niedziela, 30 listopada 2008

Sadyści

Ostatnio jak byłam u kosmetyczki słyszałam ciekawą scenę.

Młode małżeństwo przyprowadziło szkraba, dziecko nie potrafiło jeszcze mówić zatem zgaduję, że było dość młode.

Po co przyszli?
Żeby szkrabowi przekłuć uszy.

Nie mogłam przesłuchać płaczu tego biednego dziecka.
Sama mam po trzy kolczyki w uchu, ale nikt mnie do nich nie zmuszał. Sama ich chciałam, wiedziałam, że to może boleć ale mimo to byłam zdecydowana.
Rodziców którzy decydują się na przekłucie uszu swoim dzieciom kiedy te w ogóle nie są świadome "po co, na co i dlaczego" wysłałabym do salonu tatuażu na przymusowe tatuowanie, żeby poczuli jak to jest, gdy cierpi się, bo ktoś tak chce.

Jutro zaczyna się Konferencja Klimatyczna w Poznaniu.
Pozdrawiam zatem z jeszcze przejezdnego miasta.
Jutro będzie tu istne oblężenie.

niedziela, 23 listopada 2008

It's always better...with Franz Ferdinand!

Nawet nie przypuszczałam jak łatwo dostać się do klubu Stodoła. Praktycznie od dworca prosto i w lewo. Długa kolejka, która na szczęście szybko się posuwała i po chwili jestem w środku. Wizyta w szatni i zaraz wchodzę do sali, gdzie zajmuję miejsce blisko sceny. Cały czas mam nadzieję, że kurczak w cieście, który zjadłam na szybko na dworcu był świeży i nie będę miała żadnych sensacji żołądkowych w czasie koncertu.

Jak ta za mną jeszcze raz się o mnie oprze to ją chyba strzelę.

Porzucam jednak zbrodniczy plan i odpłacam jej tym samym, czyli równie bezczelnie opieram się o nią. Zobaczymy, która wytrzyma dłużej.
Po chwili odpuszcza.
Poczekaj jak tylko użyję swojej tajnej broni, wystawionych kościstych łokci.

Nie cierpię na nic czekać. Czas okropnie się dłuży.
Może dłużyłby się mniej, gdybym miała z kim porozmawiać.

Wreszcie wychodzą!
Zaraz... ten jeden koleś nawet taki jakby trochę do Alexa podobny ale to nie on. Drugi szybko przedstawia zespół (nie zrozumiałam nazwy niestety) i zaczynają grać.
Chłopak, który stoi obok mnie nagle mdleje.
Na szczęście podnosi się i koleżanka wychodzi z nim na powietrze.
A ja słucham co oferuje support i daję się porwać ich muzyce.
Przyjemne syntezatorowe brzmienie z rodzaju "tra lala a teraz skaczemy i klaszczemy".
Ten Alexopodobny zaczyna mi się coraz bardziej podobać. Taki w moim typie, wychudzony. Koszula, duże okulary, grzywka na boczek, wygląda jak pilny uczeń. Ale jak go gnie nad tymi syntezatorami!
Chciałabym mieć go w takiej wersji mini a'la maskotka by móc postawić go na stole i móc patrzeć jak się giba.
Uroczy widok.
Czas poskakać!

Kto tam stoi na balkonie?
Nick?
Może.
O Boże!
Obok chyba-Nicka stoi Alex w czarnej kurtce ze skóry i w czarnym golfie.
Nie mogę skupić się na tym co dzieje się na scenie.
I pomyśleć, że mam z tym facetem zdjęcie!
Że zamieniłam z nim parę słów, choć z miejsca zapomniałam jak się nazywam.
Dwa lata minęły od tego czasu.
Zupełnie jakby to było wczoraj.

Support kończy, Alex i chyba-Nick znikają z balkonu.
Techniczni kręcą się po scenie podłączając sprzęt.
Przypominam sobie zemdlonego chłopaka, który wrócił w międzyczasie i rozglądając się, myślę sobie, że kijowe miejsce na zasłabniecie.
Niepokoi mnie to moje ziewanie, przecież nie jest wcale późno.
Ten dźwięk jakbym miała watę w uszach też wcale nie jest dobrym sygnałem.
Żółto czarne kropki przed oczami i kolana jak z waty.
A po chwili ciemność przed oczami.
Stanie w tłumie ma jedną zaletę. Nawet jak się zasłabnie to się nie upadnie bo po prostu się nie da.
Are you feeling ok?
Czyjś głos wyrywa mnie z otchłani, otwieram oczy by stwierdzić, że dalej widzę świat na żółto i czarno i po chwili znowu odpływam.
Chyba opieram się o kogoś.
Nie wiem, ale jako, że nie znajdę potem żadnych siniaków, zgaduję, że nie padłam na ziemię.
Po chwili czuję, że ktoś bierze mnie na ręce i szybko wynosi.
Powiew powietrza otrzeźwia mnie i na dobre wyrywa z czarnej otchłani.
Dobrze się czujesz?
Dobrze zbudowany pan wyniósł mnie do przedsionka, gdzie już na dobre odzyskałam wigor.
Usiadłam i pochyliłam głowę w dół bo słyszałam, że przy takich zasłabnięciach to najlepszy sposób.
Nie jestem specjalnie zestresowana tym co się stało, takie "zejścia" zdarzały mi się w dusznych miejscach.
Po chwili podchodzi do mnie pan ratownik i widząc moją nietypową pozycję pyta czy coś mnie boli.
Odpowiadam, że nie, że wszystko w porządku, że czuję się dobrze.
Jasne.
Właśnie dopiero co wyniesiono mnie bo zasłabłam w tłumie, prawdopodobnie jestem blada jak ściana, ale czuję się świetnie.
W każdym razie zaprosił mnie do ambulatorium i ani myślał usłuchać, że naprawdę nic mi już nie jest.
W sumie rozumiem go, to w końcu jego praca.
Kazał mi się położyć, zmierzył mi ciśnienie (było w normie) a ja jak oszalała nasłuchiwałam.
Gdyby się okazało, że zaczęli grać beze mnie...
Nie po to jechałam tyle, by teraz siedzieć w ambulatorium!
Opowiedziałam panu przebieg zdarzenia i poradził mi żebym teraz stanęła w bardziej przewiewnym miejscu.
No ba!
Ustawiłam się z tyłu sali, niedaleko drzwi zatem przewiew był dość dobry.
Nawet miałam sporo miejsce wokół siebie by skakać i tańczyć. Szkoda tylko, że do sceny tak daleko.
W każdym razie zdążyłam tylko zająć dogodną pozycję gdy na scenę wyszli ONI!

Franz Ferdinand proszę Państwa!

Pierwszy utwór z nowej płyty. Nie wiem jeszcze co to było, ale dalej brzmi to jak stary, dobry Franz, jednym słowem tak, by dziewczyny chciały tańczyć.
Potem miks utworów z pierwszej i drugiej płyty (i szaleństwo przy "Michaelu", tudzież cała sala śpiewająca "I love the sound of you walking away!") i znowu coś z trzeciej.
Rewelacja!
Jest dokładnie tak jak sobie to wyobrażałam!
Więcej syntezatorów, jak obiecali. Afrykańskie rytmy? Nie słyszę, ale to nie znaczy, że ich tam nie ma.
Wyśpiewuję gardło przy "Take me out!", skaczę jak mały kangur by dojrzeć Alexa i by dać upust tej energii.
This fire is out of control I'm gonna burn this city!
To już koniec koncertu. Cholera, jak to szybko zeszło.
Myślę, że zagrali w miarę po równo kawałków ze wszystkich płyt (czyli trzech z czego ta ostatnia ma się dopiero ukazać).

Godzina 22. Gdybym się sprężyła mogłabym zdążyć na pociąg o 22:55. Biegiem do szatni gdzie natrafiam na straszliwy zator.
Nie rozumiem.
Czyżby wszyscy śpieszyli się na pociąg, że prawie zabijają się aby tylko wyjść?
Jakoś nie chce mi się w to wierzyć.
W każdym razie koło 22:20 zaprzestałam prób wydostania kurtki.
Nie chciałabym wpaść na dworzec tylko po to by widzieć odjeżdżający pociąg.
Tym bardziej, że następny był dopiero 5:55 zatem długa noc przede mną.
Z klubu wyszłam o 12.
Zadziwiające. Jak mi Mapa podała, że z klubu na dworzec na piechotę idzie się 34 minuty tak też tyle szłam.
Pomyślałam, że na Dworcu Centralnym w Warszawie McDonalds powinien być czynny całą dobę.
Przeliczyłam się.
Na szczęście znalazłam tam jedną otwartą piekarenkę, gdzie wypiłam morze barszczu i herbaty.
Najgorzej było, gdy książka, którą ze sobą wzięłam skończyła mi się o 4.
Ale to już tak blisko odjazdu...

Wiecie, że toaleta na Dworcu Centralnym jest czynna od godziny 7?
Bo ja już wiem.

Zadziwiające jak niekiedy pociągi potrafią szybko jechać.

Ta wycieczka to poniekąd taki mały przełom w moim życiu.
Nawykłam robić wiele rzeczy sama, nie rusza mnie gdy sama idę do kina, co niektórym wydaje się dość... niezwykłe.
Nie byłam jeszcze sama na koncercie, bo wydawało mi się, że jednak takie emocje to lepiej przeżywać z kompanią.
Jeśli jednak wyrwałam się do stolicy sama na koncert i następnie zaliczyłam nockę na dworcu w oczekiwaniu na pociąg to jeszcze jaka inna "granica" została mi samej do przekroczenia?
W każdym razie, mimo przygód i pewnych niedogodności, gdybym miała zrobić to drugi raz... nie wahałabym się ani minuty.

...niby kometa, która leci nie oglądając się na nic...
Ale o kometach to przy innej okazji.

piątek, 14 listopada 2008

Quantum of Solace

Już kiedyś przyznałam się, że jestem fanką bondowskiego cyklu, zatem nie mogłam nie pójść na "Quantum of Solace", najnowszą odsłonę przygód Agenta JKM z licencją na zabijanie i zabójczą prezencją w garniturze.

Prawdą jest, że słynne zdanie "My name is Bond. James Bond" nie pojawia się.
Także nie pada nazwa "Wódka Martini". Ale za to podany jest przepis na drinka a'la Bond.

Cykl ewoluuje, to widać było już po "Casino Royal".
Dlatego byłam bardzo ciekawa czołówki.
Dziewczyny wróciły.
Pojedyncze dźwięki pianina którym wkrótce wtóruje przesterowana gitara (uwielbiam Jack'a White'a!) i piosenka tytułowa w pełnej krasie.

Jest sporo akcji, wydaje się, że takiej akcji w starym stylu gdzie panowie leją się i rzucają o ściany aż się kurzy. James w wydaniu Craig'a jest jak dzikie zwierzę gotowe ugryźć każdego, kto zagrozi mu klub jego bliskich. Czytałam kiedyś, że taki brutalny Bond jest bliższy literackiemu oryginałowi. W każdym razie kiedy trzeba to James potrafi sprać przeciwnika na kwaśne jabłko ale potrafi być też czarujący i ujmujący.
W ogóle oglądając ten film można odnieść wrażenie, że ciężkie czasy nastały dla szpiegów. Kiedyś podział na "dobrych" i "złych" wydawał się bardziej klarowny, teraz jest zamazany, są raczej "źli" i "jeszcze gorsi". Zarówno M jak i James zdają się trochę gubić w tych gierkach, wyznają zasadę, bądź jaki chcesz, ale graj ze mną fair.
I ani waż się mnie zdradzić.

