Przyglądałam się ostatnio dużemu plakatowi. Nie mogąc się doczekać odejścia zimy, z dziwną nostalgią patrzyłam na reklamy marek odzieżowych. Kolekcje wiosna-lato, ech te wysokie temperatury. Właśnie przyglądałam się jasnemu żakietowi, w który była ubrana modelka (bardzo ładny), kiedy moją uwagę przyciągnął pewien szczegół.
Co modelka miała na sobie poza żakietem (i paskiem).
Nie była to spódnica.
Nie były też szorty, ni inne krótkie spodenki. Śmiem tak twierdzić, bo nie zauważyłam nogawek.
To był majtki.
Nie jakieś tak zwykłe gatki, ale zapewne gatki wyjściowe, bo nabłyszczane. Żadne tam barchany, figi wersja glamour.
I teraz moje pytanie, czy Panowie stwierdzą, że zestaw jest mimo wszystko dziwny, czy może...nie?
PS. Dzięki serdeczne za komentarze. Jay, korzystam z szablonu i obawiam się, że na dziwnie rozmieszczone przyciski nic nie poradzę.
Mam nadzieję, że jednak nikogo to nie zniechęci.
niedziela, 29 marca 2009
piątek, 20 marca 2009
Auto(fantasy)analiza
Ostatnio zafrapowała mnie jedna sprawa.
Zaczęłam poważnie zastanawiać się nad tym, czy lubię fantasy.
Wydawałoby się, że odpowiedź jest oczywista, przecież grywam z w NWN, zajmuję się DA (rany, same skróty, prawie jak w tym starym powiedzonku "Piję EB (czy ktoś je jeszcze pamięta?), palę HB, używam OB i jestem OK") no i generalnie przecież lubię fantasy.
Tylko czemu na mojej półce z książkami stoją pozycje innych gatunków?
I żeby była jasność, przez fantasy rozumiem książki z rodzaju "smokiem i czarem". Wszystkie inne, gdzie tylko pojawiają się takowe elementy, nie uważam za "czyste gatunkowo". Choć pewien znajomy, kiedy zapoznał się z moim podziałem, powiedział, że "smokiem i czarem" to po prostu D&D. Na chwilę zbił mnie z tropu, ale uznaję, że wszystko co jest powiązane z D&D pod fantasy jak najbardziej podpada.
Próbowałam sobie przypomnieć kiedy ostatnio przeczytałam coś stricte w tym gatunku i doszłam do wniosku, że był to "Władca Pierścieni", przy okazji premiery filmu. Potem tylko były książki z elementami fantasy.
Może jednak wcale nie lubię tego gatunku tak bardzo jak sądziłam?
Filmów, poza pewnymi wyjątkami, praktycznie nie da się obejrzeć.
Seriale? No niby jakieś tam były, ale niezbyt porywające.
Anime? Hm, chyba tylko "Slayers" a i to była raczej parodia niż cokolwiek poważnego.
Książki? "Władca Pierścieni", "Wiedźmin", "Zamek Lorda Valentine'a", coś ze smokiem w tytule i... nieco z cyklu "Świat Czarownic". Mam problem z zakwalifikowaniem "Koloru magii". Wrzucę go jednak do tego worka, co oznacza, że to właśnie była ostania książka fantasy, jaką przeczytałam.
Słabo, prawda?
Ale dlaczego?
I tu z pomocą przyszedł mi p. Sapkowski.
Jakiś czas temu udzielił on Newsweekowi wywiadu, w którym opowiadał o swojej nowej książce. P. Ziębiński spytał go, czy aby nie kusił go powrót do postaci Geralta, na co p. Sapkowski odparł, że nie. Wtedy powiedział też coś ważnego. Niestety nie mam dostępu do oryginalnego tekstu, więc mogę nieco przekłamać. Stwierdził, że problem z fantasy polega na mnożeniu ilości tomów. Że w pewnym momencie akcja polega na tym, że drużyna idzie ubić kolejną bandę trolli, w kolejnym tomie, dla odmiany, idzie ubić armię gnolli i tak to się kręci.
