wtorek, 30 września 2008

Jest dobrze!

Stało się!
Tytuł motocyklowego mistrza świata 2008 roku oficjalnie przeszedł w ręce Valentego na trzy rundy przed końcem sezonu.
Dwa lata czekałam na to!
Vale, w swoim stylu, celebrował tytuł w koszulką z napisem "Scusate il ritado" (wybaczcie spóźnienie).
Nie ma sprawy, tylko następnym razem nie każ znowu tyle czekać!

W ogóle wszystko zaczyna się prostować.
Szafka, którą zabiłam, została wyniesiona i zastąpiona nową i śliczną.
Może jej duch wreszcie przestanie mnie straszyć?
Knajpa na wieczór panieński koleżanki została zarezerwowana.
Prezent i album pamiątkowy są wciąż w "fazie beta", ale mam nadzieję, że zdążę ze wszystkim.
Wygląda na to, że na forumowym zlocie nie spotkają się wyłącznie organizatorzy, inni też się pojawią co bardzo cieszy.
Nawet niepewność co do godziny nie zdoła mnie zmartwić.
Bo skoro już się w mieście pokażą, to przecież zdołamy się spotkać, innego scenariusza nie przewiduję.

Nawet znalazłam szelki!
Ostatnio naszło mnie, że bardzo, ale to bardzo chcę mieć szelki (jak się mieszka ze studentką projektowania ubioru to pewne fluidy mieszają się i powstaje z tego nowa jakość, czyli ja eksperymentująca z modą)
Klasycznych, bez udziwnień.
Zdeptałam pół miasta w ich poszukiwaniu, żeby dostać je przypadkiem w sklepie po drugiej stronie ulicy.

Kupiłam bilet na koncert Franza Ferdinanda.
Jedzie ze mną moje dobre samopoczucie i dzika radość, że znowu ich zobaczę... po dwóch latach przerwy.

Szkoła Tłumaczy dostała zielone światło.
Tylko, że jeszcze oni muszą mnie zechcieć, ale póki co nie widzę powodu, czemu mieliby mnie nie chcieć.
Nie twierdzę, że nie zobaczę tego powodu na egzaminie, ale to dopiero w połowie października.

Jest dobrze.
Jest prosto.
I nawet błyśnie czasem słońce.

sobota, 20 września 2008

...

Czasem są takie dni, kiedy nic nie wychodzi jak powinno.

A to telefon nie szumi rano oznajmiając nadejście SMS'a.
A to właśnie szumi telefon ale przynosi nie te wieści i nie od tej osoby co trzeba.
A to po przesunięciu jeden szafki odsłaniają się kropki pleśni, które trzeba potraktować bardzo śmierdzącym płynem.
A to przy próbie ruszenia drugiej szafki leci ona do przodu i uszkadzają się jej drzwiczki.
A to odsłaniają się kolejne kropki pleśni i znowu śmierdzi.

Chyba rozbolało mnie głowa z tego wszystkiego.
Dobrze, że chociaż po przesunięciu łóżka nie było żadnych niespodzianek.

Biurko jest już pod oknem.
Plakaty znowu na ścianie.

W bolącej głowie pustka.

Jutro będzie lepiej.
Musi być.
Chyba wreszcie jutro zarezerwuję tę knajpę.
Może też jutro skrystalizuje się pomysł na album-niespodziankę.
Może powrócą pomysły na notatnik, przecież tyle nowych piosenek.
Może jednak ktoś się zdecyduje jechać ze mną do Warszawy.
Może wreszcie wszystko zacznie iść jak z płatka.
Oby!

środa, 10 września 2008

Franz Ferdinand cz. 1

Czasem zdarza się, że ważna wiadomość słyszy się dosłownie przez przypadek.
Koncert Franz Ferdinand w warszawskim klubie Stodoła.
Aż przysiadłam z wrażenia.

Zaraz przypomniała mi się wyprawa do Gdyni na mojego pierwszego Open'era, żeby ich zobaczyć.
Pamiętam dobrze datę siódmego lipca 2006.
Pamiętam jak mi drżały ręce i głos, gdy ze znajomymi robiliśmy sobie z nimi zdjęcia w hotelu.
Pamiętam ten ścisk pod sceną i dobrą zabawę.

A teraz znowu mają przyjechać.
Z wrażenia już mi się ten koncert nawet przyśnił.

Moim życiem chyba rządzi przypadek to ich muzykę odkryłam przypadkiem i takim samym zbiegiem okoliczności kupiłam ich pierwszą płytę. I to o dziwo wydanie rozszerzone, które wbrew pozorom wcale nie miało kosmicznej sceny.
Bo było to tuż przed Franzomanią...

"Jacqueline"
Jacqueline was seventeen...she was working on the desk...
Spokojny wstęp a potem monumentalny gitarowy riff i nerwowe tempo aż do samiutkiego końca.

"Tell her tonight"
Śmieszna, taneczna piosenka zdolna rozruszać każde towarzystwo.

"Take me out"
So if you're lonely...
Od tego zaczęła się Fanzomania. I riff z 1:04 który zatrząsł wtedy rynkiem muzycznym. Ten utwór się chyba nigdy nie zestarzeje.

"The dark of the matinee"
Czy Alex śpiewa tam "academic" czy "psychodelic" to wie chyba tylko on.
Jest coś szalonego w melodii tej piosenki.

"Auf achse"
Jedno z tych nagrań, które jedni uwielbiają, gdy reszta nie może go ścierpieć. Jestem z tej pierwszej grupy. Ta melancholia podlana elektronicznym sosem ma swój urok. Nawet jeśli jest to urok bardzo, bardzo zimny.

"Cheating on you"
Kolejna z zestawu tych szybkich i szalonych.
I'm cheating on you!

"This fire"
Absolutny hit koncertowy. Zamknięta na płycie, ta piosenka się męczy, dopiero koncert ukazuje w pełni jej rozrywkowy potencjał.

"Darts of pleasure"
Words of love, words so leisure, words are poisoned darts of pleasure!
Uwielbiam ten refren i to napięcie w melodii.
I strzelające korki w finale!
Za to twórca klipu powinien się dłuugo oj dłuugo tłumaczyć...

"Michael"
Jedna z bardziej seksownych piosenek o dusznym klimacie i rozedrganej melodii.
Gdyby zaśpiewała ją kobieta, efekt nie byłby taki porażający.

"Come on home"
Zmiany tempa i zjadliwa końcówka. Miodzio!

"40'"
Słońce, plaża i skok w nieznane. Aż chce się więcej!

"Van Tango"
Szał. Też jedna z tych piosenek co to męczą się na płycie a skrzydeł dostają dopiero na koncercie.

"All for you Sophia"
Mała lekcja historii.

"Shopping for blood"
Moja słabość znowu przeze mnie przemówi, ale sposób w jaki Alex tu śpiewa jest głęboko poruszający. Do tego zimna perkusja i jest git.

"Love and destroy"
Inspirowane Mistrzem i Małgorzatą. Nie ma zatem szans, żebym tego nie lubiła.

"Word so leisured"
Wariacja na temat "Darts of pleasure".
Why should ugly skin that never feels...
Mam dreszcze przy tej linijce... jak już Alex kończy śpiewać (a właściwie mruczeć) słowo "feels".

A jeszcze jest druga płyta i trzecia, którą nagrywają...

Już się nie mogę doczekać!

poniedziałek, 1 września 2008

13 rund za mną

Hamowanie i złożenie maszyny w zakręt.
Samotny jeździec pędzący do przodu niby huragan.
Ułamek sekundy, mniej niż mrugnięcie oka i...
Czerwone Ducati sunie w żwir.

Melandri? Jaka szkoda...
Nie ten kask...
Nie ten fragment toru...
Nie wierzę....
To Stoner!

Mistrz świata próbuje podnieść wciąż powarkującą maszynę, ale i tak jest już po zabawie.
Granatowa Yamaha z odblaskowym dwucyfrowym numerem mknie naprzód.

Myślałam, że będę musiała ten obraz nagrać i odtwarzać sobie, bo zapewne czegoś takiego drugi raz nie zobaczę zbyt szybko.
Brno było dwa tygodnie temu.
Wczoraj, w San Marino, doświadczyłam deja vu.
Znowu czerwony pocisk skończył w piachu.
75 punktów zapasu na pięć rund do końca to duży zapas.
Jest jeszcze za wcześnie na radość i na chłodzenie szampana, ale nadzieja trzepocze skrzydełkami i coraz śmielej ciche głosy szepczą: "czy to możliwe, żeby Vale znowu był tym najlepszym na świecie?".

Już dawno nie było tak wesoło.
Trzy wielkie fabryki, mistrzowie świata Ducati, podnosząca się z kolan Yamaha i Honda. Fabryka z którą zawsze trzeba się liczyć, choć która ostatnio wydaje się cieniem samej siebie.
Dwie firmy oponiarskie: Bridgestone, który przebojem zdobył mistrzostwo świata wraz z Ducati i zostawił swojego konkurenta, francuskiego Michelin'a w pobitym polu.
Sensacyjne przejście Rossiego z Michelin'ów na Bridgestone'y, które było komentowane, że oto mistrz się kończy i robi co może by zamaskować swoją nieudolność.
Wzmocnienie pozycji satelickiego zespołu Tech 3 Yamaha i ściągnięcie tam gwiazdy serii SBK, Jamesa Toselanda.

A teraz główni bohaterowie opowieści:
Casey Stoner, obecny mistrz świata, który na swym czerwonym ryczącym Ducati robił z przeciwnikami co chciał. Zadziwiającym jest fakt jak włoska maszyna odpowiada stylowi jazdy Australijczyka. Desmosedici zdaje się być jego przedłużeniem. Piekielnie szybki. I pewny.
Valentino Rossi, legenda. Wciąż z Yamahą, na dobre i złe. Człowiek, który hamuje w sposób nieosiągalny dla innych.
Daniel Pedrosa, wielka nadziej na mistrza świata. Dobry, szybki zawodnik. Ma potencjał, ale... wciąż okazuje się odrobinę wolniejszy.
Jorge Lorenzo. Największa niespodzianka, chłopak, który potrafił szybciej niż Rossi pomknąć na Yamasze. Gdyby nie straszliwe wypadki, kto wie jak tabela wyglądałaby teraz?

Ta czwórka od samego początku rozdawała karty. Najpierw Jorge, potem Daniel aż wreszcie wraca Rossi i Stoner. Daniel i Jorge borykają się z kontuzjami po upadkach mrożących krew w żyłach.
Zostaje Rossi i Stoner, który wraca po trochę słabszym starcie sezonu w glorii chwały.
A właściwie tylko Stoner bo jego atomowy start bardzo utrudnia życie Rossiemu.
Wygląda, że ten sezon ma być jednak jak poprzedni, Stoner zgarnia pole position, startuje i tyle go widzieli.

Ale Rossi nie odpuszcza.
Tor Laguna Seca w słonecznej Kalifornii topi się od ostrego słońca. I od walki jaką prowadzi ze sobą dwóch gigantów.
Mistrz hamowania i mistrz ucieczki na prostej.
Pojedynek jest tak zacięty jakby od niego zależały losy świata i ludzkości.
Żaden nie chce odpuścić, każdy zakręt wydaje się być ich ostatnim.
Wreszcie Stoner nie wytrzymuje i popełnia mały błąd.
Rossi wygrywa.

Wakacyjna przerwa podczas której wszyscy się zastanawiają jak to się skończy. Rossi wciąż prowadzi w klasyfikacji generalnej ale Stoner jest szybki. Aż za szybki, chciałoby się powiedzieć.

Brno.
Stało się. Stoner z przodu i ... wywraca się.
San Marino i znowu Casey leży.

Pięć ostatnich rund.
Vale, wierzę w Ciebie!
Forza!