piątek, 19 czerwca 2009

Z pamiętnika anonimowej chudziny

Mam na imię (...) i jestem chuda. Moje BMI wynosi 16,3. Oznacza to, że gdybym była modelką, to by mnie nie chcieli, bo teraz dziewczyny powinny mieć BMI 18. Kiedy patrzę w lustro nie widzę jednak nikogo przeraźliwie chudego, więc pewnie mają rację ci, którzy mówią, że BMI tak naprawdę nie znaczy nic.
Akceptuję siebie. Tak mi się wydaje.
Nie wzdragam się i nie wzdycham ciężko, kiedy widzę swoje żebra wyraźne odznaczające się pod skórą. Tak samo nie wywołują we mnie żadnych negatywnych emocji sterczące obojczyki, wybijające się nieco ponad kości ramion. Nawet płaska klatka piersiowa mnie nie rusza (pod warunkiem, że nie muszę kupić sukienki).
Taka po prostu jestem.
Ostatnio jednak poczułam się nieco "na celowniku". Wszystko za sprawą tzw. "kobiecych kształtów". Nie wystarczy urodzić się kobietą, by je mieć. Owszem, bycie kobietą jest (?) warunkiem niezbędnym (??), ale należy jeszcze być tu i ówdzie zaokrągloną. W przeciwnym razie jest się... no niby kobietą, ale taką podrobioną, odrysowaną przez kalkę, skserowaną.
Przy czym bycie zaokrągloną tylko ówdzie to też za mało. Wtedy jest się po prostu, za przeproszeniem, dupiastą. Żeby zrozumieć, co mają te "kobiece kształty" oznaczać, trzeba przypomnieć sobie reklamę Dove (w której modelki jakby ostatnio mniej "kształtne", czyżby poprzednie, większe, nie do końca odpowiadały paniom znad Wisły?). Już wiadomo o co chodzi? To dobrze.
Chudzielce zostały zaszczute jako potencjalne anorektyczki/bulimiczki i złe wzorce dla młodych dziewcząt.
Poza tym, kto by chciał takiego wieszaka? Ani się do niego przytulic, bo kłuje łokciem lub kolanem, ani to nijak za pierś nieistniejącą złapać. Za to kochanego ciałka nigdy za wiele! (Ciekawe, że nazwanie kogoś "grubasem" jest w złym tonie, "chudzielec" jednak przejdzie bez większych oporów.)
Próbuje się mi wmówić, że moje sterczące kości odstręczają, że niedobór centymetrów w obwodzie klatki piersiowej przekreśla moje szanse na uznanie za "atrakcyjną". "Eteryczność" właśnie trzasnęła drzwiami i wyszła z mody.
Wmówiono mi, że muszę się maskować pod warstwami ubrań, chudość kostek chować w getrach, żeby nie było widać, że cholewki butów są dużo za szerokie.
DOŚĆ!
Dlaczego wisząca opona nad paskiem jest lepsza? Dlaczego dżinsy za małe o numer bądź dwa, opinające uda i upodobniające je do ciasno związanego baleronu są do zaakceptowania?

Gdy zobaczyłam pierwszy raz plakat Sephory na którym bardzo szczupła modelka paraduje w bikini, przyszło mi do głowy takie oto pytanie: "Dlaczego nie dali kogoś bardziej kobiecego?". Dopiero po momencie (i ze zgrozą!) uświadomiłam sobie, co właśnie pomyślałam. W tej jednej chwili zesłałam tysiące dziewczyna takich jak ta modelka i jej podobne na publiczny niebyt, bo... w świetle dzisiejszych trendów są za chude.
Paranoja.
A co gorsza, co pokazuje powyższy przykład, a paranoja udziela się także i mi.

Nie ma jednego wyznacznika piękna, więc dlaczego tak kurczowo trzymamy się arbitralnych stwierdzeń, że ta, a nie inna sylwetka jest odpowiednia?
Dlaczego daję sobie wmówić, że skoro nie wyglądam w 100% idealnie (czyli właściwie jak?) to powinnam raczej zasłaniać niż odsłaniać?

Pora zrzucić parę warstw ubrania.
Czas najwyższy odsłonić kości!

Wisława Szymborska
Kobiety Rubensa

Waligórzanki, żeńska fauna,
jak łoskot beczek nagie.
Gnieżdżą się w stratowanych łożach,
śpią z otwartymi do piania ustami.
Źrenice ich uciekły w głąb
i penetrują do wnętrza gruczołów,
z których się drożdże sączą w krew.

Córy baroku. Tyje ciasto w dzieży,
parują łaźnie, rumienią się wina,
cwałują niebem prosięta obłoków,
rżą trąby na fizyczny alarm.

O rozdynione, o nadmierne
i podwojone odrzuceniem szaty,
i postrojone gwałtownością pozy
tłuste dania miłosne!

Ich chude siostry wstały wcześniej,
zanim się rozwidniło na obrazie.
I nikt nie wiedział, jak gęsiego szły
po nie zamalowanej stronie płótna.

Wygnanki stylu. Żebra przeliczone,
ptasia natura stóp i dłoni.
Na sterczących łopatkach próbują ulecieć.

Trzynasty wiek dałby im złote tło.
Dwudziesty — dałby ekran srebrny.
Ten siedemnasty nic dla płaskich nie ma.

Albowiem nawet niebo jest wypukłe,
wypukli aniołowie i wypukły bóg —
Febus wąsaty, który na spoconym
rumaku wjeżdża do wrzącej alkowy.

piątek, 12 czerwca 2009

Jeśli dziś czwartek, to leci House!

Gdy ogląda się wiele odcinków w krótkim czasie to można zauważyć ciekawe rzeczy. Choćby zmianę w muzyce. Jak to się stało, że dotychczas nie zauważyłam, że melodię skomponowało Massive Attack? Pewnie dlatego, że w przerwie zawsze biegłam do łazienki albo do kuchni. Polecam porównanie melodii z pierwszego i drugiego sezonu. Przedtem tych gwizdów nie było. A ostatni odcinek drugiego sezonu to dopiero ładna wariacja! I cały czas mówię o muzyce.

O szelmowskim spojrzeniu i chropowatym głosie tego gburowatego egoisty, który nie dba o to co myślą o nim inni, wspomnę za chwilę. Właściwie to już mogę. Lekarz, który nie lubi swoich pacjentów, choć gotów jest zrobić wiele, by ich uleczyć. Dr House nie jest typowym lekarzem, któremu wszystko wychodzi za pierwszym razem. Pacjenci go nie obchodzą, bo i tak wszyscy kłamią, wierzy tylko w zimną logikę. I cały czas łyka Vicodin. Najarany lekarz, który dopiero na haju może dokonywać cudów. Miodzio! Jakże to inne od innych medycznych seriali.

Seriale są jak narkotyk, uzależniają. Najważniejszy, to ciekawy bohater. Gregory House nie jest typowy jak na serialowego lekarza przystało. Nie jest miły i wrzeszczy na pacjentów. Wyłamuje się z szeregu. Podobnie jak Dexter, miły i uczynny laborant, który nocami morduje przestępców. I to jeszcze jak morduje! Toż to cały staranie zaplanowany rytuał.
I chociaż obaj są na pierwszy rzut oka potworami to jednak... trudno ich nie lubić. Mają swoją "misję" i wypełniają ją i choć mają dyskusyjne metody to są skuteczni. Wtedy zaczynamy ich lubić.

Długo można by tu ciągnąć temat interesującego, złego bohatera, ale nie o to chodzi.
A o co?
O to, że dobrze czasem obejrzeć dobry serial.

Rzeczy do nadrobienia: "Flight of the Conchords" i "Uwaga faceci". Pierwszy za abstrakcyjne poczucie humoru, drugi, za klimaty rodem z Alaski i przystojnego drwala-weterynarza.
Bo kto powiedział, że wszystko ogląda się tylko i wyłącznie dla fabuły?