Znowu dostało się Amerykanom (choć ich honoru dzielnie broni Felix Leiter, jedyny sprawiedliwy, chciałoby się powiedzieć). Znowu dostało się złym politykom. I dostało się nam wszystkim (choć dyskretnie) za to, że nie chronimy środowiska. Znowu Bond uratował świat ale, o dziwo!, bez pomocy wymyślnych zabawek (bo ten jego telefon to w sumie... nic nadzwyczajnego, ot lekko zmieniona wersja tych zabawek jakie dziś sami możemy kupić, fascynująca sprawa!).

Dobrze, że Bond mimo wszystko chodzi w garniturze, bo kiedy przestaje się przedstawiać i zamawiać wódkę Martini to niebezpiecznie upodabnia się do innych filmowych agentów. Jeśli coś ich jeszcze odróżnia to chyba tylko to, że Bond nie posługuje się fikuśnymi metodami walki, wali po mordach mówiąc kolokwialnie i tyle, bez kopniaków z półobrotu. A i cokolwiek Bond robi, robi to za Anglię i Królową.
Chyba, że akurat robi coś dla siebie, bo w końcu nawet taki profesjonalista jak on ma uczucia i nawet on może pałać chęcią zemsty. A wtedy lepiej zejść mu z drogi, bo nowy Bond to taki trochę człowiek-demolka.
Ale z jaką frajdą się to ogląda!

Kupuję nowego Bonda, choć mimo wszystko mam nadzieję, że lifting jakiemu poddano jego postać, nie zmieni go w kogoś innego.

PS. Twórcy w jednej scenie ładnie zamrugali do widzów parafrazując scenę z innego odcinka przygód agenta 007. Banalna zagadka, z jakiego odcinka twórcy "ściągają"?

poniedziałek, 10 listopada 2008

Zawód: Tłumacz

Kim jest tłumacz?
To zależy od tego czy myślimy o tłumaczu ustnym czy pisemnym.
Ten pierwszy to lekko bezczelny typ z defektem mózgu, który to defekt pozwala mu jednocześnie słuchać, mówić i zapisywać to czego słucha.
Jest ich mało i są traktowane jako istne kurioza natury.
Ten drugi z kolei to typ, który ma poczucie, że musi wiedzieć ABSOLUTNIE wszystko i dlatego wciąż siedzi z nosem to w słownikach albo raczej przed migającym ekranem szukając, szukając, szukając...
To ktoś, kto żyje w świecie słów i potrafi tworzyć z nich kompozycje.
Taki znawca ikebany, tyle, że zamiast kwiatów używa wyrazów.
Ktoś kto nurza się w morzu komunikatów. by zamknąwszy oczy usłyszeć w ciszy szum zdania, które najlepiej odda to co ktoś inny miał na myśli.
Artysta, który zawsze pozostaje w cieniu by nie przysłaniać materii z którą ma do czynienia.
Bo tłumacz powinien być niewidzialny bez względu na to jak barwną osobowość posiada.
Najlepiej żeby był to filolog, ale żeby interesował się nauką, techniką, polityką, medycyną, fizyką jądrową.. itd.
Najlepiej, żeby przez 50 lat zbierał doświadczenie a dopiero potem zabierał się za robotę.
...i żeby potrafił wszystko zrobić na wczoraj...

Niech zatem zacznę...

czwartek, 6 listopada 2008

Zębate i włochate

Ostatnio, trochę pod wpływem pewnego enigmatycznego znajomego, kupiłam książkę "Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności" pana Erberto Petola. Jeszcze jej nie skończyłam bo lekturę należy szanować i nie pożerać na jedno posiedzenie.

W każdym razie podczas czytania tego opracowania naszły mnie pewne przemyślenia.
Pierwsza z nich jest taka, że mężczyźni to się chyba w głębi duszy kobiet boją.
Pierwsze zapisy o demonach atakujących ludzi czy to wysysających z nich krew pojawiają się za czasów sumeryjskich. Nie opisują może przystojnego acz bladego jegomościa ze skłonnością do dziewczęcej krwi ale demona nocy.
Demona płci żeńskiej.
Mimo wszystko zaskoczyło mnie to.
Myślałam, że mężczyźni (bo to w końcu mężczyźni spisywali te mity) najbardziej mogli obawiać się innych mężczyzn.
A jednak wygląda, że bardziej obawiali się tych pozornie słabszych, kobiet.
Czyżby ukryta mizoginia?
Wtedy przypomniałam sobie pewne zdarzenie. Jakiś czas temu na forum pojawił się temat o feminizmie. Ogólnie dyskusji merytorycznej było tam mało za to sporo było wynurzeń młodych chłopców o tym jakie to kobiety/dziewczyny są wstrętne, okropne i w ogóle fe. Uwielbiam kiedy rozmówca przytacza tylko same drastyczne argumenty na poparcie swojej tezy, ot tworzy sobie taki solidny mur, który nie pozwala ni na krztynę zwątpić mu w to w co wierzy. W każdym razie czytając to co mieli oni do powiedzenia, cały czas miałam ochotę zadać jedno pytanie "Która ci tak za skórę zalazła i czym?".
Kto wie, czy za tworzenie się pierwszych wierzeń w wampiry i inne złe stwory nie odpowiadają właśnie podobni tym chłopcom?
Ale to nie wszystko co mnie zafrapowało. Także w ciekawy sposób zostały przedstawione wilkołaki.
Jeśli to mężczyzna jest w nie zmieniony to najczęściej jest to dobry władca (albo po prostu dobry człowiek) na którego zły urok rzuciła podstępna żona. Po wielu perypetiach dobry król odzyskuje swoją postać a zła żona dostaje na co zasługuje. Jeśli z kolei to kobieta jest wilkołakiem to jest najczęściej dość bezmyślnym stworem i jest zawsze zła. Wszelkie opowieści w których bohater odcina łapę wilkołakowi kończą się tym, że łapa zmienia się w kobiecą rękę.
To, że w wilkołaki zmieniają dobrych ludzi czarownice to szczegół.

Może jednak to nie tyle mizoginizm przejawia się w tych opowieściach, tylko idąc śladem dra Freuda.... niezaspokojony popęd płciowy? Zwykła chcica, która nie mogąc znaleźć ujścia, nakazuje rozładowanie emocji w inny sposób.
Czemu tak sądzę? Zaintrygował mnie fakt, że te żeńskie demony nocy są nie tylko zachłanne na krew (nośnik życia) ale i ... na spermę. Miały się te demony kryć czy to w pościeli albo pojawiać się, kiedy nasienie nie trafiało do miejsca przeznaczenia (czyt. pochwy żony). Kiedy wreszcie pokazały się straszydła płci męskiej to jakoś średnio były one zainteresowane bałamuceniem niewiast.
Dracula wg. Brama Stokera ze swoim uwodzicielskim wdziękiem pojawił się dużo później. Niektórzy zastanawiają się czy aby pocałunek wampira nie jest alegorią aktu płciowego ale... pytanie które mi się nasuwa to do kogo ten obraz bardziej przemawia, czy do mężczyzny czy jednak kobiety? Przystojny, nieszczęśliwie zakochany, trochę dziki mężczyzna, który czaruje swym wdziękiem? Bardziej mi to wygląda na kobiecą fantazję inspirowaną bohaterem romantycznym (np. takiego jak "Giaur" z powieści Byrona).
W każdym razie tworzenie dość wyraźnej opozycji "my, dobrzy choć zaklęci mężczyźni" i "wy, złe, wredne kobiety" każe mi się zastanowić czy ta niechęć nie jest faktycznie wywołana jakimiś niespełnionymi pragnieniami.
Że teraz ja popadam w wynaturzenia z rodzaju "spiskowa teoria dziejów"? Cóż...
To ja może wrócę do lektury.