dokonują na torze rzeczy, które wydają się niemożliwe.
Dlatego już nie mogę się doczekać niedzieli i Donington.
piątek, 22 czerwca 2007
Zaległe wyścigi
Etykiety:
Casey Stoner,
Daniel Pedrosa,
GP of Catalunya,
GP of France,
GP of Italy,
motogp,
Valentino Rossi
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz