wtorek, 29 lipca 2008

Setka pękła

Dwa Spece (w tym S-Works), do tego Trek i Felt.
Opalenizna kolarska, kask, którego nie ściągnie nawet podczas zjadania naleśników, wczepne buty, pełen strój kolarski.
Respekt.
Na oko bardziej sprinterka niż góralka, ale i tak nie chciałabym się z nią ścigać po górę.
Spojrzałam smętnie po sobie. Kask zostawiłam po gorąco, koszulkę kolarską też zamieniłam na zwykłą (no bo gorąco). I już wiem po czym poznać amatorszczyznę...że amatorszczyźnie bywa za gorąco podczas gdy wyczynowcom nigdy.

Zadziwiająco dużo rowerzystów na szlakach. Chyba więcej nawet jak pieszych.
Ot rowerowa moda.
Ciekawe kiedy ta moda pociągnie za sobą sprowadzanie na nasz rynek damskich wersji rowerów?
I nie o kolorystykę się rozchodzi.

Setka pękła po trzech dniach.
Zdarzyło mi się nawet raz czy dwa zdziwić na jakich przełożeniach pokonałam ten czy tamten podjazd.
Albo ten rower dosłownie sam jeździ, albo moja kondycja się poprawiła.

W każdym razie filtr 30 działa, choć słońce okrutne, wciąż wyglądam jakbym spędzała całe dnie w pokoju.
Boję się zastosować mniejszy, bo przy tej temperaturze, wizja długich spodni mnie przeraża.
To już wolę blade nogi.

niedziela, 27 lipca 2008

Trup w szafie

Co to za zapach?
Dziwne, to nie jest zapach z działek...
I jest taki... organiczny.
Wącham torbę, która stoi nieopodal.
Może czegoś nie wypakowałam i właśnie to coś próbuje wydostać się na wolność?
Torba jest pusta.
Mija dzień i drugi a smród wciąż jest.
Baterie się wylały? Spaliło się coś?
Nie.
Latarka w rękę i nos przy meblach.
Ojjj...
Kijkiem, spomiędzy mebli wyciągam truchło myszy.

wtorek, 22 lipca 2008

World Superbike Championship, 18-20 lipca Brno

Trzy godziny jazdy do Wrocławia już dawno tak mi się nie dłużyły. Pociąg momentami jechał tempem iście spacerowym bo po chwili zatrzymać się w lesie. Potem za Wrocławiem zwiększył tempo ale za Gliwicami zaraz pojawiło się kolejne miasto i kolejne i kolejne... I tak aż do Katowic, gdzie miałam przesiadkę.
Nie cierpię katowickiego dworca. Nic tam nie można znaleźć, jeden wielki bardak na kółkach. Krótka rozmowa ze znajomym, herbata i dalej, dalej na Brno!
Z przesiadką w Prerovie.
Zadziwiające, że pociąg, którym jechałam, eurocity jakby nie było, co stacja to miał większe spóźnienie. W Prerovie byłam dosłownie w ostatniej chwili by złapać pospieszny do Brna.
I tak po 12 godzinach wreszcie wysiadłam.
I jak całą drogę utrzymało się bez deszczu to teraz musiało zacząć padać.
Zerkam na jaskrawą, żółtą kurtkę. Mam taką samą. Wiatrówka z numerem 46 na plecach. Zerkam na właściciela kurtki i zaczynam się śmiać. To Anglik, którego poznałam w zeszłym roku w czasie MotoGP. Obok niego stoi jego znajomy. Uśmiecham się do nich, oni machają do mnie. Też mnie poznali.
Zbieg okoliczności, że akurat w jednym czasie znaleźliśmy się w jednym miejscu.
Jak się okazuje, będziemy znowu mieszkać w jednym hotelu.
Ale tym razem w osobnych pokojach.
Jednak dojazd do Komarova wcale nie był taki prosty. Remont torów i dojazd tylko autobusem. Znajdź przystanek, znajdź linię... Na szczęście polski jest tak podobny do czeskiego bo o angielskim to mogę zapomnieć.
Wreszcie na miejscu.

Piątek.
Tego dnia, darmowe autobusy jeszcze nie kursują. Zatem najpierw trzeba było dostać się na przystanek koło pętli Stary Liskovec i tam przekonać się, że regularny autobus kursuje... co dwie godziny. A to oznacza przeszło godzinę czekania. Dobrze, że chociaż ładna pogoda...usiadłam na ławce i myślałam o niczym gdy wtem na przystanku pojawili się kto? Tak, oni, moi Anglicy.
I to nie sami tylko w towarzystwie dwóch, bardzo ładnie ubranych pań. Na oko matka z córką. Córka młodziutka, ale ładna. Wysoka, ubrana w śliczną sukienkę, koraliki, włos ciemny, bujny. Laleczka.
Robin pyta mnie o bilety i tłumaczy coś dziewczynie kiedy ja się zastanawiam gdzie oni je znaleźli. Ale dziewczyna jakoś nie bardzo reaguje na to co on mówi. Mężczyzna jednak nie rezygnuje i przyprowadza ją do mnie.
Nagle matka zamienia z nią szybko parę słów i już wiem, że to Rosjanki. Robin mówi bardzo wyraźnie i dość przystępną angielszczyzną, ale moja zdaje się być jeszcze łatwiejsza bo mnie dziewczyna rozumie. A kiedy poprawiam ją, gdy powtarza matce błędnie to co jej powiedziałam, już wiedzą, że warto się mnie trzymać, bo rozumiem rosyjski (nie odważyłam się odezwać w ich mowie...Svieta pewnie byłaby zawiedziona, ale cóż...). Robin cicho pyta się mnie czy to Czeszki. Dla niego każdy słowiański język brzmi tak samo.
Wreszcie nadjeżdża autobus. Gdy wchodzimy wszyscy jest napakowany do granic możliwości, ale kierowca zdaje się to przyjmować ze stoickim spokojem. Żal mi tylko mieszkańców, którzy zdawali się być mocno zaskoczeni tłumem.
Gdy wysiadamy, już ich słychać...drażniące ucho tysiące obrotów silnika, które świdrują mózg na wylot. Wszyscy idziemy sprawdzić powrotne autobusy i każdy następnie idzie w swoją stronę.
Czyli najpierw idę pooglądać stoiska z gadżetami a potem na padok! Ale wpierw trzeba kupić program. Przecież muszą mi na cos składać podpisy, prawda?
Pierwszy sklep z gadżetami i ...szok cenowy. Naprawdę liczyłam, że wszystko będzie tańsze. Ot i przeliczyłam się. A po chwili następny szok kiedy widzę, dobrze mi znane gadżety w jaskrawej żółci z jakże bliskim memu sercu numerem 46. Przecież to nie ta seria! Nie szkodzi. Duch Valentego unosi się także tu. I wystarczyło rozejrzeć się po ludziach by się o tym przekonać. Żółte koszulki albo czapki wcale nie należały do rzadkości.
Głębszy wdech i wchodzę na padok.
Rząd ciężarówek pręży się przede mną i błyszczy oślepiająco w słońcu. Gwar ludzkiej mowy i wszechobecny warkot skuterów. I zapach paliwa wyścigowego przy otwartych garażach.
A także nagminnie łamany zakaz palenia. Ze wśród tych oparów nic nie wybuchło to chyba cud. Zaglądam do garaży, gdzie mechanicy uwijają się ze swoimi zadaniami, całkowicie obojętni na gapiów takich jak ja. Przystaję i patrzę zachłannie na to wszystko chcąc zapamiętać jak najwięcej. Unoszę aparat chcąc zrobić zdjęcie, choć logika podpowiada, że jedyne co sfotografuję do stojak opon i jakieś kanistry z olejem. Nie szkodzi.
Uśmiecham się do mechaników, oni do mnie też. Dobrze jest być roześmianą blondynką.
Idę dalej a głowa lata mi na wszystkie strony. Przez moment mam wrażenie, że na skuterze mignął Troy Corser. Wspinam się na dach galerii widokowej skąd jest widok na ostatni zakręt, prosta start-meta i pierwszy zakręt. I choć emocje wciąż buzują to jednak nie mogę powiedzieć, że wszystko jest idealne.
Jeden telebim, widoczny tylko z głównej (małej) trybuny. Bilety nie mają numerowanych miejsc zatem jeśli chcesz cos widzieć to albo siadasz tam i nie ruszasz się albo łazisz a to oznacza, że możesz oglądać wyścigi na stojąco i bez podglądu. Widzisz zatem tylko moment kiedy migną na prostej.
Czas coś zjeść. Pod główną trybuną jest restauracja. Zamawiam smażony ser, który prawie śnił mi się po nocach, taką ochotę na niego miałam.
Jeszcze trochę łażenia, oglądania i czas zbierać się na autobus. Na przystanku znowu trafiam na starych znajomych. Gdy już dojechaliśmy do miasta, umawiamy się na piwo. Piwo jak piwo, ale z mniejszą goryczą niż nasze. Anglicy przyznają się ile mają lat. Ally, młodszy z nich ma 63 lata a Robin 68. Prawie się zakrztusiłam. Dawałam im tak średnio z dychę mniej. Rozmawiamy trochę o wyścigach, trochę o Czechach. W każdym razie wieczór mija szybko.

Sobota. Dzień kwalifikacji.
Dziś kursują już darmowe autobusy zatem przeprawa na tor idzie dużo szybciej. Śniadanie i na padok! W namiocie, gdzie odbywają się krótkie konferencje po wyścigu, panuje zamieszanie. Jacyś zawodnicy rozdają autografy! Szybki rzut oka kto, bo akurat tak jak dobrze kojarzę większość zawodników serii GP tak SBK już niekoniecznie. Ale to na pewno William de Angelis i ktoś jeszcze. Wczoraj rozdawano ich plakaty, stąd taka mądra jestem. Podchodzę do Williama, uruchamiam swój uśmiech i podkładam kartę, którą wyciągnęłam gdzieś po drodze. Willy bierze nową kartę, podpisuje i podaje mi uśmiechając się bardzo sympatycznie.
Cały czas zastanawiam się czy jest do brat czy kuzyn tego de Angelisa, który staruje z GP. Są troche do siebie podobni i obaj są z San Marino. Obok Willy’ego jeszcze jeden zawodnik składa podpisy, ale nie mam bladego pojęcia kto to jest. A przystojny ojjj przystojny. Nie chcę się jednak wygłupić tak z samego rana, udowadniając, że nawet nie wiem z kim mam do czynienia, podkładając ewentualnie nie ten plakat, zatem wycofuję się. Idę dalej, na druga część padoku i staje jak wryta na widok namiotu polskiego zawodnika Andrzeja Chmielewskiego. Czekam aż skończy rozmawiać i proszę go o autograf na świeżo zdobytej karcie. Andrzej pyta się ja mam na imię i dostaję autograf z dedykacją. Znowu czuję się jak podniecona nastolatka na widok idola.
Tylko i wyłącznie wina mojego gapiostwa, że nie zrobiłam sobie z nim zdjęcia. Bardzo fajny, miły chłopak z niego.
Prawie nie wierzę we własne szczęście. Dopiero początek dnia a już takie emocje!
Wędrówka na dach, obejrzenie wolnego treningu i kolejna wędrówka po padoku, kolejne przejazdy i tak w kółko.
„Ania, patrz jakaś znajoma twarz!”, mówi Mama. Faktycznie. To Thomas Luthi! Jeździec klasy 250cc, mistrz świata klasy 125cc. Udziela wywiadu dziennikarzowi a ja czekam jak taki sęp, aż skończy. Po chwili przechodzi dwóch facetów i podobna reakcja-coś szepczą między sobą, robią mu zdjęcie i zatrzymują się. Mężczyzna stojący przy Thomasie uśmiecha się lekko widząc nasze zachowanie. Wreszcie wywiad się kończy i ruszam do Thomasa po zdjęcie.
Nie sądziłam, że: a)jest taki wysoki b)taki uroczy c)tak dobrze zbudowany.
Jeszcze dobrze nie ochłonęłam, gdy widzę, że ciężarówkę obok widzę Troya Corsera udzielającego wywiadu. Na dole grupka mężczyzn robiąca zdjęcia. I ja też! Nagle Troy patrzy w moją stronę i macha. To moja Mama, która stała za mną pomachała do niego a on zareagował. Wszyscy mężczyźni patrzą na nas z uśmiechem. Z dołu nie zrobię zbyt dobrych zdjęć, zatem wspinam się na schody obok. Cykam fotkę za fotką, potem usunie się nadmiar. Wreszcie Troy skończył i schodzi do fanów. Podkładam mu program i proszę o autograf. Potem, niemalże na ucho pytam się czy mogę zrobić sobie z nim zdjęcie. Ależ oczywiście!
Gdy wychodzę stamtąd, nieznajomy klepie mnie po ramieniu mówiąc „lucky girl”. Jestem takim szoku że mogę się tylko uśmiechnąć.
Przechodzę dalej a tu znowu ten dziennikarz co przepytywał Thomasa, przepytuje kogoś innego. to chyba duma i chluba gospodarzy, Jakub Smrz. Szybko przeglądam program, żeby się upewnić. To chyba on choć na żywo wygląda dużo lepiej niż na zdjęciu. Obok mnie staje chłopiec z plakatem. Zaglądam ciekawsko na plakat chcąc się upewnić, że to Smrz. Chłopiec z dumą pokazuje jaki ma duży i ładny plakat. Kiwam głową udając, że faktycznie na to patrzę. Miałam racje to Smrz!
Podchodzimy z chłopcem i bierzemy autografy, ja chcę jeszcze zdjęcie. Jaki on opalony! Jaki wysoki! A jaki ładny! I dlaczego musimy stać pod słońce?! Słońce oślepia mnie niemiłosiernie, ale zdjęcie się udaje. Znaczy Jakub wygląda bosko a ja jestem skrzywiona, ale to szczegół. W tym momencie padają baterie. Szybka zmiana i dalej!
I między ciężarówkami widzę Noriyuki Hagę podpisującego zdjęcia jednemu chłopakowi. Hadze towarzyszy jego asystent chyba, starszawy, ale bardzo wesoły Japończyk. Haga, podpisuje z kamienną twarzą. Robi wrażenie dość chłodnego, więc trochę głos mi się trzęsie jak proszę go o autograf. „Always for lady” słyszę w odpowiedzi. No to o zdjęcie też musiałam poprosić! Kamienna twarz nawet nie drgnie, ale cierpliwie pozuje.
Nie taki Nitro straszny na jakiego wygląda.
Prawie nie mogę uwierzyć we własne szczęście.
Pora pędzić na wyścig w którym Andrzej bierze udział. Jest już po osiemnastej ale przecież skoro to taki miły chłopak to obejrzę jak jeździ, prawda? O ile dobrze dojrzałam na telebimie skończył chyba w okolicach siedemnastego miejsca, ale głowy za to nie dam. Czyli gdzieś w środku stawki.
Gdy wracam jestem wykoczona ale szczęśliwa. Znowu spotkałyśmy Anglików i znowu lądujemy na piwie. Chwalę się im jaki to miałam dzień pełen wrażeń. I cały czas modlę się w duchu, żeby te zdjęcia wyszły ostre.

Niedziela. Dzień wyścigów.
Dziś już nie ma szans nikogo złapać. Wszyscy skoncentrowani i skupieni. Ja też. Znalazłam dobrą miejscówkę na dachu z widokiem na włączony monitor na dole. Oglądanie wyścigu z wysokości gdzieś drugiego piętra na monitorze 15” stojącym na dole to ciekawe przeżycie, ale dla chcącego nic trudnego.
W czasie Supersportów czas na obiad. W restauracji włączone telewizory, mogę obejrzeć wyścig w spokoju. A potem znowu powrót na dach na drugi przejazd Superbike’ów.
Po wczorajszych przygodach mocno ściskałam kciuki za Troya, Noriego i Jakuba.
Jakub niestety jednego wyścigu nie ukończył, a w drugim był chyba 11. Troy pierwszy wyścig ukończył jako drugi o ile dobrze pamiętam, drugi wyścig jako czwarty, choć długo go prowadził. Hadze pierwszy nie poszedł, w drugim, gdyby nie musiał startować z końca stawki po zmianie motocykla, być może powalczyłby o podium, bo goniąc całą stawkę ukończył na siódmym miejscu. Tempo miał iście atomowe.
Potem konferencja w namiocie, gdzie już na nich czekałam. Max Biaggi, Michele Fabrizio i zwycięzca, Troy Bayliss. Nagłośnienie takie, że nic nie mogę zrozumieć, zatem robię tylko zdjęcia. Po konferencji, Max i Michele uciekają, zostaje tylko Troy by podpisać się najwierniejszym fanom. Miły gest, szkoda, że reszta nie podchwyciła.

Wyjazd.
Autobus miał pojawić się o 23:05. Spóźnił się rok temu, w tym też. O godzinę. Ale tym razem nie z powodu wypadku. Kierowca gdzieś zabłądził i tak sobie błądził.
Ważne że znalazł drogę do Brna a potem do Wrocławia.

Wejście na padok to jednak niesamowita sprawa. Gdy pomyślę co by się działo, gdybym zamiast na SBK miała to wejście na MotoGP... Zapewne rozpoznałabym większa ilość zawodników bo tu znałam tylko tych naj, naj. Tylko, że o bilecie na MotoGP z wejściem na padok powiedzieć, że jest drogi to jest to eufemizm. Ale z drugiej strony...te emocje... Zobaczy się, zobaczy...
I ostatnie spostrzeżenie odnośnie hostess chodzących po padoku. Są wysokie, długowłose i półnagie niemalże. Najlepiej podsumował to jeden Anglik, którego podsłuchałam „It’s not the face I care of”, gdy jego kompan zwrócił mu uwagę, że trzyma za nisko aparat i nie sfotografuje twarzy dziewczyny.
I coś w tym jest, że patrząc na nie odnosiłam wrażenie, że nie o ładną buzię chodziło, bo za im większymi okularami były schowane, tym czasem lepiej wyglądały.

poniedziałek, 14 lipca 2008

Bełkot naukowy

Robienie czegoś w wakacje to mordęga.
Szczególnie jeśli chodzi o tłumaczenie niemalże na czas, tekstu naukowego dotyczącego dziedziny o której nie mam pojęcia.
Nie tylko muszę walczyć z angielskim ale także przebijać się przez określenia, które mówią mi tyle co nic.
Idzie mi to jak krew z nosa.

Ostatnio pokazałam to znajomemu, dla którego rzecz okazała się banalna, bo to jego dziedzina. Ale gdy zaczęłam złorzeczyć na autora artykułu, że niekiedy pojawiające się "kwiatki" wcale nie ułatwiają mi pracy, ów znajomy zapytał, czy kiedykolwiek tłumaczyłam artykuł naukowy.
Na pewno nie chciał źle, ale we mnie się zagotowało.
Bo czy to nie zabrzmiało jak sugestia, że nie widziałam nigdy na oczy czegoś co można określić "artykułem naukowym"?
"Artykuły naukowe muszą być pisane bełkotliwie, żeby nikt ich nie rozumiał, bo gdyby nagle taki zwyczajny człowiek był w stanie je zrozumieć i zobaczył, jakie bzdury są w tych pracach wypisywane, to za głowę by się złapał" mawia mój promotor. W podobnym tonie wypowiada się o prawie i prawnikach, choć ostatnio w pociągu byłam świadkiem jak dwoje prawników miało pewien problem z interpretacją zawartej umowy. Jak przeczytali jej treść przestałam się im dziwić.

Ale wracając do tematu.
Bełkot obecny w tzw. "artykułach naukowych" i mówienie, bo język nauki taki jest, nie jest moim zdaniem żadnym usprawiedliwieniem. Można uprawiać naukę i pisać o niej, nawet jeśli nie z nerwem godnym najlepszych pisarzy, to chociaż poprawnie i z jakąś troską o czytelnika. Można te piętrowe zdania podzielić na mniejsze, ułatwiając tym samym czytanie. Ale nie! Bo jeszcze nagle ktoś pomyśli, że to artykuł popularnonaukowy a to przecież zbrodnia!
Nawet jeśli rzeczony artykuł NAPRAWDĘ nic nie wnosi bo jest tylko podsumowaniem badań innych.
Ale zastosowany bełkot od razu podnosi jego wartość "naukową".
Wielu śmieje się z artykułów i podręczników amerykańskich, że wszystko podane jest w nich wprost "łopatologiczne".
Owszem.
Ale ile łatwiej i przyjemniej się je czyta?

wtorek, 8 lipca 2008

Heineken Open'er Festival, Gdynia 4-6 lipca 2008

Gdynia. 472 kilometry do przejechania w pociągu. Czyli jakieś prawie 8 godzin. Ale skoro miałam gdzie siedzieć to nie ma się czym przejmować.
Po przyjeździe obowiązkowy spacer na Skwer Kościuszki i smażona ryba. Uwaga na ceny, bo podana jest cena za 100g ryby, a nie za cały kawałek. A trzeba przyznać, że ryby nie żałują...

Dzień 1. Kocham Jacka White’a!
Póki jeszcze byłam świeża i wypoczęta, poszliśmy ze znajomymi do Akwarium Gdyńskiego, które słynie ponoć ze swojej hodowli koników morskich. Słowo ostrzeżenia, nie chodzić do takich przybytków z fanatykami życia podwodnego, bo kończy się to oglądaniem jak rozgwiazda robi gwiazdę nad inną rozgwiazdą, albo dopingowaniem kraba pustelnika, który na moich oczach zaczynał już n-te okrążenie swojego akwarium. Ale widok otwartych paszcz muren to widok jedyny w swoim rodzaju!
Po tych widokach czas na obiad. Tym razem zrezygnowaliśmy ze smażalni, poszliśmy do bistro „Kwadrans”, gdzie jak żartowaliśmy, kwadrans (a raczej parę) czeka się na złożenie zamówienia. Kolejka od lady do drzwi to widok powszechny tam, ale nie działo się tak dlatego, że przyjmujący zamówienie są tacy opieszali, tylko tylu chętnych na obiad było. I nic dziwnego, karmią dobrze, duże porcje i tanio. No i blisko Skweru Kościuszki, czyli centrum jak dla mnie.
I wreszcie na koncerty!
Scena namiot, jeszcze w miarę zielona trawa i L.Stadt na scenie. Nie załapałam się na cały koncert, raczej pół, jeśli nie ¼. I okropnie żałowałam, że nie usłyszałam „Londynu” na żywo (jedyną piosenkę jaką kojarzę...). A potem mini-wywiad dla Pani z Trójki. Jeśli usłyszeliście jak ktoś opowiada, że zna jedna piosenkę, ale i tak jest fajnie to właśnie byłam ja. A potem sprint pod główną scenę bo miały być Muchy. Swoją drogą, żeby oglądać występ poznańskiego zespołu pierwszy raz w Gdyni to też niezła heca.
I przy okazji słówko dygresji. Jeśli komuś się prezentowana muzyka nie podoba, to na litość boska, czemu sterczy pod sceną? Iść dalej na trawkę (jeszcze zieloną) i tam marudzić do woli! A to sterczą malkontenci pod sceną, zabierają widok i radość ze słuchania swoimi narzekaniami. Paszoł won!
Muchy zagrały piosenki ze swojej płyty plus jedno bodajże nowe nagranie i ... hm, spytałam się znajomej, która dzielnie mi towarzyszyła, czy ten koncert jest lepszy niż ten który widziała ostatnio w ich wykonaniu. Potwierdziła, choć bez entuzjazmu. Zabawne, ale oni lepiej brzmią z płyty. I piszę to z bólem serca bo naprawdę dużo sobie obiecałam po tym koncercie. Myślałam, że przy „Mieście doznań” doznam tam naprawdę ale mój stan można jedynie było porównać do lekkiego podniecenia. Wmawiam sobie, że to dźwiękowiec zarżnął im koncert podkręcając basy tak, że właściwie solówek nie było ni chusteczki słychać. Tylko czemu moja znajoma te moje nadzieje kwitowała lekko kpiącym uśmieszkiem?
Ale na obronę Poznaniaków muszę powiedzieć, że wyszli, na bis, „nieprzygotowani”, jak stwierdzili. Ale zawsze. Pan basista wspomagający perkusistę to był przedni widok a co ważniejsze, kiedy odłączono bas, wreszcie było coś słychać!
Chwila oddechu i Editors.
Moja znajomość tego zespołu ogranicza się do „hiciorów”, genialny „Munich”, szybkie „Blood” i przyjemne „All sparks”. Reszta jakoś mnie nie powalała, ale po koncercie zmieniam zdanie. W życiu by mi nie przyszło do głowy, że kolejni „następcy Joy Division” potrafią wykrzesać z siebie tyle ognia. Przynajmniej osłodzili mi lekkie rozczarowanie po Muchach i mogłam się wyskakać! Ale na bis nie wyszli...ponoć bardzo spieszyli się na inny festiwal. Na pewno nie na Roskilde bo ponoć wybrali Open’er zamiast tamtego. Miło z ich strony.
Znowu chwila na wzmocnienie (a z namiotu dochodziły zawrotne dźwięki The Cribs...ach...że też nie potrafię się rozdwoić..).
A za chwile to, na co najbardziej czekałam, The Raconteurs.
I, nie oszukujmy się, Jack White z The White Stripes.
Może i powinien pozbyć się drugiego podbródka, może i adres dobrego fryzjera byłby mu potrzebny, ale to co wyprawia na gitarze absolutnie mi pasuje!
Miałam to szczęście, że ogrywali drugą płytę, którą akurat znam. Oczywiście nie mogłoby się obyć bez „Steady as she goes”, przy którym wszyscy oszaleli.
Godzina plus dwadzieścia minut bisu wyskakana i wykrzyczana z adrenalina w żyłach. Jak się miało później okazać, najlepszy koncert według mnie.

