poniedziałek, 31 marca 2008

Wpływ liczby 46 na życie innych

Czasem jest taki dzień, że zdarza się coś zupełnie dziwnego, czego nijak nie szło przewidzieć.

Ale wpierw, krótki wstęp, by wprowadzić w temat.
Jakiś rok temu spotkałam, a raczej zobaczyłam, pewnego jegomościa, który ewidentnie lubił wyścigi motocyklowe.
I na pewno lubił Rossiego.
I zamiast wtedy podejść i zgadać, to tylko gapiłam się na niego, jakby mnie kto obuchem trzepnął.
Więcej go nie widziałam.
Do dzisiaj, gdy w tramwaju minął mnie chłopak ze znajomo wyglądającymi emblematami(stylizowane słońce, księżyc no i rzecz jasna TEN numer) na plecaku i bluzie. Ale tym razem ja byłam ubrana w swoją wściekle żółtą kurtkę z wielkim numerem 46. Spojrzeliśmy po sobie i uśmiechnęliśmy się oboje. To był ten sam chłopak co go widziałam rok temu. Nie żebym poznała go po twarzy.
Tylko po emblematach.

A tym bardziej było miło, bo w Jerez Vale miał wcale niezły wyścig. Nie, nie wygrał, był drugi. Ten który wygrał, Daniel Pedrosa, był absolutnie poza zasięgiem kogokolwiek. Po słabszym wyścigu w Katarze, to drugie miejsce na pewno poprawiło mu (o wiernych kibicach nawet nie wspominam) humor.
I miejsce w klasyfkacji generalnej.

Zabawne, kiedy młodzi zawodnicy mówią, że wychowywali się na jego wyścigach. Jak to, przecież on jest taki młody! Ma dopiero...no właśnie, 29 lat. Nagle, zupełnie niepostrzeżenie z młodego wilczka, sam stał się starym wygą, weteranem niemalże, którego już niektórzy chcą wysłać na sportową emeryturę.
I kogo ja wtedy będę oglądać!?

Kiedyś ta chwila i tak nadejdzie, kiedy więcej na starcie nie pojawi się maszyna z jaskrawym numerem 46.
Będą nowi mistrzowie, będą nowe nazwiska, ale czy będą równie charyzmatyczni (nie liczę tej pseudo-charyzmy Lorenzo...), czy będą równie dobrze zdawać sobie sprawę z tego, że ludzie liczą na widowisko i chcą się dobrze bawić? Czy będą mieli ten uśmiech łobuza i wolę by walczyć do samego końca, nawet jeśli wszystko sprzysięga się przeciw nim?

I pomyśleć, że gdyby nie pewien deszczowy dzień w Czechach, to mogłabym nie wiedzieć kim jest Valentino Rossi.
Ale byłoby wtedy nudno.

PS. Co wjeżdżam ostatnio do Poznania, zastanawia mnie jedna rzecz, ozdoby na budynku Giełdy Odzieżowej. Kiedy było Boże Narodzenie to te gwiazdy (choć tak ustawione, że wyglądają jak odwrócony pentagram) mogłam zrozumieć, po Wielkanocy już mi jakoś trudniej... A może to czort opuścił swe legowisko i z Wildy przeniósł się na Górczyn?

wtorek, 18 marca 2008

Emo, angielski i straszny artykuł.

Ostatnio, gdybym przyszła minutę, dwie, szybciej, wyprzedziłabym swoją uczennicę (do której dojeżdżam). W tym tygodniu nie spotkałam jej po drodze, ale w pośpiechu wyłączała komputer i szukała książek, bo zapomniała, że ma lekcje ze mną.

I, zamiast odwrócić się na pięcie i wyjść, bądź tu miłą dla niej, nie daj po sobie poznać, że chcesz ją udusić.

Po co to wszytko?
Ano jej Mama martwi się jej egzaminem do liceum i chce córce pomóc. Tylko, że córka ma to chyba głęboko w nosie.
Nie przejmuję się tym.
Mnie i tak zapłacą, czy młoda cokolwiek z tego wyniesie czy nie.

Wpadł mi ostatnio w ręce artykuł o rodzicach-zmorach nauczycielskiej braci.
Straszne. Autentycznie, jak jakiś zły sen, koszmar okrutny.
Jak to się dzieje, że rodzicie potrafią tak zgłupieć i kompletnie do nich nie dociera, że jedynki czy dwójki w dzienniku to w przeważającym stopniu nieuctwo ich dziecka a nie widzimisię nauczyciela?
Jak patrzę na tę swoją emo (czarne pazury, mroczne spojrzenie, czarne ciuchy, plakaty MRC i bilet z koncertu Tokyo Hotel) i pomyślę, że miałabym cała klasę takich zainteresowanych przedmiotem, to robi mi się słabo...

Za dwa dni do domu...
Będę się objadać sernikiem, jaj zjem tyle, by zapomnieć wszystkie złe chwile i tak z "czystym kontem" radośniej spojrzeć na wiosnę, która dla niepoznaki, udaje zimę.

poniedziałek, 10 marca 2008

8 marca

Bardzo lubię 8 marca. Skoro to marzec, to już prawie wiosna no i jest szansa na kwiatka!
A jeszcze tego dnia były półfinały Pucharu Polski w siatkówce męskiej w Hali Arena.
Ja się na siatkówce dalej, nic a nic, nie znam, ale lubię popatrzeć na siatkarzy, ot swoiście pojęte piękno gry.

Michał Bąkiewicz.

To nazwisko cały dzień pulsowało mi w głowie. Były zawodnik AZS Olsztyn obecnie w Skrze Bełchatów. Nie będę się rozpisywać na temat tego transferu, bo jak zaznaczyłam, ja się na tym nie znam.
W każdym razie na mecz poszłam wraz z grupką znajomych.

