Nauczanie innych to przygoda.
Od października jestem lektorką (ach, to brzmi dumnie) języka angielskiego w pewnej szkole języków obcych. Hasło "lektorka" jest może w tym przypadku trochę na wyrost, bo wciąż jestem studentką, ale staram się jak mogę.
Choć obawiam się, że moje starania i tak na nic się nie zdadzą.
Mam dwójkę maturzystów, bardzo fajni chłopcy,ale oni nie znają języka. Nie potrafią mówić, nie potrafią pisać i mają mały zasób słów. A wbrew pozorom, nawet matura na podstawowym poziomie, wcale nie jest prosta. Trzeba przecież przeczytać tekst (i zrozumieć go!), by następnie odpowiedzieć na pytania. Trzeba napisać dwa teksty i jeszcze porozmawiać z komisją.
Nie mają szans na zdanie matury i za każdym gdy ich widzę, jest mi bardzo przykro z tego powodu. I za każdym razem jedno mnie zastanawia....jak oni doszli do klasy maturalnej? Jak są prowadzone ich lekcje angielskiego, że chociaż poziom ich wiedzy jest zatrważająco niski, to jednak zdali i są w ostatniej klasie?
Myślę, że dzielenie na grupy według poziomu zaawansowania powinno być obowiązkowe i uczeń na angielski, zamiast ze swoją klasą, chodziłby ze swoją grupą. Miałam szczęście uczyć się w takim systemie i bardzo go sobie chwalę, bo wszyscy byliśmy na jednym poziomie i było wiadomo co można z nami zrobić. Co już umiemy, a nad czym trzeba jeszcze popracować. A w klasie, kiedy ktoś już coś wie a inny nic, jak wypośrodkować poziom? Jak to zrobić, by ten co już coś wie, nie nudził się i jednocześnie ten, który nie wie nic, cokolwiek wyniósł z lekcji? To przecież niewykonalne.
czwartek, 29 listopada 2007
czwartek, 15 listopada 2007
Praca magisterska
Pisanie pracy magisterskiej jest straszliwie czasochłonne. Ileż to się muszę naczytać, by napisać parę linijek tekstu! A potem i tak mam to dziwne uczucie, że to co napisałam to bajka a nie poważna praca naukowa. Może należałoby rozluźnić trochę te sztywne kanony, wpuścić trochę powietrza? Może promotorowi i recenzentowi czytałoby się lżej? Bo przecież kto powiedział, że to co naukowe musi być napisane z zadęciem i za pomocą pseudonaukowego bełkotu?
Mam nadzieję, że nie powie mi tego mój promotor...
Mam nadzieję, że nie powie mi tego mój promotor...
środa, 14 listopada 2007
Wiedźmin
Intensywna kampania reklamowa, artykuły niemalże co miesiąc w prasie komputerowej i fakt, że bardzo podobał mi się cykl opowiadań/książek o Geralcie, wszystkie te czynniki spowodowały, że egzemplarz "Wiedźmina" stanął i u mnie na półce.
Po modlitwach, w intencji by gra ruszyła na moim sprzęcie, uruchomiłam ją. Film otwierający, mocno streszczający treść pierwszego powiadania o wiedźminie, robi wrażenie. Od razu widzę, że Geralt to nie byle domorosły bohater, ale prawdziwy specjalista w swoim fachu.
A potem oglądam ekran ładowania. Jedna, dwie...ileś chwil później i gram!
Fabuła zaczyna się pięć lat po wydarzeniach z książki. Geralt ciężko ranny i z amnezją trafia do Kaer Morhen, czyli misja-samouczek. Pierwsza walka i możliwość popatrzenia na różne style walki. Na początku za dużej tej różnicy nie widać, ale wraz z rozwojem bohatera, style wyraźnie się różnicują. Potem zdarzało mi się specjalnie Geralta wpychać w niebezpieczne rejony by nacieszyć oczy animacjami walk. Wiedźmin zabija paskudnie i to widać. Krew sika, kończyny fruwają a przeciwnicy jęczą. Napisałabym, że "coś pięknego", ale trochę dziwaczny może mieć to wydźwięk.
Słówko o języku i "klimacie". Język jest dosadny, słowa powszechnie uważane a wulgarne, słyszę na prawo i lewo. Ale spora dawka humoru powoduje, że słucham tego pokładając się ze śmiechu. Geralt to cyniczna bestia (sic!), która potrafi wykorzystać (nomen omen) nastrój rozmówcy by uzyskać to co chce. Napisałam "rozmówcy"? Przepraszam, miałam na myśli rozmówczyni. Chociaż na twarzy ma szpetne (?) blizny po cięciu mieczem, spojrzenie zakapiora i wykonuje zawód, który ludzi skutecznie potrafi odstraszyć, to od bab się Geralt musi wręcz odganiać. A że cnotliwy nigdy nie był...choć mógłby być. Gdy gram, cały czas toczę bój sama ze sobą o to czy zostawić Geralta takim "książkowym" (albo chociaż próbować tego dokonać) czy też prowadzić go jak ja go sobie wyobrażam. Ciekawa jestem ilu jeszcze graczy ma ten sam dylemat i często zastanawia się "Czy Geralt by to zrobił?" zamiast "Czy mam ochotę to zrobić?". Czasem może lepiej nie znać pierwowzoru...
Nie jest niestety tak, iż "Wiedźmin" jest absolutnie pozbawiony wad. Długi okres wczytywania to jedno, druga, dość irytująca rzecz to mała ilość modeli. Bezosobowy tłum na mieście może sobie w miarę jednakowo wyglądać, ale gdy część bohaterów, którzy mają wpływ na fabułę, wygląda tak jak reszta tłumu to zaczyna się robić dziwnie. Wszak, na upartego nie jest to nic, co by mocno przeszkadzało w rozgrywce, ale...diabeł tkwi w szczegółach jak mówią.
Na koniec tylko jedna uwaga. Bardzo podoba mi się głos aktora, który mówi rolę Geralta. No ma to coś w głosie... Podobnie jak pan, który użyczał głosu detektywowi Raymondowi...Ech...
Ciekawostką jest to, że wszystkie babcie mówią jednym głosem.
Po modlitwach, w intencji by gra ruszyła na moim sprzęcie, uruchomiłam ją. Film otwierający, mocno streszczający treść pierwszego powiadania o wiedźminie, robi wrażenie. Od razu widzę, że Geralt to nie byle domorosły bohater, ale prawdziwy specjalista w swoim fachu.
A potem oglądam ekran ładowania. Jedna, dwie...ileś chwil później i gram!
Fabuła zaczyna się pięć lat po wydarzeniach z książki. Geralt ciężko ranny i z amnezją trafia do Kaer Morhen, czyli misja-samouczek. Pierwsza walka i możliwość popatrzenia na różne style walki. Na początku za dużej tej różnicy nie widać, ale wraz z rozwojem bohatera, style wyraźnie się różnicują. Potem zdarzało mi się specjalnie Geralta wpychać w niebezpieczne rejony by nacieszyć oczy animacjami walk. Wiedźmin zabija paskudnie i to widać. Krew sika, kończyny fruwają a przeciwnicy jęczą. Napisałabym, że "coś pięknego", ale trochę dziwaczny może mieć to wydźwięk.
Słówko o języku i "klimacie". Język jest dosadny, słowa powszechnie uważane a wulgarne, słyszę na prawo i lewo. Ale spora dawka humoru powoduje, że słucham tego pokładając się ze śmiechu. Geralt to cyniczna bestia (sic!), która potrafi wykorzystać (nomen omen) nastrój rozmówcy by uzyskać to co chce. Napisałam "rozmówcy"? Przepraszam, miałam na myśli rozmówczyni. Chociaż na twarzy ma szpetne (?) blizny po cięciu mieczem, spojrzenie zakapiora i wykonuje zawód, który ludzi skutecznie potrafi odstraszyć, to od bab się Geralt musi wręcz odganiać. A że cnotliwy nigdy nie był...choć mógłby być. Gdy gram, cały czas toczę bój sama ze sobą o to czy zostawić Geralta takim "książkowym" (albo chociaż próbować tego dokonać) czy też prowadzić go jak ja go sobie wyobrażam. Ciekawa jestem ilu jeszcze graczy ma ten sam dylemat i często zastanawia się "Czy Geralt by to zrobił?" zamiast "Czy mam ochotę to zrobić?". Czasem może lepiej nie znać pierwowzoru...
Nie jest niestety tak, iż "Wiedźmin" jest absolutnie pozbawiony wad. Długi okres wczytywania to jedno, druga, dość irytująca rzecz to mała ilość modeli. Bezosobowy tłum na mieście może sobie w miarę jednakowo wyglądać, ale gdy część bohaterów, którzy mają wpływ na fabułę, wygląda tak jak reszta tłumu to zaczyna się robić dziwnie. Wszak, na upartego nie jest to nic, co by mocno przeszkadzało w rozgrywce, ale...diabeł tkwi w szczegółach jak mówią.
Na koniec tylko jedna uwaga. Bardzo podoba mi się głos aktora, który mówi rolę Geralta. No ma to coś w głosie... Podobnie jak pan, który użyczał głosu detektywowi Raymondowi...Ech...
Ciekawostką jest to, że wszystkie babcie mówią jednym głosem.
środa, 7 listopada 2007
Sezon 2007
Czwartego listopada 2007 roku zakończył się kolejny sezon motocyklowych mistrzostw świata. Sezon zaskakujący, z paroma naprawdę dobrymi wyścigami. Ale po kolei..
125cc
Gdy zeszłoroczne tuzy jak Bautista, Kallio czy Luthi, przenieśli się o klasę wyżej, stworzyli lukę, która musieli wypełnić inni młodzi-zdolni. Zespół Aspara, jak zwykle, pokazał się z jak najlepszej strony, ich zawodnicy regularnie kończyli w czołówce, bywało, że całe podium należało do nich.
Katastrofalny początek sezonu miał Mattia Pasini. Na, bodajże 6 pierwszych wyścigów, 5 miał nieukończone, przy czym tylko jeden nieukończony z własnej winy. Reszta DNF-ek z powodu awarii motocykla. Później, Mattia zaliczył istny pochód chwały. Nie tylko wciąż wygrywał pierwsze pole startowe, ale i wyścigi, szybko pnąc się w górę klasyfikacji. Szkoda, że sama końcówka sezonu w jego wykonaniu była trochę słabsza (choć wciąż dojeżdżał wysoko), bo zapowiadało się na naprawdę kosmiczny awans z mroków klasyfikacji generalnej na, nawet trzecie miejsce.
Lukas Pesek także może zaliczyć ten sezon do całkiem udanych. Zawsze gdzieś się w czołówce pojawił, jakieś zwycięstwo się trafiło, szkoda tylko tych paru słabszych wyścigów w jego wykonaniu.
Inny zawodnik, który mnie bardzo zaskoczył w tym sezonie to Simone Corsi. Miał naprawdę parę bardzo dobrych wyścigów, w których pokazał pazur a przede wszystkim świetna jazdę. Muszę uważniej mu się przyglądać w następnym sezonie. Największym zaskoczeniem jest dla mnie Tomoyoshi Koyama. Niby trochę w cieniu, no, czasem na podium, ale punkty regularnie, nawet bardzo regularnie zbierane dały mu trzecia lokatę!
Mistrzem świata został Węgier, Gabor Talmacsi, drugie miejsce zajął Hector Faubel, obaj z teamu Aspara.
250cc
Nigdy nie rozumiem jak to ie dzieje, że a klasa jest regularnie zdominowana przez jednego zawodnika. W tym roku był to znowu Jorge Lorenzo. Wiadomo już, że nie zdominuje tej klasy po raz trzeci, jako, że od przyszłego roku startować będzie w klasie królewskiej.
Tym, który najusilniej próbował Hiszpanowi wyrwać tytuł, był Włoch Andrea Dovizioso. Cóż, przy bardzo agresywnym stylu jazdy Hiszpana, "łagodna" jazda Andrei nie bardzo się sprawdzała,choć muszę przyznać, że były wyścigi, kiedy to Andrea pokazał, że on też się krewkim Południowcem i nie sprzeda tanio skóry. Obym jak najczęściej go oglądała w takim właśnie wydaniu!
Bardzo rozczarował mnie Alex de Angelis. Zawsze był to dla mnie swoisty "cudotwórca" na torze. Jeśli coś dziwnego miałoby się zdarzyć, to na pewno on by tego dokonał...Może i ukończył sezon na dobrym, trzecim miejscu, ale wydawał się strasznie mdły w tym sezonie, jakby uszła z niego para.
Za to tytuł szaleńca roku wręczyłabym Alvaro Bautiście. Miał naprawdę przebłyski bardzo dobrej jazdy ale i najwięcej przypadków jazdy na granicy fair-play. Wciskał się wszystkim straszliwie, parę razy wszystkim podnosząc ciśnienie. Za to minus!
Motogp
Otwarcie sezonu było jak trzęsienie ziemi, ale potem napięcie jeśli rosło, to niestety niekoniecznie przez wyścigi. Wyścig w Katarze, wyjazd na prostą i obraz, który głęboko wbił mi się w pamięć - czerwone Ducati zostawiające za sobą Yamahę Rossiego z dziecinną wręcz łatwością. No ale jak różnica prędkości maksymalnych była wynosiła 15km/h to nie ma się czemu dziwić. Ale wszyscy się spodziewali, że na krótkich torach będzie lepiej, że straszliwe Ducati nie będzie miało gdzie rozwinąć skrzydeł.
Sromotnie się wszyscy pomylili, na czerwoną maszynę Stonera nie było w tym roku silnych. To co wyprawiał na nowej 800-tce, przypominało mi to, co z rywalami wyprawiał przed paroma laty Rossi na nowej 990-tce. Po prostu robił z nimi co chciał. Ale to nie tylko wolne serce Yamahy miało być przeszkodą w odzyskaniu tytułu przez Doktora. Coraz głośniej zaczęto mówić o oponach i o tym, że Micheliny w tym roku po prostu do niczego się nie nadają. Nie wytrzymują trudów wyścigu, nie dają dobrej przyczepności..nic tylko je na śmietnik. Jaka jest skala problemu pokazał wyścig na kalifornijskim torze Laguna Seca, gdzie Vale, dojeżdżając na 4 pozycji był około 30 sekund za liderem, Stonerem.
Ciężkie czasy przyszły dla Yamahy. Nowy silnik z pneumatycznymi zaworami też nie poprawił sytuacji, bo... zepsuł się. A konkurencja nie spała. Suzuki pokazało się z naprawdę dobre strony. Byli szybcy i skuteczni. No i mieli Bridgestony. To samo z Kawasaki. Tylko Honda i Yamaha na Michelinach dostawały srogie baty. Choć, Honda szybko wyciągnęła nauczkę ze swoich niepowodzeń i ich maszyna w drugiej części sezonu zaczęła się spisywać nadwyraz dobrze, podczas gdy Yamaha kręciła się w kółko ze swoimi problemami. Wypadek Rossiego podczas treningu kwalifikacyjnego w Valencii i awaria jego motocykla w trakcie wyścigu, do którego ruszył z popękaną prawą ręką, przelały czarę goryczy - Vale stracił drugie miejsce na rzecz Daniela Pedrosy a Yamaha dobre miejsce wśród konstruktorów i teamów.
Szkoda, że tak mało było dobrego ścigania w tym roku w tej klasie. Casey, który wygrał wszystko co mógł po prostu zawsze uciekł na początku i nikt nie mógł go już dogonić, mało, oj mało było wyścigów, że naprawdę musiał walczyć. Szkoda. Mam nadzieję, że w przyszłym sezonie wszyscy wezmą się ostro do pracy i będę oglądać wyścigi, gdzie o pierwszą lokatę walczyć jak lwy będą Rossi, Stoner i Pedrosa. Każdy z nich potrafi jeździć szybko i żaden nie uznaje słowa "odpuszczę". Taki wyścig to dopiero byłaby gratka....szkoda że w tym sezonie takich prawdziwych thrillerów można było zliczyć na palcach jednej ręki.
Właściwie od samych wyścigów ciekawsze było to co działo się przy okazji, czyli wielka wojna oponiarska. Widząc co się dzieje, czyli wychodzące tłumy, gdy zawodnicy jeździli w stałych odstępach i nic nie działo się na torze, albo słysząc ciągłe narzekania zawodników, zaproponowano wprowadzenie reguły jednego dostawcy dla wszystkich. Tylko kogo wyrzucić, kiedy trzy firmy się zadomowiły? Wreszcie w ciężkich bólach, urodził się kompromis - zasady zostają, tyle, że powiększono limit opon z których zawodnicy mogą wybierać. Złośliwe głosy mówią, że wszystko tylko dlatego się uspokoiło, bo Rossi wreszcie dostał Bridgestony. Będzie on jedynym kierowcą Yamahy korzystającym z tych opon. Reszta, będzie jeździła na Michelinach, zatem w przyszłym sezonie boks Yamahy będzie przedzielony gustowną ścianką.
Jak zawsze, nie zabrakło spektakularnych transferów.
Loris Capirossi, o tym gdy dowiedział się z trzeciej ręki, że zastąpić go w zespole ma Marco Melandri, zdecydował się przejść do Suzuki na miejsce Hopkinsa, który to z kolei włoży zielony uniform Kawasaki. Colin Edwards przechodzi do Yamahy Tech 3, gdzie będzie jeździł wraz ze świeżo upieczonym mistrzem świata SBK, Jamesem Toselandem.
Do SBK odchodzi Carlos Checa, z kolei Alex Barros odchodzi na sportową emeryturę.
Z klasy 250cc przychodzą Jorge Lorenzo (do Yamahy) i Andrea Dovizioso (do Minolty, ale wraz z własnym sponsorem).
Zapowiada się ciekawie...jak co roku.
125cc
Gdy zeszłoroczne tuzy jak Bautista, Kallio czy Luthi, przenieśli się o klasę wyżej, stworzyli lukę, która musieli wypełnić inni młodzi-zdolni. Zespół Aspara, jak zwykle, pokazał się z jak najlepszej strony, ich zawodnicy regularnie kończyli w czołówce, bywało, że całe podium należało do nich.
Katastrofalny początek sezonu miał Mattia Pasini. Na, bodajże 6 pierwszych wyścigów, 5 miał nieukończone, przy czym tylko jeden nieukończony z własnej winy. Reszta DNF-ek z powodu awarii motocykla. Później, Mattia zaliczył istny pochód chwały. Nie tylko wciąż wygrywał pierwsze pole startowe, ale i wyścigi, szybko pnąc się w górę klasyfikacji. Szkoda, że sama końcówka sezonu w jego wykonaniu była trochę słabsza (choć wciąż dojeżdżał wysoko), bo zapowiadało się na naprawdę kosmiczny awans z mroków klasyfikacji generalnej na, nawet trzecie miejsce.
Lukas Pesek także może zaliczyć ten sezon do całkiem udanych. Zawsze gdzieś się w czołówce pojawił, jakieś zwycięstwo się trafiło, szkoda tylko tych paru słabszych wyścigów w jego wykonaniu.
Inny zawodnik, który mnie bardzo zaskoczył w tym sezonie to Simone Corsi. Miał naprawdę parę bardzo dobrych wyścigów, w których pokazał pazur a przede wszystkim świetna jazdę. Muszę uważniej mu się przyglądać w następnym sezonie. Największym zaskoczeniem jest dla mnie Tomoyoshi Koyama. Niby trochę w cieniu, no, czasem na podium, ale punkty regularnie, nawet bardzo regularnie zbierane dały mu trzecia lokatę!
Mistrzem świata został Węgier, Gabor Talmacsi, drugie miejsce zajął Hector Faubel, obaj z teamu Aspara.
250cc
Nigdy nie rozumiem jak to ie dzieje, że a klasa jest regularnie zdominowana przez jednego zawodnika. W tym roku był to znowu Jorge Lorenzo. Wiadomo już, że nie zdominuje tej klasy po raz trzeci, jako, że od przyszłego roku startować będzie w klasie królewskiej.
Tym, który najusilniej próbował Hiszpanowi wyrwać tytuł, był Włoch Andrea Dovizioso. Cóż, przy bardzo agresywnym stylu jazdy Hiszpana, "łagodna" jazda Andrei nie bardzo się sprawdzała,choć muszę przyznać, że były wyścigi, kiedy to Andrea pokazał, że on też się krewkim Południowcem i nie sprzeda tanio skóry. Obym jak najczęściej go oglądała w takim właśnie wydaniu!
Bardzo rozczarował mnie Alex de Angelis. Zawsze był to dla mnie swoisty "cudotwórca" na torze. Jeśli coś dziwnego miałoby się zdarzyć, to na pewno on by tego dokonał...Może i ukończył sezon na dobrym, trzecim miejscu, ale wydawał się strasznie mdły w tym sezonie, jakby uszła z niego para.
Za to tytuł szaleńca roku wręczyłabym Alvaro Bautiście. Miał naprawdę przebłyski bardzo dobrej jazdy ale i najwięcej przypadków jazdy na granicy fair-play. Wciskał się wszystkim straszliwie, parę razy wszystkim podnosząc ciśnienie. Za to minus!
Motogp
Otwarcie sezonu było jak trzęsienie ziemi, ale potem napięcie jeśli rosło, to niestety niekoniecznie przez wyścigi. Wyścig w Katarze, wyjazd na prostą i obraz, który głęboko wbił mi się w pamięć - czerwone Ducati zostawiające za sobą Yamahę Rossiego z dziecinną wręcz łatwością. No ale jak różnica prędkości maksymalnych była wynosiła 15km/h to nie ma się czemu dziwić. Ale wszyscy się spodziewali, że na krótkich torach będzie lepiej, że straszliwe Ducati nie będzie miało gdzie rozwinąć skrzydeł.
Sromotnie się wszyscy pomylili, na czerwoną maszynę Stonera nie było w tym roku silnych. To co wyprawiał na nowej 800-tce, przypominało mi to, co z rywalami wyprawiał przed paroma laty Rossi na nowej 990-tce. Po prostu robił z nimi co chciał. Ale to nie tylko wolne serce Yamahy miało być przeszkodą w odzyskaniu tytułu przez Doktora. Coraz głośniej zaczęto mówić o oponach i o tym, że Micheliny w tym roku po prostu do niczego się nie nadają. Nie wytrzymują trudów wyścigu, nie dają dobrej przyczepności..nic tylko je na śmietnik. Jaka jest skala problemu pokazał wyścig na kalifornijskim torze Laguna Seca, gdzie Vale, dojeżdżając na 4 pozycji był około 30 sekund za liderem, Stonerem.
Ciężkie czasy przyszły dla Yamahy. Nowy silnik z pneumatycznymi zaworami też nie poprawił sytuacji, bo... zepsuł się. A konkurencja nie spała. Suzuki pokazało się z naprawdę dobre strony. Byli szybcy i skuteczni. No i mieli Bridgestony. To samo z Kawasaki. Tylko Honda i Yamaha na Michelinach dostawały srogie baty. Choć, Honda szybko wyciągnęła nauczkę ze swoich niepowodzeń i ich maszyna w drugiej części sezonu zaczęła się spisywać nadwyraz dobrze, podczas gdy Yamaha kręciła się w kółko ze swoimi problemami. Wypadek Rossiego podczas treningu kwalifikacyjnego w Valencii i awaria jego motocykla w trakcie wyścigu, do którego ruszył z popękaną prawą ręką, przelały czarę goryczy - Vale stracił drugie miejsce na rzecz Daniela Pedrosy a Yamaha dobre miejsce wśród konstruktorów i teamów.
Szkoda, że tak mało było dobrego ścigania w tym roku w tej klasie. Casey, który wygrał wszystko co mógł po prostu zawsze uciekł na początku i nikt nie mógł go już dogonić, mało, oj mało było wyścigów, że naprawdę musiał walczyć. Szkoda. Mam nadzieję, że w przyszłym sezonie wszyscy wezmą się ostro do pracy i będę oglądać wyścigi, gdzie o pierwszą lokatę walczyć jak lwy będą Rossi, Stoner i Pedrosa. Każdy z nich potrafi jeździć szybko i żaden nie uznaje słowa "odpuszczę". Taki wyścig to dopiero byłaby gratka....szkoda że w tym sezonie takich prawdziwych thrillerów można było zliczyć na palcach jednej ręki.
Właściwie od samych wyścigów ciekawsze było to co działo się przy okazji, czyli wielka wojna oponiarska. Widząc co się dzieje, czyli wychodzące tłumy, gdy zawodnicy jeździli w stałych odstępach i nic nie działo się na torze, albo słysząc ciągłe narzekania zawodników, zaproponowano wprowadzenie reguły jednego dostawcy dla wszystkich. Tylko kogo wyrzucić, kiedy trzy firmy się zadomowiły? Wreszcie w ciężkich bólach, urodził się kompromis - zasady zostają, tyle, że powiększono limit opon z których zawodnicy mogą wybierać. Złośliwe głosy mówią, że wszystko tylko dlatego się uspokoiło, bo Rossi wreszcie dostał Bridgestony. Będzie on jedynym kierowcą Yamahy korzystającym z tych opon. Reszta, będzie jeździła na Michelinach, zatem w przyszłym sezonie boks Yamahy będzie przedzielony gustowną ścianką.
Jak zawsze, nie zabrakło spektakularnych transferów.
Loris Capirossi, o tym gdy dowiedział się z trzeciej ręki, że zastąpić go w zespole ma Marco Melandri, zdecydował się przejść do Suzuki na miejsce Hopkinsa, który to z kolei włoży zielony uniform Kawasaki. Colin Edwards przechodzi do Yamahy Tech 3, gdzie będzie jeździł wraz ze świeżo upieczonym mistrzem świata SBK, Jamesem Toselandem.
Do SBK odchodzi Carlos Checa, z kolei Alex Barros odchodzi na sportową emeryturę.
Z klasy 250cc przychodzą Jorge Lorenzo (do Yamahy) i Andrea Dovizioso (do Minolty, ale wraz z własnym sponsorem).
Zapowiada się ciekawie...jak co roku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)