Kiedy w księgarni widzę te półki pełne tytułów, i krótkie opisy informujące, że jest to "kolejny tom sagi..." to od razu takie coś odkładam. I wtedy, w duchu, za każdym razem przyznaję p. Sapkowskiemu rację.
Pamiętam, że jak byłam bardzo młodziutką dziewczynką (miałam wtedy 8,9 lat więc naprawdę byłam bardzo młodziutka, teraz jestem zaledwie bardzo młoda) zaczytywałam się w cyklu o "Świecie Czarownic". "Świat Czarownic", "Świat Czarownic w pułapce", "Troje ze Świata Czarownic", "Czarodziejka ze Świata Czarownic" (albo czarownica...nie pamiętam), "Czarodziej ze Świata Czarownic". Potem jakoś straciłam rachubę i przerzuciłam się na podserię z gryfem w tytule (bodajże trzy części). Czy muszę dodawać, że jest jeszcze cała lista innych tomów (bez "świata czarownic" w tytule, ale z tego cyklu), których nie przeczytałam?
Ileż w końcu można było czytać o tym samym?
To jest chyba przyczyna dla której żadna siła nie zmusi mnie po sięgnięcie po książki osadzone w świecie FR.
Pewnie niektórzy pomyślą teraz, że gdybym jednak sięgnęła po nie, to miałabym większą radość z gry, bo znałabym jakieś tam niuanse (albo wręcz podstawy rządzące światem, bo takowych nie znam i bazuję jedynie na tym, co pamiętam z adaptacji komputerowych).
Bo ja wiem? Urok rozgrywki i tak zależy od innych graczy. Bo co mi z tego, że będę znać realia FR na wylot skoro i tak moja rogata będzie siedzieć sama na ławeczce w pustym mieście, i będę umierać z nudów z braku towarzystwa do rozmowy?
Tak jeszcze na sam koniec dorzucę, że dziś moja uczennica pokazała mi książkę, którą sobie kupiła. Dokonała zakupu ze względu na okładkę, zaiste, ładna. Przeczytałam o czym jest rzecz i... zaczęłam nerwowo chichotać. Było tam coś o dziewczynce, która przypadkiem zabiła kolegę i ją wygnano. I zginęłaby gdyby nie jakiś tajemniczy koleś z tajemniczej organizacji, który nauczył ją jak mordować i kraść (słowem, uczynił ją typowym łotrzykiem...już widzę jak dziewczę wykonuje cios w plecy z trafieniem krytycznym o wartości 4k6+2*1k4). Było też coś o innej tajemnej organizacji, która widzi w dziewczynce Dziecię Śmierci czy coś takiego i chce z niej uczynić terminatora...errr tj. zabójcę idealnego. Ach, zapomniałam dodać coś o klątwie, którą ktoś na nią rzucił.
Ileż nieszczęść jak na jedną dziewczynę, prawda?
Moja uczennica stwierdziła, że książka wcale nie jest tak... głupia (naprawdę nie znalazłam innego słowa) jak wskazywałby opis.
Może to jest kolejna rzecz, która w jakiś trudno wytłumaczalny dla mnie sposób, odstręcza mnie od tego gatunku, opisy fabuły. No przecież czasem to jajo można znieść ze śmiechu.
Choć to nie jest bolączka jedynie fantasy.
Ale o tym następnym razem.
Zatem, jak wygląda sprawa "Ja i literatura fantasy"?
Niby nie jestem uprzedzona, choć jestem. Niby akceptuję reguły rządzące tą literaturą, choć wygląda, że tak nie do końca.
Najwyraźniej fantasy jest dla mnie jak przyprawa, dodana do innych, wzbogaca ich smak, ale kiedy spożywana sama... to już bywa różnie.
Zaczęłam poważnie zastanawiać się nad tym, czy lubię fantasy.
Wydawałoby się, że odpowiedź jest oczywista, przecież grywam z w NWN, zajmuję się DA (rany, same skróty, prawie jak w tym starym powiedzonku "Piję EB (czy ktoś je jeszcze pamięta?), palę HB, używam OB i jestem OK") no i generalnie przecież lubię fantasy.
Tylko czemu na mojej półce z książkami stoją pozycje innych gatunków?
I żeby była jasność, przez fantasy rozumiem książki z rodzaju "smokiem i czarem". Wszystkie inne, gdzie tylko pojawiają się takowe elementy, nie uważam za "czyste gatunkowo". Choć pewien znajomy, kiedy zapoznał się z moim podziałem, powiedział, że "smokiem i czarem" to po prostu D&D. Na chwilę zbił mnie z tropu, ale uznaję, że wszystko co jest powiązane z D&D pod fantasy jak najbardziej podpada.
Próbowałam sobie przypomnieć kiedy ostatnio przeczytałam coś stricte w tym gatunku i doszłam do wniosku, że był to "Władca Pierścieni", przy okazji premiery filmu. Potem tylko były książki z elementami fantasy.
Może jednak wcale nie lubię tego gatunku tak bardzo jak sądziłam?
Filmów, poza pewnymi wyjątkami, praktycznie nie da się obejrzeć.
Seriale? No niby jakieś tam były, ale niezbyt porywające.
Anime? Hm, chyba tylko "Slayers" a i to była raczej parodia niż cokolwiek poważnego.
Książki? "Władca Pierścieni", "Wiedźmin", "Zamek Lorda Valentine'a", coś ze smokiem w tytule i... nieco z cyklu "Świat Czarownic". Mam problem z zakwalifikowaniem "Koloru magii". Wrzucę go jednak do tego worka, co oznacza, że to właśnie była ostania książka fantasy, jaką przeczytałam.
Słabo, prawda?
Ale dlaczego?
I tu z pomocą przyszedł mi p. Sapkowski.
Jakiś czas temu udzielił on Newsweekowi wywiadu, w którym opowiadał o swojej nowej książce. P. Ziębiński spytał go, czy aby nie kusił go powrót do postaci Geralta, na co p. Sapkowski odparł, że nie. Wtedy powiedział też coś ważnego. Niestety nie mam dostępu do oryginalnego tekstu, więc mogę nieco przekłamać. Stwierdził, że problem z fantasy polega na mnożeniu ilości tomów. Że w pewnym momencie akcja polega na tym, że drużyna idzie ubić kolejną bandę trolli, w kolejnym tomie, dla odmiany, idzie ubić armię gnolli i tak to się kręci.
Kiedy w księgarni widzę te półki pełne tytułów, i krótkie opisy informujące, że jest to "kolejny tom sagi..." to od razu takie coś odkładam. I wtedy, w duchu, za każdym razem przyznaję p. Sapkowskiemu rację.
Pamiętam, że jak byłam bardzo młodziutką dziewczynką (miałam wtedy 8,9 lat więc naprawdę byłam bardzo młodziutka, teraz jestem zaledwie bardzo młoda) zaczytywałam się w cyklu o "Świecie Czarownic". "Świat Czarownic", "Świat Czarownic w pułapce", "Troje ze Świata Czarownic", "Czarodziejka ze Świata Czarownic" (albo czarownica...nie pamiętam), "Czarodziej ze Świata Czarownic". Potem jakoś straciłam rachubę i przerzuciłam się na podserię z gryfem w tytule (bodajże trzy części). Czy muszę dodawać, że jest jeszcze cała lista innych tomów (bez "świata czarownic" w tytule, ale z tego cyklu), których nie przeczytałam?
Ileż w końcu można było czytać o tym samym?
To jest chyba przyczyna dla której żadna siła nie zmusi mnie po sięgnięcie po książki osadzone w świecie FR.
Pewnie niektórzy pomyślą teraz, że gdybym jednak sięgnęła po nie, to miałabym większą radość z gry, bo znałabym jakieś tam niuanse (albo wręcz podstawy rządzące światem, bo takowych nie znam i bazuję jedynie na tym, co pamiętam z adaptacji komputerowych).
Bo ja wiem? Urok rozgrywki i tak zależy od innych graczy. Bo co mi z tego, że będę znać realia FR na wylot skoro i tak moja rogata będzie siedzieć sama na ławeczce w pustym mieście, i będę umierać z nudów z braku towarzystwa do rozmowy?
Tak jeszcze na sam koniec dorzucę, że dziś moja uczennica pokazała mi książkę, którą sobie kupiła. Dokonała zakupu ze względu na okładkę, zaiste, ładna. Przeczytałam o czym jest rzecz i... zaczęłam nerwowo chichotać. Było tam coś o dziewczynce, która przypadkiem zabiła kolegę i ją wygnano. I zginęłaby gdyby nie jakiś tajemniczy koleś z tajemniczej organizacji, który nauczył ją jak mordować i kraść (słowem, uczynił ją typowym łotrzykiem...już widzę jak dziewczę wykonuje cios w plecy z trafieniem krytycznym o wartości 4k6+2*1k4). Było też coś o innej tajemnej organizacji, która widzi w dziewczynce Dziecię Śmierci czy coś takiego i chce z niej uczynić terminatora...errr tj. zabójcę idealnego. Ach, zapomniałam dodać coś o klątwie, którą ktoś na nią rzucił.
Ileż nieszczęść jak na jedną dziewczynę, prawda?
Moja uczennica stwierdziła, że książka wcale nie jest tak... głupia (naprawdę nie znalazłam innego słowa) jak wskazywałby opis.
Może to jest kolejna rzecz, która w jakiś trudno wytłumaczalny dla mnie sposób, odstręcza mnie od tego gatunku, opisy fabuły. No przecież czasem to jajo można znieść ze śmiechu.
Choć to nie jest bolączka jedynie fantasy.
Ale o tym następnym razem.
Zatem, jak wygląda sprawa "Ja i literatura fantasy"?
Niby nie jestem uprzedzona, choć jestem. Niby akceptuję reguły rządzące tą literaturą, choć wygląda, że tak nie do końca.
Najwyraźniej fantasy jest dla mnie jak przyprawa, dodana do innych, wzbogaca ich smak, ale kiedy spożywana sama... to już bywa różnie.
środa, 11 marca 2009
Wiosno, przybywaj!
Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale motocyklista już tak!
Jeszcze parę dni temu, zanim powrócił śnieg(!) i lodowaty wiatr, już ich widziałam.
Właściwie to wpierw usłyszałam.
Co za uczucie!
Najpierw zaskoczenie. Co to za dźwięk? Zaraz, no tak, to przecież motocykl!
Nagle uświadomiłam sobie, jak długo nie słyszałam tego charakterystycznego pomruku, kiedy motocykl podjeżdża wolno do świateł i potem wizgu, kiedy rusza.
Miód!
Co więcej, to oznacza, że początek sezonu jest już bliski. Superbike'i swój już zaczęły (niech tylko dojadę do domu, a obejrzę sobie ten zaległy wyścig, tyle zmian, muszę szybko nadrobić zaległości). To co lubię najbardziej, motogp, dopiero przede mną.
Ale nie będzie to takie oczywiste.
Myślałam, że to oznaka paranoi z mojej strony, kiedy Eurosport zaczynał powoli reklamować to, co szykuje dla swoich widzów i pośród reklamówek sportów motorowych było wszystko poza gp. Jak to tak nie pokazać roześmianej buźki Valentego? Nawet jak nie był mistrzem to go pokazywali, a teraz nic?
Pamiętałam, że wcześniej Dorna planowała jakieś zmiany odnośnie sprzedaży praw do transmisji, ale nie sądziłam, że to wypali.
Jednak brak spotów na Eurosporcie był wciąż nieco niepokojący...
Niestety.
SportKlub ma prawo po pokazywania wyścigów w Polsce.
Ki diabeł!?
Jak to tak bez Eurosportu?
Nie zgadzam się!
PROTESTUJĘ!
Po tylu latach mam nagle zostać pozbawiona relacji?
Byłam absolutnie wściekła jak to przeczytałam. Jakby mi było mało, znajomy zostawił mi taką wiadomość:
Już wiem... Trzy głębokie wdechy, żeby mu od razu nie napisać co sądzę o nadmiernym użyciu wesołych emotek, kiedy ja kombinuję jak koń pod górę, gdzie tu oglądać wyścigi.
Nie będę się do niego wpraszać.
Nie kiedy wykazał tak mało empatii i zamiast współczuć mi z powodu straty to jeszcze się cieszy, że on ma.
Żeby to jeszcze oglądał chociaż!
Kolejne trzy głębokie wdechy, bo się za mocno denerwuję.
Liczę na to, że Włosi albo Hiszpanie będą dawać relacje w paśmie niekodowanym. Wolałabym Włochów, mogłabym osłuchać się nieco ze słownictwem (la gara!).
Wszystko wyjaśni się w kwietniu.
Jeszcze parę dni temu, zanim powrócił śnieg(!) i lodowaty wiatr, już ich widziałam.
Właściwie to wpierw usłyszałam.
Co za uczucie!
Najpierw zaskoczenie. Co to za dźwięk? Zaraz, no tak, to przecież motocykl!
Nagle uświadomiłam sobie, jak długo nie słyszałam tego charakterystycznego pomruku, kiedy motocykl podjeżdża wolno do świateł i potem wizgu, kiedy rusza.
Miód!
Co więcej, to oznacza, że początek sezonu jest już bliski. Superbike'i swój już zaczęły (niech tylko dojadę do domu, a obejrzę sobie ten zaległy wyścig, tyle zmian, muszę szybko nadrobić zaległości). To co lubię najbardziej, motogp, dopiero przede mną.
Ale nie będzie to takie oczywiste.
Myślałam, że to oznaka paranoi z mojej strony, kiedy Eurosport zaczynał powoli reklamować to, co szykuje dla swoich widzów i pośród reklamówek sportów motorowych było wszystko poza gp. Jak to tak nie pokazać roześmianej buźki Valentego? Nawet jak nie był mistrzem to go pokazywali, a teraz nic?
Pamiętałam, że wcześniej Dorna planowała jakieś zmiany odnośnie sprzedaży praw do transmisji, ale nie sądziłam, że to wypali.
Jednak brak spotów na Eurosporcie był wciąż nieco niepokojący...
Niestety.
SportKlub ma prawo po pokazywania wyścigów w Polsce.
Ki diabeł!?
Jak to tak bez Eurosportu?
Nie zgadzam się!
PROTESTUJĘ!
Po tylu latach mam nagle zostać pozbawiona relacji?
Byłam absolutnie wściekła jak to przeczytałam. Jakby mi było mało, znajomy zostawił mi taką wiadomość:
nie wiedzialas w tym sezonie prawa do motogp ma sportklub :D cale szczescie ze mam n-ke :P
Już wiem... Trzy głębokie wdechy, żeby mu od razu nie napisać co sądzę o nadmiernym użyciu wesołych emotek, kiedy ja kombinuję jak koń pod górę, gdzie tu oglądać wyścigi.
Nie będę się do niego wpraszać.
Nie kiedy wykazał tak mało empatii i zamiast współczuć mi z powodu straty to jeszcze się cieszy, że on ma.
Żeby to jeszcze oglądał chociaż!
Kolejne trzy głębokie wdechy, bo się za mocno denerwuję.
Liczę na to, że Włosi albo Hiszpanie będą dawać relacje w paśmie niekodowanym. Wolałabym Włochów, mogłabym osłuchać się nieco ze słownictwem (la gara!).
Wszystko wyjaśni się w kwietniu.
niedziela, 8 marca 2009
Tonight: Franz Ferdinand
Wreszcie ją mam! Swój własny, prywatny, oryginalny, dwupłytowy album!
No you girls you never know how you make a boy feel!
Panowie tworzący zespół to nie młodzi chłopcy, śpiewający o swych pierwszych podbojach. W warstwie tekstowej zbyt wiele się nie zmieniło, wciąż kręcą się wokół związków, mniej lub bardziej udanych. Podrywy w barze, na parkiecie, szybki seks, chwile uniesień a potem wyrzuty sumienia, bądź smętny powrót do domu nad ranem. Wszystko po staremu.
Ale muzyka jest nieco inna.