Miejsca obok boiska to coś cudownego.
A jeszcze cudowniejsze jest to, że Arena nie ma innych pomieszczeń, gdzie zawodnicy mogliby się rozgrzewać i muszą robić to na płycie boiska.
Nie sądziłam tylko, że wywoła to u mnie taki dygot rąk.
I co z tego, że spośród tych piszczących ja byłam najstarsza?
Nie wyszalałam się mając lat naście, to dopadło mnie teraz. Niech to będzie przestrogą dla innych, szalejcie za młodu, bo jak Was potem zew dopadnie, tak z dekadę później, to może to się różnie skończyć.

Nie wiem jak przebiegał mecz Skry i Jastrzębskiego. Miałam ciekawszy obiekt do oglądania.
Jaka szkoda, że on tak rzadko był na boisku.
Jaka szkoda, że odpadli.
Jaka szkoda, że wyszedł nabuzowany jak jasna cholera i tylko przemknął do autokaru.
A ja tak chciałam zrobić sobie z nim zdjęcie!

No nic, kogo złapałyśmy, to złapałyśmy, pora wrócić na mecz Olsztyn kontra Częstochowa.
Jestem w połowie Warmianką, zatem ciałem, sercem i duszą byłam za Olsztynem i jakże mi przykro było patrzeć na tę ich sromotną porażkę.
Szkoda, wielka szkoda.
Ale na tarcie łez, mam prawie-zdjęcie z Grzegorzem Szymańskim!
W zeszłym roku zlekceważył nasze prośby całkiem-całkowicie, to chociaż zrehabilitował się w tym roku.
Hm.
Bąku był bardzo miły w zeszłym roku (ale miałam pecha i nie załapałam się na wspólną fotografię), teraz uciekł...może jak przyjadą w lipcu (bo ja, mimo wszystko, wierzę, że on jednak w lipcu będzie) to wreszcie się uda?
Do trzech razy sztuka prawda?

PS. Tego dnia dostałam pierwszy bukiet z prawdziwego zdarzenia, który nie byłby od moich Rodziców, albo nie byłby prezentem urodzinowym. Jakie to jest cholernie miłe uczucie dostać takie ładne kwiaty!
Mogłabym tak codziennie!

piątek, 7 marca 2008

Joga

Wreszcie się zdecydowałam.
Choć byłam dość sceptycznie nastawiona, poszłam na swoje pierwsze w życiu zajęcia jogi.
I dziś czuję każdy mięsień i ścięgno, ale warto było!

To zadziwiające, jak te spokojne, wydawałoby się, łatwe ćwiczenia, potrafią człowieka zmęczyć i sponiewierać dnia następnego.
Przecież nie trzeba skakać, nawet za dużo machać kończynami nie trzeba...a dziś chodzę jak przetrącona.
W przyszłym tygodniu pójdę znowu, może po paru miesiącach uda mi się zrobić skłon?

Ale zaobserwowałam też parę ciekawostek:
- łatwiej mi wykonać drzewo, gdy stoję na lewej stopie
- łatwiej mi zapleść ręce na plecach, gdy to właśnie lewą rękę wykręcam
A ja przecież jestem wybitnie praworęczna....
Ot taka ciekawostka...

A przy okazji trudnych do wytłumaczenia rzeczy...
Zawsze w poniedziałki i w czwartki zastanawia mnie jedna rzecz. Tramwaje linii 2 i 9 startują z Dębca i jadąc tę samą trasą dojeżdżają do Półwiejskiej. I zagadka: dlaczego 9 zawsze jest a 2 regularnie znika? Czy otwiera się brama piekielna (bo jak śpiewa Pidżama Porno "Na Wildzie mieszka Szatan") i połyka ten tramwaj, by wypluć go w innej części miasta?

środa, 5 marca 2008

Johnny!

Wreszcie obejrzałam Nowy film Tima Burtona "Sweeney Todd. Demoniczny golibroda z Fleet Street"!
Wyśpiewana, krwawa makabreska, zarazem taka Burtonowska i taka inna.
Ci, co lubią Tima,nie będą zawiedzeni, Ci co jeszcze nie wiwdzą czy go lubią, niech koniecznie zwrócą uwagę, że film na który idą to musical ze znaczkiem +18, żeby potem nie mówili, że są zniesmaczeni... Czasem wypada sprawdzić na co się idzie, żeby mieć odpowiednie podejście.

Po wyjściu, pierwsze co, śmiechem żartem, powiedziałam, to, że "oto Edziu w kryzysie wieku średniego zmienił się w Pana T!". Nie ma między tymi postaciami podobieństwa, poza zamiłowaniem do ostrych narzędzi i aktora, który tych bohaterów ożywił na ekranie.
Johnny Depp.
W tęsknej pozie z "Edwarda..." nagle dojrzałam zdeterminowanego mściciela, w schrypniętym głosie starego wilka morskiego Sparrowa, nagle uderzyła mnie nuta szaleństwa, spojrzenie Rochestera, które wpierw rozpalało serce, teraz wzbudzało trwogę. To nie był ten słodki Roux, o zdecydowanie nie, ani też wrażliwy Barrie. Todd to bardzo wkurzony, pałający chęcią zemsty człowiek, gotów poświęcić wszystko, byle dopiąć swego.
Niby te same gesty, te same chwyty, ale jak nagle nabrały nowego znaczenia.
Niby nic, czego już bym w jego wykonaniu nie widziała, ani nie słyszała, a jednak...
Mam najwyraźniej do niego słabość.

Chyba czas najwyższy urządzić sobie wieczorek filmowy pt. "Wszystkie wcielenia Johnnego".