wtorek, 6 maja 2008

Ta piękna niedziela!

Cóż to był za poranek!
Najpierw dwa mokre wyścigi, a właściwie jeden przesychający i jak zwykle czarna rozpacz. Bo przesychający asfalt to najgorsze z najgorszych. Deszczówki nie są tak szybkie a kałuże stojącej wody są zbyt niebezpieczne dla slicków. Już widziałam oczami wyobraźni ten dziwny wyścig, który nigdy, nigdy nie wróży niczego dobrego.
Ale tor mocno wysechł...może jednak coś z tego będzie...?

Nerwowo ściskam kciuki i patrzę na światła. Gasną. Ryk i do przodu! Vale, "król startów" na szczęście wciąż z przodu. Wreszcie Daniel i on tworzą wyraźną czołówkę. Potem Vale wychodzi na prowadzenie i ja już chcę by ten wyścig się zakończył a tu tyle okrążeń jeszcze. Zaciskam jeszcze mocniej kciuki i zamieram na chwilę, gdy Vale robi błąd w zakręcie, ale nic się nie dzieje, wciąż jedzie dalej pierwszy. Jedzie? Raczej fruwa! Daniel za nim. Wyglądają jakby brali udział w jakimś innym wyścigu, nikt nie może im dotrzymać kroku. Casey jedzie trzeci, właściwie krajoznawczo, bo ani nikogo przed sobą ani za sobą nie widzi. Na czwartą pozycję wysuwa się rekonwalescent Jorge (ciężki upadek w piątek w którym doznał uszkodzenia kostek).
Tym razem Rossi nie pomylił liczby okrążeń,ani nie przegiął z miękkością opony. Metę mija na kole przy wtórze mojego pisku, który zapewne obudził wszystkich sąsiadów.
Nareszcie zwyciężył, tak długo nie było go już na najwyższym stopniu podium. Tłum wiwatuje, on całuje motocykl, potem siada na bandzie i pozdrawia publikę. To jego chwila, niech bierze z niej ile tylko chce.
Prawie ukręciłam sobie kciuki ale tyle emocji i to tak z samego rana!
Piękna, to była niedziela, oj piękna!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz