Olimpiada trwa w najlepsze.
Nareszcie medale dla Polski z czego bardzo się cieszę i liczę na więcej!
Igrzyska to czas, kiedy uwagę wszystkich skupiają sportowcy.
Choćby kolarz jak Andy Schleck. Wysoki, bardzo szczupły o ujmującym uśmiechu.
Już wrócił moją uwagę podczas Tour de France, szkoda, że dał się tak ograć w Pekinie.
Pływacy?
Pełniący role eksperta Eurosportu Ian Thorpe na pewno, bo Michael Phelps, chociaż cudów dokonuje to...no nie jest może AŻ tak interesujący, choć napatrzeć się nie mogłam jak on nisko te spodnie (kąpielówki w wersji maxi?) nosił. Spadną, czy nie spadną...? W sumie to aż żal zasłaniać taką muskulaturę.
Ale ciekawsi są skoczkowie do wody. "Szczupli, ładnie zbudowani, nieprzepakowani i dużej ruchliwości w barkach..." jak to zachwycał się pan komentator. Z ruchliwością w barkach wierzę na słowo, ale co do reszty to się zgadzam!
Siatkarze?
O tak! Szczególnie nasi, jakaż szkoda, że nie ma w Pekinie ani Bąkiewicza ani Żygadło. Ale jest Winiarski i Kadziewicz. Zdecydowanie najczęściej pokazywani przez realizatora.
Pochwała za dobry gust.
Wioślarze?
Koniecznie z przedziału "waga lekka".
Skoczkowie?
O tak!
Inni wciąż przechodzą weryfikację...
niedziela, 17 sierpnia 2008
poniedziałek, 11 sierpnia 2008
Obcy i pan Philip K. Dick
Ostatnio obejrzałam sobie klasykę filmu sf, "Obcy, 8 pasażer Nostromo".
W HD a co!
Nawet jeśli nie był to tylko up-scalling to i tak wyglądało ładnie.
Scena śniadania.
Przerażone spojrzenie Ripley, gdy w korytarzu widzi Obcego.
Podwójne, oślinione szczęki stwora.
I gdy tak to sobie oglądałam, to przyszło mi na myśl, jak bardzo zasłużył się Ridley Scott dla gatunku. Nie tylko "Obcym", ale też "Łowcą androidów". Ale uznanie należy się też panom jak Hampton Fancher i David Webb Peoples. To scenarzyści "Łowcy...".
Proza Philipa K. Dicka, choć świetna do czytania, jest raczej mało filmowa moim zdaniem.
Gdy sięgnęłam po "Czy androidy marzą o elektronicznych owcach" byłam święcie przekonana, że przeczytam, to co dobrze znam z filmu.
A jednak nie.
Imiona, miejsca i pewne motywy, tylko to łączyło te dwie rzeczy. Scenarzyści i autor rozłożyli inaczej akcenty, co tylko uatrakcyjniło sprawę. Najczęściej w przypadku ekranizacji powieści, wątki są pomijane a te tutaj zostały rozbabrane i złożone od nowa.
Może tym różni się fraza "na podstawie powieści" od "na motywach powieści"?
Ale i tak podtrzymam zdanie, że proza Dicka nie ma zawsze szczęścia do ekranizacji.
Zacznę od "Pamięci Absolutnej" (Total Recall).
To prawne kino akcji, z nowatorskimi efektami (choćby ta ściana prześwietlająca, niby promienie X), ale coś mi nie pasuje. Może właśnie przeniesienia ciężaru na akcję a nie na poczucie zagubienia bohatera?
Tylko, że ile można oglądać wewnętrzne rozterki, prawda?
Dick pozostawił po sobie wiele opowiadań, które wydłużone do pełnometrażowych filmów fabularnych, czasem tracą swoją ostrość i świeżość.
Choćby "Zapłata" (Paycheck). Niby sprawne, niby z pomysłem, ale drugi raz oglądać tego bym nie chciała.
I Uma Thurman, która wygląda tam jakby tylko czekała, żeby ktoś jej dał katanę do rąk, by mogła rozprawić się z niegodziwcami w stylu Czarnej Mamby.
"Impostor", którego polski tytuł wyleciał mi z głowy. Na siłę rozciągnięte, ale chociaż rekompensuje zakończeniem.
"Raport Mniejszości", przy którym zatrzymam się na ciut dłużej. Kapitalna scena pogoni za gałkami ocznymi i z mechanicznymi pajączkami. Ciekawa postać Colina Farella, który nawet jeśli irytuje na początku to jednak okazuje się dużo bardziej przenikliwy i wprowadza milutki ferment. I przede wszystkim sam pomysł.
Troje jasnowidzów przewiduje kto popełni zbrodnię, na jednej kulce pojawiają się dane przestępcy, na drugiej ofiary.
I nagle wylatuje kulka z Twoim nazwiskiem jako sprawcą i druga, z nazwiskiem obcego człowieka jako ofiarą. I pytanie "dlaczego zabiję kogoś, kogo nawet nie znam?".
Nie mogło się obyć bez pogodzenia z żoną, ale... to przecież amerykański film.
I na końcu "Przez ciemne zwierciadło" (Scanner darkly).
Warto zobaczyć dla samej strony wizualnej.
Książka jest trudna i byłam bardzo zaskoczona kiedy czytałam, że ma być sfilmowana. Nawet sprawnie im to poszło, kiedy od czytania puchła mi głowa, to z filmem szło łatwiej.
Może dlatego, że już wiedziałam o co chodzi?
Słyszałam, że powstają dwa filmy biograficzne o Dicku.
Jeśli ktoś jeszcze miałby ochotę coś zekranizować z jego dorobku to bardzo chciałabym zobaczyć "Ubika", "Oko na niebie" i "Trzy stygmaty Palmera Eldritcha".
W HD a co!
Nawet jeśli nie był to tylko up-scalling to i tak wyglądało ładnie.
Scena śniadania.
Przerażone spojrzenie Ripley, gdy w korytarzu widzi Obcego.
Podwójne, oślinione szczęki stwora.
I gdy tak to sobie oglądałam, to przyszło mi na myśl, jak bardzo zasłużył się Ridley Scott dla gatunku. Nie tylko "Obcym", ale też "Łowcą androidów". Ale uznanie należy się też panom jak Hampton Fancher i David Webb Peoples. To scenarzyści "Łowcy...".
Proza Philipa K. Dicka, choć świetna do czytania, jest raczej mało filmowa moim zdaniem.
Gdy sięgnęłam po "Czy androidy marzą o elektronicznych owcach" byłam święcie przekonana, że przeczytam, to co dobrze znam z filmu.
A jednak nie.
Imiona, miejsca i pewne motywy, tylko to łączyło te dwie rzeczy. Scenarzyści i autor rozłożyli inaczej akcenty, co tylko uatrakcyjniło sprawę. Najczęściej w przypadku ekranizacji powieści, wątki są pomijane a te tutaj zostały rozbabrane i złożone od nowa.
Może tym różni się fraza "na podstawie powieści" od "na motywach powieści"?
Ale i tak podtrzymam zdanie, że proza Dicka nie ma zawsze szczęścia do ekranizacji.
Zacznę od "Pamięci Absolutnej" (Total Recall).
To prawne kino akcji, z nowatorskimi efektami (choćby ta ściana prześwietlająca, niby promienie X), ale coś mi nie pasuje. Może właśnie przeniesienia ciężaru na akcję a nie na poczucie zagubienia bohatera?
Tylko, że ile można oglądać wewnętrzne rozterki, prawda?
Dick pozostawił po sobie wiele opowiadań, które wydłużone do pełnometrażowych filmów fabularnych, czasem tracą swoją ostrość i świeżość.
Choćby "Zapłata" (Paycheck). Niby sprawne, niby z pomysłem, ale drugi raz oglądać tego bym nie chciała.
I Uma Thurman, która wygląda tam jakby tylko czekała, żeby ktoś jej dał katanę do rąk, by mogła rozprawić się z niegodziwcami w stylu Czarnej Mamby.
"Impostor", którego polski tytuł wyleciał mi z głowy. Na siłę rozciągnięte, ale chociaż rekompensuje zakończeniem.
"Raport Mniejszości", przy którym zatrzymam się na ciut dłużej. Kapitalna scena pogoni za gałkami ocznymi i z mechanicznymi pajączkami. Ciekawa postać Colina Farella, który nawet jeśli irytuje na początku to jednak okazuje się dużo bardziej przenikliwy i wprowadza milutki ferment. I przede wszystkim sam pomysł.
Troje jasnowidzów przewiduje kto popełni zbrodnię, na jednej kulce pojawiają się dane przestępcy, na drugiej ofiary.
I nagle wylatuje kulka z Twoim nazwiskiem jako sprawcą i druga, z nazwiskiem obcego człowieka jako ofiarą. I pytanie "dlaczego zabiję kogoś, kogo nawet nie znam?".
Nie mogło się obyć bez pogodzenia z żoną, ale... to przecież amerykański film.
I na końcu "Przez ciemne zwierciadło" (Scanner darkly).
Warto zobaczyć dla samej strony wizualnej.
Książka jest trudna i byłam bardzo zaskoczona kiedy czytałam, że ma być sfilmowana. Nawet sprawnie im to poszło, kiedy od czytania puchła mi głowa, to z filmem szło łatwiej.
Może dlatego, że już wiedziałam o co chodzi?
Słyszałam, że powstają dwa filmy biograficzne o Dicku.
Jeśli ktoś jeszcze miałby ochotę coś zekranizować z jego dorobku to bardzo chciałabym zobaczyć "Ubika", "Oko na niebie" i "Trzy stygmaty Palmera Eldritcha".
czwartek, 7 sierpnia 2008
Licznik
Licznik to fajna sprawa.
Pokazuje z jaką prędkością się jedzie, ile tych kilometrów, a jaka średnia itd.
Jeszcze zabawniej jest kiedy owa zabawka przestaje działać.
Najpierw wyłączał się przy podjazdach.
Pomyślałam, nie chce mnie dołować pokazując tę marną prędkość.
Ale potem wyłączał się także przy zjazdach.
Nie chce mnie z kolei straszyć?
Bo z tym straszeniem to jednak coś jest.
Spojrzenie na licznik i gdy prędkość zbyt wysoka to palce jakoś same zaciskają się na hamulcach.
A tak, nie wiem jak szybko jadę i spokojna jestem.
Mogę się tylko domyślać po tym z jaką siłą wiatr chce mi urwać głowę albo po bólu, który wywołują rozbijające się o mnie owady.
Nie mam się jednak co martwić, z doświadczenia wiem, że nie potrafię się zbyt mocno rozpędzić.
Lazne Libverda swoją wodę źródlaną mają.
W odróżnieniu od tej radoczynnej (po której panie są rade a panowie czynni) ze Świeradowa, ta jest kwasowęglowa o ile dobrze pamiętam.
Jadę tam, pętla ma 40 kilometrów i okazuje się, że... awaria, kranik urwany, wody niet.
Jakież to szczęście, że wczoraj miałam okazję spróbować tej lekko kwaskowatej wody.
A dziś to zostało mi tylko spróbować lazenskich oplatkow.
Mało słodkie wafle z masą.
Niezłe.
Pokazuje z jaką prędkością się jedzie, ile tych kilometrów, a jaka średnia itd.
Jeszcze zabawniej jest kiedy owa zabawka przestaje działać.
Najpierw wyłączał się przy podjazdach.
Pomyślałam, nie chce mnie dołować pokazując tę marną prędkość.
Ale potem wyłączał się także przy zjazdach.
Nie chce mnie z kolei straszyć?
Bo z tym straszeniem to jednak coś jest.
Spojrzenie na licznik i gdy prędkość zbyt wysoka to palce jakoś same zaciskają się na hamulcach.
A tak, nie wiem jak szybko jadę i spokojna jestem.
Mogę się tylko domyślać po tym z jaką siłą wiatr chce mi urwać głowę albo po bólu, który wywołują rozbijające się o mnie owady.
Nie mam się jednak co martwić, z doświadczenia wiem, że nie potrafię się zbyt mocno rozpędzić.
Lazne Libverda swoją wodę źródlaną mają.
W odróżnieniu od tej radoczynnej (po której panie są rade a panowie czynni) ze Świeradowa, ta jest kwasowęglowa o ile dobrze pamiętam.
Jadę tam, pętla ma 40 kilometrów i okazuje się, że... awaria, kranik urwany, wody niet.
Jakież to szczęście, że wczoraj miałam okazję spróbować tej lekko kwaskowatej wody.
A dziś to zostało mi tylko spróbować lazenskich oplatkow.
Mało słodkie wafle z masą.
Niezłe.
sobota, 2 sierpnia 2008
Bike Maraton
Setki rowerów w Świeradowie Zdroju.
A tak konkretnie to coś trochę ponad dziewięć setek.
Ruszył Bike Maraton.
Stoję na stracie i ciekawsko zerkam.
Te opalone, ładnie zbudowane łydki, w zależności od stopnia poświęcenia się dyscyplinie, ogolone bądź nie.
I ten... unoszący się wszędzie zapach kamfory.
Maści na obolałe mięśnie lub stawy już poszły w użycie.
Spoglądam na rowery i jestem zaskoczona ilością sztywnych rowerów (a także ilością hamulców typu V-Brake).
Cóż, na pewno są one lżejsze i szybsze niż fulle, ale komfort jazdy gdzie?
Chyba że tylko amatorzy patrzą na taki szczegół jak komfort jazdy.
Trzy trasy, mini (ok. 25km), mega (ok.50km) i giga (ok. 80km).
Kilometry nie są tak przerażające jak... podjazd pod górę.
Na czas? W tempie? Pod górę?!
Nie,chyba wciąż za chuda w uszach na to jestem.
Choć...
Jeśli nie spróbuję to się nigdy nie dowiem.
Następna odsłona Bike Maratonu w Poznaniu.
A tak konkretnie to coś trochę ponad dziewięć setek.
Ruszył Bike Maraton.
Stoję na stracie i ciekawsko zerkam.
Te opalone, ładnie zbudowane łydki, w zależności od stopnia poświęcenia się dyscyplinie, ogolone bądź nie.
I ten... unoszący się wszędzie zapach kamfory.
Maści na obolałe mięśnie lub stawy już poszły w użycie.
Spoglądam na rowery i jestem zaskoczona ilością sztywnych rowerów (a także ilością hamulców typu V-Brake).
Cóż, na pewno są one lżejsze i szybsze niż fulle, ale komfort jazdy gdzie?
Chyba że tylko amatorzy patrzą na taki szczegół jak komfort jazdy.
Trzy trasy, mini (ok. 25km), mega (ok.50km) i giga (ok. 80km).
Kilometry nie są tak przerażające jak... podjazd pod górę.
Na czas? W tempie? Pod górę?!
Nie,chyba wciąż za chuda w uszach na to jestem.
Choć...
Jeśli nie spróbuję to się nigdy nie dowiem.
Następna odsłona Bike Maratonu w Poznaniu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)