środa, 5 marca 2008

Johnny!

Wreszcie obejrzałam Nowy film Tima Burtona "Sweeney Todd. Demoniczny golibroda z Fleet Street"!
Wyśpiewana, krwawa makabreska, zarazem taka Burtonowska i taka inna.
Ci, co lubią Tima,nie będą zawiedzeni, Ci co jeszcze nie wiwdzą czy go lubią, niech koniecznie zwrócą uwagę, że film na który idą to musical ze znaczkiem +18, żeby potem nie mówili, że są zniesmaczeni... Czasem wypada sprawdzić na co się idzie, żeby mieć odpowiednie podejście.

Po wyjściu, pierwsze co, śmiechem żartem, powiedziałam, to, że "oto Edziu w kryzysie wieku średniego zmienił się w Pana T!". Nie ma między tymi postaciami podobieństwa, poza zamiłowaniem do ostrych narzędzi i aktora, który tych bohaterów ożywił na ekranie.
Johnny Depp.
W tęsknej pozie z "Edwarda..." nagle dojrzałam zdeterminowanego mściciela, w schrypniętym głosie starego wilka morskiego Sparrowa, nagle uderzyła mnie nuta szaleństwa, spojrzenie Rochestera, które wpierw rozpalało serce, teraz wzbudzało trwogę. To nie był ten słodki Roux, o zdecydowanie nie, ani też wrażliwy Barrie. Todd to bardzo wkurzony, pałający chęcią zemsty człowiek, gotów poświęcić wszystko, byle dopiąć swego.
Niby te same gesty, te same chwyty, ale jak nagle nabrały nowego znaczenia.
Niby nic, czego już bym w jego wykonaniu nie widziała, ani nie słyszała, a jednak...
Mam najwyraźniej do niego słabość.

Chyba czas najwyższy urządzić sobie wieczorek filmowy pt. "Wszystkie wcielenia Johnnego".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz