niedziela, 30 października 2011
Z pamiętnika anonimowego japiszona
I od japiszonów ustrzeż nas Panie...
Kuźwa, już? Niech ten budzik przestanie dzwonić. Trzeba się ogarnąć… kawa i śniadanie tam.
Nienawidzę korków. Nienawidzę porannych korków. Kuźwa, że wy wszyscy musicie teraz jechać! No dalej, ileż można zmieniać pas...?
Godzina 8:00, a te już są. Siedzą, zajęte swoimi błahymi sprawami, których i tak nie potrafią ogarnąć. Jeden klient od transportu i tyle niepotrzebnego biegania wokół niego. Kuźwa, co za marnotrawstwo energii. A tyle innych rzeczy trzeba zrobić! Oferty, umowy, narzędzia. Od czego tu zacząć… a tak, kawa.
Co trzeba mieć w głowie nie tak, żeby dorosła kobieta nie miała prawa jazdy. I nie pojedzie sama, tylko wozić ją trzeba. I efektywność szlag trafił. No bo co szofer zrobi w czasie, kiedy jest szoferem? Radia posłucha. Patologia… Pora na ćmika. Muszę się odprężyć.
Asystentka to praca dla matołów. No żeby dorosłą kobieta miała TAKIE problemy?! Czuję się otoczony samymi niekompetentnymi ludźmi. Nic dziwnego, że tyle jest na mojej głowie, przecież każda z nich dostałaby sraczki na sam widok zadań jakie mam. Oferty, oferty, oferty. Kuźwa, gdzie zapisałem formatkę…? Do kogo ostatnio wysyłałem taką ofertę? Niech no sprawdzę… właściwie, sprawdzę jeszcze kurs euro. Niech wiem, ile znowu ściągną mi za ratę. Kuźwa!
Wszyscy biorą auto, a potem jest porysowane, brudne i bez paliwa. I nie zatankuje go jeden z drugim, to JA muszę potem jechać do drugiej spółki na tankowanie i stać tam z 40 minut jak było ostatnio. Chcą jeździć niech postarają się o auto służbowe. Choć może to ja bym się postarał o nowe, a to oddał? Z jego słabymi hamulcami i obwieszonymi drzwiami. Przydałaby się fajniejsza, szybsza fura. Kuźwa, znowu coś ode mnie chcą. Czy nie widzą jaki jestem zapracowany?! Mam tyle do zrobienia! Narzędzia, karty klientów… nie wiem w co ręce wsadzić. Pora na ćmika. Może będzie mi wtedy łatwiej zebrać myśli.
Ucieka już. Kuźwa, 15:00, jeszcze nic nie zrobiłem, a ta już ucieka. I gdzie jest sprawiedliwość!? Zostanę tak pewnie do 17:00. Mam przecież tyle do zrobienia, a samo się nie policzy. Napiłbym się kawy.
No dalej… chcę jeszcze dziś zajechać do domu. Jak nie umiesz jeździć, to lepiej zostań w domu i nie przeszkadzaj chociaż.
Nareszcie home sweet home! 20:00 godzina. Jak mam mieć jakiekolwiek życie osobiste w takich warunkach? Kiedy mam poznać jakąś fajną dziewczynę? Nic tam… może zerknę jeszcze do tych kalkulacji. Bo w pracy nie miałem czasu, za dużo nowych zadań i innych pierdół.
poniedziałek, 12 września 2011
Głupia jak but!
Paranormalne romanse to intrygujący gatunek.
Niby schemat ten sam, czyli pani spotyka pana, tyle, że panujące okoliczności są najczęściej mniej zwyczajne.
Bo jak inaczej nazwać obecność duchów, nadprzyrodzonych mocy tudzież wampirów?
Przygotowując się do seansu "spirytystycznego" trzeba było mi znaleźć odpowiednią strawę dla ducha (bo dla ciała zapewniała moja gospodyni). I sama się zdziwiłam, że nie wpadłam na to wcześniej! Zerknęłam łakomym okiem na sagę "Zmierzch", na blade, nachmurzone oblicze Edwarda i nieprzytomne z miłości spojrzenie Belli. Wampir stulatek zakochany w nastolatce, której największą zaletą jest to, że pachnie dla niego niczym wyborna golonka. Ona, gotowa zmienić się w wampira, byle tylko być z nim przez wieczność (zapewne ze względu na błyszczącą w słońcu skórę).
Idealny wybór!
Zasiadłyśmy do seansu z zapasem wiśni z nalewki tudzież z samą nalewką. I po chwili oglądania moja towarzyszka zakrzyknęła "Bello, jesteś głupia jak but", co stało się hasłem przewodnim naszej projekcji.
Popkultura różnie obchodziła się z wampirami, ostatnio czyniąc je atrakcyjnymi obiektami pożądania (i niech mi żadna z Czytelniczek nie próbuje wmawiać, że Garry Oldman w niebieskich lennonkach, uwodzący Winonę Ryder z pomocą absyntu, nie podpada pod tę kategorię, podobnie jak Brad Pitt). Wiecznie młodzi, wiecznie jurni. Wbrew pozorom saga "Zmierzch" też się wcale aż tak mocno nie wyłamuje ze schematu - Edward jest przystojnym młodzieńcem, podobnie jak jego wiecznie młoda rodzina. Może i coś czują, może jest to nawet tęsknota za utraconym człowieczeństwem. Jest jednak kilka odstępstw, krwi ludzkiej nie tykają (wegetarianizm), a słońce, zamiast ich zabić, demaskuje ich, gdyż ich skóra błyszczy wtedy niczym diament (albo kryształki Svarowskiego jak zauważył niegdyś W.).
Dramat zbyt młodej osoby zmuszonej do przemiany w wampira pokazała bardzo młodziutka Kirsten Dunst w "Wywiadzie z wampirem" - dorastająca kobieta, na zawsze zamknięta w ciele dziecka. W jej przypadku intelekt i emocje rozwijały się, tylko ciało nie. W przypadku Edwarda naszły mnie wątpliwości. Nie, zapewne nie brakowało mu wiedzy, tylko czy ktoś może mi wytłumaczyć co on, dojrzały emocjonalnie facet widział w szesnastoletniej uczennicy?! Tak jak wspomniałam wyżej, przyciągała go swoim zapachem, co wyobrażam sobie, że pachniała mu niczym świeżo upieczony bochen chleba, tudzież schabowy. Zapach, zapachem, ale żeby z powodu aromatu oświadczać się? A może to maskujący się amator lolitek? Nie wiem, czy w takim układzie Bella nie byłaby zbyt dojrzała dla niego, ale najwyraźniej na bezrybiu... W sumie tutaj się prosi o paranormalną wersję "Lolity" Nabokova - stary wampir, zafascynowany młodą dziewczyną żyje z nią i targa nim konflikt - ugryźć i zachować zabawkę na wieczność, czy ocalić jej duszę, dając dorosnąć i następnie porzucić dla młodszej?
Jakby było mnie i mojej gospodyni mało wrażeń, pojawia się ten trzeci, młodzieniec niezwykle atrakcyjny, którego nasza bohaterka traktuje tylko i wyłącznie jako przyjaciela. Chodzi rzecz jasna o Jacoba, urodziwego wilkołaka. "Księżyc w nowiu" warto obejrzeć dla 43-44 minuty, gdzie Jacob iście bohatersko pozbywa się podkoszulka, żeby opatrzyć ranę Belli. Ta palnie mu, że jest piękny i... tyle. No głupia jak but, prawda?
Stare filmy ze względu na cenzurę obyczajową nie mogły pokazywać scen miłosnych. Napięcie panujące między bohaterami trzeba było pokazać w inny, delikatny sposób. Przeciągłe spojrzenia, niby przypadkowe zetknięcie dłoni - więcej trików można odnaleźć tylko u Jane Austen albo sióstr Bronte. I choć przy dzisiejszym rozpasaniu obyczajów takie zabiegi wydają się śmieszne, to... mają swój urok na ekranie. Choć wizyta półnagiego wilkołaka w sypialni Belli nie skończyła się dzikim seksem, to pojawiające się napięcie jest intrygujące. Podobnie jak w przypadku podobnych wizyt Edzia. Może i w sam raz dla dorastających dziewczątek, które nie powinny interesować się zbyt szybko pewnymi sprawami, ale nie oszukujmy się, narastające napięcie ma wiele wspólnego z zajączkiem, którego się goni.
Generalnie została nam jeszcze trzecia część do obejrzenia. Bez wisienek i nalewki się nie obejdzie, tym bardziej, że Edziu oświadczył się i uwaga, usłyszał "nie"! Nie wierzę, by nie otrzymał zgody po n-tym zapytaniu, a skoro tak, to ślub ("...i obiecuję, że nie zostawię cię aż do śmierci?") to noc poślubną i... spłodzenie potomka? Czy nieumarły może kogokolwiek zapłodnić? Może dać życie?! To jedno z wielu pytań, które czekają na odpowiedź. Podobne jak to, czy Bella w trakcie menstruacji nie zbliża się do Edwarda. Toż przecież wystarczyła kropla krwi, by Jasper (czy jakoś podobnie), początkujący wegetarianin rzucił się na nią w dzikim szale krwi. To co się dzieje, gdy ulatuje z niej więcej? No i ostatnia rzecz, czy Edziu jest masochistą? Bo skoro jej zapach jest taki nęcący, a on się tak mocno musi powstrzymywać, to znaczy, że albo lubi sprawdzać swoją silną wolę, albo wyjątkowo lubi się męczyć. Choć kolejne semestry w szkole wskazują raczej na to drugie.
Paranormalne romanse potrafią dać wiele frajdy, gdy się je ogląda z odpowiednim nastawieniem. I wyposażeniem. Zatem wisienki w dłoń!
Zdrówko!
Niby schemat ten sam, czyli pani spotyka pana, tyle, że panujące okoliczności są najczęściej mniej zwyczajne.
Bo jak inaczej nazwać obecność duchów, nadprzyrodzonych mocy tudzież wampirów?
Przygotowując się do seansu "spirytystycznego" trzeba było mi znaleźć odpowiednią strawę dla ducha (bo dla ciała zapewniała moja gospodyni). I sama się zdziwiłam, że nie wpadłam na to wcześniej! Zerknęłam łakomym okiem na sagę "Zmierzch", na blade, nachmurzone oblicze Edwarda i nieprzytomne z miłości spojrzenie Belli. Wampir stulatek zakochany w nastolatce, której największą zaletą jest to, że pachnie dla niego niczym wyborna golonka. Ona, gotowa zmienić się w wampira, byle tylko być z nim przez wieczność (zapewne ze względu na błyszczącą w słońcu skórę).
Idealny wybór!
Zasiadłyśmy do seansu z zapasem wiśni z nalewki tudzież z samą nalewką. I po chwili oglądania moja towarzyszka zakrzyknęła "Bello, jesteś głupia jak but", co stało się hasłem przewodnim naszej projekcji.
Popkultura różnie obchodziła się z wampirami, ostatnio czyniąc je atrakcyjnymi obiektami pożądania (i niech mi żadna z Czytelniczek nie próbuje wmawiać, że Garry Oldman w niebieskich lennonkach, uwodzący Winonę Ryder z pomocą absyntu, nie podpada pod tę kategorię, podobnie jak Brad Pitt). Wiecznie młodzi, wiecznie jurni. Wbrew pozorom saga "Zmierzch" też się wcale aż tak mocno nie wyłamuje ze schematu - Edward jest przystojnym młodzieńcem, podobnie jak jego wiecznie młoda rodzina. Może i coś czują, może jest to nawet tęsknota za utraconym człowieczeństwem. Jest jednak kilka odstępstw, krwi ludzkiej nie tykają (wegetarianizm), a słońce, zamiast ich zabić, demaskuje ich, gdyż ich skóra błyszczy wtedy niczym diament (albo kryształki Svarowskiego jak zauważył niegdyś W.).
Dramat zbyt młodej osoby zmuszonej do przemiany w wampira pokazała bardzo młodziutka Kirsten Dunst w "Wywiadzie z wampirem" - dorastająca kobieta, na zawsze zamknięta w ciele dziecka. W jej przypadku intelekt i emocje rozwijały się, tylko ciało nie. W przypadku Edwarda naszły mnie wątpliwości. Nie, zapewne nie brakowało mu wiedzy, tylko czy ktoś może mi wytłumaczyć co on, dojrzały emocjonalnie facet widział w szesnastoletniej uczennicy?! Tak jak wspomniałam wyżej, przyciągała go swoim zapachem, co wyobrażam sobie, że pachniała mu niczym świeżo upieczony bochen chleba, tudzież schabowy. Zapach, zapachem, ale żeby z powodu aromatu oświadczać się? A może to maskujący się amator lolitek? Nie wiem, czy w takim układzie Bella nie byłaby zbyt dojrzała dla niego, ale najwyraźniej na bezrybiu... W sumie tutaj się prosi o paranormalną wersję "Lolity" Nabokova - stary wampir, zafascynowany młodą dziewczyną żyje z nią i targa nim konflikt - ugryźć i zachować zabawkę na wieczność, czy ocalić jej duszę, dając dorosnąć i następnie porzucić dla młodszej?
Jakby było mnie i mojej gospodyni mało wrażeń, pojawia się ten trzeci, młodzieniec niezwykle atrakcyjny, którego nasza bohaterka traktuje tylko i wyłącznie jako przyjaciela. Chodzi rzecz jasna o Jacoba, urodziwego wilkołaka. "Księżyc w nowiu" warto obejrzeć dla 43-44 minuty, gdzie Jacob iście bohatersko pozbywa się podkoszulka, żeby opatrzyć ranę Belli. Ta palnie mu, że jest piękny i... tyle. No głupia jak but, prawda?
Stare filmy ze względu na cenzurę obyczajową nie mogły pokazywać scen miłosnych. Napięcie panujące między bohaterami trzeba było pokazać w inny, delikatny sposób. Przeciągłe spojrzenia, niby przypadkowe zetknięcie dłoni - więcej trików można odnaleźć tylko u Jane Austen albo sióstr Bronte. I choć przy dzisiejszym rozpasaniu obyczajów takie zabiegi wydają się śmieszne, to... mają swój urok na ekranie. Choć wizyta półnagiego wilkołaka w sypialni Belli nie skończyła się dzikim seksem, to pojawiające się napięcie jest intrygujące. Podobnie jak w przypadku podobnych wizyt Edzia. Może i w sam raz dla dorastających dziewczątek, które nie powinny interesować się zbyt szybko pewnymi sprawami, ale nie oszukujmy się, narastające napięcie ma wiele wspólnego z zajączkiem, którego się goni.
Generalnie została nam jeszcze trzecia część do obejrzenia. Bez wisienek i nalewki się nie obejdzie, tym bardziej, że Edziu oświadczył się i uwaga, usłyszał "nie"! Nie wierzę, by nie otrzymał zgody po n-tym zapytaniu, a skoro tak, to ślub ("...i obiecuję, że nie zostawię cię aż do śmierci?") to noc poślubną i... spłodzenie potomka? Czy nieumarły może kogokolwiek zapłodnić? Może dać życie?! To jedno z wielu pytań, które czekają na odpowiedź. Podobne jak to, czy Bella w trakcie menstruacji nie zbliża się do Edwarda. Toż przecież wystarczyła kropla krwi, by Jasper (czy jakoś podobnie), początkujący wegetarianin rzucił się na nią w dzikim szale krwi. To co się dzieje, gdy ulatuje z niej więcej? No i ostatnia rzecz, czy Edziu jest masochistą? Bo skoro jej zapach jest taki nęcący, a on się tak mocno musi powstrzymywać, to znaczy, że albo lubi sprawdzać swoją silną wolę, albo wyjątkowo lubi się męczyć. Choć kolejne semestry w szkole wskazują raczej na to drugie.
Paranormalne romanse potrafią dać wiele frajdy, gdy się je ogląda z odpowiednim nastawieniem. I wyposażeniem. Zatem wisienki w dłoń!
Zdrówko!
środa, 31 sierpnia 2011
Język głupcze!
Slang «potoczna odmiana języka używana przez jakąś grupę zawodową lub środowiskową»
Żargon [fr.], argot, slang, forma języka wytworzona przez zamkniętą grupę, np. społ., zaw. (nieterytorialną); niekiedy pełni funkcję języka tajnego; odstępstwa od normy języka ogólnego występują gł. w słownictwie.
Zapożyczenie, językozn. elementy (głoski, cząstki słowotwórcze, wyrazy, wyrażenia, konstrukcje składniowe) przejęte z innego języka
Są tacy, według których te trzy byty wspomniane powyżej pozwalają na masakrowanie języka polskiego. Nie kaleczenie nawet, tylko brutalne znęcanie się za pomocą anglicyzmów.
Wszystko zaczęło się od "casuala", czy też, bardziej po polsku - każuala.
Czym jest każual? To rodzaj niedzielnego gracza, który zazwyczaj nie interesuje się grami wideo, ale ponieważ to modne, to zagra. Brak mu wprawy, albo po prostu nie lubi się przemęczać, idzie po najmniejszej linii oporu i obniża poziom trudności, tudzież szuka porad wszelakich. Tendencje, mające na celu ułatwienie rozgrywki najczęściej są komentowane per "wszystko przez każuali", zatem pojęcie to jest raczej pejoratywne.
Cierpliwy Czytelniku/Czytelniczko, czy już zadałeś/zadałaś sobie pytanie "po co ten cały każual, skoro jest 'niedzielny gracz'?"?
Ależ spieszę z odpowiedzią! Otóż jest, bo używa tego, uwaga, "prasa branżowa" i w ogóle wszyscy. Ot taki, żargon graczy. Prasa branżowa... tworzą ją entuzjaści, którym nie mogę odmówić braku wiedzy. Co to, to nie! Ale mogę zarzucić im, że chcą podawać wszystko szybko, więc czasem poziom językowy jest odrobinę niższy niż być powinien. Tempo to bodajże słowo klucz. Presja aby być pierwszym powoduje, że przestaje liczyć się styl. Trzeba być przed innymi. Bełkocz jeśli trzeba, ale bądź pierwszy!
Zawsze bawi mnie próba obrony angielskich potworków, że to przecież zapożyczenia, że język się zmienia, że to ewolucja! Wszystko fajnie, ale zapożyczenia muszą być sensowne, muszą być potrzebne. Ekspirujący dedlajn, task do zrobienia, printowanie dokumentów.... nie chcę tego słyszeć w pracy a randomalnych kierunków, kombatowych strojów i wielkich fejli oraz hejtowania wszystkiego po pracy.
Nad niektórymi odruchami trudno zapanować. "Sorkam" z rozpędu i potwierdzam "okejem". Potrafię jednak się przyznać, że jest to mój brzydki nawyk, tudzież pewna niefrasobliwość. Ale przenigdy nie będę specjalnie "sorkała", bo tak brzmi lepiej, albo twierdziła, że przecież i tak już weszło do języka, toż wszyscy tego używają. I co z tego, że używają? Mówią też "przyszłem" i "poszłem", piszą "wogóle", przechodzą na czerwonym świetle i chodzą z przetłuszczonymi włosami tudzież fałdami nieapetycznie ściśniętymi przez koszulki za małe o 1,5 rozmiaru.
I tym sposobem, zupełnie przypadkowo obudziła się we mnie buntowniczka. Pomyślcie, co może obudzić bunt w Was?
Żargon [fr.], argot, slang, forma języka wytworzona przez zamkniętą grupę, np. społ., zaw. (nieterytorialną); niekiedy pełni funkcję języka tajnego; odstępstwa od normy języka ogólnego występują gł. w słownictwie.
Zapożyczenie, językozn. elementy (głoski, cząstki słowotwórcze, wyrazy, wyrażenia, konstrukcje składniowe) przejęte z innego języka
Są tacy, według których te trzy byty wspomniane powyżej pozwalają na masakrowanie języka polskiego. Nie kaleczenie nawet, tylko brutalne znęcanie się za pomocą anglicyzmów.
Wszystko zaczęło się od "casuala", czy też, bardziej po polsku - każuala.
Czym jest każual? To rodzaj niedzielnego gracza, który zazwyczaj nie interesuje się grami wideo, ale ponieważ to modne, to zagra. Brak mu wprawy, albo po prostu nie lubi się przemęczać, idzie po najmniejszej linii oporu i obniża poziom trudności, tudzież szuka porad wszelakich. Tendencje, mające na celu ułatwienie rozgrywki najczęściej są komentowane per "wszystko przez każuali", zatem pojęcie to jest raczej pejoratywne.
Cierpliwy Czytelniku/Czytelniczko, czy już zadałeś/zadałaś sobie pytanie "po co ten cały każual, skoro jest 'niedzielny gracz'?"?
Ależ spieszę z odpowiedzią! Otóż jest, bo używa tego, uwaga, "prasa branżowa" i w ogóle wszyscy. Ot taki, żargon graczy. Prasa branżowa... tworzą ją entuzjaści, którym nie mogę odmówić braku wiedzy. Co to, to nie! Ale mogę zarzucić im, że chcą podawać wszystko szybko, więc czasem poziom językowy jest odrobinę niższy niż być powinien. Tempo to bodajże słowo klucz. Presja aby być pierwszym powoduje, że przestaje liczyć się styl. Trzeba być przed innymi. Bełkocz jeśli trzeba, ale bądź pierwszy!
Zawsze bawi mnie próba obrony angielskich potworków, że to przecież zapożyczenia, że język się zmienia, że to ewolucja! Wszystko fajnie, ale zapożyczenia muszą być sensowne, muszą być potrzebne. Ekspirujący dedlajn, task do zrobienia, printowanie dokumentów.... nie chcę tego słyszeć w pracy a randomalnych kierunków, kombatowych strojów i wielkich fejli oraz hejtowania wszystkiego po pracy.
Nad niektórymi odruchami trudno zapanować. "Sorkam" z rozpędu i potwierdzam "okejem". Potrafię jednak się przyznać, że jest to mój brzydki nawyk, tudzież pewna niefrasobliwość. Ale przenigdy nie będę specjalnie "sorkała", bo tak brzmi lepiej, albo twierdziła, że przecież i tak już weszło do języka, toż wszyscy tego używają. I co z tego, że używają? Mówią też "przyszłem" i "poszłem", piszą "wogóle", przechodzą na czerwonym świetle i chodzą z przetłuszczonymi włosami tudzież fałdami nieapetycznie ściśniętymi przez koszulki za małe o 1,5 rozmiaru.
I tym sposobem, zupełnie przypadkowo obudziła się we mnie buntowniczka. Pomyślcie, co może obudzić bunt w Was?
wtorek, 7 czerwca 2011
Wampir z M3
Wampiry wciąż są na fali i to w każdej odmianie. Bez względu na to, czy są wyuzdanymi istotami z amerykańskiego Południa, czy miłymi acz nieco bezbarwnymi dzieciakami - wegetarianami ze skórą błyszczącą w słońcu.
„Wampir z M3” Andrzeja Pilipuka to próba odpowiedzenia na pytanie co by było, gdyby wampiry żyły w PRLu. Tak, tak. Istoty zazwyczaj utożsamiane z dekadencją i wyższymi sferami nagle zostały wciśnięte w siermiężne i szare lata 80. I prawdę mówiąc, już sam pomysł jest zabawny.
Oto Gosia, młoda uczennica, beznadziejne zakochana w Limahlu, która pewnego dnia budzi się jako wampirzyca. Na szczęście nie musi radzić sobie z tym stanem zupełnie sama. Warszawska Praga jest zamieszkana przez inne wampiry, które zawsze służą pomocą „nowym”. Silną stroną powieści jest opis praskiego półświatka z Bazaru Różyckiego, kiziorów, których nic nie zdziwi i na pewno mało co wystraszy. Doprawdy trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce dla rodzimych krwiopijców.
Pilipiuk nie przeprowadza zbyt wielkiej rewolucji, jego wampiry nie lubią krzyża ni czosnku, muszą pić ludzką krew (a nie zwierząt) i nie mają odbicia w lustrze. Czemu go nie mają? A tego nie wiadomo i tak naprawdę nikomu ta wiedza do szczęścia potrzebna nie jest. Żeby nie było zbyt łatwo, warszawscy krwiopijcy nie są nadnaturalnie silni, utracili większość swych nadprzyrodzonych zdolności, zatem żadnego zmieniania się w nietoperze nie uświadczymy. Jego wampiry próbują odnaleźć się w socjalistycznej rzeczywistości, wypełnić kolejny plan pięcioletni i głosić wyższość socjalizmu nad innymi ustrojami. Kombinują jak mogą, w końcu Polak, nawet jeśli wampir, potrafi! Mamy tu zatem wampira komunistę, wzorowego robotnika, istnego przodownika pracy, tokarza, który po latach spędzonych w zawodzie potrafi dorobić każdą część, ekscentrycznego naukowca i wielu innych. I Gosię, nastolatkę, która ma problemy typowe dla kogoś w swoim wieku, czyli chłopcy, rodzina i moda (choć problemy rodzinie są może jednak nieco mniej zwyczajne, w końcu nie na każdego nastolatka poluje niczym na zwierzynę łowną). Ale to tylko jedna strona medalu. Przecież w PRLu zabobony nie były mile widziane i były służby, które za wszelką cenę próbowały je zwalczyć. Z dość marnym skutkiem.
Powieść rozbita się na rozdziały, które łączą się dość swobodnie ze sobą. Moim faworytem jest rozdział z gościnnym występem egipskiej mumii. Pilipiuk bawi się konwencją i panującą modą na wampiry co rusz puszczając do czytelnika oko. Jest to sprawnie napisana komedia, którą czyta się jednym tchem. Można kręcić nosem, że niektóre z prezentowanych wampirów są takimi sierotami, że naprawdę nie wiadomo, jak zdołały przetrwać, można się czepiać, że tamte lata wyglądały nieco inaczej. Ale po co? To w końcu ma być lekka komedia i takim utworem „Wampir z M3” na pewno jest.
„Wampir z M3” Andrzeja Pilipuka to próba odpowiedzenia na pytanie co by było, gdyby wampiry żyły w PRLu. Tak, tak. Istoty zazwyczaj utożsamiane z dekadencją i wyższymi sferami nagle zostały wciśnięte w siermiężne i szare lata 80. I prawdę mówiąc, już sam pomysł jest zabawny.
Oto Gosia, młoda uczennica, beznadziejne zakochana w Limahlu, która pewnego dnia budzi się jako wampirzyca. Na szczęście nie musi radzić sobie z tym stanem zupełnie sama. Warszawska Praga jest zamieszkana przez inne wampiry, które zawsze służą pomocą „nowym”. Silną stroną powieści jest opis praskiego półświatka z Bazaru Różyckiego, kiziorów, których nic nie zdziwi i na pewno mało co wystraszy. Doprawdy trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce dla rodzimych krwiopijców.
Pilipiuk nie przeprowadza zbyt wielkiej rewolucji, jego wampiry nie lubią krzyża ni czosnku, muszą pić ludzką krew (a nie zwierząt) i nie mają odbicia w lustrze. Czemu go nie mają? A tego nie wiadomo i tak naprawdę nikomu ta wiedza do szczęścia potrzebna nie jest. Żeby nie było zbyt łatwo, warszawscy krwiopijcy nie są nadnaturalnie silni, utracili większość swych nadprzyrodzonych zdolności, zatem żadnego zmieniania się w nietoperze nie uświadczymy. Jego wampiry próbują odnaleźć się w socjalistycznej rzeczywistości, wypełnić kolejny plan pięcioletni i głosić wyższość socjalizmu nad innymi ustrojami. Kombinują jak mogą, w końcu Polak, nawet jeśli wampir, potrafi! Mamy tu zatem wampira komunistę, wzorowego robotnika, istnego przodownika pracy, tokarza, który po latach spędzonych w zawodzie potrafi dorobić każdą część, ekscentrycznego naukowca i wielu innych. I Gosię, nastolatkę, która ma problemy typowe dla kogoś w swoim wieku, czyli chłopcy, rodzina i moda (choć problemy rodzinie są może jednak nieco mniej zwyczajne, w końcu nie na każdego nastolatka poluje niczym na zwierzynę łowną). Ale to tylko jedna strona medalu. Przecież w PRLu zabobony nie były mile widziane i były służby, które za wszelką cenę próbowały je zwalczyć. Z dość marnym skutkiem.
Powieść rozbita się na rozdziały, które łączą się dość swobodnie ze sobą. Moim faworytem jest rozdział z gościnnym występem egipskiej mumii. Pilipiuk bawi się konwencją i panującą modą na wampiry co rusz puszczając do czytelnika oko. Jest to sprawnie napisana komedia, którą czyta się jednym tchem. Można kręcić nosem, że niektóre z prezentowanych wampirów są takimi sierotami, że naprawdę nie wiadomo, jak zdołały przetrwać, można się czepiać, że tamte lata wyglądały nieco inaczej. Ale po co? To w końcu ma być lekka komedia i takim utworem „Wampir z M3” na pewno jest.
piątek, 27 maja 2011
Plastikowe ślicznoty
Szał panujący wokół premiery nowego "Wiedźmina" udzielił się także i mi. Choć nie pobiegłam od razu do sklepu po swój egzemplarz, to jednak śledziłam prasowe doniesienia.
