poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Obcy i pan Philip K. Dick

Ostatnio obejrzałam sobie klasykę filmu sf, "Obcy, 8 pasażer Nostromo".
W HD a co!
Nawet jeśli nie był to tylko up-scalling to i tak wyglądało ładnie.
Scena śniadania.
Przerażone spojrzenie Ripley, gdy w korytarzu widzi Obcego.
Podwójne, oślinione szczęki stwora.
I gdy tak to sobie oglądałam, to przyszło mi na myśl, jak bardzo zasłużył się Ridley Scott dla gatunku. Nie tylko "Obcym", ale też "Łowcą androidów". Ale uznanie należy się też panom jak Hampton Fancher i David Webb Peoples. To scenarzyści "Łowcy...".
Proza Philipa K. Dicka, choć świetna do czytania, jest raczej mało filmowa moim zdaniem.
Gdy sięgnęłam po "Czy androidy marzą o elektronicznych owcach" byłam święcie przekonana, że przeczytam, to co dobrze znam z filmu.
A jednak nie.
Imiona, miejsca i pewne motywy, tylko to łączyło te dwie rzeczy. Scenarzyści i autor rozłożyli inaczej akcenty, co tylko uatrakcyjniło sprawę. Najczęściej w przypadku ekranizacji powieści, wątki są pomijane a te tutaj zostały rozbabrane i złożone od nowa.
Może tym różni się fraza "na podstawie powieści" od "na motywach powieści"?
Ale i tak podtrzymam zdanie, że proza Dicka nie ma zawsze szczęścia do ekranizacji.
Zacznę od "Pamięci Absolutnej" (Total Recall).
To prawne kino akcji, z nowatorskimi efektami (choćby ta ściana prześwietlająca, niby promienie X), ale coś mi nie pasuje. Może właśnie przeniesienia ciężaru na akcję a nie na poczucie zagubienia bohatera?
Tylko, że ile można oglądać wewnętrzne rozterki, prawda?
Dick pozostawił po sobie wiele opowiadań, które wydłużone do pełnometrażowych filmów fabularnych, czasem tracą swoją ostrość i świeżość.
Choćby "Zapłata" (Paycheck). Niby sprawne, niby z pomysłem, ale drugi raz oglądać tego bym nie chciała.
I Uma Thurman, która wygląda tam jakby tylko czekała, żeby ktoś jej dał katanę do rąk, by mogła rozprawić się z niegodziwcami w stylu Czarnej Mamby.
"Impostor", którego polski tytuł wyleciał mi z głowy. Na siłę rozciągnięte, ale chociaż rekompensuje zakończeniem.
"Raport Mniejszości", przy którym zatrzymam się na ciut dłużej. Kapitalna scena pogoni za gałkami ocznymi i z mechanicznymi pajączkami. Ciekawa postać Colina Farella, który nawet jeśli irytuje na początku to jednak okazuje się dużo bardziej przenikliwy i wprowadza milutki ferment. I przede wszystkim sam pomysł.
Troje jasnowidzów przewiduje kto popełni zbrodnię, na jednej kulce pojawiają się dane przestępcy, na drugiej ofiary.
I nagle wylatuje kulka z Twoim nazwiskiem jako sprawcą i druga, z nazwiskiem obcego człowieka jako ofiarą. I pytanie "dlaczego zabiję kogoś, kogo nawet nie znam?".
Nie mogło się obyć bez pogodzenia z żoną, ale... to przecież amerykański film.
I na końcu "Przez ciemne zwierciadło" (Scanner darkly).
Warto zobaczyć dla samej strony wizualnej.
Książka jest trudna i byłam bardzo zaskoczona kiedy czytałam, że ma być sfilmowana. Nawet sprawnie im to poszło, kiedy od czytania puchła mi głowa, to z filmem szło łatwiej.
Może dlatego, że już wiedziałam o co chodzi?

Słyszałam, że powstają dwa filmy biograficzne o Dicku.
Jeśli ktoś jeszcze miałby ochotę coś zekranizować z jego dorobku to bardzo chciałabym zobaczyć "Ubika", "Oko na niebie" i "Trzy stygmaty Palmera Eldritcha".

1 komentarz:

  1. Z tych wszystkich filmów znam tylko Raport Mniejszości :O

    *zastanawia się jeszcze co tu dopisać*

    Mordka Obcego musiała być przepiękna...

    OdpowiedzUsuń