Ogień ma w sobie taki dziki, pierwotny urok. Patrzę na czerwone, strzelające wysoko płomienie i czuję jak mnie hipnotyzują. Niepoukładane myśli uciekają, jest tylko trzask ognia i mój spokojny oddech.
Czuję jego ciepło na twarzy, rozluźniam się. Wyciągam dłoń i z sykiem cofam poparzone palce.
Najgorszy ból jest na początku. Potem boli tylko kiedy dotykam, a że to prawa dłoń...
Skóra goi się, choć trochę to trwa.
Wreszcie ślad po oparzeniu znika.
Tymczasem ciepło czerpię z innego źródła. Źródła spokojnego, oswojonego, które na pewno nie poparzy. Nawet jeśli jeszcze tak do końca nie radzę sobie z obsługą piecyka, to pewne z czasem wreszcie ją opanuję.
Mogłoby się wydawać, że wszystko gra.
Aż pewnego dnia przypadkowe zaprószenie wywołuje mały płomień. A może to był grom z jasnego nieba, co sypnął iskrami? Nie jest to ważne.
Ogień, z początku mały, przyciąga mój wzrok. Powinnam go zdusić. Zadeptać.
Ale tego nie robię. Przyglądam się zdumiona i znowu! zaintrygowana.
Dorzucam drwa.
Płomień rośnie.
Nie powinnam tego robić. Mam piecyk, on mnie ogrzeje. Jednak dzikość ognia nie pozwala mi, ot tak, odejść.
Siedzę, tylko dalej niż ostatnio.
Ciepło płomienia ogrzewa mi twarz. Może słabiej niż ostatnio, ale zdaję sobie sprawę, jak dobrze pamiętam tamten żar. Moja skóra chyba też.
Nie wyciągam ręki, nie chcę znowu się oparzyć.
"Siedzę daleko, nic nie powinno mi się stać." - powtarzam sobie, czując prastarą magię ognia.
"To nic takiego, tylko ładny płomień. To nie to samo, co oswojone ciepło piecyka. Kto głupi chciałby zamienić, to co oswojone, na to co niestałe i dzikie?"
Tak sobie powtarzam.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz