środa, 22 sierpnia 2007

Cardion AB Grand Prix Ceske Republiky 2007

Galeria.

Środa. Początek podróży. Pociąg do Wrocławia wlecze się niemiłosiernie. 130km w trzy godziny...Istny rekord...Do tego postój w Głogowie. 20 minut patrzenia na straszne przejście na peron. Może z 30 lat temu, gdy ono powstało, było szczytem architektonicznej awangardy. Teraz, pordzewiałe, z powybijanymi bądź zamalowanymi szybami nadaje się jako scenografia filmu o zagładzie nuklearnej. Wreszcie pociąg rusza, by zatrzymać się pośrodku niczego. Zepsuł się? Przepuszczamy kogoś? Ach nie! Widzę wbitą tabliczkę z nazwą miejscowości Toż to zwyczajny przystanek jest!
Gdy zobaczyłam zabudowania Wrocławia, myślałam, że popłaczę się ze szczęścia....Nareszcie...
Za godzinę mam autokar do Wiednia przez Brno. Oczami wyobraźni widziałam innych fanów jadących na wyścig i już cieszyłam się na wesołą podróż. Ale kierowca szybko sprowadził mnie na ziemie, informując, że jesteśmy jedynymi pasażerkami wysiadającymi w Brnie. Aha.
Pierwszy postój w Kudowie, granica i witamy na gładkich czeskich drogach. Autokar rozpędza się - zauważam jeszcze znaki, ale tego co na znakach już nie. Czuję się trochę nieswojo, ale zapadam w krótką, nerwową drzemkę.
O 2:30 rano wysiadam Brnie. Miałam tu być o 3:15.
No dobra, ale w którą stronę jest jakiś przystanek? A może jednak taryfa? Stoi akurat jedna...Kierowca od razu wyskoczył by pomóc nam z bagażami. I pyta się po rosyjsku skąd jedziemy. Z Wrocławia. Polki? Biznes czy turisty? Grand Prix. A rozumiecie jak po czesku będę mówił? Pewnie da rade. A chcecie przyłączyć się do biznesu? Bo ja wieczorami na taksówce, ale za dnia to mam sklep internetowy i otwieramy się w Polsce i... itd... Nie wiem czym handluje ani czego chciał. Albo nie zrozumiałam albo mi nie odpowiedział. Ale zaprosił nas na konferencje biznesową koło Warszawy. Dokładnie w Pruszkowie. Dobrze, że byłyśmy już pod hotelem. Meldunek, herbata i kima.

Hotel Komarov, według opisu usytuowany jest w cichej części miasta i dlatego obudził mnie pociąg, śmieciarka, kosiarka do trawy i wiertarka chyba zza ściany albo równie blisko. Bałabym się lokum w gwarnej części miasta. Gdy już doprowadziłam się do porządku po tym łagodnym przebudzeniu, trzeba było ruszyć na zwiedzenie okolicy. Punkt pierwszy - znaleźć jakiś przystanek łączący z centrum. Według w/w opisu miał być blisko... To "blisko" okazało się takie jak "spokojna okolica"...
Czwartek był upalny i leniwy i pewnie taki by pozostał, gdyby nie nagłe pojawienie się sąsiadów. Mieszkałyśmy w segmentach gdzie był dwa pokoje łączone łazienką. Na ucho - Anglicy, ale pewna nie byłam. Najpierw jeden z nich wparował nam do pokoju, sądząc chyba, że jest pusty i może sobie pozwiedzać. A potem znowu wpadł z pytaniem czy nie zabrałyśmy wieszaków z szafy. Nie, nie zabrałyśmy, tu nie było wieszaków. Ale już wiem, że to jednak Anglicy.

W piątek wczesna pobudka. Szybko na Mendlovo Namesti (z przesiadką) i autobusem na tor! Zamiana na plus - w tym roku autobusy są za darmo.
Zaraz za bramą stoiska z gadżetami - Valentino, Ducati, Honda, Yamaha, Suzuki, KTM... Cuda. Było chłodno, ale na szczęście sucho. Choć jak się siedzi w ostatnim rzędzie na trybunie to nawet w pełnym słońcu jest "rześko". I znowu miałam okazję zobaczyć to na co tyle czekałam - tych wspaniałych chłopaków na ich wspaniałych maszynach. Zapomniałam jak te motocykle potrafią być głośne. I wreszcie doczekałam się...
Wyjazdu z boksu nie widziałam, bo boks daleko i jeszcze przesłonięty raminiem wysięgnika, ale teraz przemknął przede mną pstrokato-żółty błysk. Serce mi szybciej zabiło. Był tu, przede mną, oddzielony zaledwie ścieżką, dwiema siatkami i dwudziestoma rzędami krzesełek. Dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Valentino Rossi.

Po wszystkim trzeba było coś zjeść. Wybór padł na włoska knajpkę - mam dziwną, choć łatwą do wytłumaczenia, słabość do tego co włoskie. Jedzenie dobre a deser... Dostałam czekoladowe ciastko i zafrapowałam się jak je zjeść, by nie pożreć go jednym kęsem. Ciastko było maleńkie, obok równie potężna kulka bitej śmietany i klinem między te smakołyki był wbity czekoladowy żagiel. Tak piękne, że aż szkoda jeść.
A wieczorem miało miejsce pewne zjawisko. Otóż jeden z Anglików (prawdopodobnie ten co mi wparował do pokoju) jak zaczął czyścic gardło, to miałam wrażenie, że on tam umiera. Brrr.

Sobota. Dzień kwalifikacji.
Pobudka nów rano. Ale tym razem, sąsiedzi byli czujni i łazienka stała się celem przyczajek. Okazałyśmy się jednak lepiej zorganizowane i to my pierwsze opuściłyśmy pole bitwy. Pogoda piękna - na dole skwar a na górze hula lodowaty wicher.
A ja poczyniłam pewne obserwacje. Otóż najciekawiej prezentowali się kibice z Hiszpanii i...tak, tak Włoch. Świetnie ubrani, do tego gustowne okulary przeciwsłoneczne, fajne fryzury. Normalnie jakby ich z żurnalu mody wyjęto. Jeden szkopuł tylko - trochę niscy.

Po powrocie musiałam zmienić baterie, bo komplet, który miałam wyczerpał swe siły. Spokojnie zmieniam je na wcześniej załadowane, które przywiozłam ze sobą i pada nagle na mnie blady strach - bo wskaźnik pokazuje, że te nowe ledwo zipią. A jutro przecież wyścig i tyle rzeczy trzeba będzie sfotografować! Postanowiłam spytać sąsiadów, czy aby przypadkiem nie mają ładowarki. Gdy tylko mnie zobaczyli w odpowiedniej, żółtek koszulce z magicznym numerem, od razu byłam swoja. A skąd jestem? A czy już byłam na wyścigach wcześniej itp... Ale ładowarki nie mieli... Postanowiłam przejść się po hotelu i popytać. Akurat tego dnia, sprowadziła się nowa grupka. Rzecz jasna, wydawali mi się Włochami. Zapukałam, przeprosiłam za najście i pytam czy oni aby po angielsku mówią. Uroczy młody człowiek, który mi otworzył, spojrzał z rozbawieniem na mnie i powiedział, że mówią. No to ja przedstawiłam mu swoją trudna sytuacje. Młody człowiek zafrapował się i świetną angielszczyzną poinformował mnie, że mają tylko ładowarki do telefonów. Przy okazji pokazali się inni i jakoś tak zaświeciły im się oczy a widok mojej koszulki. I znowu - skąd jestem? Bo oni właśnie przylecieli z Anglii...To już wiem skąd świetny angielski. Nic tam, nie tracę nadziei tylko szukam dalej. Piętro niżej usłyszałam głośne rozmowy zza drzwi. Zatem ktoś tam jest! Puk puk i ponownie cała moja litania, że przepraszam, ale mam problem bla bla. Chłopak, który mi otworzył cały czas uśmiecha się szeroko i woła wreszcie kogoś kto się ze mną będzie potrafił dogadać. Woła po polsku. No to ja jeszcze raz, ale tym razem po polsku. Niestety też nie mają ładowarki do baterii. Nie pozostaje mi nic innego jak jechać do sklepu. Na schodach spotykam jeszcze nowych z Anglii. Po wymianie powitań typ "Valentino na mistrza" i podobnych, zapytali się mnie jak wypadły kalifikacje. Najlepszych wieści nie miałam, ale wszyscy wyraziliśmy nadzieję, że będzie lepiej. No i życzyli mi szczęścia z bateriami. Prawda, że urocze? Przed hotelem stało dwóch panów, którzy tak wymownie spojrzeli na mnie, że mimowolnie wyrwało mi się "hello". Odpowiedzieli po swojemu. Jakby mi było mało, automat sprzedający bilety musiał mi zrobić psikusa i bawił się ze mną, "wrzuć tę monetę jak lubię" a tramwaj odjechał w siną dal. Cierpliwość ponoć jest cnotą. Wreszcie nadjechał drugi. Jakieś dwa przystanki dalej, czuję intensywny zapach wody kolońskiej i słyszę coś co przypomina niemiecką mowę. Co się będę przejmować, gapię się w okno. Ale kątem oka zauważam, że ktoś przesiada się bliżej mnie i próbuje delikatnie zwrócić moją uwagę na siebie. Patrzę na kolesia a ten patrzy na mnie z takim przejęciem jakby chciał zakrzyknąć "Siostro moja, wreszcie się odnaleźliśmy!", no i coś zakrzyknął, ale nie rozumiałam co. Oczy zrobiły mi się wielkie jak dwa spodki i tłumaczę mu, że nie rozumiem, na to on znowu dostał ataku słowotoku i usłyszałam jedno słowo-klucz "hotel". No tak! To jeden z tych co to ich mijałam przy wejściu! Uśmiecham się i tłumaczę mu, że nie poznałam... Kończą nam się tematy a raczej zdolności językowe. No to szarpię się za koszulkę i pytam czy przyjechał na wyścig. Potwierdza. I znowu cisza. Pozostali pasażerowie przyglądają się tej cudacznej rozmowie. Nagle on - Rossi fan? Ciekawe po czym zgadł.... Potwierdzam i zadaję mu to same pytanie. Też pokiwał, że tak. Mój przystanek.
Niech żyje Tesco i ich skład z bateriami!
Wieczorem, gdy sąsiedzi wracają, ucinamy sobie krótka pogawędkę na temat kwalifikacji i wyścigów. Umawiamy się, że oni jutro wstaną wcześniej i szybko się wyszykują, żeby nie blokować łazienki. Ok.

