Luźne obserwacje.
Hotel się nie zmienił, a właściwie to średnia wieku gości się nie zmieniła. Choć kiedy zauważyłam sportowe, granatowe Mistubishi Lancer to zwątpiłam. Na kolacji wykręcałam głowę jak szalona, żeby wypatrzeć kogoś z grubsza w moim wieku. A tu nic. Na śniadaniu to samo.
Wreszcie zapytałam znajomego pana parkingowego.
Ten szpanerski samochód wcale nie należy do młodziana tylko do bardzo statecznego dziadka z takąż samą stateczną babcią.
Najwidoczniej zamiłowanie do prędkości nie gaśnie nigdy co mnie osobiście cieszy.
Schengen robi swoje i na przejściu Czerniawa Zdrój-Nove Mesto faktycznie nikt nie kontroluje niczego. To fajne uczucie kiedy można nabrać prędkości zjeżdżając z górki i przeeemknąć przez granicę. Polecam każdemu!
Do budowy dróg zamiast zatrudniać Chińczyków, powinniśmy zatrudnić braci Czechów. Tak piękne i gładkie asfalty położone właściwe między nigdzie a nigdzie cieszą oko i kuszą popuszczaniem hamulca. Nie dziwię się, że z takimi drogami to oni jeżdżą w kaskach. Na naszych dziurach nie jest właściwie możliwym zbytnie rozpędzenie się. Pewnie znajdzie się ktoś kto powie, że to dla bezpieczeństwa rowerzystów.
...ale jeśli bracia Czesi jeżdżą tymi leśnymi szlakami które mają, to są prawdziwymi twardzielami. Ja bym po tym więcej jechać nie chciała - drogi ze Smrka w dół i na przejściu Orle-Jizerka.
O dziwo, żeby załapać się na lepsza pogodę, trzeba podjechać przynajmniej na granicę z Czechami. Tajemnica tego faktu została wyjaśniona przez p. Kreta w Pogodzie, otóż najpierw jakieś chmury zatrzymały się na granicy by rwać się następnie wysoko (no nie wiem czy tak wysoko...okoliczne góry dobrze były schowane a AŻ tak wysoko to nie byłam) i front z tymiż chmurami miał trzymać ciepłe kreteńskie powietrze właśnie na tej nieszczęsnej granicy. Ale p. Kret zapowiedział, że wreszcie to ciepłe powietrze wleje się tu. Trzymam kciuki!
Liczba kanałów w TV stała od zeszłego roku. Niestety zero Eurosportu zatem w niedzielę trzeba będzie szybko wracać, żeby się na Mugello załapać. We Francji Vale pojechał jak z nut i wygrał, we Włoszech jeszcze nie przegrał...ja to MUSZĘ zobaczyć, choćbym na rowerze do domu miała poginać (o tyle byłoby mi łatwiej, że w tę stronę miałabym z górki...chociaż częściowo)!
Wiatr to jednak bywa zdradliwy w górach. Wczoraj może i to słońce świeciło ale wiał tak strasznie zimny wiatr, że zamiast wystawiać się do słońca, siedziałam w kurtce.
Ale kurtka była krótka i nogi były na wierzchu.
Dziś można mi mówić "różowa łydko"...
Ale wracając do wiatru...ostatnio tak wiało, że mimo blisko 30 stopni siedziałam w rękawie mocno trzymając głowę, bo bałam się, że mi ją zdmuchnie i porwie gdzieś hen hen!
Ale! Znalazłam dziś zniszczoną czeską drogę! Zatem oni też coś takiego mają.
Różowa łydka zmienia się w łydkę albo z poparzeniem słonecznym albo z reakcją alergiczną na słońce. Obstawiam to drugie... Swędzi jak diabli i wygląda tak, że raczej nikt nie chciałby zajmować miejsca na którym siedziałam.
W jednej z aptek jest aparat, który waży, mierzy i od razu podaje BMI. Sukienka, którą podejrzewałam o sabotaż w czasie absolutorium i smętna pustka z staniku znalazła swoje wytłumaczenie - BMI spadło mi o punkt.
Polskaaa! Biało-Czerwoni!
Mecz siatkówki choć na chwilę pozwala mi zapomnieć o moich nogach w krostach i swędzeniu. Tylko gdzie Bąku?!
Gradobicie.
Zadziwiające, że prognozy pogody jednak się sprawdzają (z małym poślizgiem jakby nie było), choć nic nie wskazywało, że tak się stanie.
Zmęczenie i podjazdy wciąż wyzwalają we mnie tyle agresji co zwykle. Próbuję przypomnieć sobie czy został ktoś na kim psów nie powiesiłam w czasie jednej, cięższej chwili.
Jakież to szczęście, że ta złość równie gwałtownie znika jak się pojawia i teraz mogę się tylko z tego śmiać.
Kto pamięta niejakiego Bibersteina, pana na zamku Frydlant? Znalazłam ten zamek i nie mogę wyjść z podziwu jak zawsze blisko niego przejeżdżałam. Gdybym miała wybierać między panami na zamkach Frydlant i Czoch, wybrałabym Frydlant. Z zewnątrz ładniejszy.
Nie, nie byłam w środku.
Jakoś nie mam ochoty zostawiać roweru, jedynego środka transportu będąc jakieś 20 kilometrów od granicy.
Nigdy nie znałam za dobrze niemieckiego. Czuję się przez to gorsza w tym miejscu, że mimo wysilania całego swego talentu...nic nie rozumiem.
To na poprawienie humoru sprawiłam sobie wielki pierścionek. Zabawne, ale większość biżuterii jaką mam, mam właśnie stamtąd.
Pochłonęłam takie ilości wapna, że moja ślina mogłaby służyć na budowie, a te cholerne krosty ani myślą zniknąć...albo chociaż zblednąć.
Mugello!
Jak kiedyś Max Biaggi był nazywany Mr. Brno tak Vale powinien mieć przydomek Mr. Mugello.
Panie, Panowie, ogłaszam Powrót Króla!
Więcej, więcej takich wyścigów chcę!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz