Pierwsze dwa dni można było scharakteryzować następująco: pewniaki zagrały tak sobie, zaskoczyli z kolei ci, co do których nie miałam żadnych oczekiwań (może właśnie dlatego?). Wczorajszy dzień przełamał tę tendencję, pewniacy zagrali wybornie i chciałam, aby dziś też tak było, bo mieli grać Kings of Leon, czyli jak się okazało, zespół który okazał się "tym najważniejszym" dla mnie na tegorocznej edycji festiwalu.
Ale przedtem kolejne spotkanie ze znajomymi.
Zabawnie się czeka na kogoś, kiedy nie wiem jak ta osoba wygląda. Jeszcze zabawniejszym jest kiedy jakieś moje wyobrażenie okazuje się zupełnie chybione, ot kiedy blondyn okazuje się być brunetem. No ale to on miał mnie poznać nie ja jego, więc uznajmy, że jestem usprawiedliwiona.
Żaglowce wyszły z portu, nie dane mi jednak było zobaczyć jak wyglądają pod pełnymi żaglami i czy naprawdę są takie piękne, jak niegdyś śpiewały o tym Wilki.
Czas się zbierać, dziś wielki finał!
Na początek, Lily Allen. Nie polecam słuchania jej siedząc, gdyż bas zagłusza wszystko.
Melodie przyjemne, bujające.
Potem obowiązkowe jedzenie i picie.
Gdy stoi się 30 minut w kolejce za hot-dogami to sudoku w komórce bardzo się przydaje. Chyba, że akurat trafi się na bardzo ciekawą parę stojącą przed sobą:
On: Co ty o mnie myślisz?
Ona: Tak serio? Że ty straszne ruchadło jesteś.
Perełek w tym stylu padło jeszcze więcej. Aż żałowałam, że jednak ta kolejka nie jest dłuższa, bo już pod sam koniec to prawie żeśmy się z nimi zaprzyjaźniły.
No to po hot-dogu w każdą łapkę i pora na pole!
Bo tam zaraz, za chwilę, za minutkę, za momencik, Kings of Leon.
Grali przede wszystkim piosenki z ostatniej płyty "Only by the night".
Mogę powiedzieć, że na szczęście, bo bardzo mi się ten album podoba.
Sporo miejsca wokół, dobry widok na scenę i telebim i ... odleciałam. Oni, zaskoczeni tak ciepłym przyjęciem (jaaaaasne, rozumiem bądźmy skromni, ale nie przesadzajmy; naprawdę się spodziewali, że nikt ich w Polsce nie zna?), obiecują, że będą wracać za każdym razem jeśli tylko będziemy chcieli (nie wyjeżdżajcie!). A potem "Revelry"...
What a night for a dance,
You know I'm a dancing machine
With a fire in my bones
And the sweet taste of kerosene
I get lost in the night
So high I don't want to come down
To face the loss
Of the good thing
That I had found
In the dark of the night
I can hear you callin my name
With the hardest of hearts,
I still feel full of pain
So I drink and I smoke
And I ask if you're ever around
Even though it was me who drove us
Right in the ground
See the time we shared it
Was precious to me
But all the while
I was dreamin of revelry
I wanna run baby run
Like a stream down a mountainside
With the wind at my back
I don't ever even bat an eye
Just know it was you all along
Who had a hold of my heart
But the demon and me
Were the best of friends from the start
So the time we shared it
Was precious to me
All the while
I was dreamin of revelry
Dreamin of revelry
And I told myself boy away you go
It rained so hard that it felt like snow
Everything came tumbling down on me
In the back of the woods
In the dark of night
The Palest of the old moonlight
Everything just felt so incomplete
Dreamin of revelry
Obok mnie całująca się para, kolejna stoi w objęciach, a ja z całych sił się staram się powstrzymać to dziwne wzruszenie. "Przytulę, utulę, uścisnę i ukołyszę". Cztery słodkie małe kłamstewka.
Obiecaj mi jedno Szanowny Czytelniku, że nie będziesz składać obietnic, których nie spełnisz.
Tak, to jest zdecydowanie TEN koncert na który tu przyjechałam.
Chwila, żeby ochłonąć, bo za chwilę Placebo.
Znowu promują swój nowy album, jak trzy lata temu. Ciekawe czy wyciągnęli nauczkę z tamtego koncertu? Grali wtedy raczej nowe utwory co niekoniecznie przypadło słuchającym do gustu.
Wychodzą... Brian, ten drugi i nowy perkusista.
Pierwsze takty i perkusja po prostu zmiata mnie z powierzchni ziemi.
Grają nowe, ale i stare, bo jakoś dużo rozpoznaję, a fanką oddaną nie jestem.
Perkusista naprawdę mnie powala, wali w gary jak oszalały.
Naprawdę dobry koncert!
Lepszy niż się spodziewałam.
A potem byłam świadkiem niezwykłego kataklizmu, otóż zabrakło... wody.
Gdy po tej dawce muzyki spragniony tłum ruszył do stoisk z piciem zaczęło się piekło.
Po co dowozić zapasy skoro to i tak ostatni dzień festiwalu? Może jednak po to, żeby nie wystawiać się na pastwę wściekłego tłumu, który dawał wyraźnie odczuć jak bardo jest niezadowolony z powodu braku choćby najzwyczajniejszej wody.
Walka, inaczej tego nie można było określić. I krzyk sprzedawcy, by odsunąć się od lady powtarzany co jakiś czas.
Paranoja.
Żeby na takim festiwalu... wstyd, wstyd, wstyd.
Jednak moja nieoceniona współlokatorka zdobyła ostatnią wodę (gazowaną) i Sprite'a.
I pijąc te zdobyczne napoje, oglądałyśmy początek koncertu The Prodigy.
Droga powrotna była krótsza (i tym razem GPS nie zawiódł) i upłynęła przy dźwiękach Kings of Leon (no jakże by inaczej), a także wyśpiewywanej płyty "Absolution" zespołu Muse.
Teraz pora na podziękowania dla Kuby, który był mi m.in.:
- przewodnikiem
- informacją turystyczną
- budzikiem
- tragarzem
- automatem biletowym
- wikipedią
- oparciem
- pogodynką
Dzięki!





