piątek, 27 lipca 2007

Po Lagunie

I stało się. Jorge Lorenzo podpisał kontrakt z Yamahą na starty w klasie motogp. Zatem,czas najwyższy, by Vale uściskał Colina na pożegnanie. Skład teamu nie jest oficjalnie podany i wszystko jest jeszcze wielką tajemnicą, ale... Ale jak ktoś kupuje wszystko-wskazuje-że-dwukrotnego-mistrza-świata-250cc to przecież nie wyśle, go do satelickiego zespołu. Szkoda mi Colina - też jeździec nie w ciemię bity bo bodajże dwukrotny mistrz świata SBK...ale to były niestety dawne czasy. Także nie bardzo chce mi się wierzyć w ogromną hojność sponsorów, by Yamaha mogła sobie pozwolić na trzech kierowców.
Złośliwi, powyższą wiadomość od razu skomentowali wyrażeniem obawy, czy aby Yamaha znajdzie odpowiednio duży boks by pomieści ego Włocha i Hiszpana. Jeden i drugi lubi popisy, ale celebracja w stylu Jorge nie odpowiada mi. Bardziej to wygląda jakby chciał innym pokazać, gdzie ich miejsce w szeregu, niż na radość ze zwycięstwa. Ale pewnie teraz to ja jestem złośliwa, bo nie przepadam za Lorenzo.
Całej sprawie pieprzyku dodaje dodaje jeszcze jedna sprawa - za Gazetta dello Sport i moją początkującą znajomością włoskiego, Jorge miał kiedyś powiedzieć, że jego bohaterem nie jest np. Rossi, ale... Max Biaggi.
Ten sam Max Biaggi, który niedawno powiedział, że Casey Stoner jest dużo bardziej utalentowany niż Rossi. Nie przeczę, że Australijczyk w tym roku błyszczy najjaśniej, ale czy nie za szybko na takie stwierdzenia? Walka o tytuł wygląda inaczej niż w zeszłym roku i to właśnie za spraą wspaniałej jazdy Stonera. I opon jak dodają niektórzy.
Właśnie. Opony.
Michelin nie ma szczęścia w tym roku - czy to chwilowy kryzys czy też nowe regulacje im nie służą i zawodnicy(głównie Rossi) są coraz bardziej sfrustrowani. No ale jak można być zadowolonym, gdy przy suchej nawierzchni dojeżdża się 30 sekund za liderem? A tak to było na Lagunie - pierwsza trójka na Bridgestonach wyglądała, jakby jechała w innym, dużo szybszym wyścigu, w porównaniu z czwartym Valentym, czy piątym Pedrosą.
Trochę współczuję Stonerowi, bo jego fenomenalna jazda jest "przyćmiewana" bądź to piekielną prędkością jego Ducati, bądź też nieziemską przyczepnością opon. I mimo iż Vale wychwala młodego Australijczyka pod niebiosa, nazywając go, nomen omen motocyklowym bóstwem, i tak wszyscy wciąż szukają tajemnicy jego sukcesu.
Myślę, że po tym sezonie, twierdzenie, że zwycięstwo zależy w równym procencie od maszyny jak i jeźdźca, trzeba będzie poszerzyć o trzeci czynnik, o opony właśnie. Bo zestaw "Bridgestone+Ducati+Stoner" przypomina mi bardzo inny, sprzed lat, "Michelin+Honda+Rossi". Gdy debiutowały 990cc, Vale, tak jak Casey dziś, wygrywał co chciał i jak chciał. Może trochę szkoda, że zamiast zastanawiać się "kto dziś wygra?", zadaję sobie pytanie "czy dziś znów Bridgestone czy może Michelinom wreszcie coś wyjdzie?".
A wracając do tego, od czego zaczęłam, czyli wieści o Lorenzo... To może oznaczać, że Yamaha powoli przygotowuje się do odświeżenia swojej stajni. Przygotowują się do zmian. Kontrakt Rossiego kończy się w 2008 roku. Sam zainteresowany twierdzi, że pojeździ na motocyklu tak do 31, 32 roku życia, czyli jakieś 3, 4 lata. Ale czy będzie to do końca Yamaha? Odpada Ducati - Stoner przedłużył swój kontrakt, poza tym dopiero co nabyli Melandriego. Zostaje zatem Suzuki i Kawasaki. A Suzuki w tym roku prezentuje się z bardzo dobrej strony. Agostiniego i tak nie doścignie z liczbą tytułów mistrza świata, ale Rossi może mieć inny cel - zapiać się w kronikach pod kolejnym hasłem - jako ten, który zdobył mistrzostwo na trzech różnych motocyklach. To by dopiero było ekscytujące.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz