sobota, 20 listopada 2010

Szybciej, mocniej...nudniej?

Jakiś czas temu David Coulthard w wywiadzie stwierdził, że F1 musi mieć duże budżety, żeby ten sport wciąż był elitarny. Jeśli pieniądze będą mniejsze, to seria zmieni się w wyścigi nieco podrasowanych gokartów. Jeśli oznaczałoby to więcej walki na torze, to może nie byłby to taki zły pomysł? F1 czy też MotoGP (które jest mi znacznie bliższe) to poligon najbardziej zaawansowanych technologicznie maszyn. Zanim coś trafi do seryjnej produkcji, najpierw przechodzi testy na torze (albo prawie wszystko).

Te cuda techniki trafiają w ręce najlepszych kierowców na świecie, którzy ujeżdżają je ku uciesze gawiedzi. Nie ma lepszych kierowców od tych z najbardziej prestiżowych serii wyścigowych. I tak za czasów dwusuwowych "pięćsetek" musieli uważać, bo narowiste, niczym dzikie rumaki, maszyny mało komu wybaczały błędy, katapultując jeźdźca na pobocze. Potem ryczące czterosuwowe "dziewięćsetki", które pozwalały na bajecznie głębokie uślizgi (chyba, że było się Garrym McCoyem, który takie cuda robił też na "pięćsetce"), ale za to były bezlitosne dla opon, pożerając je w okamgnieniu. Kto się nie pilnował, kończył przedwcześnie z marnymi gumowymi resztkami na kole. I wtedy pojawiły się "osiemsetki", które były łagodne dla kierowców i opon. W ogóle były tak łagodne, że oszczędzały też nerwy kibiców. Denerwować się w trakcie wyścigu? A czym? Toż wieje nudą...

Nowoczesny motocykl to dzieło sztuki samo w sobie. Odpowiednio zaprogramowanie jego komputera tak, by prawidłowo reagował na każdy zakręt czy wzniesienie, to nie lada wyczyn. Wolałam jednak kiedy wyścigi wygrywali kierowcy, a nie programiści. Nie chcę oglądać czegoś, co wygląda jak jazda indywidualna na czas, tyle, że ze wspólnego startu. Chcę emocji! W tym sezonie prawdziwym thrillerem był wyścig w Motegi, który odbył się pod koniec sezonu. Znowu pojawiły się te zapomniane uczucia jak ekscytacja i niedowierzanie. Przecież taki manewr nie może być możliwy! I pomyśleć, że kiedyś ta seria chlubiła się jednymi z najbardziej ekscytujących wyścigów.

W jakimś stopniu jestem w stanie zrozumieć szefów fabryk, którzy ładują w swoje prototypy wszelkie nowinki techniczne, by je przetestować i doskonalić. Ale z drugiej strony oddają te maszyny w ręce ludzi, których talent i umiejętności są niezrównane. Oni nie potrzebują tych cudów, są zbyt dobrzy. Najchętniej dałabym im jak najprostsze maszyny, żeby mogli pokazać, co potrafią. Z pewnością kiedyś łatwiej było zachować równowagę między talentem jeźdźca, a technologicznym zaawansowaniem maszyny. Teraz walka trwa na starcie, zanim po paru zakrętach wszyscy ustawią się w linii.

Od 2012 roku wracają do gry większe maszyny. Może FIM coś zrobi i nakaże wyłączenie kilku systemów? Może wtedy jeźdźcy znowu będą mogli pokazać, czego nauczyli się jeżdżąc w niższych klasach, kiedy o zwycięstwo trzeba było twardo walczyć?

Podrasowane motorynki? Jeśli dostarczą emocji, to nie miałabym chyba nic przeciwko.

środa, 17 listopada 2010

Co w trawie piszczy

Porost nie oczekuje wiele. Trochę słońca, troszkę wody i skrawek powierzchni, której można się trzymać. Nie jest okazały, nie kwitnie tysiącami kolorów i nie pachnie odurzająco. To tylko taki mały, zielonkawy kleks.

Porost nie narzeka, choć czasem zdarza mu się zastanowić, jakby to było, być okazałą, zieloną rośliną. Dumnie prężyć się do słońca i zachwycać barwą. Częściej jednak myśli o własnym wzroście, gwałtownej (w granicach rozsądku) ekspansji, która pozwoli zająć mu co najmniej pół kamienia albo sztachety.

Czasem w sąsiedztwie porostu pojawiają się rośliny dobrze mu znane. Opowiadają z przejęciem o intensywnej fotosyntezie i ekspansji na nowe terytoria. Szczegółowo omawiają nowe łodyżki i listki, tudzież kto z kim jaki pyłek wymienił. A porost słucha i tak jakoś szarzeje nieco. I nagle czuje lekkie ukłucie, jakby go ziarnko piasku uwierało. Ale kłucie narasta i narasta. Porost szarzeje jeszcze bardziej, więdnie z lekka i ucieka, zanim kiełkująca zazdrość zapuści korzenie i wyrośnie w zawiść.

Porost wstydzi się tego, co poczuł. Przecież ta bujna roślinność, to jego dobrzy znajomi! Wredne igiełki nie powinny się były pojawić. Męczony wyrzutami sumienia porost przyjmuje nawet mniej wody i słońca. Poszarzały, wystawia swe rachityczne ciałko na działanie zmiennych warunków atmosferycznych.

I tak pewnie trwałby, samobiczując się na swój porostowy sposób, gdyby nie pojawiły się na jego drodze grzyby - dorodne o pięknych kapeluszach. Grzyby, które także nie dostają zbyt wiele. Pochyliły swe imponujące kapelusze nad porostem i powiedziały mu coś, co musiał usłyszeć. Nie był już więcej poszarzały i zwiędły. Uspokoił się i ... robił swoje, czekając na swój moment.