sobota, 31 marca 2007

Lekka trema, bo to pierwszy wpis.

Ponoć, gdy czegoś nie można znaleźć w Sieci, to zwyczajnie nie istnieje. Ostatnio kolega usiłuje mnie przekonać, że to samo jest z ludźmi. I jako, że nic na mój temat nie znalazł, jest mu ciężko uwierzyć w to, że jednak nie jestem duchem, że naprawdę istnieję. Tyle, że tylko w świecie materialnym...
Może czas to zmienić? Albo chociaż spróbować, bo słomiany ze mnie ogień i czuję, że po tygodniu ten blog umrze śmiercią naturalną z braku wpisów. Ale póki co... dam sobie szansę.

Na dobry i ostry początek – GP Jerez

Trzeba mieć sporo odwagi, żeby być motocyklistą – nie chodzi już o ten śmiesznie cienki kawałek gumy, który łączy maszynę z ziemią ani o te szalone prędkości. Trzeba być naprawdę twardym, żeby wyjechać na tor, gdzie na trybunach siedzi przeszło 138 tysięcy ludzi i Bóg tylko raczy wiedzieć ile przed telewizorami. Ale ci, którzy już zdecydowali się na ten krok, dostarczyli mi naprawdę przedniej rozrywki.

125cc

Gdy zawodnicy, którzy nadawali ton wyścigom, przenoszą się klasę wyżej, ci którzy zawsze gdzieś tam dojeżdżali, dostają swoją szansę. Przed startem tego sezonu, myślałam, że najpoważniejszym kandydatem do tytułu mistrza będzie Mattia Pasini. Jak na razie, to jest on poważnym kandydatem do tytułu pechowca roku. Jak nie upadek w Katarze to... to właściwe ciężko określić jednym słowem to co zdarzyło mu się w Jerez. Katastrofa – to słowo chyba najbliżej oddaje bezmiar tego pecha. Ale od początku.

A nic nie zapowiadało tragedii – Mattia zdobył pole position i miał ruszać do wyścigu z wygodnej, pierwszej pozycji. Ale już na okrążeniu zapoznającym, coś się stało. Wyglądało, że zgasł mu motocykl – dopchać go do boksów nie było już sprawą prostą, poza tym po czymś takim startuje się z końca stawki. Ale nawet koniec stawki nie stanowił dla niego aż takiego wyzwania, bo dość szybko dobił do początku – mam na myśli miejsce w okolicach 9. I wtedy... upadek. Nie wiem, czy to on ściągnął ze sobą Bradleya, czy też może Bradley jego, ale szkoda, naprawdę szkoda, że tak piękna walka o pozycję, skończyła się w piachu.

Na prowadzeniu byli Gabor Talmasci i Lukas Pesek. Żadnego z tych zawodników nie darzę szczególną sympatią, ale walczyli ze sobą odważnie i zawzięcie. Wygrał Gabor, wykonując swój „popisowy numer” – wyjazd zza pleców na prostej start-meta. Lukas mógł tylko patrzeć jak Węgier zabiera mu dodatkowe pięć punktów.

250cc

Zazwyczaj był to najnudniejszy z wyścigów. Ale już w ostatnim sezonie coś drgnęło i ćwiartki oglądam naprawdę ze sporym zainteresowaniem. Tu liczyła się tylko pierwsza czwórka – Jorge, Alvaro, Andrea i Hector. No i Alex jadący gdzieś na ogonie jako piąty. Ale Hector szybko wyjechał w piach i została ich już tylko trójka. Ale za to jaka! Każdy tych chłopaków ma na koncie tytuł mistrza świata. Nerwowo ściskałam kciuki, gdy prowadził Andrea. Lubię go, ma taki ładny, czysty styl jazdy – mam wrażenie, że każdy manewr przeprowadza jakoby w białych rękawiczkach – bardzo rzadko robi coś niebezpiecznego. Niestety, czasami jakby to trochę zabija w nim ducha walki, odbiera mu waleczność. Za nim, świeży przybysz, Alvaro Bautista – wiecznie uśmiechnięty chłopak o twarzy bobasa. No i Jorge – bezwzględny, lubiący twardą walkę, obecny mistrz świata ćwiartek. Może i nie przepadam za Jorge, ale talentu i pazura odmówić mu nie mogę. Tym bardziej nerwowo ściskałam kciuki, bo wiedziałam, że Jorge na pewno nie będzie się cały czas wozić z tyłu. I nie pomyliłam się. Gdy wreszcie ruszył do akcji, wszystko zwariowało – manewrów wyprzedzania było tyle, że ciężko było się połapać, kto wreszcie jest na której pozycji. Zaczęłam obawiać się o Andreę, że znowu odpuści, że się podda. Ale nie! Twardo walczył dalej, bardzo mi imponując. Do momentu, kiedy to Alvaro zaczął się przed nim niebezpiecznie ślizgać. Myślę, że wyprowadziło to chłopaka z równowagi i postanowił odpuścić. Lepsze 16 punktów niż piach. Niby tak, ale niedosyt został. Pierwszy na metę wpadł Jorge, potem Alvaro i wreszcie Andrea. Zadziwiła mnie słaba postawa Alexa. Może i dojechał na czwartej pozycji, ale walki pokazał co na lekarstwo, a jest to zawodnik, po którym można się spodziewać dosłownie wszystkiego. Gdyby ktoś mi powiedział, że ktoś startowa z ostatniej pozycji i wygrał, pomyślałabym, że to właśnie Alex. On jest nieustraszony i nieobliczalny. I za to go lubię.

GP

I deser. Najcięższa, choć nieco odchudzona w tym sezonie, kategoria 800cc. Na polu – Hiszpan, Daniel Pedrosa – chłopak, który im starszy tym mniej potrafi się cieszyć. Doprawdy zadziwiająca właściwość. Obok niego, Valentino Rossi, człowiek, który ma w tym sezonie naprawdę wiele do udowodnienia: a)że wciąż jest najlepszy b)że nie boi się żadnych młodych wilczków. Dalej, dawno nie oglądany tak wysoko Carlos Checa. Tylko mistrz świata, gdzieś z tyłu na 11 miejscu. I wystartowali! Daniel długo nie cieszył się prowadzeniem – Rossi, szybko się z nim uporał (właściwie bez walki) i zaczął uciekać. Na trzecie miejsce załapał się Colin Edwards a na czwarte... Nicky Hayden! Musiał mieć naprawdę atomowy start. I właściwe pierwsza trójka nie zmieniła się do końca. Za to z tyłu... no, no, kiedy Toni Elias wreszcie przestał się ślizgać, pokazał kawał dobrego ścigania. Kręcił dobre kółka i właściwe nie było mocnych na niego. Na konferencji Edwards opowiadał, że jak zobaczył na swojej tablicy, że goni go właśnie Elias pomyślał „O nie, tylko nie on!” – Elias u siebie potrafi być naprawdę groźny. Na szczęście dla Colina, wyścig skończył się, zanim Toni go dopadł. Szkoda było tylko patrzeć jak kolejni zawodnicy po kolei wyprzedzali Haydena. Nie wiem co jest z jego motocyklem nie tak, ale Honda niech wreszcie przestanie patrzeć w Pedrosę jak w wybawiciela i zajmie się Nicky’m bo to przecież właśnie on zdobył dla nich tytuł!

Pierwsze miejsce Rossiego, oznacza zmianę w klasyfikacji generalnej – liderem jest, „a to ci nowość”, Rossi. Następny wyścig w Turcji mam szczerą nadzieję, że Doktor znowu pokaże tam kawał dobrej jazdy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz