wtorek, 27 maja 2008

Świeradów Zdrój

Luźne obserwacje.

Hotel się nie zmienił, a właściwie to średnia wieku gości się nie zmieniła. Choć kiedy zauważyłam sportowe, granatowe Mistubishi Lancer to zwątpiłam. Na kolacji wykręcałam głowę jak szalona, żeby wypatrzeć kogoś z grubsza w moim wieku. A tu nic. Na śniadaniu to samo.
Wreszcie zapytałam znajomego pana parkingowego.
Ten szpanerski samochód wcale nie należy do młodziana tylko do bardzo statecznego dziadka z takąż samą stateczną babcią.
Najwidoczniej zamiłowanie do prędkości nie gaśnie nigdy co mnie osobiście cieszy.

Schengen robi swoje i na przejściu Czerniawa Zdrój-Nove Mesto faktycznie nikt nie kontroluje niczego. To fajne uczucie kiedy można nabrać prędkości zjeżdżając z górki i przeeemknąć przez granicę. Polecam każdemu!

Do budowy dróg zamiast zatrudniać Chińczyków, powinniśmy zatrudnić braci Czechów. Tak piękne i gładkie asfalty położone właściwe między nigdzie a nigdzie cieszą oko i kuszą popuszczaniem hamulca. Nie dziwię się, że z takimi drogami to oni jeżdżą w kaskach. Na naszych dziurach nie jest właściwie możliwym zbytnie rozpędzenie się. Pewnie znajdzie się ktoś kto powie, że to dla bezpieczeństwa rowerzystów.

...ale jeśli bracia Czesi jeżdżą tymi leśnymi szlakami które mają, to są prawdziwymi twardzielami. Ja bym po tym więcej jechać nie chciała - drogi ze Smrka w dół i na przejściu Orle-Jizerka.

O dziwo, żeby załapać się na lepsza pogodę, trzeba podjechać przynajmniej na granicę z Czechami. Tajemnica tego faktu została wyjaśniona przez p. Kreta w Pogodzie, otóż najpierw jakieś chmury zatrzymały się na granicy by rwać się następnie wysoko (no nie wiem czy tak wysoko...okoliczne góry dobrze były schowane a AŻ tak wysoko to nie byłam) i front z tymiż chmurami miał trzymać ciepłe kreteńskie powietrze właśnie na tej nieszczęsnej granicy. Ale p. Kret zapowiedział, że wreszcie to ciepłe powietrze wleje się tu. Trzymam kciuki!

Liczba kanałów w TV stała od zeszłego roku. Niestety zero Eurosportu zatem w niedzielę trzeba będzie szybko wracać, żeby się na Mugello załapać. We Francji Vale pojechał jak z nut i wygrał, we Włoszech jeszcze nie przegrał...ja to MUSZĘ zobaczyć, choćbym na rowerze do domu miała poginać (o tyle byłoby mi łatwiej, że w tę stronę miałabym z górki...chociaż częściowo)!

Wiatr to jednak bywa zdradliwy w górach. Wczoraj może i to słońce świeciło ale wiał tak strasznie zimny wiatr, że zamiast wystawiać się do słońca, siedziałam w kurtce.
Ale kurtka była krótka i nogi były na wierzchu.
Dziś można mi mówić "różowa łydko"...
Ale wracając do wiatru...ostatnio tak wiało, że mimo blisko 30 stopni siedziałam w rękawie mocno trzymając głowę, bo bałam się, że mi ją zdmuchnie i porwie gdzieś hen hen!

Ale! Znalazłam dziś zniszczoną czeską drogę! Zatem oni też coś takiego mają.

Różowa łydka zmienia się w łydkę albo z poparzeniem słonecznym albo z reakcją alergiczną na słońce. Obstawiam to drugie... Swędzi jak diabli i wygląda tak, że raczej nikt nie chciałby zajmować miejsca na którym siedziałam.

W jednej z aptek jest aparat, który waży, mierzy i od razu podaje BMI. Sukienka, którą podejrzewałam o sabotaż w czasie absolutorium i smętna pustka z staniku znalazła swoje wytłumaczenie - BMI spadło mi o punkt.

Polskaaa! Biało-Czerwoni!
Mecz siatkówki choć na chwilę pozwala mi zapomnieć o moich nogach w krostach i swędzeniu. Tylko gdzie Bąku?!

Gradobicie.
Zadziwiające, że prognozy pogody jednak się sprawdzają (z małym poślizgiem jakby nie było), choć nic nie wskazywało, że tak się stanie.

Zmęczenie i podjazdy wciąż wyzwalają we mnie tyle agresji co zwykle. Próbuję przypomnieć sobie czy został ktoś na kim psów nie powiesiłam w czasie jednej, cięższej chwili.
Jakież to szczęście, że ta złość równie gwałtownie znika jak się pojawia i teraz mogę się tylko z tego śmiać.

Kto pamięta niejakiego Bibersteina, pana na zamku Frydlant? Znalazłam ten zamek i nie mogę wyjść z podziwu jak zawsze blisko niego przejeżdżałam. Gdybym miała wybierać między panami na zamkach Frydlant i Czoch, wybrałabym Frydlant. Z zewnątrz ładniejszy.
Nie, nie byłam w środku.
Jakoś nie mam ochoty zostawiać roweru, jedynego środka transportu będąc jakieś 20 kilometrów od granicy.

Nigdy nie znałam za dobrze niemieckiego. Czuję się przez to gorsza w tym miejscu, że mimo wysilania całego swego talentu...nic nie rozumiem.
To na poprawienie humoru sprawiłam sobie wielki pierścionek. Zabawne, ale większość biżuterii jaką mam, mam właśnie stamtąd.

Pochłonęłam takie ilości wapna, że moja ślina mogłaby służyć na budowie, a te cholerne krosty ani myślą zniknąć...albo chociaż zblednąć.

Mugello!
Jak kiedyś Max Biaggi był nazywany Mr. Brno tak Vale powinien mieć przydomek Mr. Mugello.
Panie, Panowie, ogłaszam Powrót Króla!
Więcej, więcej takich wyścigów chcę!

wtorek, 13 maja 2008

Spisek producentów odzieży

Jak w tytule, ta notka będzie o sensacyjnym odkryciu. Najpierw miałam tylko nieśmiałe podejrzenia, ale teraz jestem prawie pewna! Producenci odzieży zawiązali spisek! Idea niby szczytna, by poprawić klientom humor, ale...
Próbowałam ostatnio kupić sobie bluzkę z krótkim rękawem. Ciepło jest, czas najwyższy ramiona odsłonić. Towaru multum i jeszcze wszystko w tych słonecznych kolorach, które tak lubię. Cel namierzony, pora mierzyć!
Ojj...
Dziwne, ale to wszystko jest takie luźne. Rozumiem, że ubranie ma nie krępować ruchów i być przewiewne, ale bez przesady. Zerkam ponownie na rozmiar. Nie, nie pomyliłam się. Wręcz przeciwnie, ta jedna z bluzek to powinna być nawet dość opięta. Kolejny rzut oka i markotnieję, gdy stwierdzam, że ta bluzka, choćbym się nią obwiązała niby gwiazdkowy prezent, wisi na mnie. Zaglądam sobie w dekolt i widzę wystarczająco miejsca by zmieścił się tam pies z budą...a nawet dwa psy na każdą ze stron.
Mniejsze chyba znajdę w dziale dziecięcym.
Nie chcę iść do działu dziecięcego...

Zdaję sobie sprawę, że jak ktoś ma, dajmy na to, rozmiar 42 albo 40 i nagle wchodzi w 38 to się cieszy jak dziecko. Tylko co zrobić, kiedy wkładam spódnicę w tak małym rozmiarze, że ona powinna mi się zaklinować w kolanach i okazuje się, że...mogłaby być ciut mniejsza? A do rozmiaru 0 nie zamierzam dążyć, o nie!
Może jednak zobaczę co mają w tym dziale dziecięcym? Oby tylko nie było zbyt krótkie...choć, gdy ciepło, może nie będę się akurat przy tym postulacie aż tak upierać?

sobota, 10 maja 2008

Długi weekend

Długi weekend ma tę zaletę, że czasem do domu zjeżdżają ci, których dawno się nie widziało.
I tak to właśnie spotkałam się z koleżankami z liceum. Nie było nas jakoś sporo bo zaledwie trójka wliczając w to mnie, ale wszystko dlatego, że czwarta nie mogła do nas dołączyć.
Jakie to szczęście, że jeszcze mam o czym z nimi rozmawiać...

Jakiś czas temu, właściwie przypadkiem spotkałam na dworcu inną koleżankę z liceum. Usiadłyśmy razem (myślę, że raczej dlatego, że z miejscami było krucho...), chwilę porozmawiałyśmy (Co robisz? Ach tak..? Masz z kimś kontakt?) i zapadła cisza. Jakież to niezwykłe jak czasem moja mała przypadłość może okazać się pomocna, ot zasnęłam i tyle.
Aż obudziłam się w Wolsztynie i już jakoś trzeba było konwersować resztę drogi do domu.
Dziewczyna jest mężatką, dom budują...no o rodzinie to z nią nie porozmawiam. Chyba rozczarowała ją moja odpowiedź na pytanie czy nie ściska mnie w dołku na widok małych dzieci. Ani trochę.
Już dawno z nikim tak bardzo nie kleiła mi się rozmowa. Wszak, że nie widziałam jej pięć lat a to szmat czasu, niby w szkole dogadywałyśmy się, ale jak widać, umiejętność ta, gdy nie jest ćwiczona, wyparowuje.
W każdym razie, ta rwana i totalnie nieudana rozmowa pozostawiła jakiś cień.
Cień się nawet zagęścił kiedy pod blokiem zobaczyłam eskadrę młodych matek, koleżanek z piaskownicy. Wszystkie młodsze.

Ale jak to podsumowała Ewa, jedna z tych, którymi się spotkałam, "akurat bycie w ciąży nie oznacza, że ktoś naprawdę tego chciał". Fakt.
Ewa ma więcej celnych spostrzeżeń i to takich, które bardzo mi się podobają, choćby z tego względu, że przeglądam się w jej słowach jak w lustrze. Jej obawy albo utyskiwania odpowiadają moim fobiom i żalom. Kiedy jej słucham stwierdzam, że jednak to nie jest tak, że ze mną coś jest źle, bo inni (a raczej "inne") mają podobne problemy. Oczywiście, źle, że te problemy mamy, ale jak sobie o tym pogadamy, to jakoś tak lżej się robi na duszy. Ot seans psychoterapeutyczny we własnym gronie.

I kiedy już myślałam, że precz przegnałam demony, koleżanka wczoraj oświadczyła, że się zaręczyła. Niby nic czego bym się nie spodziewała, tylko czemu znowu poczułam ten chłód?

wtorek, 6 maja 2008

Ta piękna niedziela!

Cóż to był za poranek!
Najpierw dwa mokre wyścigi, a właściwie jeden przesychający i jak zwykle czarna rozpacz. Bo przesychający asfalt to najgorsze z najgorszych. Deszczówki nie są tak szybkie a kałuże stojącej wody są zbyt niebezpieczne dla slicków. Już widziałam oczami wyobraźni ten dziwny wyścig, który nigdy, nigdy nie wróży niczego dobrego.
Ale tor mocno wysechł...może jednak coś z tego będzie...?

Nerwowo ściskam kciuki i patrzę na światła. Gasną. Ryk i do przodu! Vale, "król startów" na szczęście wciąż z przodu. Wreszcie Daniel i on tworzą wyraźną czołówkę. Potem Vale wychodzi na prowadzenie i ja już chcę by ten wyścig się zakończył a tu tyle okrążeń jeszcze. Zaciskam jeszcze mocniej kciuki i zamieram na chwilę, gdy Vale robi błąd w zakręcie, ale nic się nie dzieje, wciąż jedzie dalej pierwszy. Jedzie? Raczej fruwa! Daniel za nim. Wyglądają jakby brali udział w jakimś innym wyścigu, nikt nie może im dotrzymać kroku. Casey jedzie trzeci, właściwie krajoznawczo, bo ani nikogo przed sobą ani za sobą nie widzi. Na czwartą pozycję wysuwa się rekonwalescent Jorge (ciężki upadek w piątek w którym doznał uszkodzenia kostek).
Tym razem Rossi nie pomylił liczby okrążeń,ani nie przegiął z miękkością opony. Metę mija na kole przy wtórze mojego pisku, który zapewne obudził wszystkich sąsiadów.
Nareszcie zwyciężył, tak długo nie było go już na najwyższym stopniu podium. Tłum wiwatuje, on całuje motocykl, potem siada na bandzie i pozdrawia publikę. To jego chwila, niech bierze z niej ile tylko chce.
Prawie ukręciłam sobie kciuki ale tyle emocji i to tak z samego rana!
Piękna, to była niedziela, oj piękna!