niedziela, 30 września 2007

Poszukiwanie dachu nad głową i jak się to skończyło.

Październik za pasem, trzeba było zjechać już do Poznania.
Jak to dobrze mieć już dach nad głową, bo jeszcze jakiś tydzień, półtora temu, wcale nie było tak wesoło.
A wszystko zaczęło się od okazji...
Okazją, bo inaczej nie można było nazwać propozycji pana, będącego znajomym taty mojej współlokatorki? Zaoferował nam lokum, bez współlokatorów w remontowanej części kamienicy. Z zapewnieniem, że remont do września się skończy. Do tego należało dorzucić jeszcze bardzo okazyjną cenę za wynajem. Nawet jeśli to miejsce nie wydawało się aż takim rajem na ziemi, to cena + perspektywa pełnej samodzielności, była bardzo nęcąca. Wszystko pięknie, dopóki nie zadzwonił dwa lub trzy dni przez przeprowadzką, z informacją o czynszu i opłatach. I to dużo wyższych od tych na które się umawialiśmy. No to podziękowałyśmy panu i zaczęłyśmy szukać...
O rety, to jest dopiero przygoda!
Ale zanim zacznę opisywać, co widziałam, jedna myśl, która mi się nasunęła.
Otóż wynajem mieszkania dla studentów to rodzaj wolontariatu, to rodzaj próby, który ma wzmocnić hart ducha.Bo przecież student to zło najgorsze, które za nic ma własność drugiego człowieka, wynajmuje tylko po to by niszczyć, niszczyć, niszczyć...
To może lepiej sprzedać lokal w cholerę, po co się zadręczać, czy odkurzacz wciąż działa a ściany wciąż mają ten sam kolor? Cóż...ludzie lubią cierpieć zatem wynajmują i narzekają.

1) Na pierwszy ogień, mieszkanie przy naramowickiej. Nawet fajne, nowe, jasne i ciepłe. Daleko tylko do miasta, ale trudno. Właściwie pawie byłam zdecydowana, gdy okazało się, że nagle siostra wynajmującego nie mgła się zdecydować czy będzie studiowac w Poznaniu czy nie..Hmmm, no to po ptokach.
2) Junikowo. Mam sentyment do tego miejsca, bo długo tam mieszkałam. Pan zaprowadził mnie na tyły, do jakiegoś, na oko, przerobionego pomieszczenia gospodarczego. Tam pokazał pokoik, który mnie przeraził. Nad oknem okap, rzucający cień, w oknie kraty i spuszczona żaluzja, dwa tapczaniki a między nimi tyle miejsca, by zdołać się obrócić. Nie miałam innego skojarzenia niż "cela". Na uwagę, że trochę ciemno, pan od razu rzucił się do okna, by podnieść żaluzję, co właściwie nie zmieniło zbyt dużo. Nie wiem jak wyglądała łazienka albo cokolwiek innego, bo zwyczajnie uciekłam stamtąd.
3) Lodowa. Całe mieszkanie, do którego dwójka studentów szukała współtowarzyszy. O rety...Klaustrofobiczna łazieneczka, do tego ubikacja, której nie zauważyłam przez zajmującą wszystko pralkę. Aha, ani jedno ani drugie, ani trzecie, bo jeszcze kuchnia, pomieszczenie, nie było ogrzewane. Ale chociaż szczerze mogę powiedzieć, że to miejsce było tanie...wszak, że ogrzewanie na prąd, zatem byłoby się modlić tylko o łagodną zimę...
4) Cała sterta tych co to okazały się już nieaktualne albo nie chciało mi się tam jechać ze względu na zniechęcenie...
5) Grochowska. Najpierw mały "casting" - zdjęcia, czy dobrze nam z oczu patrzy, informacje gdzie studiujemy, czy palimy etc... Kazało mi to myśleć, że może to miejsce, która ta pani wynajmuje to jakiś ósmy cud świata i zwyczajnie pani chce mieć pewność, że nie wynajmuje byle komu. Najważniejsza kwestia - ile będę miała zajęć na międzychodzkiej? Cóż...teraz wiem, że żadnych, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam a wszystkie znaki na niebie i ziemi kazały mi sądzić, że wszystkie. Bo pani ma dobre serce i chce by jej mieszkańcom było blisko na uczelnię. Moja współlokatorka nie miałaby tak bardzo blisko... Ale zanim to, to czas obejrzeć to cudo! Przedpokój całkiem, całkiem...zaglądam do łazienki("słabą żarówkę dziewczyny wkręciły, żeby prąd oszczędzać"), trochę ciemnawo..., zaglądam do kuchni ("O! bo ja nie lubię jak bloki stoją tak blisko, że sąsiedzi sobie w okna zaglądają, a tu jak pani będzie ziemniaki obierać, to można popatrzeć na spacerujących ludzi, bądź kwiaty...widzi panie jakie ładne?"), maluśka i pamięta chyba czasy sprzed moich narodzin...a w najgorszym wypadku jesteśmy równolatkami. No i pokój! Dość widny, dwa łóżka, które jak będą rozłozone, to nikt nie przejdzie...Biureczko i rozpadający się stolik ("To nic, mam znajomego stolarza!"). To wspominam, że Kasia szyje...
P: Szyje? A jaką ma maszynę?
A(z mądrym wyrazem twarzy): Errr, noo elektryczną, taką małą, przenośną. Nie żadnego Singera ze stołem.
P: Taaa (zamyślona)
A: Ale ona nie szyje w nocy, nie będzie nikomu hałasować!
P(zafrapowana): Taka maszyna to prądu pewnie ciągnie...Bo widzi pani, tutaj jedna dziewczyna ma tylko komputer a druga nawet tego nie ma! No ale komputer to za dużo nie ciągnie, ale taka maszyna...
A(próbując w locie łapać opadającą szczękę): No ale koszt jak będzie dzielony, to nie wyjdzie duża suma. Nigdy nie wychodziła dużo...
P: No wie pani, ale one mogę mieć pretensje, że czemu mają płacić za was prąd. Ale to najwyżej panie byście płaciły te 5 złoty więcej czy ile by tam wychodziło...Bo widzi pani, tych dziewczyn więcej nie ma jak są i tu jakby nagle taki rachunek przyszedł...(...)

Bardzo poważnie zaczełam tracić nadzieję na cokolwiek ludzkiego i w odruchu desperacji byłabym gotowa to wziąć, ale nagle, dobry Bóg miał mnie chyba w swojej opiece i zadzwoniła do mnie pani, która znalazła moje ogłoszenie (dwie studentki szukają...). I okazało się, że ma do zaoferowania właśnie taki ósmy cud świata.
Uff

czwartek, 27 września 2007

NWN wiecznie żywe!

Wreszcie, po wielu, przebojach, zakończyłam przygodę z Neverwinter Nights 2. I postanowiłam spróbować przygody w trybie multi.Przejrzałam odpowiednie strony, instrukcje, fora i ...zaskoczenie. No oto na forum trzeba stworzyć konto, opisać historię postaci i czekać na akceptację. Czas zakasać rękawy i do dzieła!
To wcale nie jest aż takie łatwe zadanie...
Ale po paru drobnych poprawkach, wreszcie moja diablica-złodziejka została zaakceptowana i może zaistnieć w cyberprzestrzeni. A wtedy...
Pierwsze radosne wyjście za bezpieczne mury miasta skończyło się przykrym i szybkim zgonem. Odrodzenie i do przodu...A może jednak spróbuję dołączyć do jakieś drużyny? Ale, żeby to zrobić, muszę przywitać się z innymi graczami.
Nie jest to sprawą prostą, takie "wgranie" się w postać. Tym bardziej, jeśli akurat napotyka się na poszukiwaczy przygód, którzy tylko chętnie by coś utłukli zamiast rozmawiać i wnikać w świat. Osobiście, jeszcze na tyle nie mam sterowania opanowanego na tyle, by jednocześnie rozmawiać i podróżować. Najwyraźniej mam za mało treningu...
Ale są i gracze, którzy za miasto mogliby nie wychodzić. Podziw i szacunek dla tych młodych ludzi za ich fantazję. Zawsze uważałam się za osobę o, w miarę, lekkim piórze, ale gdy trzeba szybko-szybko coś napisać, nie zawsze wychodzi tak ładnie i z polotem. Muszę popracować nad refleksem, ale staram się, naprawdę.
I może jednak nie idzie mi tak najgorzej bo...załapałam się na miejsce w wielce tajemniczej organizacji...
Nieźle jak na pierwszopoziomowca, prawda?

sobota, 1 września 2007

Michelin straszy

Tegoroczny sezon, choć jeszcze trwa, jest jednak jedyny w swoim rodzaju. Nie tyle przez wyścigi, które ostatnio stały się dość monotonne, ale przez tę całą otoczkę tego, co dzieje się wokół toru. Na przykład takie oświadczenie firmy Michelin o możliwym wycofaniu się w przyszłym roku z serii motogp.
Michelin ma kiepski sezon - fakt. Ich opony nie spisują się dobrze, zawodnicy dojeżdżają w wielosekundowych odstępach i to jeszcze na miejscach znacznie różnych od tego do czego nas przyzwyczaili. Seria ta, dotychczas tak popularna ze względu na sporą ilość wyprzedzeń, straciła na uroku i widowiskowości. Także fabryki tracą grube miliony dolarów i nerwy. Bo jak zachować spokój, kiedy wyniki ich pracy mogą wziąć w łeb z powodu słabych gum? Zawodnicy też się denerwują - jedni straszą odejściem, inni mają nadzieję na przełom.
Obserwując to co się dzieje, trudno się dziwić głosom mówiącym, by opony dostarczał tylko jeden producent. Ale kogo wybrać, gdy dwie firmy zdążyły się już zadomowić? Dorna prosiła szefostwa firmy Michelin i Bridgestone o pomysły i sugestie jak wyjść z tego impasu, ale nie doczekała się chyba żadnych konstruktywnych odpowiedzi. Gdyby jednak Michelin się wycofał, problem rozwiązałby się sam.
Sport to miejsce, gdzie nie ma miejsca na sentymenty, nie ma znaczenia co osiągnąłeś, kiedy powinie ci się noga, wylatujesz. I nie ma znaczenia czy jesteś zawodnikiem czy dostawcą opon.