Wolsztyn, dworzec, 10 minut przerwy. – pisk wyłączanego mikrofonu budzi mnie z płytkiego, nerwowego snu. Nagłe przebudzenie objawia się tępym, pulsującym bólem głowy. Ludzie wychodzą na szybkiego papierosa, inni biegną do pobliskiego sklepu po coś do picia. Ludzie, czekający na stanowisku patrzą na nas nienawistnie. Znam to spojrzenie- patrzę tak samo, gdy autobus jest w zasięgu wzroku a ja muszę stać i czekać aż pan i władca w osobie kierowcy, raczy podjechać. Udaję, że ich nie widzę i patrzę w niebo na ołowiane, ciężkie chmury. Zastanawiam się czy zmoknę dziś czwarty raz, czy może jednak mi się upiecze. Patrzę na szkołę tańca mieszczącą się w budynku nieopodal. Zazdroszczę im, też chciałabym mieć z kim płynąć po parkiecie. Szybko jednak przestaję im zazdrościć- ćwiczą walca a mi zaczyna kręcić się w głowie. Zamykam oczy i oddycham głęboko.
Przede mną ostatnie 50 kilometrów. To około godziny jazdy. Po krętych i dziurawych drogach. Nic mi nie będzie, na pewno nic mi nie będzie... Dlaczego sobie nie wierzę? 10 minut minęło, ruszamy. Autobus zakołysał na zakręcie, mam ochotę, Boże jakże silną ochotę, by odkręcić własną głowę. Oczy mam zamknięte, nie odważę się ich teraz otworzyć, to tylko mogłoby przyśpieszyć to czego staram się uniknąć. Kierowca naciska na hamulec, lecę do przodu, asekurując się w ostatnim momencie rękoma, czuję jak robi mi się słodko w ustach a świat wiruje znacznie szybciej niż zazwyczaj. Rozważam scenariusz – siedzieć i liczyć na to, że mi przejdzie, czy ryzykować sięgnięcie po worek? Ale wtedy będę musiała poruszyć głową i spojrzeć na bok, potem w dół. Nie, nie będę sięgała po worek. Dam radę, muszę dać.
Głębokie wdechy. Węch mam teraz wyostrzony jak u psa i czuję, że ktoś kto siedzi dwa rzędy ode mnie na kanapkę z silnie naczosnkowaną kiełbasą.
Nie cierpię zapachu czosnku.
Wdech, wydech, nie myśleć o niczym innym. Wilgotnieją mi oczy, w ustach ponownie czuję charakterystyczny, słodki smak, oblewa mnie fala gorąca. Nie! Dam radę! Na ślepo odsłaniam dłonią wieczko nawiewu, zimny strumień owiewa mi twarz. Łomotanie w głowie chwilowo słabnie. Gdzie ja w ogóle jestem? Otwieram oko, widzę stary zrujnowany wiatrak – Lubięcin. Dopiero tu. Jeszcze Lipiny i Przyborów. Jeszcze tyle zakrętów i dziur. Zawroty głowy wróciły ze zdwojoną siłą. Zaciskam pięści, prawie nie czuję jak paznokcie wbijają mi się skórę. Wytrzymasz! Wychodziłaś z gorszych opałów, przecież nie jest jeszcze AŻ tak źle. Koło podskakuje na koleinie a ja chcę wyć z bezsilności. Jestem zamknięta w tym blaszanym więzieniu i nie mam jak stąd uciec. Ludzie gapią się bezmyślnie w krajobrazy za oknem nie mając pojęcia jaki przeżywam dramat. Jak bardzo staram się zachować godność, bo kto to widział, żeby dorosła dziewczyna chorowała. Przecież są na to lekarstwa, pomyślą. Wiem, znam je jak nikt inny! Wzięłam taką jedną maleńką, okropnie gorzką tabletkę przed podróżą. Autobus wspina się pod górę. Lipiny. Jeszcze najwyżej 15km, wytrzymaj, wytrzymaj. Oddycham chrapliwie, czuję pot i słodkie perfumy ludzi, którzy wsiedli. Znowu oblewa mnie fala gorąca, mięśnie sztywnieją, w gardle mi wysycha. I znowu słodko mi w ustach. Otwieram je by zaczerpnąć zimnego powietrza z nawiewu. Wolę już mieć chore gardło niż... Próbuję skupić się tylko na oddychaniu, by nie myśleć o niczym innym, wprowadzić się w trans. Oczami wyobraźni widzę już znajome zabudowania Przyborowa, zakręt w lewo, most na Odrze i zakręt w prawo. Otwieram oczy. Mijam most zwodzony. Jeszcze dwie ulice i będę mogła opuścić to blaszane więzienie. Wysiadam chwiejnym krokiem i idę do bagażnika po torbę. Podnoszę ją zbyt gwałtownie i wszystko zaczyna mi wirować przed oczami, z miejsca dopadają mnie mdłości.
Dwa skurcze i po wszystkim...
Cholera...
sobota, 19 maja 2007
niedziela, 6 maja 2007
GP Chin
Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie "Kto może być najbardziej sfrustrowanym zawodnikiem na torze?" odpowiedziałabym, że albo to będzie Nicky Hayden albo... Vale Rossi.
Dzieje się to, co w porywie gniewu i poczuciu niesprawiedliwości dziejowej, wykrakałam Nickiemu - że w następnym sezonie nic nie ugra bo go inni pobiją. I wygląda na to, że ta jedna z moich przepowiedni na razie się sprawdza. Teraz, gdy złość przeszła i pogodziłam się z faktem, że Rossi nie jest kolejny raz mistrzem, żal mi patrzeć jak się chłopak męczy na nowej Hondzie. Nie pasuje mu ona i to bardzo. A chociaż pozory walki o obronę tytułu trzeba zachować... Jeszcze dzisiejsze zderzenie z Eliasem (ha! ma Elias za swoje! za swój, jak to Toni określał "agresywny styl") też wcale nie pomogło.
A Rossi? Kolejny raz pobity przez prostą. I własne błędy.
To musi być straszne uczucie, gdy w ciasnych łukach jest w stanie wyprzedzić Caseya, nawet kawałeczek mu odjechać, żeby potem na prostej być wręcz pożartym przez Ducati. Właściwie Casey łykał Valentego bez walki - ot prosta i Vale zostaje z tyłu. Próbował się bronić- albo opóźniał hamowanie (i wylatywał z toru) albo zacieśniał jak się dało (co też kończyło się błędami). Już dawno nie widziałam Rossiego aż tak szamocącego się byle tylko uzyskać przewagę. A potem prosta i ... Ducati wkręca się na drugą kosmiczną zostawiając Yamahę daleko za sobą.
Pozostaje czekać aż wreszcie Yamaha coś z tym zrobi albo aż zaczną jeździć na torach o krótkich prostych. Bo Yamaha nie jest doszczętnie złym motocyklem. W końcu to Rossi zajął dziś w Chinach drugie miejsce. Ale czas najwyższy zacząć odrabiać straty, Stoner uciekł już na 15 punktów.
W 250cc - bez nowości. Kozak Lorenzo daleko z przodu, za nim Alvaro z Dovizioso. Czy ten ostatni manewr wyprzedzania wykonany przez Alvaro był do końca fair? No nie wiem...W każdym razie ograł Andreę i Włoch zakończył na trzecim miejscu. Lorenzo ma już 95 punktów ze 100 możliwych. Dominator. A liczyłam na to, że będzie tu wesoło, że będą zawsze wpadać całą grupą na metę i nigdy nie będzie można być pewnym zwycięzcy. No nic...wygląda na to, że w 250-tkach wszystko raca do normy - dominator z przodu a za nim cała reszta.
W klasie 125cc należy odnotować, że Mattia WRESZCIE dojechał do mety. Niestety jego motocykl chyba nie działał do końca jak powinien, bo nagle Mattia zniknął z czołówki. Dojechał na dziesiątym miejscu. Nisko jak na jego możliwości, ale ma pierwsze punkty! Nareszcie! Wygrał Pesek, ale bohaterem jest Esteve Rabat - chłopak znikąd co nagle wskoczył na podium. Dobra robota!
Dzieje się to, co w porywie gniewu i poczuciu niesprawiedliwości dziejowej, wykrakałam Nickiemu - że w następnym sezonie nic nie ugra bo go inni pobiją. I wygląda na to, że ta jedna z moich przepowiedni na razie się sprawdza. Teraz, gdy złość przeszła i pogodziłam się z faktem, że Rossi nie jest kolejny raz mistrzem, żal mi patrzeć jak się chłopak męczy na nowej Hondzie. Nie pasuje mu ona i to bardzo. A chociaż pozory walki o obronę tytułu trzeba zachować... Jeszcze dzisiejsze zderzenie z Eliasem (ha! ma Elias za swoje! za swój, jak to Toni określał "agresywny styl") też wcale nie pomogło.
A Rossi? Kolejny raz pobity przez prostą. I własne błędy.
To musi być straszne uczucie, gdy w ciasnych łukach jest w stanie wyprzedzić Caseya, nawet kawałeczek mu odjechać, żeby potem na prostej być wręcz pożartym przez Ducati. Właściwie Casey łykał Valentego bez walki - ot prosta i Vale zostaje z tyłu. Próbował się bronić- albo opóźniał hamowanie (i wylatywał z toru) albo zacieśniał jak się dało (co też kończyło się błędami). Już dawno nie widziałam Rossiego aż tak szamocącego się byle tylko uzyskać przewagę. A potem prosta i ... Ducati wkręca się na drugą kosmiczną zostawiając Yamahę daleko za sobą.
Pozostaje czekać aż wreszcie Yamaha coś z tym zrobi albo aż zaczną jeździć na torach o krótkich prostych. Bo Yamaha nie jest doszczętnie złym motocyklem. W końcu to Rossi zajął dziś w Chinach drugie miejsce. Ale czas najwyższy zacząć odrabiać straty, Stoner uciekł już na 15 punktów.
W 250cc - bez nowości. Kozak Lorenzo daleko z przodu, za nim Alvaro z Dovizioso. Czy ten ostatni manewr wyprzedzania wykonany przez Alvaro był do końca fair? No nie wiem...W każdym razie ograł Andreę i Włoch zakończył na trzecim miejscu. Lorenzo ma już 95 punktów ze 100 możliwych. Dominator. A liczyłam na to, że będzie tu wesoło, że będą zawsze wpadać całą grupą na metę i nigdy nie będzie można być pewnym zwycięzcy. No nic...wygląda na to, że w 250-tkach wszystko raca do normy - dominator z przodu a za nim cała reszta.
W klasie 125cc należy odnotować, że Mattia WRESZCIE dojechał do mety. Niestety jego motocykl chyba nie działał do końca jak powinien, bo nagle Mattia zniknął z czołówki. Dojechał na dziesiątym miejscu. Nisko jak na jego możliwości, ale ma pierwsze punkty! Nareszcie! Wygrał Pesek, ale bohaterem jest Esteve Rabat - chłopak znikąd co nagle wskoczył na podium. Dobra robota!
sobota, 5 maja 2007
Przed GP Chin
Co za kwalifikacje!
Rekord toru w Chinach poprawiony o pawie 0.6 sekundy. I dokonano tego na motocyklu o mniejszej pojemności i dość średniej prędkości maksymalnej (właściwie to chyba tylko składaki w postaci KR 212V są wolniejsze).
Valentino Rossi szaleje w Szanghaju.
Nie wiem, jak tego dokonał, on sam też tego nie wie. Jedno jest pewne - wszyscy na torze przecierali oczy ze zdumienia i sprawdzali czy aby monitory nie nawaliły. Bo takie kółko nie zdarza się często.
Ale ja i tak się boję o jutro.
Kwalifikacje kwalifikacjami, ale Vale dalej ma mniej o jakieś 15km/h na prostej niż Casey. A proste są dwie i to jeszcze długie. Nie chcę żeby powtórzył się scenariusz z Kataru, gdzie Vale na prostej wyglądał jakby jechał na rowerku.
Wiadomo, że Yamaha nowych części w Chinach nie da, na te można dopiero liczyć we Francji albo we Włoszech. Jedyna nadzieja w deszczu - jak mokro to nikt nie odkręca i prędkości maksymalne przestają się liczyć...ale wtedy wszystkie ustawienia diabli biorą...
Ech... Valenty, pojedź dobrze jutro. Proszę.
W niższych klasach bez zmian - Lorenzo i Pasini na czele.
Lorenzo, chyba zapatrzył się na Rossiego, bo jego czas też był z tych co to dają innym dużo do myślenia. Może i za nim nie przepadam, ale muszę mu oddać, że jeździ naprawdę z polotem.
Może Pasini wreszcie dojedzie do mety? I może pomyśli o tym, by ponownie zapuścić włosy? Bo w nowej "fryzurze" nijak mu do twarzy...
Rekord toru w Chinach poprawiony o pawie 0.6 sekundy. I dokonano tego na motocyklu o mniejszej pojemności i dość średniej prędkości maksymalnej (właściwie to chyba tylko składaki w postaci KR 212V są wolniejsze).
Valentino Rossi szaleje w Szanghaju.
Nie wiem, jak tego dokonał, on sam też tego nie wie. Jedno jest pewne - wszyscy na torze przecierali oczy ze zdumienia i sprawdzali czy aby monitory nie nawaliły. Bo takie kółko nie zdarza się często.
Ale ja i tak się boję o jutro.
Kwalifikacje kwalifikacjami, ale Vale dalej ma mniej o jakieś 15km/h na prostej niż Casey. A proste są dwie i to jeszcze długie. Nie chcę żeby powtórzył się scenariusz z Kataru, gdzie Vale na prostej wyglądał jakby jechał na rowerku.
Wiadomo, że Yamaha nowych części w Chinach nie da, na te można dopiero liczyć we Francji albo we Włoszech. Jedyna nadzieja w deszczu - jak mokro to nikt nie odkręca i prędkości maksymalne przestają się liczyć...ale wtedy wszystkie ustawienia diabli biorą...
Ech... Valenty, pojedź dobrze jutro. Proszę.
W niższych klasach bez zmian - Lorenzo i Pasini na czele.
Lorenzo, chyba zapatrzył się na Rossiego, bo jego czas też był z tych co to dają innym dużo do myślenia. Może i za nim nie przepadam, ale muszę mu oddać, że jeździ naprawdę z polotem.
Może Pasini wreszcie dojedzie do mety? I może pomyśli o tym, by ponownie zapuścić włosy? Bo w nowej "fryzurze" nijak mu do twarzy...
Etykiety:
GP of China,
Jorge Lorenzo,
Mattia Pasini,
motogp,
Szanghaj,
Valentino Rossi
czwartek, 3 maja 2007
Rower
Sport to zdrowie!
Po przejechaniu blisko 60 kilometrów, zimny pot oblewa mnie na myśl o kanapie, fotelu bądź innym siedzisku.
Myśl o siodełku wzbudza grozę.
Poza tym pogryzły mnie owady, nie wiem czy to komary, muchy, meszki czy inne badziewie, ale swędzi okrutnie. Trzeba było łykać witaminę B, może chociaż te mniej zmutowane dałyby mi spokój?
Jeżdżę po lasach, po drogach publicznych się boję - nie ufam kierowcom. Jest sucho i drogi stały się bardzo piaszczyste. Poza tym, ruszyły prace przy budowie obwodnicy. Nie wiem czy panowie robotnicy robili sobie skróty przez las czy jak, ale drogi nie tylko są piaszczyste do tego jeszcze rozryte. No i w mostku są dwie dziury.
Najważniejsze jednak, że obchód zrobiony i znam już stan tras.
Ogólnie - pustynia. Nie wiem czy to skutek braku opadów, czy ten teren tak po prostu ma. Podejrzewam, że to drugie. Ale jest jedna dobra rzecz! Czynna przeprawa między Bytomiem Odrzańskim a Siedliskiem! Ponoć czynna już od zeszłego września.
Chyba dawno tamtędy nie jeździłam.
Droga na Siedlisko jakaś uczęszczana mocno i dziurawa jak szwajcarski ser - co z tego, że z górki jak przez dziury nijak nie mogę się rozpędzić.
Drzonków i okolice - piachy... Chyba, że jechać asfaltem przez wioski i uważać by nie dać się rozjechać. Kierowcy ostatnio jakby bardziej zwracali uwagę na rowerzystów, ale głupków wciąż nie brakuje.
Nie byłam jeszcze przy Bukowej Górze. Tam strasznie dużo krzaków i cienia, obawiam się zatem, że wróciłabym stamtąd jako jeden wielki swędzący bąbel. Nie dzięki, daruję sobie.
A póki co, to chyba się położę, bo siedzieć jakoś ciężko...
Po przejechaniu blisko 60 kilometrów, zimny pot oblewa mnie na myśl o kanapie, fotelu bądź innym siedzisku.
Myśl o siodełku wzbudza grozę.
Poza tym pogryzły mnie owady, nie wiem czy to komary, muchy, meszki czy inne badziewie, ale swędzi okrutnie. Trzeba było łykać witaminę B, może chociaż te mniej zmutowane dałyby mi spokój?
Jeżdżę po lasach, po drogach publicznych się boję - nie ufam kierowcom. Jest sucho i drogi stały się bardzo piaszczyste. Poza tym, ruszyły prace przy budowie obwodnicy. Nie wiem czy panowie robotnicy robili sobie skróty przez las czy jak, ale drogi nie tylko są piaszczyste do tego jeszcze rozryte. No i w mostku są dwie dziury.
Najważniejsze jednak, że obchód zrobiony i znam już stan tras.
Ogólnie - pustynia. Nie wiem czy to skutek braku opadów, czy ten teren tak po prostu ma. Podejrzewam, że to drugie. Ale jest jedna dobra rzecz! Czynna przeprawa między Bytomiem Odrzańskim a Siedliskiem! Ponoć czynna już od zeszłego września.
Chyba dawno tamtędy nie jeździłam.
Droga na Siedlisko jakaś uczęszczana mocno i dziurawa jak szwajcarski ser - co z tego, że z górki jak przez dziury nijak nie mogę się rozpędzić.
Drzonków i okolice - piachy... Chyba, że jechać asfaltem przez wioski i uważać by nie dać się rozjechać. Kierowcy ostatnio jakby bardziej zwracali uwagę na rowerzystów, ale głupków wciąż nie brakuje.
Nie byłam jeszcze przy Bukowej Górze. Tam strasznie dużo krzaków i cienia, obawiam się zatem, że wróciłabym stamtąd jako jeden wielki swędzący bąbel. Nie dzięki, daruję sobie.
A póki co, to chyba się położę, bo siedzieć jakoś ciężko...
Subskrybuj:
Posty (Atom)