niedziela, 29 listopada 2009

Sportowa środa

Osiem, siedem...

Zapisałam się na aerobik. Trzeba wziąć się za siebie, więc się wzięłam. Poza tym moje koleżanki mnie do tego namówiły.
I tak od miesiąca, w każdą środę biegnę do osiedlowego domu kultury, gdzie prowadzone są zajęcia.
"Fit kobiety luksusowe" raczej tu nie zachodzą. Jest trochę młodszych, trochę starszych, zapewne wszystkie mieszkają gdzieś w pobliżu.

...sześć, pięć...

Ciało pamięta lepiej niż mogłabym sądzić. Step touch czy inne pozornie obce komendy szybko stają się jasne. Na WF-ie chodziłam na aerobik i tam poznałam podstawowe kroki. Koordynacja ręka-noga na początku pozostawia wiele do życzenia, ale teraz już wszystko działa. Wsłuchuję się w rytmiczną muzykę.
Ciało przypomina sobie to i owo.
Prostuję się i chcę odchylić lekko barki.
Jak w tańcu.
Tęsknię za tańcem. Chciałabym znowu ubrać buty na obcasie, zakołysać biodrami i ruszyć w tan. Te rytmy latino płynące z głośników rozgrzewają mi krew.
Ciało pamięta, żeby nie podskakiwać jak zając przy chasse, pamięta, żeby łączyć stopy, żeby płynnie przenosić ciężar ciała.

...cztery, trzy...

Nigdy nie sądziłam, że będzie mi brakować jogi. Jej spokoju i dążenia do perfekcji w każdym ruchu. Dlaczego muszę robić brzuszki w takim tempie? Wmawiam sobie, że nie mogę tak szybko prostować i zginać nogi ze względu na jej długość. Zawsze to mam lepsze samopoczucie, to takim stwierdzeniu.

...dwa i jeszcze!

Mam coraz mniejsze zakwasy, o!

poniedziałek, 23 listopada 2009

Ogień

Ogień ma w sobie taki dziki, pierwotny urok. Patrzę na czerwone, strzelające wysoko płomienie i czuję jak mnie hipnotyzują. Niepoukładane myśli uciekają, jest tylko trzask ognia i mój spokojny oddech.
Czuję jego ciepło na twarzy, rozluźniam się. Wyciągam dłoń i z sykiem cofam poparzone palce.
Najgorszy ból jest na początku. Potem boli tylko kiedy dotykam, a że to prawa dłoń...
Skóra goi się, choć trochę to trwa.
Wreszcie ślad po oparzeniu znika.
Tymczasem ciepło czerpię z innego źródła. Źródła spokojnego, oswojonego, które na pewno nie poparzy. Nawet jeśli jeszcze tak do końca nie radzę sobie z obsługą piecyka, to pewne z czasem wreszcie ją opanuję.
Mogłoby się wydawać, że wszystko gra.
Aż pewnego dnia przypadkowe zaprószenie wywołuje mały płomień. A może to był grom z jasnego nieba, co sypnął iskrami? Nie jest to ważne.
Ogień, z początku mały, przyciąga mój wzrok. Powinnam go zdusić. Zadeptać.
Ale tego nie robię. Przyglądam się zdumiona i znowu! zaintrygowana.
Dorzucam drwa.
Płomień rośnie.
Nie powinnam tego robić. Mam piecyk, on mnie ogrzeje. Jednak dzikość ognia nie pozwala mi, ot tak, odejść.
Siedzę, tylko dalej niż ostatnio.
Ciepło płomienia ogrzewa mi twarz. Może słabiej niż ostatnio, ale zdaję sobie sprawę, jak dobrze pamiętam tamten żar. Moja skóra chyba też.
Nie wyciągam ręki, nie chcę znowu się oparzyć.
"Siedzę daleko, nic nie powinno mi się stać." - powtarzam sobie, czując prastarą magię ognia.
"To nic takiego, tylko ładny płomień. To nie to samo, co oswojone ciepło piecyka. Kto głupi chciałby zamienić, to co oswojone, na to co niestałe i dzikie?"
Tak sobie powtarzam.

czwartek, 5 listopada 2009

Gdzie się schowal mrok?

"Utracony Tron" Davida Gaidera, to powieść bardzo nierówna. Przez około czterysta stron wypatrywałam mroku, który ujawnił się dopiero na ostatnich osiemdziesięciu stronicach.
W pierwszej chwili gromko krzyknęłam "Nareszcie!", a potem mina mi zrzedła. Gdyby mrok nie pojawił się wcale, stwierdziłabym, że p. Gaider miał problem z napisaniem czegoś ponurego i uraczył mnie zwyczajnym fantasy. Ale te trzy ostatnie rozdziały pokazały, że jednak potrafi! Czemu zatem cała historia nie jest tak gorzka? Nie wiem.
Moi koledzy twierdzą, że "Utracony Tron" to bardzo interesujący i wartościowy opis świata Dragon Age. Wstrzymałabym się z oceną czy opis jest dobry/zły. Później wyjaśnię dlaczego.

Czy jest coś za co można p. Gaidera pochwalić? Tak. Nie nudzi. Akcja toczy się wartko, nie ma momentów przestoju, kiedy bohaterowie idą i idą, a czytelnik zaczyna im życzyć albo śmierci, albo wybawienia, byle tylko coś się działo.
Czy jest coś za co można autora zganić? Oj tak. Raz za w/w nierówność. Dwa, za szablonowych bohaterów. Trochę charakteru pokazują dopiero w tych ostatnich trzech rozdziałach (i to też nie wszyscy). Trzy, za dialogi. Choć i tak największym horrorem są myśli bohaterów. Istny Twitter w wydaniu DA. Ale może powstaną z tego dowcipy w stylu "... pomyślał Stirlitz"?

Generalnie - da się to przeczytać, ale szału nie ma. Nie jestem zwolenniczką tego nurtu, więc moja ocena może być znacznie niższa niż fana gatunku.

W dalszej części będę się pastwić bardzo szczegółowo, więc kto nie czytał, niech w tym miejscu zakończy lekturę.

Jest jedna rzecz, która szczególnie mnie zdziwiła. Bohaterowie praktycznie od kołyski mają styczność z zawieruchą wojenną. Najwyraźniej jest to wojna w wersji "light" (choć przykład Loghaina każe myśleć inaczej), bo ilość uśmiechów, chichotów i czystego idealizmu jest oszałamiająco wysoka. Nie twierdzę, że powinni cały czas być pochmurni, ale hasło "mroczne fantasy" zobowiązuje chyba chociaż odrobinę...?

Czas na bohaterów, zacznę od Marica.
Jestem wielce niepocieszona, że nie zginął. Mam nadzieję, że w drugiej części ten błąd zostanie naprawiony.
Jego zachowanie kogoś mi bardzo przypominało, Reinmara z Bielawy. Reynevan, zanim stał się bożym wojownikiem, zachowywał się równie idiotycznie co książę. Przywilej młodości? No może, ale między tymi mężczyznami jest jedna, acz kolosalna różnica.
Zanim Ślązak wplątał się w kabałę, jego największym zmartwieniem było czy starczy mu złota na wizytę w zamtuzie. Maric z kolei wychował się na wojnie. Matka woziła go wszędzie ze sobą. Przez to jego idealistyczne podejście trochę mnie zaskakuje. Czyżby przez tych 18 lat nikt nie zdradził Rebelii? Czyżby królowa Moira nie musiała podejmować żadnych drastycznych, niepopularnych decyzji? I dlaczego nie wpoiła chłopakowi kilku prostych zasad z "uważaj komu ufasz, gdyż czasy niepewne" na czele? Rebelia nie zaczęła się wczoraj, a książę tak właśnie się zachowuje. Choćbym nie wiem jak matka się starała, nie wierzę, że młody nie widział okrucieństwa, jakie niesie ze sobą walka, nie czuł ciężaru decyzji podejmowanych przez dowódców.
Dobrze, że zabił Katriel, jedno co można mu zapisać w rubryce "zasługi".

Loghainowi najwyraźniej nikt nie powiedział, że pomrukiwanie pod nosem i krzywienie się, nie czyni go od razu "złym chłopcem". To co pokazał w trzech ostatnich rozdziałach już go takim czyni. Szkoda, że dopiero na sam koniec.
Zarazem cudowne i zaskakujące jest to, że chłopak okazuje się genialnym strategiem. Zastanawiam się, jak to możliwe, że Rebelia tak długo się utrzymała? Skoro młokos bije na głowę starego wygę, arla?
Nie rozumiem jego przyjaźni z Marikiem. Zapewne rozkwitła ona w czasie tych dwóch lat, które autor wyciął. Mam mieszane uczucia co do tego przeskoku. Z jednej strony wydaje się słuszny, bo przyśpiesza akcję, ale z drugiej strony pozbawia opisu rodzącej się właśnie przyjaźni (choć przy tych dialogach i wiecznym szczerzeniu się bohaterów...).

Kolej na najbardziej skopaną postać, czyli Rowan. Zapowiada się nieźle, twarda wojowniczka, która ni stąd ni zowąd zmienia się w cierpiętnicę. Dlaczego nie weszła do namiotu i w krótkich słowach nie wygarnęła Marikowi, co sądzi na temat jego wiarołomstwa? Byli sobie obiecani i jego baraszkowanie z elfką(!) to jak policzek. Okej, nikt z bohaterów nie jest uprzedzony do elfów (czy gdzieś w ogóle te uprzedzenia tak naprawdę występują?), ale zdrada jest zdradą.
Myślę, że atmosfera byłaby dużo ciekawsza, gdyby Rowan zarazem nie chciała mieć nic wspólnego z Marikiem-mężczyzną, który ją upokorzył, ale musiała walczyć dla Marika-księcia, dla dobra Fereldenu. I gdyby Marik (i wszyscy wokół) zdawali sobie z tego sprawę. Ciekawe jak zareagowaliby żołnierze Rebelii na wieść, że dzielna Rowan poszła w odstawkę dla szpicouchej? Bunty, niechęć? Rozłam?
Kolejny moment, kiedy postępowanie diewczyny mocno mnie zaskakuje to sama końcówka. Zdrada Katriel oznaczała przetrzebienie Rebelii i śmierć ojca Rowan. A ta, na wieść o śmierci zdrajczyni, zaczęła się zastanawiać, jak mogła do tego doprowadzić, może elfka naprawdę kochała Marika? Pomroczność jasna czy parę razy za dużo w głowę dostała? To ona powinna być tą, która rwie się, by zabić Katriel za zdrady i ciąg nieszczęść, które spadły na Rebelię, gdyż to właśnie elfka była ich przyczyną.

Katriel, jak przystało na idealnego szpiega, jest olśniewająco piękna. Wiadomo, tylko takie kobiety pozostają niezauważone i nie wzbudzają podejrzeń. Brzydkie albo przeciętne są sprawdzane od razu.
Szkoda, że musiała zakochać się w księciu. Najwyraźniej pomyliła "dobro" w jego oczach z bezdenną głupotą pierwszego naiwnego.

A teraz wrócę do tego, czemu sądzę, że powieść nie do końca jest świetnym przewodnikiem po świecie DA.
Im dłużej czytałam "Utracony Tron", tym więcej miałam pytań. Co z tym zakonem? Opis wskazuje, że dysponuje dość konkretną armią. Czemu nie wspomogli Rebelii? Czemu Rebelia nie próbowała skumać się z Kręgiem Maginów i stanąć przeciwko Zakonowi, jak i wspieranego przez niego uzurpatorowi? Skoro ogary są tak ważne i popularne w Ferledenie, to czemu nie użyto ich w żadnej bitwie? Może kolejne części przyniosą odpowiedzi na te pytania?

To by było na tyle. 4/10 i ani punktu więcej.

wtorek, 3 listopada 2009

Z pamiętnika anonimowej hostessy

Całkiem fajne to wdzianko. Ładne i w takim twarzowym kolorze. Szkoda tylko, że takie kuse i żadnego żakietu albo choćby kurteczki do tego. Pogoda wcale nie jest taka letnia.
Uśmiech. I kolejny. I jeszcze jeden. Teraz może drugi profil?
Powinnam dostać dodatek za pracę w szkodliwych warunkach. I wcale nie mam na myśli przemarznięcia, czy miliardów bakterii na mojej skórze pozostawionych przez dziwnie spocone dłonie innych.
Ta lampa błyskowa to mnie chyba oślepi na amen.
Hostessy i mężczyźni.
Wydawać by się mogło, że powinna być między nami idealna harmonia. My mamy być olśniewające i zachęcać do kupna produktu, a oni mają dać się zachęcić.
Tylko kto naprawdę zwraca uwagę dla kogo pracujemy?
Gdy widzę te ich uśmieszki, te oczka rozbiegane... a jeszcze jacy bezczelni potrafią być!
Raz słyszałam jak jeden kolo zwrócił uwagę innemu, który akurat zajęty był fotografowaniem mojej koleżanki, że nie uchwyci głowy.
Wiecie co ten fotograf od siedmiu boleści mu odpowiedział?
Że twarz go nie interesuje.
W ten oto sposób, ten, zdawałoby się kulturalny i inteligentny mężczyzna zredukował moją koleżankę do biustu i krótkiej spódniczki.
Z takim podejściem to nic dziwnego, że jedyny kontakt z dziewczynami to ma kiedy odpali komputer, albo kupi sobie kolorową gazetkę.
Oby ci pypcie na dłoni wyrosły, nieudaczniku jeden!
Z dziewczynami też nie jest lekko.
Ich taksujące spojrzenia prawie palą żywym ogniem. No co mogę poradzić, że jestem wyższa, szczuplejsza, mam większy i jędrniejszy biust? Że po prostu jestem ładna, a nie jak wy, jedna z drugą ukrywające swoje figury w ubraniach zupełnie do nich nie pasujących? Z lustra naprawdę łatwo się korzysta, trzeba tylko chcieć!
Te usta zaciśnięte, te burknięcia, kiedy ich chłopaki zapatrzą się o nanosekundę za długo.
Nic tak nie poprawia samopoczucia jak zazdrość w oczach innej.
Jeszcze tylko parę godzin...
Czy mam czas za dwa tygodnie?
Jasne.
A jaki uniform dostanę?