Obejrzałam także sesję Triss w "Playboyu".
Patrząc na idealne, w całości wygenerowane komputerowo ciało, zaczęłam się zastanawiać, czy oto nie jest aby zwiastun przyszłości. Czy naprawdę jest aż tak duża różnica między sztuczną Triss, a żywymi modelkami, poprawionymi do granic możliwości Photoshopem? Co z tego, że te kobiety są z krwi i kości, a nie składają się tylko z ciągu zer i jedynek, jeśli ich ciała poddano tylu retuszom i poprawkom, że w ogóle mogą siebie nie przypominać? Skóra wygładzona, znamiona zamazane, biusty powiększone (w sumie niekoniecznie tylko Photoshopem), nogi wydłużone, talie wyszczuplone, brzuchy wypłaszczone, łona przeszczepione z lalek Barbie - idealnie bezwłose. I te jednakowe twarze o wzorowej symetrii, które choć piękne, nijak nie zapadają w pamięć.
Może w takim razie zupełnie sztuczne są lepsze? Nic im już nie trzeba poprawiać, bo przecież stworzono je idealnymi.
Gdy podzieliłam się tym z W., ten stwierdził, że żywe modelki jednak jeszcze długo będą brały udział w sesjach - choćby dlatego, że błyśnięcie nagą piersią może być przepustką do kariery. I są tańsze.
Zapewne tak długo będzie ten stan trwać, dopóki wygenerowanie sztucznych piękności na ekranie komputera będzie droższe od zorganizowania sesji.
Czyli chyba już niedługo?
Obejrzałam także sesję Triss w "Playboyu".
Patrząc na idealne, w całości wygenerowane komputerowo ciało, zaczęłam się zastanawiać, czy oto nie jest aby zwiastun przyszłości. Czy naprawdę jest aż tak duża różnica między sztuczną Triss, a żywymi modelkami, poprawionymi do granic możliwości Photoshopem? Co z tego, że te kobiety są z krwi i kości, a nie składają się tylko z ciągu zer i jedynek, jeśli ich ciała poddano tylu retuszom i poprawkom, że w ogóle mogą siebie nie przypominać? Skóra wygładzona, znamiona zamazane, biusty powiększone (w sumie niekoniecznie tylko Photoshopem), nogi wydłużone, talie wyszczuplone, brzuchy wypłaszczone, łona przeszczepione z lalek Barbie - idealnie bezwłose. I te jednakowe twarze o wzorowej symetrii, które choć piękne, nijak nie zapadają w pamięć.
Może w takim razie zupełnie sztuczne są lepsze? Nic im już nie trzeba poprawiać, bo przecież stworzono je idealnymi.
Gdy podzieliłam się tym z W., ten stwierdził, że żywe modelki jednak jeszcze długo będą brały udział w sesjach - choćby dlatego, że błyśnięcie nagą piersią może być przepustką do kariery. I są tańsze.
Zapewne tak długo będzie ten stan trwać, dopóki wygenerowanie sztucznych piękności na ekranie komputera będzie droższe od zorganizowania sesji.
Czyli chyba już niedługo?
czwartek, 19 maja 2011
Pułapki językowe
Strasznie długo zabierałam się za tę notatkę. Ale wreszcie się zabrałam, a wszystko zaczęło się od wpisu zaprzyjaźnionej Władczyni Księgarni o błędach dotyczących mylenia znaczenia "bynajmniej" i "przynajmniej".
Wiele zaskakujących rzeczy zdarza mi się widzieć i choć to jest kolejny raz, kiedy ktoś zwraca uwagę, że te dwa słowa są ze sobą nagminnie mylone, to nigdy nie zdarzyło mi się tego usłyszeć/zobaczyć na własne oczy. Tak przy okazji to ciekawa jestem o jakim to hicie wydawniczym mowa, Droga Władczyni.
Ale chciałam przede wszystkim wspomnieć o tym, co zauważyłam przy okazji przeglądania różności na Onecie podczas porannej herbaty. Otóż jedna pani na blogu (tłumaczka jak się okazało) opisywała jak bardzo denerwuje ją, gdy ktoś pisze do niej mejla i zaczyna od "witam". 90% mejli, które otrzymuję tak się właśnie zaczynają.
Od razu przypomniała mi się moja psorka, która twierdziła, że wita tylko gospodarz, a ktoś pojawiający się w mojej skrzynce mejlowej z pewnością takowym nie jest. Zatem jeśli już musi być jakiś nagłówek to niech to nawet będzie "dzień dobry", ale nie "witam".
Nie wiem ile razy obiecywałam sobie, że nie będę czytała komentarzy pod wpisami na tym portalu, ale i tak musiałam zerknąć. Co tam się działo... Babeczce dostało się, że się nie zna, że się wymądrza i w ogóle czepia, bo przecież wszyscy do siebie piszą mejle, zaczynając od "witam" i nikt nikomu nie zwrócił uwagi że to błąd... bla bla bla. Wiele osób używa też sformułowania "w międzyczasie" i "póki co", jak również "poszłem" i "weszłem". Czy też należy od razu zakładać, że są poprawne?
Wiele zaskakujących rzeczy zdarza mi się widzieć i choć to jest kolejny raz, kiedy ktoś zwraca uwagę, że te dwa słowa są ze sobą nagminnie mylone, to nigdy nie zdarzyło mi się tego usłyszeć/zobaczyć na własne oczy. Tak przy okazji to ciekawa jestem o jakim to hicie wydawniczym mowa, Droga Władczyni.
Ale chciałam przede wszystkim wspomnieć o tym, co zauważyłam przy okazji przeglądania różności na Onecie podczas porannej herbaty. Otóż jedna pani na blogu (tłumaczka jak się okazało) opisywała jak bardzo denerwuje ją, gdy ktoś pisze do niej mejla i zaczyna od "witam". 90% mejli, które otrzymuję tak się właśnie zaczynają.
Od razu przypomniała mi się moja psorka, która twierdziła, że wita tylko gospodarz, a ktoś pojawiający się w mojej skrzynce mejlowej z pewnością takowym nie jest. Zatem jeśli już musi być jakiś nagłówek to niech to nawet będzie "dzień dobry", ale nie "witam".
Nie wiem ile razy obiecywałam sobie, że nie będę czytała komentarzy pod wpisami na tym portalu, ale i tak musiałam zerknąć. Co tam się działo... Babeczce dostało się, że się nie zna, że się wymądrza i w ogóle czepia, bo przecież wszyscy do siebie piszą mejle, zaczynając od "witam" i nikt nikomu nie zwrócił uwagi że to błąd... bla bla bla. Wiele osób używa też sformułowania "w międzyczasie" i "póki co", jak również "poszłem" i "weszłem". Czy też należy od razu zakładać, że są poprawne?
niedziela, 27 lutego 2011
Lepiej chodzić nago niż w futrze?
Ostatnio W. podrzucił mi następujący link
I zburzył mi nim spokój ducha.
Spokoju nie dało mi zastanawianie się do kogo ta kampania jest skierowana. I wymyśliłam!
Jest ona przede wszystkim skierowana do osób, którym podobają się nagie, kobiece ciała.
Zaczynam podziwiać diabelski spryt ludzi z Peta. Pytanie - jak rozebrać tyle gwiazd, wywiesić te plakaty i nie być posądzonym o epatowanie nagością? Dopisać jakieś hasełko, typu "ratujmy zwierzątka" i viola! Ba, gwiazdy pewnie same będą się zgłaszać, by pozować! Genialne.
Przecież walka o prawa milusińskich dobrze wygląda w CV, no i zawsze to spokojne sumienie, że coś się robi dla planety. A że to "coś" to tylko pozowanie nago do plakatu? Szczegół.
Tylko, że mam już serdecznie dość rozebranych pań reklamujących dosłownie wszystko. Zaczynam tęsknić za czasami kiedy nagość jednak była jakimś tabu i dzięki temu miała jakąkolwiek wartość.
Kolejne pytanie - kto dziś kupuje futro? Ten, który marznie w klimacie zbliżonym do tego, panującego w naszym kraju. Przy czym musi być zamożny, bo futro nie jest tanie. Ale jak je już ma, to nie marznie podczas długich codziennych spacerów do pracy lub czekaniu na przystanku.
Jasne...
Jeśli kogoś stać na futro, to nie chodzi, tylko jeździ własnym samochodem, więc i tak mu futro nie jest potrzebne, bo nie marznie na przystankach.
Zatem... do kogo ta kampania jest skierowana? Kogo autorzy chcieli przekonać do innych okryć wierzchnich? Bogatych mieszkańców Kalifornii albo innych ciepłych stanów? Tych, którzy nie znają zim ze śniegiem i temperaturami -15 stopni za dnia?
Co więcej, z kampanii dowiedziałam się, że nie tylko noszenie futra jest złe, wełna też jest na cenzurowanym, tak samo jak bryczki.
Zaczynam obawiać się jedzenia jaj i produktów mlecznych. Amatorzy oscypków i innych serów do Was też piszę!
Zwierzaki nie mają generalnie z nami łatwo. Hodujemy je, by je zjeść i obrać ze skóry lub futra. Jeśli już to robimy, to chociaż róbmy to sprawnie, bez zadawania im dodatkowego cierpienia. Nie wierzę w globalne przejście na wegetarianizm tak samo jak nie wierzę w to, że wszyscy przerzucą się nagle na bawełnę (czy ona na pewno też nie jest jeszcze passe?) albo inne "przyjazne" tkaniny. Zamiast wymagać niemożliwego, może lepiej skupić się na poprawie tego, co jest?
I zburzył mi nim spokój ducha.
Spokoju nie dało mi zastanawianie się do kogo ta kampania jest skierowana. I wymyśliłam!
Jest ona przede wszystkim skierowana do osób, którym podobają się nagie, kobiece ciała.
Zaczynam podziwiać diabelski spryt ludzi z Peta. Pytanie - jak rozebrać tyle gwiazd, wywiesić te plakaty i nie być posądzonym o epatowanie nagością? Dopisać jakieś hasełko, typu "ratujmy zwierzątka" i viola! Ba, gwiazdy pewnie same będą się zgłaszać, by pozować! Genialne.
Przecież walka o prawa milusińskich dobrze wygląda w CV, no i zawsze to spokojne sumienie, że coś się robi dla planety. A że to "coś" to tylko pozowanie nago do plakatu? Szczegół.
Tylko, że mam już serdecznie dość rozebranych pań reklamujących dosłownie wszystko. Zaczynam tęsknić za czasami kiedy nagość jednak była jakimś tabu i dzięki temu miała jakąkolwiek wartość.
Kolejne pytanie - kto dziś kupuje futro? Ten, który marznie w klimacie zbliżonym do tego, panującego w naszym kraju. Przy czym musi być zamożny, bo futro nie jest tanie. Ale jak je już ma, to nie marznie podczas długich codziennych spacerów do pracy lub czekaniu na przystanku.
Jasne...
Jeśli kogoś stać na futro, to nie chodzi, tylko jeździ własnym samochodem, więc i tak mu futro nie jest potrzebne, bo nie marznie na przystankach.
Zatem... do kogo ta kampania jest skierowana? Kogo autorzy chcieli przekonać do innych okryć wierzchnich? Bogatych mieszkańców Kalifornii albo innych ciepłych stanów? Tych, którzy nie znają zim ze śniegiem i temperaturami -15 stopni za dnia?
Co więcej, z kampanii dowiedziałam się, że nie tylko noszenie futra jest złe, wełna też jest na cenzurowanym, tak samo jak bryczki.
Zaczynam obawiać się jedzenia jaj i produktów mlecznych. Amatorzy oscypków i innych serów do Was też piszę!
Zwierzaki nie mają generalnie z nami łatwo. Hodujemy je, by je zjeść i obrać ze skóry lub futra. Jeśli już to robimy, to chociaż róbmy to sprawnie, bez zadawania im dodatkowego cierpienia. Nie wierzę w globalne przejście na wegetarianizm tak samo jak nie wierzę w to, że wszyscy przerzucą się nagle na bawełnę (czy ona na pewno też nie jest jeszcze passe?) albo inne "przyjazne" tkaniny. Zamiast wymagać niemożliwego, może lepiej skupić się na poprawie tego, co jest?
niedziela, 6 lutego 2011
Pytania bez odpowiedzi
Czasem zdarzają się rzeczy, które trudno wyjaśnić racjonalnie - rozum się gubi, logika zawodzi, a brzytwa Ockhama okazuje się tępa.
1. Skąd na chodnikach tyle psich kup?! Odwilż po długim okresie ze śniegiem dosłania jakże śmierdzącą i pardon "gównianą" prawdę o leniwych właścicielach psów. Zawsze się zastanawiam, czy jakby mu ten pies narobił w jego mieszkaniu na dywan w pokoju, to też zostawiłby to tak, licząc, że samo się sprzątnie? Strach się bać, jakby wyglądały chodniki, gdyby zima trwała u nas z jakieś pół roku...
2. Gdzie podziały się autobusy linii 405 z godziny 7:54? Rozumiem, że rozkład jazdy to raczej wskazówka niż sztywny harmonogram, więc spóźnienia nie byłyby niczym dziwnym. Ale one regularnie nie przyjeżdżały. Podejrzewałam, że spadały z wiaduktu w głębokie rowy na tamtejszej budowie. Szarówka kryła to nieszczęście przed oczami postronnych, a śnieg grzebał szczątki autobusu. Czekałam tylko na dramatyczne nagłówki w gazetach o makabrycznym odkryciu na budowie po roztopach. O tych wszystkich piętrzących się tam zaginionych autobusach z 7:52. Ale przyszły roztopy, śnieg zniknął, a dół okazał się pusty... Masowe porwania przez kosmitów? Dziura w czasoprzestrzeni, która otwiera się w jednym miejscu o konkretnej porze - czyli akurat wtedy, by pochłonąć bezbronnych pasażerów, zmierzających do Poznania?
3. Dlaczego ktoś nie posłuchał ludowej mądrości, że lepsze jest wrogiem dobrego i podjął się podregulowania sygnalizacji świetlnej? Kiedyś była w miarę sensowna, teraz to jakiś koszmar. Obok siebie mam do czynienia z istną choinką - pieszy stoi, bo ma czerwone, a kierowca ma zielone, żółte czerwone, żółte, zielone, żółte, czerwone. Dopiero potem zapala się zielone dla pieszego. Chyba się jeszcze taki nie urodził, który potrafiłby odpowiedzieć na pytanie, o co w tym chodzi.
4. Dlaczego papier toaletowy kończy się zawsze w najmniej oczekiwanym momencie? Jeszcze przed chwilą był, a nagle puf! nie ma.
5. Jak często krasnoludki wymieniają filtry w dzbankach? Nikt z domowników się nie przyznaje, że filtr zmienił, a wskaźnik upiera się, że ma nowy wkład.
6. Dlaczego środki komunikacji miejskiej zawsze spóźniają się, gdy są bardzo potrzebne, a są o czasie (albo nawet ciut szybciej), gdy akurat mogłyby się spóźnić tę minutę czy dwie?
1. Skąd na chodnikach tyle psich kup?! Odwilż po długim okresie ze śniegiem dosłania jakże śmierdzącą i pardon "gównianą" prawdę o leniwych właścicielach psów. Zawsze się zastanawiam, czy jakby mu ten pies narobił w jego mieszkaniu na dywan w pokoju, to też zostawiłby to tak, licząc, że samo się sprzątnie? Strach się bać, jakby wyglądały chodniki, gdyby zima trwała u nas z jakieś pół roku...
2. Gdzie podziały się autobusy linii 405 z godziny 7:54? Rozumiem, że rozkład jazdy to raczej wskazówka niż sztywny harmonogram, więc spóźnienia nie byłyby niczym dziwnym. Ale one regularnie nie przyjeżdżały. Podejrzewałam, że spadały z wiaduktu w głębokie rowy na tamtejszej budowie. Szarówka kryła to nieszczęście przed oczami postronnych, a śnieg grzebał szczątki autobusu. Czekałam tylko na dramatyczne nagłówki w gazetach o makabrycznym odkryciu na budowie po roztopach. O tych wszystkich piętrzących się tam zaginionych autobusach z 7:52. Ale przyszły roztopy, śnieg zniknął, a dół okazał się pusty... Masowe porwania przez kosmitów? Dziura w czasoprzestrzeni, która otwiera się w jednym miejscu o konkretnej porze - czyli akurat wtedy, by pochłonąć bezbronnych pasażerów, zmierzających do Poznania?
3. Dlaczego ktoś nie posłuchał ludowej mądrości, że lepsze jest wrogiem dobrego i podjął się podregulowania sygnalizacji świetlnej? Kiedyś była w miarę sensowna, teraz to jakiś koszmar. Obok siebie mam do czynienia z istną choinką - pieszy stoi, bo ma czerwone, a kierowca ma zielone, żółte czerwone, żółte, zielone, żółte, czerwone. Dopiero potem zapala się zielone dla pieszego. Chyba się jeszcze taki nie urodził, który potrafiłby odpowiedzieć na pytanie, o co w tym chodzi.
4. Dlaczego papier toaletowy kończy się zawsze w najmniej oczekiwanym momencie? Jeszcze przed chwilą był, a nagle puf! nie ma.
5. Jak często krasnoludki wymieniają filtry w dzbankach? Nikt z domowników się nie przyznaje, że filtr zmienił, a wskaźnik upiera się, że ma nowy wkład.
6. Dlaczego środki komunikacji miejskiej zawsze spóźniają się, gdy są bardzo potrzebne, a są o czasie (albo nawet ciut szybciej), gdy akurat mogłyby się spóźnić tę minutę czy dwie?
piątek, 14 stycznia 2011
Co w trawie piszczy cz. 2
Do wiosny jeszcze szmat czasu, ale u porostu zaszły pewne zmiany. Znalazł sztachetę, która nie jest zbytnio osłonięta od wiatru, a i mogłaby być bardziej ku słońcu skierowana, to jednak uszczęśliwiła go. Daje mu poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Nawet, jeśli jego szaro-zielony umysł zaprzątają inne, poważne myśli, to porost wreszcie odważył się delikatnie zerknąć w przyszłość z cichutkim optymizmem.
Porost zastanawiał się, jak poczuje się w towarzystwie pięknych roślin, które to ostatnio nieświadomie wtrąciły go w szarą otchłań zmartwień. Teraz czuł się dobrze, fotosynteza przebiegała bez zakłóceń, miał szansę na rozrost. Postanowił sprawdzić.
Pod koniec spotkania, gdy większość uczestników (w tym porost), odurzona była nadmiarem wody przebogatej w składniki mineralne, zaczęły się rozmowy z rodzaju tych poważnych, na jedynie ISTOTNE tematy. I zadano nagle porostowi pytanie o ilość wytwarzanych jednostek ATP w czasie fotosyntezy, czy jest ta ilość na poziomie średnim? Porost, z racji takiej, a nie innej biologii, musiał się dopytać, jakaż to ilość za średnią jest uważana. Usłyszawszy odpowiedź, stwierdził, że jednak aż tyle to nie produkuje. Rozmówca porostu podsumował, że ani myśli zaczynać produkcję z niższym wynikiem. Bo trzeb znać swoją wartość, bo przecież rozrost tyle kosztuje, bo przecież... itd. Porost znowu się w sobie skurczył i lekko poszarzał. W jego idyllę wkradła się rysa. Dotychczas wydawało się mu, że w życiu do pewnych rzeczy dochodzi się mniejszymi lub większymi krokami. Że życie to nieustanne pokonywanie kolejnych etapów, po których czeka taka czy inna nagroda. Może jednak wcale nie ma żadnych etapów? Może bogata w składniki mineralne lokacja i świetne warunki zewnętrzne nie są wcale uwarunkowanie zaliczaniem kolejnych etapów? Może to kwestia szczęścia albo zwyczajnego apetytu na więcej?
Może w swym minimalizmie porost posunął się za daleko? Może powtarzając sobie, że to co ma w zupełności mu teraz wystarcza, zaklina tylko rzeczywistość, oszukując samego siebie? Może myślenie, że zdobędzie lepszą sztachetę jak trochę podrośnie jest z jego strony przykładem naiwności? Porost wie, że przy takiej ilość ATP jaką produkuje, jego przyrost nie będzie zbyt gwałtowny, ale za to będzie stały. Nie spełni wszystkich zachcianek od razu, ale wizja ich spełnienia przestała być mirażem. Jest to do zrobienia. Tylko później.
Wtedy porost przypomniał sobie zaprzyjaźnione grzyby o przepięknych kapeluszach. Ich wydajność energetyczna jest nieco większa od jego, ale grzyby są szczęśliwe i nic sobie nie robią z wygórowanych zapotrzebowań na energię jakie mają rośliny.
Najwyraźniej zajmowana nisza bardziej wpływa na potrzeby (duchowe i materialne) niż porost z początku przypuszczał.
Porost zastanawiał się, jak poczuje się w towarzystwie pięknych roślin, które to ostatnio nieświadomie wtrąciły go w szarą otchłań zmartwień. Teraz czuł się dobrze, fotosynteza przebiegała bez zakłóceń, miał szansę na rozrost. Postanowił sprawdzić.
Pod koniec spotkania, gdy większość uczestników (w tym porost), odurzona była nadmiarem wody przebogatej w składniki mineralne, zaczęły się rozmowy z rodzaju tych poważnych, na jedynie ISTOTNE tematy. I zadano nagle porostowi pytanie o ilość wytwarzanych jednostek ATP w czasie fotosyntezy, czy jest ta ilość na poziomie średnim? Porost, z racji takiej, a nie innej biologii, musiał się dopytać, jakaż to ilość za średnią jest uważana. Usłyszawszy odpowiedź, stwierdził, że jednak aż tyle to nie produkuje. Rozmówca porostu podsumował, że ani myśli zaczynać produkcję z niższym wynikiem. Bo trzeb znać swoją wartość, bo przecież rozrost tyle kosztuje, bo przecież... itd. Porost znowu się w sobie skurczył i lekko poszarzał. W jego idyllę wkradła się rysa. Dotychczas wydawało się mu, że w życiu do pewnych rzeczy dochodzi się mniejszymi lub większymi krokami. Że życie to nieustanne pokonywanie kolejnych etapów, po których czeka taka czy inna nagroda. Może jednak wcale nie ma żadnych etapów? Może bogata w składniki mineralne lokacja i świetne warunki zewnętrzne nie są wcale uwarunkowanie zaliczaniem kolejnych etapów? Może to kwestia szczęścia albo zwyczajnego apetytu na więcej?
Może w swym minimalizmie porost posunął się za daleko? Może powtarzając sobie, że to co ma w zupełności mu teraz wystarcza, zaklina tylko rzeczywistość, oszukując samego siebie? Może myślenie, że zdobędzie lepszą sztachetę jak trochę podrośnie jest z jego strony przykładem naiwności? Porost wie, że przy takiej ilość ATP jaką produkuje, jego przyrost nie będzie zbyt gwałtowny, ale za to będzie stały. Nie spełni wszystkich zachcianek od razu, ale wizja ich spełnienia przestała być mirażem. Jest to do zrobienia. Tylko później.
Wtedy porost przypomniał sobie zaprzyjaźnione grzyby o przepięknych kapeluszach. Ich wydajność energetyczna jest nieco większa od jego, ale grzyby są szczęśliwe i nic sobie nie robią z wygórowanych zapotrzebowań na energię jakie mają rośliny.
Najwyraźniej zajmowana nisza bardziej wpływa na potrzeby (duchowe i materialne) niż porost z początku przypuszczał.
niedziela, 9 stycznia 2011
Koniec mitu ewolucji
Giertych miał rację! Ewolucja to jednak mit! - przebiegło mi przez myśl podczas sprzątania w pokoju.
Pająki wcale nie wyewoluowały z jakichś innych żyjątek. I mam na to dowód! Przecież nie mogą w takich ilościach występować w miejscu, w którym nie ma owadów do pałaszowania. Ich liczby nie można tłumaczyć wyjątkowo dużymi miotami (jakkolwiek się to u pająków nazywa), bo do czasu zalotów padłyby z głodu. Ergo, nie rozmnażają się w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Powstają samoczynnie z kurzu.
Tylko czemu nie rozpadają się w pył, gdy na nie dmuchnąć?
Pająki wcale nie wyewoluowały z jakichś innych żyjątek. I mam na to dowód! Przecież nie mogą w takich ilościach występować w miejscu, w którym nie ma owadów do pałaszowania. Ich liczby nie można tłumaczyć wyjątkowo dużymi miotami (jakkolwiek się to u pająków nazywa), bo do czasu zalotów padłyby z głodu. Ergo, nie rozmnażają się w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Powstają samoczynnie z kurzu.
Tylko czemu nie rozpadają się w pył, gdy na nie dmuchnąć?
czwartek, 6 stycznia 2011
Satyra czy horror?
Znam parę osób, które uważają "Paragraf 22" Josepha Hellera za bardzo zabawną książkę, do której regularnie wracają. Nie sposób się z nimi nie zgodzić - jest dobrze napisana, język tej satyry jest ostry, a bohaterowie to zbiorowisko wariatów większego i mniejszego kalibru. Tylko, że poza kilkoma zupełnie komicznymi momentami, ta książka mnie przeraża. Satyra to czy może jednak horror? Nie do końca potrafię się śmiać, kiedy przerysowane do granic absurdy (czy to aby nie oksymoron...?) wydają się być dziwnie znajome...
...urząd pracy, gdzie nic się nie załatwi, jeśli się przyjdzie dwa dni przed wyznaczonym terminem. I mogłam mówić miesiąc wcześniej, że nie będę mogła stawić się w wyznaczonym dniu, więc niech od razu wyznaczą mi wcześniejszą datę. Nie. Mogę przyjść dzień wcześniej i zgłosić wyjazd... żeby stawić się dziesięć dni później. Jakby nie można było od razu załatwić całej procedury, skoro i tak w urzędzie się pojawię. A czemu? Ponieważ człowiek, który miał mi tylko dać świstek do podpisania musi sobie przynieść kartę z dołu. Ponieważ takie są procedury. Ponieważ po co ułatwiać komukolwiek życie. Tu jest urząd! Petent się dostosuje!
...piekarz, któremu fiskus wlepił olbrzymią karę za to, że zamiast wyrzucać chleb, oddawał go biednym.
...ludzie, którzy dostali zgodę na budowę, nagle dowiadują się, że przez ich działki będzie biegła droga. Ale ponieważ procedury są takie, a nie inne i nikomu nie spieszy się z przepływem informacji, nie mogli dowiedzieć się tego przed kupnem lub rozpoczęciem budowy.
...zamknięta stacja diagnostyczna, bo w dokumentacji rolek hamujących nie ma wzmianki o traktorach (choć nie ma przeciwwskazań, żeby te traktory na nich sprawdzać). Jakby one przyjeżdżały dzień w dzień na przeglądy tysiącami.
...załatwienie wszelkich spraw urzędowych wymagające pojawienia się w miejscu zameldowania, nawet jeśli nie mieszka się tam od dobrych paru lat, bo nikt się nie kwapił, by zmienić przestarzałe prawo meldunkowe (choć to jedno na szczęście ma się zmienić) .
Przerażające jest to, że taki pułkownik Cathcart może czaić się tuż za rogiem... np. w najbliższym urzędzie.
Czy już zaczynacie się bać?
...urząd pracy, gdzie nic się nie załatwi, jeśli się przyjdzie dwa dni przed wyznaczonym terminem. I mogłam mówić miesiąc wcześniej, że nie będę mogła stawić się w wyznaczonym dniu, więc niech od razu wyznaczą mi wcześniejszą datę. Nie. Mogę przyjść dzień wcześniej i zgłosić wyjazd... żeby stawić się dziesięć dni później. Jakby nie można było od razu załatwić całej procedury, skoro i tak w urzędzie się pojawię. A czemu? Ponieważ człowiek, który miał mi tylko dać świstek do podpisania musi sobie przynieść kartę z dołu. Ponieważ takie są procedury. Ponieważ po co ułatwiać komukolwiek życie. Tu jest urząd! Petent się dostosuje!
...piekarz, któremu fiskus wlepił olbrzymią karę za to, że zamiast wyrzucać chleb, oddawał go biednym.
...ludzie, którzy dostali zgodę na budowę, nagle dowiadują się, że przez ich działki będzie biegła droga. Ale ponieważ procedury są takie, a nie inne i nikomu nie spieszy się z przepływem informacji, nie mogli dowiedzieć się tego przed kupnem lub rozpoczęciem budowy.
...zamknięta stacja diagnostyczna, bo w dokumentacji rolek hamujących nie ma wzmianki o traktorach (choć nie ma przeciwwskazań, żeby te traktory na nich sprawdzać). Jakby one przyjeżdżały dzień w dzień na przeglądy tysiącami.
...załatwienie wszelkich spraw urzędowych wymagające pojawienia się w miejscu zameldowania, nawet jeśli nie mieszka się tam od dobrych paru lat, bo nikt się nie kwapił, by zmienić przestarzałe prawo meldunkowe (choć to jedno na szczęście ma się zmienić) .
Przerażające jest to, że taki pułkownik Cathcart może czaić się tuż za rogiem... np. w najbliższym urzędzie.
Czy już zaczynacie się bać?
Subskrybuj:
Posty (Atom)