środa, 21 października 2009

Poznań Game Arena 2009

17 października 2009 r., parę minut przed dziesiątą na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich jest już dość tłoczno. Tłum zdaje się wiedzieć, gdzie trzeba iść, więc nie zastanawiając się za dużo, idę za nim. Kolejka przed wejściem (bo drzwi jeszcze zamknięte) jest zawinięta w ślimaczka. Na szczęście, mogę ze znajomym wśliznąć się do pawilonu bocznym wejściem. W środku atakuje głośna, łupiąca muzyka. Ze stoiska Electronic Arts spogląda na mnie komandor Shepard. „Wejdź i sprawdź mnie!” – zdaje się mówić. Po hali kręcą się jeszcze pojedynczy ludzie. Wchodzę do pieczary „Mass Effect” i pierwsze zaskoczenie – wystawcy przygotowali pokaz gry nie na PC, ale na XBoxie. Chwytam podejrzliwie pada i metodą prób i błędów uruchamiam prezentację.
Jestem dzieckiem klawiatury i myszy. Pad to dla mnie obcy i niezrozumiały twór.
Wreszcie prezentacja odpala się.
Animacja, Shepard pilotuje futurystyczne auto, obok niego siedzi asari i coś do niego mówi, ale hałas na sali, zagłusza słowa. Wybieram na czuja kwestie dialogowe i przestaję próbować cokolwiek odczytać z ruchu warg niebieskiej. Wreszcie zaczyna się akcja.
Umiem przesunąć się w bok, ale jak zmusić komandora do patrzenia przed siebie, a nie w podłogę? Gdy wreszcie Shepard patrzy na wprost, wychodzę z ukrycia, by skopać tyłki paru obcym.
Są jacyś dziwnie silni, albo nie mogę w nich trafić. Na pewno nie mogę w nich trafić… Walka z kamerą i z atakującymi robotami przyśpiesza mi oddech. Trafiłam!
Ale drań to przeżył, próbuję ponownie…
Ta broń ma dziwnie długo czas przeładowywania, a nie odkryłam pod którym guzikiem kryje się „schłodzenie”. Nie mogę też znaleźć ekranu Mocy.
Pora zejść z linii ognia, bo krew mojemu Shepardowi oczy zalewa.
Życie się w cudowny sposób zregenerowało i mogę walczyć dalej.
Nie, nie będę kontynuowała tego nierównego pojedynku.
Opuszczam swoje stanowisko bojowe i widzę, że ślimaczek sprzed drzwi wejściowych jest już w środku.

Jest 10:15.

Pomyślałam, że może spróbuję teraz pomachać mieczem. O naiwna! Przy „Dragon Age’u” kolejka równie długa i równie zawinięta.
Zaczynam spacer po pawilonach.
Stoisko „Need for Speed” kusi dwoma sportowymi autami, dalej „Fifa” i piłkarskie foteliki przed stanowiskami z grą. Przy stoisku Asusa zaczęły się nieustające konkursy, więc muzyka miesza się z przekrzykiwaniem wodzireja. Hałas jest ogłuszający.

Kącik 8-bitowców, plakat przedstawiający „River Raid”. Spoglądam na sąsiednie stoisko, gdzie można testować najnowsze Playstation. Banał, ale skok jaki się dokonał w branży, jest naprawdę kolosalny.

Dalej fotel-symulator, gdzie można sprawdzić swoje umiejętności kierowcy formuły 1. Przy przyśpieszaniu tak trzęsie zawodnikami, że zaczynam się zastanawiać, czy aby nie powinni pomyśleć o pasach bezpieczeństwa. Stoiska ze sprzętem, kolejne konsole, na których pady spoglądam zrezygnowana.

Pora zmienić pawilon.

W kolejnym toczą się kolorowo-kulkowe boje. Cała hala dla wielbicieli paintballa. Zaglądam do kolejnej, gdzie panuje uroczy półmrok. Tu będą odbywać się prezentacje gier. Teraz sceną zawładnęli ludzie z CD-Action i trwa kolejny konkurs. Przechodzę do ostatniego pawilonu, gdzie królują „Gwiezdne Wojny”, książki, komiksy i karcianki. Ale moją uwagę przyciąga stoisko, gdzie można sprawdzić swoją koordynację oko-noga, naciskając stopami odpowiednie strzałki w rytm muzyki.
Nikt z Ekipy nie chciał się dać namówić na mały „Taniec z Gwiazdami”.
Przechadzający się Szturmowcy Imperium, model Sokoła Millenium, pluszowy Chewie (niestety nie chciał wydawać dźwięków przy ściśnięciu, podobnie jak R2D2 i reszta ferajny, którą ściskałam), stoły, które zamieniały się w pola bitew, albo na których stoją plansze do go. I jedno stoisko, które jakbym zobaczyła z 10 lat temu, to pomyślałabym, że umarłam i trafiłam do mangowego nieba. Zatrzęsienie mang po polsku, o czym kiedyś tylko można było pomarzyć. Przykleiłam się do „Slayersów”.
Gdy już powzdychałam do Zelgadisa i Xellosa, mogliśmy ruszać ze znajomymi na pokaz "Mass Effect 2".

W sali konferencyjnej (czy też może kinowej), udało nam się zająć miejsca siedzące. Z boku. Nieco obraz nam przysłaniał głośnik i rusztowanie, na którym wisiał. Ale przecież nie będziemy narzekać. Było jeszcze trochę czasu, więc wraz z połową grupy, z którą się tam pojawiłam, zastanawiamy się nad kolejnymi pytaniami, jakie zadamy Jayowi Watamaniukowi. Doszliśmy do wniosku, że o DA wiemy już dość sporo, więc myślimy nad pytaniami związanymi z ME. Nie chcieliśmy jednak całkiem porzucać DA, więc obmyślamy pytania, które wydają nam się śmieszne. Jak się ma okazać później, przypadkiem trafiamy na całkiem niezły trop. Przerywamy naszą naradę, gdy widzimy dwie niebieskie dziewczyny. Hostessy… tia… Na każdej imprezie, choćbym nie wiem jakie cuda na kiju tam pokazywano, to i tak (cytując nieśmiertelny skecz kabaretu Ani Mru Mru) „największym zainteresowaniem cieszą się hostessy”. Tu nie było inaczej. Przy niebieskich (asari?) od razu pojawiają się chętni do zrobienia sobie z nimi zdjęcia. Cały czas zastanawiam się, czy one były tylko wsmarowane na niebiesko i przepasane czymś w strategicznych punktach (a'la Subject Zero z "Mass Effect 2", czy jednak były ubrane.
Ta scenka wywołała pośród naszej trójki żywą dyskusję na temat, a jakże!, asari i tego jakie to one potrafią być podstępne (czego doświadczyła moja Shepard... ku uciesze moich kolegów). Ale pora na pokaz!

Jay Watamaniuk wydaje się być człowiekiem o nieprzebranych pokładach energii. Gdyby nie pracował dla BioWare, pewnie byłby gwiazdą rocka. Gdy już upewnił się, że polska publika uwielbia gry jego studia i czeka na nie z niecierpliwością, przechodzi do właściwej części pokazu.
Animacja, Shepard pilotuje futurystyczne auto, obok niego siedzi asari... Tak, to ta sama scena, którą widziałam rano, ale tym razem coś słyszę. Od razu widać, że człowiek „obsługujący” Sheparda ma dużo większą wprawę niż ja. Nieco zmieniony ekran mocy, nowe bronie, możliwość przerwania dialogu efektowną akcją (np. wyrzuceniem kogoś przez okno), do tego lepsza fizyka. I nowość – trafienie w głowę powinno powalać przeciwnika (no chyba, że akurat ośrodek kontrolny ma gdzie indziej…), więc wszyscy wielbiciele broni z celownikami powinni naprawdę być usatysfakcjonowani.

Gdy odnajdujemy resztę Ekipy, na szybko wymieniamy komentarze i ruszamy w kolejny rajd po pawilonach. I natrafiamy na kolejną "atrakcję".

Czy już wspominałam o zainteresowaniu hostessami? Dobrze, że opary testosteronu nie są łatwopalne.

Ciekawy był pokaz (czy też może jego końcówka) nowego "Splinter Cella". Na sam koniec, do sali wpada grupa panów ubranych na czarno, twarze przesłonięte mają kominiarkami. Łapią prezentera i wyprowadzają go z sali. Na szczęście nie mają na plecach napisu CBA, bo pewnie byłaby z tego kolejna afera.

Scena znów należy do Jaya. Ten ponownie upewnia się, że bardzo, ale to bardzo czekamy na ich najnowszą superprodukcję, spod znaku płaszcza i szpady. Wróć, zakrwawionej zbroi i wyjątkowo ostrego miecza. Grupa podróżników przedziera się przez śnieżne zaspy. Wydekoltowana czarodziejka marudzi, aż nagle rozpoczyna się atak…
Tak, to pokaz zwiastuna „Sacred Ashes” i muszę przyznać, że na wielkim ekranie, naprawę robi to wrażenie. Jay opowiada pokrótce o co chodzi i następnie oglądamy przykładowe walki. Smok (właściwie to smoczyca) zapowiada się na wymagającego przeciwnika. Animacje wzbudzają ogólny entuzjazm (smoczyca traktująca Stena jak kot umęczoną myszkę). Jeśli walki tak mają wyglądać, to mam dziwne wrażenie, że będę ganiała za każdą mniejszą (a jak się wzmocnię, to i większą) hordą przeciwników, żeby zaspokajać żądzę krwi, podobnie jak to było w "Wiedźminie" (kto jeszcze potem żałował, że utopce wytrzymywały tylko jeden cios?).
Gdy ponownie byliśmy w komplecie, mieliśmy przyjemność przepytać Jaya Watamaniuka o to i owo. Jak wspominałam, to bardzo zabawny człowiek i rozmowa z nim jest prawdziwą przyjemnością. Odpowiada w bardzo dowcipny i obrazowy sposób. Odniosłam wrażenie, że wszyscy pytali o rzeczy ambitne, a mi jak zwykle, tylko romanse (i ich konsekwencje - czyt. ojcostwa) w głowie.

18 października 2009 r., parę minut przed dziesiątą. Biegnę, żeby załapać się na "Dragon Age’a". Kolejka już tam jest, na szczęście krótka. Oddycham z ulgą kiedy widzę myszkę i klawiaturę, a nie pada. Trafił mi się początek ludzkiego maga. Nie wiem jaki to stopień trudności, ale jeśli nie jest to „potwory padają na sam Twój widok”, to magia jest naprawdę silna. Mając do dyspozycji magiczny pocisk, porażenie i lagę, tłukę potwory aż miło (przy czym bohaterka jest wyposażona w cudowny przedmiot przywracający życie). Sterowanie jest proste, kamera działa jak powinna. Ci, którzy znają poprzednie produkcje spod znaku BioWare, nie będą mieli najmniejszych problemów z grą. Wszystko faktycznie jest intuicyjne, aktywna pauza jest i działa bez zarzutu.

Ci, którzy twierdzą, że gracze to słabe istoty z zerową kondycją fizyczną, powinni byli zobaczyć stoisko z… właściwie to nie wiem z czym, ale można tam było wypożyczyć plastikowy miecz (który drugiego dnia był już dość mocno poobklejany taśmą), tarczę , strój ochronny i naparzać przeciwnika ile wlezie. Niektóre pojedynki były bardzo zacięte i wzbudzały entuzjazm publiczności.

A my anektujemy stolik i zaczynamy „testować” talię kart Munchkina, którą kupił sobie jeden znajomy. Przy czym tylko inny wie jak się w to gra, więc pierwsze rundy są spod znaku „samouczek”. A potem… potem epicki pojedynek goni kolejny. Kto uważa, że nie ma w niej/nim ani odrobiny „zuolstwa” powinien koniecznie zagrać.
Przy okazji, zastanawiam się, kto wymyślił, żeby w jednym, właściwe niezbyt dużym pomieszczeniu urządzać prelekcje w jednym kącie, a drugim głośne konkursy? Ludzie od komiksów zaprosili gości, którzy prawdopodobnie opowiadali o bardzo ciekawych rzeczach. Mówię "prawdopodobnie", bo nic nie słyszałam. Stoisko Allegro skutecznie ich zagłuszało. Skoro już przy minusach jestem, to przydałoby się nieco więcej miejsca, gdzie po prostu można byłoby usiąść.

Drugi dzień jest mimo wszystko spokojniejszy. Tłum jakby mniejszy(ponoć przewinęło się koło 28,5 tysiąca ludzi), wszystko dzieje się jakby nieco wolniej. Chłopak, który próbował bić rekord świata w jak najdłuższe granie w "Halo" (przy okazji, ciekawa jestem ilu ludzi wymawia to jak polskie /halo/, a ilu jako /hejlou/?) zniknął. Został po nim tylko fotel. Jak usłyszałam później, udało mu się, grał ponad 25 godzin.
Wreszcie o 16 jest koniec imprezy.
To jak? Za rok o tej porze?

Teraz pora na podziękowania i napisy końcowe.
Bardzo serdecznie dziękujemy Electronic Arts Polska za zaproszenie do Poznania i za możliwość rozmowy z Jayem Watamaniukiem. Wraz z resztą ekipy polecam się na przyszłość!