Powrót do domu to zawsze przygoda. Nerwowe spoglądanie na zegarek. "Gdzie ten autobus?! Może się zepsuł i zaraz to ogłoszą, może zmienili rozkład a ja tego nie sprawdziłam?!" Nagle wyjeżdża z parkingu duża, niebiesko-biała maszyna. Nerwowe ruchy w kolejce, wszyscy spoglądają po wszystkich oceniając szanse na przepchanie się. Autobus już jest na stanowisku, teraz szybka akcja - wrzucić torbę do bagażnika i wrócić do kolejki, świecąc wszystkim po oczach biletem. Dopaść wolne miejsce, rozsiąść się i odetchnąć z ulgą. Siedzę! Nagle telefon dzwoni.
- Masz parasol? Bo u nas leje.
Wyglądam za okno, słońce, zero chmur, wiosna w pełni.
- Nie, nie mam.
- A kurtkę?
Mam. W torbie. W bagażniku. Oczami wyobraźni widzę te strugi wody spływające ze mnie, kiedy heroicznym wysiłkiem próbuję znaleźć kurtkę. Potem te kałuże zalewające mi buty, gdy będę wyciągać kaptur. A może przestanie padać do tego czasu?
-Przepraszam, wolne?
-Tak.
I już pożałowałam, że to powiedziałam. Ale dałam się zaskoczyć, kiedy w myślach toczyłam nierówny bój z ulewą. Poza tym...jak mam powiedzieć "nie", kiedy jest wolne?
Siada.
Niski, drobny, wytatuowany, z...pomadą? żelem? Co on ma na tych włosach!?
Na oko po 30-tce, choć równie dobrze może być i po 40-tce.
Owiewa mnie jego aura - alkohol zmieszany z dymem papierosowym.
Mam nadzieję, że on nie jedzie zbyt daleko.
- O to jedziemy tędy? O Boże! A ja myślałem, że tam! - blednę czując jego gorący, alkoholowy oddech...czy wspominałam, że mam chorobę lokomocyjną? Tak? To nie będę się powtarzać. - Będziemy jechać obok mojego domu! O Boże!
Uśmiecham się lekko i kiwam głową. Śmiesznie akcentuje to "O Boże".
- O patrz, pocałowali się! - wskazuje na dwa auta stojące na poboczu - O Boże!
- Darek jestem!
- Ania.
- A ja do Nowej Soli jadę, do dziewczyny. Stąd jestem, ale jadę do dziewczyny. - chyba podpadłam dziś komuś tam na górze. Próbuję uśmiechnąć się, nie okazując jak mnie ta wiadomość przeraziła. Dobrze, że mam przy sobie worki...
Gaduła z niego. Dlaczego on się tak musi przysuwać jak do mnie mówi!? Nawiew słabo działa, alkohol i fajki toczą zaciekły bój z avio-tarczą. Ale za to tyle razy, ile to usłyszałam jaka fajna jestem i jak mnie lubi, powinno mi wystarczyć przynajmniej do 50-tki.
Wzdycha, że jest zmęczony a przecież do dziewczyny jedzie. To moja szansa! Wykorzystując cały swój dyplomatyczny talent proponuję, żeby się zdrzemnął. Ja też będę spała, bo mnie kołysanie usypia.
Po 10 minutach przekonywania mnie, że oto już zamyka oko, wreszcie je zamknął.
Powietrze cudownie się oczyściło...Zakładam słuchawki i zamykam oczy przy gitarowym jazgocie.
Z płytkiej drzemki wyrywa mnie hałas za plecami. Ktoś w dość dosadnych słowach mówi komuś przez telefon, że jest zdenerwowany. Zerkam obok. Darek zniknął. Nie...przesiadł się. To on jest za moimi plecami.
Mimowolnie staję się świadkiem jego dramatu z udziałem matki i dziewczyny.
Dojeżdżamy do Wolsztyna. Nie ma przerwy bo mamy spóźnienie a Darek to nałogowy palacz. Zapala papierosa w autobusie. Nie wierzę własnym oczom ani nosowi. Obiecuje więcej tego nie robić, jeśli mi to przeszkadza. Stwierdzam, że może ja jednak wciąż śpię i to się nie dzieje naprawdę?
Wreszcie dom. Wysiadam szybciej, nie jadę do dworca. Życzę mu miłego weekendu i wysiadam. Deszcz nie leje, nie muszę szukać kurtki.
Jak to jest, że kiedy jedzie jakiś super-hiper-przystojniak i chciałbym, żeby usiadł obok mnie, to on polezie na drugi koniec autobusu?
poniedziałek, 28 kwietnia 2008
czwartek, 17 kwietnia 2008
Och James!
My name is Bond. James Bond.
Dziś w TV usłyszałam, że bodajże w Londynie otwarto wystawę poświęconą temu właśnie panu i jego twórcy. Chętnie bym się przeszła na nią, jako, że jestem wielką fanką przygód agenta JKM.
I chociaż od samego początku zawsze wiadomo, że James uratuje świat, choćby nie wiem co się działo, że będzie miał gadżety, że głowa mała, no i, że zbałamuci tabuny pięknych kobiet, to i tak zawsze oglądam kolejny odcinek z wypiekami na twarzy. Nawet jeśli dziś uśmiecham się pod nosem oglądając "straszliwą, ziejącą ogniem bestię" z "Dr. No" albo widząc inne takie mechanizmy, dziś lekko trącące myszką.
Choć muszę przyznać, że nie wszystko się w Bondzie zestarzało, bo który z Panów nie odetchnie głośniej oglądając słynne "wyjście z wody" Ursuli Andress? Właśnie piękne dziewczyny Bonda i on sam są tymi elementami, które nawet mimo upływającego czasu, wciąż hipnotyzują. Lubię Seana Connery'ego za postawę macho-man, nawet jeśli może się wydawać zbyt macho czasami, lubię Rogera Moore'a za dowcip i dystans do postaci, Georgowi Lazenby za bardzo nie dano się wykazać, a Timothy Dalton... Hm. Nie jest to zły aktor, naprawdę, tylko, że jego Bond miał takie szczenięce spojrzenie. Owszem, to też działa na kobiety, no ale Bond nie może ich rozczulać, tylko ma je zdobywać tak bardziej po męsku, no!
Pierce Brosnan. Ojj...
Jego Bondy przypadają akurat na mój okres dojrzewania i tym samym okres, kiedy już powoli zaczynałam z niewiadomych (?) dla siebie powodów jakoś tak żwawiej reagować na przystojnych mężczyzn. Pierce łączył w sobie szorstkość Seana, ale i do tego elegancję.
Jak on wyglądał w tych garniturach...cud, miód i wódka martini (wstrząśnięta!).
Na wieść, że go zmieniają na młodszego zagotowało się we mnie.
Ale myślę, że to sformułowanie "młodszy" było w tym przypadku bardzo niefortunne. W każdej serii Bonda przychodził moment, że wszystko było już przeładowane. Zabawki były tak kosmiczne, że aż śmieszne, fabuła rozbuchana do granic możliwości. Czy to ostatni Bond z Seanem, czy z Rogerem (cóż, dwaj pozostali panowie to raczej wyjątki) czy też ten z Piercem mogą tu służyć za obrazek poglądowy.
Weźmy choćby ostatni odcinek z Brosnanem, co to u licha na końcu był za jakiś surfing na topniejącym lodowcu? Niewidzialne auto? Zmiana twarzy!? Nawet jako fanka, naprawdę wielka fanka, oglądałam to z coraz większy zdumieniem...Seria potrzebowała liftingu, zmiany. Także zmiany aktora, jak to się działo poprzednio.
Ale pora przejść do Daniela Craiga, najnowszego Bonda. I chociaż też na początku psy na nim uwiesiłam, to po obejrzeniu "Casino Royal" potulnie przyszło mi tę sforę ściągnąć.
Szorstki, charyzmatyczny i to diablo zimne spojrzenie.
Z niecierpliwością czekam na listopad, kiedy to ma być premiera kolejnego Bonda.
A teraz mało odkrywcze spostrzeżenie z innej beczki.
Kiedy się mieszka z kimś pod jednym dachem, to dla zachowania pokojowych i ogólnie przyjaznych stosunków ze wszystkimi, lepiej zawsze wyrażać się w tonie wyważonym. Innymi słowy, białe kłamstwa w cenie.
I cały czas się zastanawiam czy sama nie padłam ofiarą takiego kłamstewka.
Moja współlokatorka dała drugiej współlokatorce teksty, które kiedyś tam pisałam jako "pamiętnik" na zajęcia z języka. I, jak się łatwo domyślić po tym przydługawym wstępie, nawet usłyszałam parę ciepłych słów na ten temat.
Miłe.
PS. To jest 46 wpis. Wiem ,wiem, lekka obsesja na punkcie tej liczby u mnie występuje...
Dziś w TV usłyszałam, że bodajże w Londynie otwarto wystawę poświęconą temu właśnie panu i jego twórcy. Chętnie bym się przeszła na nią, jako, że jestem wielką fanką przygód agenta JKM.
I chociaż od samego początku zawsze wiadomo, że James uratuje świat, choćby nie wiem co się działo, że będzie miał gadżety, że głowa mała, no i, że zbałamuci tabuny pięknych kobiet, to i tak zawsze oglądam kolejny odcinek z wypiekami na twarzy. Nawet jeśli dziś uśmiecham się pod nosem oglądając "straszliwą, ziejącą ogniem bestię" z "Dr. No" albo widząc inne takie mechanizmy, dziś lekko trącące myszką.
Choć muszę przyznać, że nie wszystko się w Bondzie zestarzało, bo który z Panów nie odetchnie głośniej oglądając słynne "wyjście z wody" Ursuli Andress? Właśnie piękne dziewczyny Bonda i on sam są tymi elementami, które nawet mimo upływającego czasu, wciąż hipnotyzują. Lubię Seana Connery'ego za postawę macho-man, nawet jeśli może się wydawać zbyt macho czasami, lubię Rogera Moore'a za dowcip i dystans do postaci, Georgowi Lazenby za bardzo nie dano się wykazać, a Timothy Dalton... Hm. Nie jest to zły aktor, naprawdę, tylko, że jego Bond miał takie szczenięce spojrzenie. Owszem, to też działa na kobiety, no ale Bond nie może ich rozczulać, tylko ma je zdobywać tak bardziej po męsku, no!
Pierce Brosnan. Ojj...
Jego Bondy przypadają akurat na mój okres dojrzewania i tym samym okres, kiedy już powoli zaczynałam z niewiadomych (?) dla siebie powodów jakoś tak żwawiej reagować na przystojnych mężczyzn. Pierce łączył w sobie szorstkość Seana, ale i do tego elegancję.
Jak on wyglądał w tych garniturach...cud, miód i wódka martini (wstrząśnięta!).
Na wieść, że go zmieniają na młodszego zagotowało się we mnie.
Ale myślę, że to sformułowanie "młodszy" było w tym przypadku bardzo niefortunne. W każdej serii Bonda przychodził moment, że wszystko było już przeładowane. Zabawki były tak kosmiczne, że aż śmieszne, fabuła rozbuchana do granic możliwości. Czy to ostatni Bond z Seanem, czy z Rogerem (cóż, dwaj pozostali panowie to raczej wyjątki) czy też ten z Piercem mogą tu służyć za obrazek poglądowy.
Weźmy choćby ostatni odcinek z Brosnanem, co to u licha na końcu był za jakiś surfing na topniejącym lodowcu? Niewidzialne auto? Zmiana twarzy!? Nawet jako fanka, naprawdę wielka fanka, oglądałam to z coraz większy zdumieniem...Seria potrzebowała liftingu, zmiany. Także zmiany aktora, jak to się działo poprzednio.
Ale pora przejść do Daniela Craiga, najnowszego Bonda. I chociaż też na początku psy na nim uwiesiłam, to po obejrzeniu "Casino Royal" potulnie przyszło mi tę sforę ściągnąć.
Szorstki, charyzmatyczny i to diablo zimne spojrzenie.
Z niecierpliwością czekam na listopad, kiedy to ma być premiera kolejnego Bonda.
A teraz mało odkrywcze spostrzeżenie z innej beczki.
Kiedy się mieszka z kimś pod jednym dachem, to dla zachowania pokojowych i ogólnie przyjaznych stosunków ze wszystkimi, lepiej zawsze wyrażać się w tonie wyważonym. Innymi słowy, białe kłamstwa w cenie.
I cały czas się zastanawiam czy sama nie padłam ofiarą takiego kłamstewka.
Moja współlokatorka dała drugiej współlokatorce teksty, które kiedyś tam pisałam jako "pamiętnik" na zajęcia z języka. I, jak się łatwo domyślić po tym przydługawym wstępie, nawet usłyszałam parę ciepłych słów na ten temat.
Miłe.
PS. To jest 46 wpis. Wiem ,wiem, lekka obsesja na punkcie tej liczby u mnie występuje...
poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Ciepło!
Jak ja lubię gdy się robi ciepło!
Tylu fajnych chłopaków się nagle pojawia na ulicach!
Stylowo ubrani, ze świetnymi fryzurami (o modnych okularach nawet nie wspominam...), nic tylko głowa mi lata we wszystkie strony.
Ale chłopaki na chodnikach to jedno, ale ci na ulicach, a dokładnie na motocyklach. Ten huk, ta prędkość i TE maszyny!
Szkoda, że od jutra znowu zimno i mokro.
Rozgrzewać się chyba będę myślą o następnej rundzie w Chinach. Portugalia nie wypadła najgorzej, choć Vale zdecydowanie przegiął z miękkością opony. To, że ukończył trzeci to jednak bardziej fart. W każdym razie punkty są, podium jest, nie jest źle.
Moja "prezentacja" (a raczej odczytanie parunastu zdań) na włoski o nim i motocyklach z klasy motogp też nie wypadła źle. Mimo wybitnie technicznego języka ("otwarcie zaworów przepustnicy" chociażby) dało rade. Jednak wypisanie "słów z gwiazdką" na początku i wolne czytanie zdań zdało rezultat.
Teraz przede mną kolejne wyzwanie, o czym mam napisać ciut dłuższą wypowiedź pisemną w tymże dźwięcznym języku? Valentemu już bym odpuściła, zatem muszę poszukać tematu zastępczego.
A propos wszelkich tematów...rozdział trzeci uważam oficjalnie za zakończony, tym samym jestem bliżej końca niż dalej.
Tylu fajnych chłopaków się nagle pojawia na ulicach!
Stylowo ubrani, ze świetnymi fryzurami (o modnych okularach nawet nie wspominam...), nic tylko głowa mi lata we wszystkie strony.
Ale chłopaki na chodnikach to jedno, ale ci na ulicach, a dokładnie na motocyklach. Ten huk, ta prędkość i TE maszyny!
Szkoda, że od jutra znowu zimno i mokro.
Rozgrzewać się chyba będę myślą o następnej rundzie w Chinach. Portugalia nie wypadła najgorzej, choć Vale zdecydowanie przegiął z miękkością opony. To, że ukończył trzeci to jednak bardziej fart. W każdym razie punkty są, podium jest, nie jest źle.
Moja "prezentacja" (a raczej odczytanie parunastu zdań) na włoski o nim i motocyklach z klasy motogp też nie wypadła źle. Mimo wybitnie technicznego języka ("otwarcie zaworów przepustnicy" chociażby) dało rade. Jednak wypisanie "słów z gwiazdką" na początku i wolne czytanie zdań zdało rezultat.
Teraz przede mną kolejne wyzwanie, o czym mam napisać ciut dłuższą wypowiedź pisemną w tymże dźwięcznym języku? Valentemu już bym odpuściła, zatem muszę poszukać tematu zastępczego.
A propos wszelkich tematów...rozdział trzeci uważam oficjalnie za zakończony, tym samym jestem bliżej końca niż dalej.
niedziela, 6 kwietnia 2008
Certyfikat
Wreszcie znalazłam czas, by odebrać BARDZO WAŻNĄ RZECZ. Mój pierwszy (mam nadzieję, że nie ostatni) certyfikat potwierdzający biegłą znajomość języka.
Drugi raz chyba bym tego nie przeszła...
Dobrze, że jedną ze zdających była Natalie, bardzo sympatyczna dziewczyna, która tak jak ja, potrafiła zdobyć się na to by ponarzekać na egzamin. A że za szybko, a że za dziwne...
Bo to naprawdę było dziwne.
Ten test, który przyszyło mi rozwiązywać nie sprawdzał czy znam język, tylko sprawdzał...właściwie sama nie wiem co, czy znam jakieś wyjątki od wyjątków, albo inne dziwactwa.
Albo czy rozwiązałam tysiące testów by się przygotować, bo co mam zaznaczyć kiedy do wyboru mam "agree", "doesn't agree" a słyszę z głośnika, że mężczyzna, komentując co powiedziała kobieta, zaczyna zdanie od "Yes, but...". No to zgodził się, ale ma zastrzeżenia? Czy też nie zgodził się, ale powiedział to w delikatny, nienapastliwy sposób?
I masz parę sekund na odpowiedź.
Myślałam, że nie zdam tego. Nie chciałam się na to porywać, niejako zostałam zmuszona i teraz, gdy jest już po wszystkim, mogę tylko Mamie podziękować za zdopingowanie mnie do tego wysiłku.
Ale też teraz stwierdzam, że jednak mogłam to zdać lepiej.
Czy to odzywa się we mnie utajona perfekcjonistka? Zawsze chłodna i która nigdy nie jest zadowolona w 100%, nawet wtedy, kiedy okazuje się, że zdałam coś, co wydawało mi się być poza moim zasięgiem.
Ale ten dyplom z hologramem sprawił, że wreszcie uwierzyłam, że naprawdę coś umiem. Wiem, zupełny bezsens, bo przecież skoro zdawałam egzaminy, które wcale nie były łatwe, to to już powinno dodać mi pewności siebie.
Muszę sobie teraz znaleźć kolejne wyzwanie...może też certyfikat, ale z innego języka? Za parę lat, kto wie, kto wie...?
Chyba moim zapiskom właśnie strzelił rok. Rok wybiórczego spisywania faktów z mojego życia.
Jak to szybko zeszło.
I sądząc po komentarzach, jednak ktoś to jeszcze czyta prócz mnie.
Pozwolę sobie na prywatę i pozdrowię Szanownych Czytelników.
Koniec prywaty.
Skończyłam trzeci rozdział.
Jeszcze tylko wstęp i zakończenie. I bibliografia.
I koniec. Koniec pewnego, uporządkowanego etapu w moim życiu. Przeraża mnie to ale i ciekawi. Wreszcie, po 17 latach nauki, będę mogła sprawdzić czy jednak coś umiem (że umiem się dogadać w obcym języku to już wiem!). Myślę, że nie będzie źle, zawsze uczciwie podchodziłam do tego czego miałam się nauczyć.
A Wy?
Drugi raz chyba bym tego nie przeszła...
Dobrze, że jedną ze zdających była Natalie, bardzo sympatyczna dziewczyna, która tak jak ja, potrafiła zdobyć się na to by ponarzekać na egzamin. A że za szybko, a że za dziwne...
Bo to naprawdę było dziwne.
Ten test, który przyszyło mi rozwiązywać nie sprawdzał czy znam język, tylko sprawdzał...właściwie sama nie wiem co, czy znam jakieś wyjątki od wyjątków, albo inne dziwactwa.
Albo czy rozwiązałam tysiące testów by się przygotować, bo co mam zaznaczyć kiedy do wyboru mam "agree", "doesn't agree" a słyszę z głośnika, że mężczyzna, komentując co powiedziała kobieta, zaczyna zdanie od "Yes, but...". No to zgodził się, ale ma zastrzeżenia? Czy też nie zgodził się, ale powiedział to w delikatny, nienapastliwy sposób?
I masz parę sekund na odpowiedź.
Myślałam, że nie zdam tego. Nie chciałam się na to porywać, niejako zostałam zmuszona i teraz, gdy jest już po wszystkim, mogę tylko Mamie podziękować za zdopingowanie mnie do tego wysiłku.
Ale też teraz stwierdzam, że jednak mogłam to zdać lepiej.
Czy to odzywa się we mnie utajona perfekcjonistka? Zawsze chłodna i która nigdy nie jest zadowolona w 100%, nawet wtedy, kiedy okazuje się, że zdałam coś, co wydawało mi się być poza moim zasięgiem.
Ale ten dyplom z hologramem sprawił, że wreszcie uwierzyłam, że naprawdę coś umiem. Wiem, zupełny bezsens, bo przecież skoro zdawałam egzaminy, które wcale nie były łatwe, to to już powinno dodać mi pewności siebie.
Muszę sobie teraz znaleźć kolejne wyzwanie...może też certyfikat, ale z innego języka? Za parę lat, kto wie, kto wie...?
Chyba moim zapiskom właśnie strzelił rok. Rok wybiórczego spisywania faktów z mojego życia.
Jak to szybko zeszło.
I sądząc po komentarzach, jednak ktoś to jeszcze czyta prócz mnie.
Pozwolę sobie na prywatę i pozdrowię Szanownych Czytelników.
Koniec prywaty.
Skończyłam trzeci rozdział.
Jeszcze tylko wstęp i zakończenie. I bibliografia.
I koniec. Koniec pewnego, uporządkowanego etapu w moim życiu. Przeraża mnie to ale i ciekawi. Wreszcie, po 17 latach nauki, będę mogła sprawdzić czy jednak coś umiem (że umiem się dogadać w obcym języku to już wiem!). Myślę, że nie będzie źle, zawsze uczciwie podchodziłam do tego czego miałam się nauczyć.
A Wy?
Subskrybuj:
Posty (Atom)