Rano obudziło mnie charchanie. Straszne słowo, ale najlepiej oddaje dźwiękowo to, co rano wyprawiał sąsiad. Bo czyszczenie gardła brzmi stanowczo za delikatnie.
Na wyścigu było ponad 140 tysięcy ludzi. Gdy byłam ostatnim razem, było nas tylko 80 tysięcy. Mimo tego, na to dostałyśmy się dość szybko. Pogoda nas naprawdę rozpieszczała - słońce i nawet ten lodowaty wiatr jakby cieplejszy. Najpierw poranne treningi i straszny wypadek - najpierw Marco Simoncelli rozstaje się z motocyklem, ale w dość łagodny sposób. Ale maszyna wzbija tumany kurzu i wypada na tor. Nadjeżdżający Taro Sekiguchi może nie zdążył jej objechać i wjechał prosto w motocykl. Fiknął kozła i grzmotnął o asfalt. Trening wznowiono po oczyszczeniu toru i przetransportowaniu zawodnika do szpitala.

Wreszcie to co najlepsze - wyścigi.
Najpierw 125cc. Jak się miało później okazać, najciekawszy wyścig. Czołowa grupa tasowała się, atakowała, walczyli. Najlepszy okazał się Hector Faubel, potem Mattia Pasini i "local hero" Lukas Pesek.
250cc - jak wystartowali to niemalże w tej samej kolejności skończyli, czyli Lorenzo, Dovizioso i Kallio.
Motogp.
Start nie był aż taki zły. Valenty, "Król startów", wyjątkowo nie spadł nawet za bardzo. Jak szósty wystartował tak tez zameldował się szósty w zakręcie. I jadą. Casey gdzieś daleko z przodu za nim wkrótce ustawia się Hopkins, potem Nicky Hayden i mała grupka - Pedrosa, Loris, Vale, Chris i Randy. Parę okrążeń później, Casey ma już taką przewagę, że może się zatrzymać, zrobić sobie fotkę z fanami i dalej będzie pierwszy. To samo z Hopkinsem i Nickim. Ale oto wreszcie Vale wyprzedza Lorisa. Ja się drę szczęśliwa. Facet, który siedział obok mnie, też wreszcie przejawił jakieś zaangażowanie. Oboje wstajemy jak Vale przejeżdża nam przed nosem. Ale potem groza. Loris wyprzedza Rossiego, za chwilę robi to także Chris. Oczy same mi się szklą, palce zaciskam mocniej modląc się o jakiś cud. Słyszę, że sąsiad obok też mruczy po swojemu jakieś modlitwy zachęcając Valentego by jechał szybciej. Ale cud nie nadchodzi i Vale kończy wyścig siódmy. Mnie pęka serce gdy widzę go zjeżdżającego do boksu z opuszczona głową. Tłum gratuluje zwycięzcom, ci fetują, polewając ludzi szampanem.
Na torze zaczyna się exodus.
Ale jedno mnie zaskoczyło. Gdy byłam tam dwa lata temu i Vale toczył ostra walkę z Sete, za każdym razem, gdy przejeżdżali przed trybunami, tłum szalał. Podnosił się i skandował imiona. Tym razem cisza. Żadnych wiwatów, żadnego wstawania. Cisza.

Po powrocie do pokoju, wraz z sąsiadami komentujemy wyścig. Nie był pasjonujący, no bo czym się tu pasjonować gdy wyprzedzeń jak na lekarstwo a jeśli są to gdzieś z tyłu? Żegnamy się i jadę na dworzec.
Autobus miał przyjechać o 22:50. O 23:30 próbowałam się dodzwonić do przewoźnika by spytać się co jest grane, ale nikt nie odbierał. Zaczynało się robić trochę strasznie. Po północy był jeszcze pociąg do Katowic i już poważnie zaczęłam rozważać czy nim nie jechać. Ale na piechotę na dworzec nie dojdę tak szybko. Nie zgadniecie jaka taksówka pojawiła się na dworcu...Tak, ta z biznesmenem na pokładzie. Ledwo wsiadłyśmy i ruszyłyśmy, gdy wjechał autokar. W Austrii był wypadek i stąd opóźnienie. Szkoda tylko, że nikt nikogo o tym nie informuje...
Autokar był pełen, jedyne a ostatnie miejsca były n samym końcu. Siedziałam obok młodzieńców, którzy nie wiem czy coś zjedli/wypalili/wypili, ale zapach był dziwny. Na szczęście do Wrocławia dojechałam cała i zdrowa... Mieliśmy tam być po 5, byliśmy o 4:30. A dworzec jest otwierany o 5. O 6 miałam autobus do domu.
Koniec.