Dzień 2. Ścisk.
Pogoda nad morzem jest faktycznie dziwna, najpierw lunie deszcz by za chwilę wyszło szalone, prażące słońce, smażące wolno wszystkie ciała leniwie leżące na plaży (albo części, które przez przeoczenie nie zostały wysmarowane kremem z baaardzo wysokim filtrem.... i nie ma się co śmiać, nie chce powtórki z rozrywki, czyli silnej wysypki przez trzy tygodnie na nogach!).
Obiad (trwający z parę kwadransów...) i na lotnisko!
Wąska alejka pośród drzew. Chwila nieuwagi i maska wygina się po uderzeniu w drzewo. Policja, karetka, straż, wszyscy na miejscu. Można by pomyśleć, „jakie szczęście, że to stało się na tak mało uczęszczanej drodze”. Zapewne każdego innego dnia tak by było, ale akurat między 4 a 6 lipca to była droga na Babie Doły. Ruch wahadłowy zatrzymał kursujące autobusy a w mieście urósł tłum, który na nie czekał.
Kataklizm, inaczej nie szło tego określić.
Spróbowaliśmy swojego szczęścia linia podmiejską. Ścisk i upał okrutny. Nawet paru kilometrowy spacer na płytę lotniska wydał mi się przy tym wręcz błogosławieństwem. Koncert Eryki Badu zamieniony z występem Cool Kids of Death (cholera...a ich właśnie chciałam zobaczyć!). Właściwie to i tak szczęście, że zdążyliśmy na Interpol, czyli na 21.
Kolejni „następcy Joy Division” wyszli nienagannie ubrani. Krawaty, kamizelki, stylowy kapelusik wokalisty. 10 punktów za styl. I popłynęły dźwięki... Oni mają specyficzną muzykę, trudno do niej skakać (no, chyba, że do „hiciorów”), raczej można było usiąść pochylić głowę i chłonąć te dźwięki.
A potem gwałtowna zmiana klimatów bo oto w namiocie, po tym, jak skończyły grać oblężone CocoRosie, rozkładali się Sex Pistols.
Tak, jeszcze grają, jak się okazuje.
O tym zespole napisano już wszystko, właściwie dzięki jednej płycie zapisali się w historii muzyki, ściana dźwięki i takie tam.
Powiem tak, każda piosenka jest podobna do poprzedniej, wywrzeszczana w towarzystwie dzikiego gitarowego jazgotu i ogłuszającej perkusji.
Ale o to w tym chodzi właśnie.
Panowie korzystają ze swojej legendy, ale koncert był jak najbardziej poprawny, można było się wyszaleć. Sądziliśmy, że w połowie namiotu kotła już nie będzie...oj pomyliliśmy się srodze. Wtedy przekonałam się, że potrafię zająć dużo mniej miejsca niż sądziłam. Pierwsze co to panika w oczach i chęć ucieczki, ale nawet nie było jak się ruszyć. Dopiero po chwili znajomi pomogli mi wydostać się do tyłu.
Doświadczyłam na własnej skórę uroku koncertów punkowych. Aż dziwne, że nie nabawiłam się siniaków.
Ale gdy już się schowałam i uciekłam zza pleców pana, który pot próbował maskować Axe (w namiocie, gdzie słabo z wentylacją, takie coś to prawdziwa bomba biologiczna...), mogłam swobodnie słuchać. Podwójny bis i ... miałam serdecznie dość na dziś.

Dzień 3. Gibanie się.
Rano, dla podtrzymania zabawowych klimatów, „Kung Fu Panda”. Słabe raczej. Faktycznie film dla dzieci, dorośli nie bardzo mają czego szukać.
Mając w pamięci, co działo się dnia poprzedniego, wyjechaliśmy trochę szybciej. Tym razem komunikacja działała jak powinna, czyli sprawnie.
Miejscówka pod sceną główną i bujanie się do Lao Che. Potem Goldfrapp. Oczywiście trochę spóźniona, ale artyści ponoć już tak mają. Jak się obawiałam, pierwsza część koncertu to było smętne zawodzenie mające chyba promowa najnowszą płytę. Dopiero druga część, po „Ooh la la” było z nerwem i w stylu, który sprawił, że swego czasu cieplej myślałam o tym zespole. Bujania ciąg dalszy przy Massive Attack. Ale bujanie dość spokojne...wręcz za spokojne bo stojąc w tłumie...zmarzłam. Ale choć można tek koncert zaliczyć do tych nielicznych, kiedy to nie obawiałam się, że mnie ktoś nadepnie, choć stałyśmy ze znajomą dość blisko sceny.

A dnia następnego powrót do domu. Sprawne wejście do pociągu i wysyłanie podziękowań do szczęśliwej gwiazdki za miejsce siedzące.
I jedno postanowienie.
W przyszłym roku też jadę.

Jacyś chętni?