Do wiosny jeszcze szmat czasu, ale u porostu zaszły pewne zmiany. Znalazł sztachetę, która nie jest zbytnio osłonięta od wiatru, a i mogłaby być bardziej ku słońcu skierowana, to jednak uszczęśliwiła go. Daje mu poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Nawet, jeśli jego szaro-zielony umysł zaprzątają inne, poważne myśli, to porost wreszcie odważył się delikatnie zerknąć w przyszłość z cichutkim optymizmem.
Porost zastanawiał się, jak poczuje się w towarzystwie pięknych roślin, które to ostatnio nieświadomie wtrąciły go w szarą otchłań zmartwień. Teraz czuł się dobrze, fotosynteza przebiegała bez zakłóceń, miał szansę na rozrost. Postanowił sprawdzić.
Pod koniec spotkania, gdy większość uczestników (w tym porost), odurzona była nadmiarem wody przebogatej w składniki mineralne, zaczęły się rozmowy z rodzaju tych poważnych, na jedynie ISTOTNE tematy. I zadano nagle porostowi pytanie o ilość wytwarzanych jednostek ATP w czasie fotosyntezy, czy jest ta ilość na poziomie średnim? Porost, z racji takiej, a nie innej biologii, musiał się dopytać, jakaż to ilość za średnią jest uważana. Usłyszawszy odpowiedź, stwierdził, że jednak aż tyle to nie produkuje. Rozmówca porostu podsumował, że ani myśli zaczynać produkcję z niższym wynikiem. Bo trzeb znać swoją wartość, bo przecież rozrost tyle kosztuje, bo przecież... itd. Porost znowu się w sobie skurczył i lekko poszarzał. W jego idyllę wkradła się rysa. Dotychczas wydawało się mu, że w życiu do pewnych rzeczy dochodzi się mniejszymi lub większymi krokami. Że życie to nieustanne pokonywanie kolejnych etapów, po których czeka taka czy inna nagroda. Może jednak wcale nie ma żadnych etapów? Może bogata w składniki mineralne lokacja i świetne warunki zewnętrzne nie są wcale uwarunkowanie zaliczaniem kolejnych etapów? Może to kwestia szczęścia albo zwyczajnego apetytu na więcej?
Może w swym minimalizmie porost posunął się za daleko? Może powtarzając sobie, że to co ma w zupełności mu teraz wystarcza, zaklina tylko rzeczywistość, oszukując samego siebie? Może myślenie, że zdobędzie lepszą sztachetę jak trochę podrośnie jest z jego strony przykładem naiwności? Porost wie, że przy takiej ilość ATP jaką produkuje, jego przyrost nie będzie zbyt gwałtowny, ale za to będzie stały. Nie spełni wszystkich zachcianek od razu, ale wizja ich spełnienia przestała być mirażem. Jest to do zrobienia. Tylko później.
Wtedy porost przypomniał sobie zaprzyjaźnione grzyby o przepięknych kapeluszach. Ich wydajność energetyczna jest nieco większa od jego, ale grzyby są szczęśliwe i nic sobie nie robią z wygórowanych zapotrzebowań na energię jakie mają rośliny.
Najwyraźniej zajmowana nisza bardziej wpływa na potrzeby (duchowe i materialne) niż porost z początku przypuszczał.
piątek, 14 stycznia 2011
niedziela, 9 stycznia 2011
Koniec mitu ewolucji
Giertych miał rację! Ewolucja to jednak mit! - przebiegło mi przez myśl podczas sprzątania w pokoju.
Pająki wcale nie wyewoluowały z jakichś innych żyjątek. I mam na to dowód! Przecież nie mogą w takich ilościach występować w miejscu, w którym nie ma owadów do pałaszowania. Ich liczby nie można tłumaczyć wyjątkowo dużymi miotami (jakkolwiek się to u pająków nazywa), bo do czasu zalotów padłyby z głodu. Ergo, nie rozmnażają się w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Powstają samoczynnie z kurzu.
Tylko czemu nie rozpadają się w pył, gdy na nie dmuchnąć?
Pająki wcale nie wyewoluowały z jakichś innych żyjątek. I mam na to dowód! Przecież nie mogą w takich ilościach występować w miejscu, w którym nie ma owadów do pałaszowania. Ich liczby nie można tłumaczyć wyjątkowo dużymi miotami (jakkolwiek się to u pająków nazywa), bo do czasu zalotów padłyby z głodu. Ergo, nie rozmnażają się w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Powstają samoczynnie z kurzu.
Tylko czemu nie rozpadają się w pył, gdy na nie dmuchnąć?
czwartek, 6 stycznia 2011
Satyra czy horror?
Znam parę osób, które uważają "Paragraf 22" Josepha Hellera za bardzo zabawną książkę, do której regularnie wracają. Nie sposób się z nimi nie zgodzić - jest dobrze napisana, język tej satyry jest ostry, a bohaterowie to zbiorowisko wariatów większego i mniejszego kalibru. Tylko, że poza kilkoma zupełnie komicznymi momentami, ta książka mnie przeraża. Satyra to czy może jednak horror? Nie do końca potrafię się śmiać, kiedy przerysowane do granic absurdy (czy to aby nie oksymoron...?) wydają się być dziwnie znajome...
...urząd pracy, gdzie nic się nie załatwi, jeśli się przyjdzie dwa dni przed wyznaczonym terminem. I mogłam mówić miesiąc wcześniej, że nie będę mogła stawić się w wyznaczonym dniu, więc niech od razu wyznaczą mi wcześniejszą datę. Nie. Mogę przyjść dzień wcześniej i zgłosić wyjazd... żeby stawić się dziesięć dni później. Jakby nie można było od razu załatwić całej procedury, skoro i tak w urzędzie się pojawię. A czemu? Ponieważ człowiek, który miał mi tylko dać świstek do podpisania musi sobie przynieść kartę z dołu. Ponieważ takie są procedury. Ponieważ po co ułatwiać komukolwiek życie. Tu jest urząd! Petent się dostosuje!
...piekarz, któremu fiskus wlepił olbrzymią karę za to, że zamiast wyrzucać chleb, oddawał go biednym.
...ludzie, którzy dostali zgodę na budowę, nagle dowiadują się, że przez ich działki będzie biegła droga. Ale ponieważ procedury są takie, a nie inne i nikomu nie spieszy się z przepływem informacji, nie mogli dowiedzieć się tego przed kupnem lub rozpoczęciem budowy.
...zamknięta stacja diagnostyczna, bo w dokumentacji rolek hamujących nie ma wzmianki o traktorach (choć nie ma przeciwwskazań, żeby te traktory na nich sprawdzać). Jakby one przyjeżdżały dzień w dzień na przeglądy tysiącami.
...załatwienie wszelkich spraw urzędowych wymagające pojawienia się w miejscu zameldowania, nawet jeśli nie mieszka się tam od dobrych paru lat, bo nikt się nie kwapił, by zmienić przestarzałe prawo meldunkowe (choć to jedno na szczęście ma się zmienić) .
Przerażające jest to, że taki pułkownik Cathcart może czaić się tuż za rogiem... np. w najbliższym urzędzie.
Czy już zaczynacie się bać?
...urząd pracy, gdzie nic się nie załatwi, jeśli się przyjdzie dwa dni przed wyznaczonym terminem. I mogłam mówić miesiąc wcześniej, że nie będę mogła stawić się w wyznaczonym dniu, więc niech od razu wyznaczą mi wcześniejszą datę. Nie. Mogę przyjść dzień wcześniej i zgłosić wyjazd... żeby stawić się dziesięć dni później. Jakby nie można było od razu załatwić całej procedury, skoro i tak w urzędzie się pojawię. A czemu? Ponieważ człowiek, który miał mi tylko dać świstek do podpisania musi sobie przynieść kartę z dołu. Ponieważ takie są procedury. Ponieważ po co ułatwiać komukolwiek życie. Tu jest urząd! Petent się dostosuje!
...piekarz, któremu fiskus wlepił olbrzymią karę za to, że zamiast wyrzucać chleb, oddawał go biednym.
...ludzie, którzy dostali zgodę na budowę, nagle dowiadują się, że przez ich działki będzie biegła droga. Ale ponieważ procedury są takie, a nie inne i nikomu nie spieszy się z przepływem informacji, nie mogli dowiedzieć się tego przed kupnem lub rozpoczęciem budowy.
...zamknięta stacja diagnostyczna, bo w dokumentacji rolek hamujących nie ma wzmianki o traktorach (choć nie ma przeciwwskazań, żeby te traktory na nich sprawdzać). Jakby one przyjeżdżały dzień w dzień na przeglądy tysiącami.
...załatwienie wszelkich spraw urzędowych wymagające pojawienia się w miejscu zameldowania, nawet jeśli nie mieszka się tam od dobrych paru lat, bo nikt się nie kwapił, by zmienić przestarzałe prawo meldunkowe (choć to jedno na szczęście ma się zmienić) .
Przerażające jest to, że taki pułkownik Cathcart może czaić się tuż za rogiem... np. w najbliższym urzędzie.
Czy już zaczynacie się bać?
Subskrybuj:
Posty (Atom)