poniedziałek, 27 lipca 2009

Open'er Festival 5 lipca, podziękowania i napisy końcowe

Ostatni dzień.
Pierwsze dwa dni można było scharakteryzować następująco: pewniaki zagrały tak sobie, zaskoczyli z kolei ci, co do których nie miałam żadnych oczekiwań (może właśnie dlatego?). Wczorajszy dzień przełamał tę tendencję, pewniacy zagrali wybornie i chciałam, aby dziś też tak było, bo mieli grać Kings of Leon, czyli jak się okazało, zespół który okazał się "tym najważniejszym" dla mnie na tegorocznej edycji festiwalu.
Ale przedtem kolejne spotkanie ze znajomymi.
Zabawnie się czeka na kogoś, kiedy nie wiem jak ta osoba wygląda. Jeszcze zabawniejszym jest kiedy jakieś moje wyobrażenie okazuje się zupełnie chybione, ot kiedy blondyn okazuje się być brunetem. No ale to on miał mnie poznać nie ja jego, więc uznajmy, że jestem usprawiedliwiona.
Żaglowce wyszły z portu, nie dane mi jednak było zobaczyć jak wyglądają pod pełnymi żaglami i czy naprawdę są takie piękne, jak niegdyś śpiewały o tym Wilki.

Czas się zbierać, dziś wielki finał!

Na początek, Lily Allen. Nie polecam słuchania jej siedząc, gdyż bas zagłusza wszystko.
Melodie przyjemne, bujające.
Potem obowiązkowe jedzenie i picie.
Gdy stoi się 30 minut w kolejce za hot-dogami to sudoku w komórce bardzo się przydaje. Chyba, że akurat trafi się na bardzo ciekawą parę stojącą przed sobą:
On: Co ty o mnie myślisz?
Ona: Tak serio? Że ty straszne ruchadło jesteś.
Perełek w tym stylu padło jeszcze więcej. Aż żałowałam, że jednak ta kolejka nie jest dłuższa, bo już pod sam koniec to prawie żeśmy się z nimi zaprzyjaźniły.
No to po hot-dogu w każdą łapkę i pora na pole!
Bo tam zaraz, za chwilę, za minutkę, za momencik, Kings of Leon.
Grali przede wszystkim piosenki z ostatniej płyty "Only by the night".
Mogę powiedzieć, że na szczęście, bo bardzo mi się ten album podoba.
Sporo miejsca wokół, dobry widok na scenę i telebim i ... odleciałam. Oni, zaskoczeni tak ciepłym przyjęciem (jaaaaasne, rozumiem bądźmy skromni, ale nie przesadzajmy; naprawdę się spodziewali, że nikt ich w Polsce nie zna?), obiecują, że będą wracać za każdym razem jeśli tylko będziemy chcieli (nie wyjeżdżajcie!). A potem "Revelry"...
What a night for a dance,
You know I'm a dancing machine
With a fire in my bones
And the sweet taste of kerosene

I get lost in the night
So high I don't want to come down
To face the loss
Of the good thing
That I had found

In the dark of the night
I can hear you callin my name
With the hardest of hearts,
I still feel full of pain

So I drink and I smoke
And I ask if you're ever around
Even though it was me who drove us
Right in the ground

See the time we shared it
Was precious to me
But all the while
I was dreamin of revelry

I wanna run baby run
Like a stream down a mountainside
With the wind at my back
I don't ever even bat an eye

Just know it was you all along
Who had a hold of my heart
But the demon and me
Were the best of friends from the start

So the time we shared it
Was precious to me
All the while
I was dreamin of revelry
Dreamin of revelry

And I told myself boy away you go
It rained so hard that it felt like snow
Everything came tumbling down on me

In the back of the woods
In the dark of night
The Palest of the old moonlight
Everything just felt so incomplete
Dreamin of revelry

Obok mnie całująca się para, kolejna stoi w objęciach, a ja z całych sił się staram się powstrzymać to dziwne wzruszenie. "Przytulę, utulę, uścisnę i ukołyszę". Cztery słodkie małe kłamstewka.
Obiecaj mi jedno Szanowny Czytelniku, że nie będziesz składać obietnic, których nie spełnisz.
Tak, to jest zdecydowanie TEN koncert na który tu przyjechałam.
Chwila, żeby ochłonąć, bo za chwilę Placebo.
Znowu promują swój nowy album, jak trzy lata temu. Ciekawe czy wyciągnęli nauczkę z tamtego koncertu? Grali wtedy raczej nowe utwory co niekoniecznie przypadło słuchającym do gustu.
Wychodzą... Brian, ten drugi i nowy perkusista.
Pierwsze takty i perkusja po prostu zmiata mnie z powierzchni ziemi.
Grają nowe, ale i stare, bo jakoś dużo rozpoznaję, a fanką oddaną nie jestem.
Perkusista naprawdę mnie powala, wali w gary jak oszalały.
Naprawdę dobry koncert!
Lepszy niż się spodziewałam.
A potem byłam świadkiem niezwykłego kataklizmu, otóż zabrakło... wody.
Gdy po tej dawce muzyki spragniony tłum ruszył do stoisk z piciem zaczęło się piekło.
Po co dowozić zapasy skoro to i tak ostatni dzień festiwalu? Może jednak po to, żeby nie wystawiać się na pastwę wściekłego tłumu, który dawał wyraźnie odczuć jak bardo jest niezadowolony z powodu braku choćby najzwyczajniejszej wody.
Walka, inaczej tego nie można było określić. I krzyk sprzedawcy, by odsunąć się od lady powtarzany co jakiś czas.
Paranoja.
Żeby na takim festiwalu... wstyd, wstyd, wstyd.
Jednak moja nieoceniona współlokatorka zdobyła ostatnią wodę (gazowaną) i Sprite'a.
I pijąc te zdobyczne napoje, oglądałyśmy początek koncertu The Prodigy.

Droga powrotna była krótsza (i tym razem GPS nie zawiódł) i upłynęła przy dźwiękach Kings of Leon (no jakże by inaczej), a także wyśpiewywanej płyty "Absolution" zespołu Muse.

Teraz pora na podziękowania dla Kuby, który był mi m.in.:
- przewodnikiem
- informacją turystyczną
- budzikiem
- tragarzem
- automatem biletowym
- wikipedią
- oparciem
- pogodynką

Dzięki!

niedziela, 19 lipca 2009

Open'er 2009 4 lipca

Sobota, dzień w którym ze znajomymi mieliśmy udać się na wspólne oglądanie żaglowców. Skwer i nabrzeże pękało w szwach od tłumów. Poprzednio byli tylko letnicy, teraz byli także ci, którzy w ciągu tygodnia musieli pracować. Gdy już się ze znajomymi odnaleźliśmy, nacieszyliśmy się dosłownie chwilę swoim towarzystwem, bo zaraz ponownie zgubiliśmy się w tłumie. Wypróbowałam nowe umiejętności wykształcone przy mojej współlokatorce, niedoścignionej mistrzyni przeciskania się przez tłum (ma atut ulepszone przeciskanie się i do tego +17 do wynajdywania ścieżek) i dziarsko ruszyłam w ludzką masę. Chciałam zacząć od największych (i najdalej ustawionych, tych najbardziej okazałych) żaglowców.
Nie, że lecę na rozmiar, po prostu mniejszych nie było widać przez przelewający się tłum. A nie miałam ochoty oglądać tylko masztów, bo dla mnie i tak wszystkie są do siebie podobne.
Chwilowe załamanie pogody, kilka kropel z nieba (chyba tego dnia pobiłam rekord jeśli chodzi o przebieranie się) i wreszcie oto jest pora obiadu.
I tabuny gości, którzy też stwierdzili, że coś by zjedli. Żywe potoki przelewały się przez Gdynię wypatrując ostatnich wolnych stolików.
Skończyło się na kupieniu paczki pierogów.
Po przybyciu na pole od razu złe wieści, koncert Madness opóźniony o godzinę i przeniesiony na scenę światową. Szybkie wertowanie mapy gdzie to jest, bo tak daleko to jeszcze nie dotarłam.
Miałam rację.
Ten punkt hen hen daleko to była właśnie ta scena.
Zatem czekała mnie wyprawa na koniec świata.
Ale przedtem wizyta w toalecie.
Weszłam, przekręciłam wihajster, odpinam spodnie i... słyszę nagle growlujący głos, śpiewający(?) "szaaataaan".
Zdębiałam.
Trafiłam do nawiedzonej budki, gdzie zaraz porwana zostanie moja dusza i rzyć zarazem. Co to ja... Po chwili znowu "szaaataaaan". Ej no! Szybciej przez to i tak nie wyjdę!
Dobra, wychodzę.
Kawałek dalej stała grupka facetów, którzy wymieniali poglądy na tematy muzyczne, akurat postanowili przedyskutować cięższe klimaty.
Lżejsza o kubeł wody mogłam ruszać.
Z każdej podróży wraca się bogatszym o nowe wrażenia, także i ja wzbogaciłam się o coś. Znalazłam stragany z ręcznie robioną biżuterią i wypatrzyłam owocowe kolczyki. Potem trzeba było zahaczyć o ostatnie niebieskie miasteczko TOI-TOI (spora ilość wody naprawdę robi swoje...). Niestety mniejsze niż to w cywilizowanej części, a i tym samym z dłuższą kolejką. Podłoże pod kabinami było dziwnie mokre, zapach, choć wszyscy woleliśmy wierzyć, że to rozlane piwo, wcale piwny nie był. Im dłużej tam staliśmy, tym było weselej, czyżby te opary tak na nas działały?
A wszystkiemu winni mężczyźni.
I wcale nie przemawia przeze mnie wojujący feminizm.
Panowie, zamiast czekać w kolejce woleli przejść się za kabiny i je nieco podlać.
A fe! I mała uwaga, przez szpary między kabinami wszystko widać drodzy Panowie.
Teraz biegiem na Madness!
Nie wiedziałam, że znam aż tyle ich piosenek."Kiedy byliśmy tu ostatni raz, nie było Was jeszcze na świecie, to było jakieś 25 milionów lat temu!" Plecak porzucony i tłum kołysze się w takt wesołych, tanecznych piosenek. "Fuckin' lovely!". A jasne! I nawet deszcz specjalnie nie przeszkadzał. Żółty płaszczyk przeciwdeszczowy i podskakuję dalej w radosnym tańcu jak nomen omen wiedźma jakaś. Szkoda, że nie mogłam doczekać do końca. Na głównej scenie (czyli po drugiej stronie galaktyki) szykował się koncert zreaktywowanego Faith No More. Ostatni rzut oka na scenę światową, ostatni podryg i podróż na drugą stronę.
Daleko jeszcze?
Mijam scenę-namiot.
Dopiero!?
Wreszcie, cel mojej wędrówki.
Deszcz rozpadał się na dobre, tłum gęstnieje.
Wreszcie wychodzą...
Zaczynają grać. W tłumie pełna kultura (przynajmniej tam gdzie stałam), każdy słucha jak lubi, nikt nikomu nie przeszkadza.
Mike Patton w czerwonym komplecie i gładko zaczesanych włosach prezentuje się iście diabolicznie. Prawdziwe zwierzę sceniczne.
"Kto widzi nas pierwszy raz?" Las rąk.
"Zapytam jeszcze raz, kto widzi nas pierwszy raz?" Ponownie las rąk.
"A gdzie nasi przyjaciele z Katowic albo Warszawy? To kto widzi nas kolejny raz? Hm, jakieś 50 osób. A myślałem, że jesteśmy popularni."
Dwa bisy.
To rozumiem.
Świetny koncert.
A potem podróż do domu, którą kierowca postanowił urozmaicić, nie zatrzymując się na żądanie. "Bo ludzie się bawią!" No rewelacja. "Oby sraczki dostał!", rzuciła nienawistnie moja koleżanka. Niezła klątwa, muszę ją dopisać do swoich.
Pomarańczowy księżyc-prawie-w-pełni.

niedziela, 12 lipca 2009

Open'er 2009 3 lipca

3 lipca
Czerwone żelazko na nodze napędziło mi nieco stracha. Ale potraktowane filtrem 30 nie dawało o sobie znać. Jednak plażowanie miałam już z głowy.
Zawsze jednak mogłam pospacerować i poobserwować.





Choćby takie baloniki, ot jakieś rybki, serduszka, motocykliści. Hm, ciekawe, jeden ma kask w charakterystyczne żółte promienie. Na maszynie numer 45 i napis FIAC. Dla każdego zwyczajny balon, dla mnie przykład na obejście licencji. Bo niby kogo ma to przedstawiać jak nie Rossiego?





Dobrze, że tym razem nie zabrakło sera w pizzerii.
Nie zdążyłam na całą Marysię Peszek. Ale kiedyś mi się uda. Po niej na scenie wkroczyła grupa Gossip. Ich wokalistka, charyzmatyczna Beth jest osobą dość charakterystyczną, ale i bardzo ujmującą. Zagrali zgrabny koncert, ale jakoś mnie nie porwało. Nawet kiedy usłyszałam kawałki, które miałam przesłuchane, noga jakoś nie chciała specjalnie drgnąć. Tłum przede mną takich problemów najwyraźniej nie miał, bo bawili się świetnie. I słusznie. Po Gossip pobiegłyśmy ze współlokatorką na Gabę Kulke. Załapałyśmy się na połowę koncertu i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Muszę koniecznie sprawić sobie jej płytę, bo bardzo mi się podobały jej piosenki. Potem przerwa na coś do jedzenia (jakieś pół godziny w kolejce za hot-dogiem), więc na Kooksów się nie załapałam (miałam nadzieję, że na sam koniec usłyszę "Naive", ale najwyraźniej zagrali to w środku, albo wcale). W sumie to zdziwiła mnie żywiołowość wokalisty, jak poszedł w tłum to myślałam, że już nie wróci. Albo, że wróci nie w pełni ubrany chociaż. No to pora na Duffy, blondynkę porównywaną z Dusty Springfield. Gra ona sympatyczną muzykę w stylu retro. Kawałek, który był puszczany w radiu "Mercy" na żywo brzmi tak samo przyjemnie. Reszta melodii też niby miła dla ucha, ale maniera głosu dziewczyny bywa męcząca. Nie mogę odmówić jej skali, ale po blisko godzinie wysłuchiwania tej "żaby" (coś jak Tatiana z Blue Cafe) byłam naprawdę zmęczona. Niektórzy, żeby lepiej widzieć, wspinali się na filary dźwigające namiot. Ot, swoista galeria Szymonów Słupników. Potem Moby. Usiadłyśmy z koleżanką na polu, przesłuchałyśmy jedną piosenkę, skuliłyśmy się od coraz bardziej kąśliwych podmuchów zimnego wiatru, zaczęłyśmy słuchać kolejnej i stwierdziłyśmy, że to nie nasza bajka. Pojechałyśmy do domu.
Zastanawiałam się nad tym już w 2006, zastanawiałam się rok temu, teraz i pewnie będę jeszcze w następnych latach, jak uda mi się tam dojechać. Mianowicie, czy muzyka, którą słyszałam przy Schronisku niosła się z Openera, czy to była jakaś konkurencyjna impreza? Ciekawe...

Open'er 2009 prolog

Za namową znajomego postanowiłam całą relację podzielić na odcinki, dla łatwiejszego czytania. Nie wiem czy zdołam wszystkie wrzucić od razu, pewnie nie.

Najlepsze podsumowanie festiwalu, po prostu szaleństwo.

Gdy nagle ze sklepów giną wszelkie kalosze to znak, że coś zbliża. Deszcze, albo festiwal. W moim przypadku, Open'er Festival. Impreza zaczęła się od złamanej obietnicy. Właściwie to nie powinnam była myśleć, że będzie inaczej, ale cóż... bywam naiwna kiedy bardzo chcę w coś wierzyć.
No to w drogę!

Parę spostrzeżeń z trasy i pierwszego rozpoznawczo-zapoznawczego spacerku po Gdyni:
- nazwy miejscowości to istna skarbnica ciekawostek: Wilcze Laski, Dziki, Parchowo, Babi Dół (pojedynczy, bo w Gdyni jest ich więcej), Ciemno. Więcej nie zapamiętałam.
Pamiętam skąd sama pochodzę. I od razu uprzedzam, mieszkanki tej miejscowości to nie są nowe solniczki.
- niektóre miejscowości wbrew nazwie nie chcą leżeć nad morzem. Drawsko Pomorskie nie leży nad samym morzem. Żebym była nieco lepsza z geografii, to bym tam się nie pokierowała. Na szczęście nie zajechałyśmy ze współlokatorką zbyt daleko. GPS stracił kontakt z satelitą (czyt. nie przekartkowałam zbyt szybko atlasu)
- drogowcy są wszędzie. Szczególnie w wakacje.
- wyciąg narciarski w drodze nad morze. W życiu bym nie pomyślała, że coś takiego tam będzie.
- zajazd "U kota Wasyla"; salon piękności i SPA "Niedźwiadek", nazwy mnie zwalił z nóg.
- "Błyskawica" dalej ma niegodny kolor, majtkowy niebieski.
- Metalmania, jak nazwa wskazuje to festiwal muzyki metalowej, Open'er Festival, jak nazwa wskazuje, to festiwal muzyki granej pod gołym niebem. Czy może nie? Tak zaczęłam się nad tym zastanawiać, kiedy znajomy, którego namawiałam, a który nawet nie chciał słyszeć o wyjeździe, powiedział, że nie jedzie, bo on nie lubi takiej muzyki. I wtedy dodał, że to tak samo jakby mnie chciał zaprosić na rzeczoną Metalmanię. Czy to oznacza, że on chodzi na koncerty grane jedynie pod dachem?

2 lipca
Tego dnia, choć pogoda rano zbytnio nie rozpieszczała, to jednak przekonałam się jak skuteczne są kremy z filtrami. Wystarczyło jedno źle nasmarowane miejsce, kawałek skóry wystawiony na okropne promienie UV. Po 1,5h owo miejsce było całe czerwone. Ot taki trójkąt jak po przyłożeniu żelazka. Na udzie.
Po ściągnięciu okularów okazało się, że wyglądam jak panda (mała).
Opalanie to jednak trudna sprawa.
Pojawiły się żaglowce. Na szczęście tłum był jeszcze znośny i mogłam spokojnie je pooglądać.

Największy z nich, Siedow.

Przekonałam się wtedy, że prawdziwy szczur lądowy ze mnie, nic a nic we mnie nie drgnęło, żadne dzikie pragnienie wolności ani nic w te gusta.
W Kwadransie jak zawsze kolejka. Chciałam zjeść w pizzerii, ale zabrakło sera i były tylko sałatki.
Mało.
Pora wracać i zasuwać na koncerty!
Transport działał bez zarzutu. Widać, że mają już to opanowane.
Nie ma już pola ziemniaków. Została tylko trawa.
Główna scena tam gdzie była, namiotowa jakby większa... niby wszystko wydaje się takie wielkie, ale i tak można utknąć w tłumie.
Na pierwszy ogień scena namiotowa i The Car is on Fire.
Mój znajomy jest ich wielkim fanem i chyba dałby się za nich pokroić, z kolei moja współlokatorka opowiadała, że widziała ich kiedyś jako support i stwierdziła, że wokalista nie umie śpiewać.
Trochę sprzeczne sygnały podsycał moją ciekawość. No bo jak to? Albo śpiewa albo nie!
Nie.
Generalnie melodie są fajne, wpadają w ucho, nóżka chodzi, ale zamarłam kiedy jeden z wokalistów zaczął śpiewać. Czy to wina odsłuchu, że muzyk sam siebie nie słyszał czy co, ale on naprawdę fałszował. Za pierwszym razem pomyślałam, że nie wyszło, za drugim, że znowu nie wyszło, a za trzecim zaczęłam się zastanawiać, kiedy mu wyjdzie. Szkoda. Wierzę, że płyty mają dobre, bo melodie są porządne, a i w studiu pewnie można i głos poprawić. Z koncertami to już nieco gorzej. Pomijam to, że piosenki po angielsku, co oznacza, że nic nie rozumiem (niekoniecznie z powodu nieznajomości języka). Trzeba było stamtąd iść. Na głównej scenie miał grać Renton. Nic mi ta nazwa nie mówiła, że podsłuchałam w autobusie, że chłopaki grają prostego, melodyjnego rocka, ot takiego do poskakania sobie.
I tak jest.
Bez fałszów, nawet coś po angielsku zrozumiałam. Melodie proste łatwe i przyjemne, ale bez szaleństw. Porządna rzemieślnicza robota.
Stałam dość blisko sceny (choć nie naprawdę blisko), widok niezły, myślałam, że będzie wszystko w porządku. Nie doceniłam fanów(?) następnego zespołu, Arctic Monkeys. Tłum zaczął się dziwnie zagęszczać. Potem zaczął dziwnie napierać, potem jakiś głośny typ zacząć macać wszystkie wokół. A potem wyszli oni i tłum zaczął się niebezpiecznie kołysać. Kiedy nagle poczułam, że tracę kontakt z podłożem nieco się zestresowałam, właściwie to na tyle, by spanikować i uciekać do tyłu.
Wtedy dotarło do mnie ile ludzi stoi pod sceną, kiedy wieża-reżyserka zdaje się być coraz bliżej, a tłum wciąż tak samo gęsty.
Przerażające.
Jak już się wydostałam, szybki SMS do koleżanki z nową lokalizacją. Już zaczynałam od nowa słuchać tego koncertu, kiedy... padło nagłośnienie. Cisza. Na telebimie widać jak Alex porusza ustami i gra, ale nic nie słychać. Chwila przerwy (zdołałam odnaleźć się z koleżanką) i słuchamy dalej.
Jakie nudy.
Jeśli cały klimat trzeciej płyty będzie tak, to nie chcę jej słuchać.
Potem coś ciepłego (Jacobs miał tańszą herbatę niż Wild Bean) i powrót pod główną scenę na Basement Jaxx.
I na to właśnie czekałam, na coś co da mi kopa i zmusi nogi do tańca!
Pump up the jam
Pump it up
While your feet are stompin'
And the jam is pumpin'
Look at here the crowd is jumpin'

Ktoś to jeszcze pamięta? Okazuje się, że tak, bo rozgrzało to tłum do czerwoności.