poniedziałek, 23 czerwca 2008

Rozgrzewka

Ostatni egzamin już za mną.
Obrona też.
Naprawdę był to jeden z przyjemniejszych egzaminów. A ile miłych słów usłyszałam o sobie i o swojej pracy.
Nawet jeśli moje dwie koleżanki, które broniły się ze mną usłyszały to samo, to i tak było mi miło.
Stałam się dorosła.
Bez odwołania, choć z nadzieją na sztuczne przedłużanie stanu studenckiego dzięki studiom podyplomowym. Ale na razie to ja muszę wrócić do domu i szykować się duchowo na Open'era.

Właśnie...21 czerwca był na Malcie koncert zorganizowany przez grupę Allegro.
Gdy już dotarło do mnie, że Morcheeba i Manic Street Preaches grają tego samego dnia, byłam bardzo mile zaskoczona.
Dlaczego wydawało mi się, że te koncerty będą trwały dwa dni to ja nie wiem. Może właśnie przez Gdynię?
Gdy już znalazłyśmy z koleżanką wejście na Polanę Harcerza (tia...) zasiadłyśmy na trawie i czekałyśmy na Morcheebę obserwując wszystko wokół.

Najpierw zagrała Sofa. Przyjemne, lekko bujające rytmy, ale akurat nie miałam nastroju na bujanie się. Ale za to mogłam, przy okazji ich koncertu, zagrać w mini-edycję "Jaka to melodia?". Najpierw sample z "Bhangra Knights" (kto pamięta reklamę Peugeota 206 w której pewien Hindus z pomocą słonia przerabiał swoje auto, ten z pewnością pamięta i melodię, która potem zrobiła furorę) a póżniej "Feelin' good" od Gorillaz. Nieźle, nieźle.
Zachmurzyło się, zawiało to ubrałam swoją bluzę.
Jak to się działo, że choć inni też mieli żółte części garderoby to jednak wszystkie owady leciały do mnie?
Jak to skomentowała moja koleżanka "bo akurat Twoja bluza ma ten jedyny w swoim rodzaju odcień polskiego rzepaku".
Po Sofie na scenie pojawiła się Ania Dąbrowska, która też ładnie publiką pobujała. Kto repertuar Ani zna, ten wie, że nie ma się co spodziewać ostrych riffów, ale słuchało się jej całkiem miło.
No a potem Morcheeba!
Znam zalewie ich dwie, może trzy piosenki (choć przechodziłam przyspieszony kurs z zakresu ich twórczości) i wierzcie lub nie, ale wcale nie przeszkadzało mi to by dobrze się bawić. Trochę bujające, trochę kiwające, ale podszyte nerwem dźwięki, dość skutecznie wszystkich pobudziły.
Ale potem wszyscy zdążyli ochłonąć gdy czekali 40 minut aż techniczni poradzili sobie z podłączeniem wszystkiego.
Ale jak już podłączyli, jak James wparował na tę scenę i walnął w struny...! W życiu się nie spodziewałam, że oni mają taki ogień na scenie!
Niedzielna fanka ze mnie (właściwie to żadna, znam tylko to co w radiu usłyszałam), ale bawiłam się przednio.
Jeśli miałabym jeszcze kiedyś okazję zobaczyć koncert Maników, idę!
Same szybkie piosenki, czego więcej mi trzeba do szczęścia?

Może tylko tramwaju.

Koncert skończył się przed 23 co oznacza porę, kiedy powoli znika komunikacja dzienna a nocnej jeszcze nie ma. Spacer z Malty na Rondo Rataje...cóż, dobrze ze tylko na Rataje a nie jeszcze dalej!
W każdym razie, rozgrzewkę przed Gdynią, uważam za odbytą!

czwartek, 12 czerwca 2008

17

17 maja miałam absolutorium, symboliczne zakończenie studiów.
17 czerwca będę się bronić i koniec tej pięcioletniej przygody będzie jeszcze bardziej namacalny.
Ale nie chcę popaść w wspominkowy ton, zatem daruję sobie przemyślenia z rodzaju "jak to szybko zeszło" itd.

Jutro idę zarejestrować swoją pracę magisterską.
Napisanie jej to bułka z masłem w porównaniu z ilością rzeczy, które potem trzeba załatwiać.

Obiegówka.
Skoro o pewnych bibliotekach pierwszy raz słyszę, to raczej pewnik, że nic stamtąd nie mam.
Ale pieczątka być musi.
Jakie to szczęście, że większość miejsc, które musiałam odwiedzić, jest blisko siebie.

Zdjęcie.
Kiedy u fryzjera byłam miesiąc temu to nie ma szans, żeby obiektyw tego nie wyłapał.
Ale z drugiej strony zawsze byłam trochę taka bardziej roztrzepana, zatem chociaż nikt nie będzie miał wątpliwości czy to rzeczywiście ja.
I jak ładnie się uśmiecham!

Oświadczenie.
Dokument, który stwierdza, że to ja i tylko ja jestem autorką swojej pracy. Wydrukować, wypełnić, dołączyć, zeskanować i dołączyć do wersji elektronicznej.
Że niby ktoś miałby skrupuły przed dokonaniem plagiatu widząc, że musi takie oświadczenie wypełnić?
Wolne żarty.

Opłaty.
Dyplom kosztuje i tyle.
Ciekawe po ile stoi na Bema...?

Podpisy.
Nieśmiertelne autografy w indeksie.
Kiedy nastaną czasy, że student z chwilą otrzymania oceny ma od razu odpowiedni zapis na swoim chipie, będą końcem pewnej, wyjątkowo zabieganej epoki. Skończą się kolejki na dyżurach (co oznacza, że niektórzy wykładowcy już nigdy nie zobaczą studentów poza zajęciami) i nerwowe pytania "A kiedy Panią/Pana można zastać...?". Już się cieszę szczęściem innych.

Załatwianie tych wszystkich formalności zajęło mi blisko tydzień. Ale ma to swoją zaletę. Nie miałam czasu denerwować się obroną.
Zacznę dopiero teraz, choć, teoretycznie, wiem co mnie czeka.
I choć każdy powtarza, że to tylko formalność (i sama staram się w to wierzyć) to jednak budzę się wcześnie rano, dziwnie zestresowana.
Chyba, że to nerwy przed ustnym włoskim...?