Dwie poprzednie płyty były mimo wszystko podobne do siebie, owszem, druga miała bogatsze aranżacje, ale wciąż czuło się między nimi ciągłość. Trzecia jest próbą pójścia nieco inną drogą. Tylko "nieco" zatem nie musiałam cały czas upewniać się czego słucham, to wciąż brzmi jak Franz Ferdinand i wciąż chce się przy tym tańczyć (za co jestem najbardziej wdzięczna!).
Ulissesa, pierwszy utwór, już znałam i już o nim pisałam. Po przesłuchaniu płyty miałam podobne wrażenie jak pan Ziębiński z "Newsweeka".
Ta płyta jest seksownie bujająca.
Pan recenzent z Dziennika, p. Marcin Staniszewski był w sumie dość podobnego zdania w swojej recenzji:
Też bym go nie wyrzuciła i to również z powodu jego głosu.
Nie oznacza to, że Alex ma warunki niczym śpiewak operowy, o nie, on sam określa swój wokal jako raczej przeciętny.
Ale świetnie radzi sobie z wyrażaniem emocji (może i się powtarzam, ale fraza z "Word so leisured" to arcydzieło!).
You dirty boys'll never care how the girl feels! (kiedy mówicie różne rzeczy TYM głosem...)
PS. Próbowałam parę razy dodać komentarz do poprzedniego wpisu, ale nie udało mi się. Spisku jeszcze żadnego nie wietrzę, raczej jako winnego wskazałabym swój "szybki" Net. Glaco, dzięki za ciepłe słowa i zapraszam częściej!
Zielu... to ja wcale nie nadużywam słowa na f, zatem zupełnie nie wiem, skąd takie insynuacje! :)
No you girls you never know how you make a boy feel!
Panowie tworzący zespół to nie młodzi chłopcy, śpiewający o swych pierwszych podbojach. W warstwie tekstowej zbyt wiele się nie zmieniło, wciąż kręcą się wokół związków, mniej lub bardziej udanych. Podrywy w barze, na parkiecie, szybki seks, chwile uniesień a potem wyrzuty sumienia, bądź smętny powrót do domu nad ranem. Wszystko po staremu.
Ale muzyka jest nieco inna.
Dwie poprzednie płyty były mimo wszystko podobne do siebie, owszem, druga miała bogatsze aranżacje, ale wciąż czuło się między nimi ciągłość. Trzecia jest próbą pójścia nieco inną drogą. Tylko "nieco" zatem nie musiałam cały czas upewniać się czego słucham, to wciąż brzmi jak Franz Ferdinand i wciąż chce się przy tym tańczyć (za co jestem najbardziej wdzięczna!).
Ulissesa, pierwszy utwór, już znałam i już o nim pisałam. Po przesłuchaniu płyty miałam podobne wrażenie jak pan Ziębiński z "Newsweeka".
Ta płyta jest seksownie bujająca.
Pan recenzent z Dziennika, p. Marcin Staniszewski był w sumie dość podobnego zdania w swojej recenzji:
"Głos Kapranosa ocieka wręcz seksowną nonszalancją, do złudzenia przypominającą manierę Jima Morrisona. Jestem szczęśliwie żonaty, ale słuchając takich numerów jak „No You Girls Never Know” czy „Ulysses”, myślę sobie, że nie wyrzuciłbym Kapranosa z łóżka, gdyby ten znalazł się jakimś dziwacznym zrządzeniem losu w jego okolicach..."
Też bym go nie wyrzuciła i to również z powodu jego głosu.
Nie oznacza to, że Alex ma warunki niczym śpiewak operowy, o nie, on sam określa swój wokal jako raczej przeciętny.
Ale świetnie radzi sobie z wyrażaniem emocji (może i się powtarzam, ale fraza z "Word so leisured" to arcydzieło!).
You dirty boys'll never care how the girl feels! (kiedy mówicie różne rzeczy TYM głosem...)
PS. Próbowałam parę razy dodać komentarz do poprzedniego wpisu, ale nie udało mi się. Spisku jeszcze żadnego nie wietrzę, raczej jako winnego wskazałabym swój "szybki" Net. Glaco, dzięki za ciepłe słowa i zapraszam częściej!
Zielu... to ja wcale nie nadużywam słowa na f, zatem zupełnie nie wiem, skąd takie insynuacje! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)