Co ty robisz dziewczynko? Próbujesz się ze mną zmierzyć?
Raz i dwa, raz i dwa.
Powoli. Szybciej i tak nie dam rady.
Co za duchota. Powietrze jest nieruchome, skwar wypija ze mnie całą wilgoć.
Mam spierzchnięte usta.
Zawróć, nie męcz się.
Każde naciśnięcie na pedały pali żywym ogniem.
Kolejny raz zastanawiam się, po co to robię.
Muszka, która przysiadła mi na ręce, topi się w warstewce potu.
Nie będzie łatwo. Nie myśl sobie.
Nie cierpię zwodniczych zakrętów.
Takich, które obiecują koniec męki, by potem bezczelnie zakpić, odsłaniając kolejne wzniesienie.
Nabierasz się raz, drugi, trzeci... Nie chcę patrzeć na kolejne, opuszczam głowę, zbierając resztkę sił.
Dlaczego te metry przyrastają tak powoli?
Jeszcze trochę, jeszcze odrobinę.
Koniec męki.
Na szczycie towarzyszy mi szum wiatru. I głosy ludzi. "Chcę loda! Chcę pić! Chcę..." - słyszę tylko szum własnej krwi. Ludzie patrzą na mnie z niemym pytaniem - po co się tak męczyć, skoro jest kolejka gondolowa? Spójrz tylko na siebie, jesteś cała spocona i zakurzona. Wyglądasz jak siedem nieszczęść.
Po co?
Nie czeka na mnie szampan czy też Andy z gratulacjami.
Ale utarłam górze nosa.
sobota, 17 lipca 2010
niedziela, 11 lipca 2010
Heineken Open'er Festival 2010
Festiwal się skończył. Przypomina mi o nim już tylko kolejna, wiecznie trzecia opaska na nadgarstku. Oby nie były co rok to większe.
Garść spostrzeżeń:
Na teren festiwalu, wbrew powszechnej opinii, nie dowoziły autobusy, tylko gimbusy. Choć wciąż uparcie nie zgadzam się ze swoją metryczką, to jednak wraz z Konikiem zawyżałyśmy średnią wieku. Stylizacje najróżniejsze, ale w tym roku przebijały się tlenione blond lub nawet platynowe włosy, wdzięczna opaska, często w grochy i okulary muchy.
Albo wciąż wpadałam na tę samą dziewczynę.
Nagroda specjalna wędruje dla pana na plaży, który mimo palącego słońca miał koszulę i krawat. Indie-look wiecznie w modzie, nawet mimo upałów.
Dla Ciebie Jay, za strój plażowy też się jakąś specjalną nagrodę znajdzie.
Jesteśmy z Konikiem zachłanne. Przyjechałyśmy, by zobaczyć i usłyszeć jak najwięcej wykonawców. Każdy bawi się jak lubi, ale mimo to jestem pełna podziwu dla ludzi, którzy wydają ponad 300 złoty na bilet, żeby napić się słabego piwa, siedząc na trawie i od czasu do czasu zerkać na scenę, kto też tam gra. Ba, podziwiam tych, którzy w ogóle decydują się tam pić piwo, które jest moczopędne, a mimo wszelkich wysiłków organizatorów, do ubikacji wciąż są kolejki. Toi-Toi wcale nie zapewnia lepszej akustyki, gdyby ktoś to sugerował.
W Gdyni są bilety czasowe. Naprawdę.
Jestem skłonna uwierzyć, że zmasowany najazd ludzi z pola namiotowego na osiedle, nie jest niczym miłym. Goście są zapewne głośni, śmiecą i co tylko. Ale gdyby taki festiwal odbywał się w Poznaniu, to mam dziwne wrażenie, że Kompania Piwowarska odnotowywałaby znikanie znacznej części piwa na odcinku między linią rozlewniczą, a ciężarówką dostawczą. Choć pewnie to piwo potem cudownie odnalazłoby się na osiedlu, gdzie, choćby z pryczy, byłoby sprzedawane spragnionym festiwalowiczom.
Pora na koncerty!
Łąki Łan
Widziałam część. Panowie w przebraniu owadów (i foki) grają pociesznie, choć wbrew tego co sądzą, ich muzyka "cipki nie zdoła naoliwić".
Ben Harper & Relentless 7
Nigdy przedtem nie słyszałam o tym panu, choć gra całkiem sympatycznego, klasycznego rocka. Ale stracił koncert kiedy na scenę zaprosił Eddiego z Pearl Jam, do wspólnego wykonania "Under pressure" Queenów. Nawet, gdy potem zagrali "Heartbreaker'a" Zepellinów, dalej wszyscy przebierali nerwowo nóżkami, czekając na
Pearl Jam
...czyli danie główne wieczoru. Po tym jak kiedyś stratowano im ludzi na koncercie, Eddie usilnie prosił i zaklinał, żeby wszyscy bawili się bezpiecznie. Tia, gadaj zdrów, chciałoby się powiedzieć, gdy się widziało kocioł pod sceną. Nie wiem dlaczego dla wielu zamieszanie pod sceną to kwintesencja dobrej zabawy.
Koncert był poprawny, wszystko grało, choć odniosłam wrażenie, że pozostawił pewien niedosyt.
Fox
Tanecznie, radośnie, tylko czemu tak krótko? Fox zgromadził na scenie wielu wykonawców, łącznie z Noviką czy Marysią Peszek. Tylko wyobraźcie sobie te bisy! No właśnie... wyobraźcie, bo żadnej bomby na koniec nie było. Szkoda.
Grace Jones
Nie widziałam całości, a przyszłam z ciekawości. Mało widziałam, jak to w namiocie. Ale chciałabym tak wyglądać w wieku tej pani, bo figurę ma wspaniałą. Co piosenka to inne nakrycie głowy, i inne wdzianko. Ale przebieranki szły jej sprawnie. A muzyka? Disco podlewane rytmami z Jamajki.
Massive Attack
Kolejny raz, chciałoby się powiedzieć. Jakże to inny koncert od tego, co dał Pearl Jam. Jak tam ludzie szaleli i uczestnictwo groziło zdeptaniem, tak tu spokój. Każdy kołysał się w swoim tempie.
Ciekawe kiedy zmienią wizualizację, bo aranż do "Teardrop" zmienili tak mocno, jakby się obawiali, że ktoś krzyknie "Hej, to czołówka z House'a!".
Empire of the Sun
Widziałam fragment. Było kolorowo, zalatywało Prince'm i pan na perkusji był całkiem całkiem. Nawet z pióropuszem na głowie. Gdy usłyszałam dwie piosenki, które znałam, mogłam sobie iść.
L.U.C
Wesoła muzyka gdzieś z okolic hip-hopu, choć to stanowczo zbyt wąska klasyfikacja. Bardzo pozytywny człowiek, rzucający anegdotami na prawo i lewo.
Skunk Anansie
Skin to błyskające zębem w rekinim uśmiechu zwierzę sceniczne. Wszędzie jej pełno, biega, skacze, fika i pływa na tłumie. Co ważniejsze, wciąż przy tym śpiewa czysto. Czapki z głów!
Kasabian
Po żywiołowym występie Skin zastanawiałam się, co też muszą zrobić chłopaki z Kasabian, żeby to przebić. Cóż, po tym jak już dźwiękowcy uporali się z pewnymi niedociągnięciami, wystarczyło zagrać przeboje i już. Szkoda "Shoot the runner" - kłopoty z dźwiękiem zabiły tę piosenkę, choć i tak nabiłam sobie siniaka, skacząc przy niej. Uważają się obecnie za największy brytyjski zespół. Nie, nie są aż tak dobrzy, ale koncerty dają dobre. Gdy skończyli, miałam opuchnięte kolano, zdarte gardło i miałam ochotę na więcej.
Hot Chip
Konik stwierdziła, że nie schodzi poniżej dwóch gitar i coś w tym jest. Elektronika jednak aż tak do mnie nie przemawia.
Matisyahu
Chasydzkie reggae. Ni mniej ni więcej. Bardzo przyjemna, bujająca muzyka. Czułam się bardzo uduchowiona po koncercie, choć nie mogę powiedzieć, że rozumiałam co pan śpiewał.
Muchy
Mam do nich słabość. Nawet większą, gdy widzę gitarzystę topless. Z pewnością mieli lepiej udźwiękowiony koncert niż ostatnio, kiedy grali w Gdyni.
Ale moglibyście panowie jednak grać dłużej!
The Hives
Szał. Inaczej tego nie można nazwać. Totalne szaleństwo, które udzieliło się wszystkim. Wszyscy skakali, śpiewali, śmiali się z dowcipów wokalisty (o ile dało się je zrozumieć - bo tempo mówienia i skrzekliwy głos nijak nie ułatwiało zadania) Już dawno nie widziałam tak radosnego koncertu. I tak skandalicznie krótkiego.
The Dead Weather
Jack White i jeśli o mnie chodzi, to byłoby na tyle. Wszedł, usiadł za bębnami, po chwili weszła reszta i zaczęli grać. Cieszę się, że grali mieszankę piosenek z obu płyt. Choć pierwsza wydawała mi się cięższa, to na koncercie zabrzmiała zaskakująco świeżo i lekko. A może to jeszcze efekt zjawiskowej pani Alison? W każdym razie, gdy Jack wyszedł zza bębnów (wrzawa), chwycił gitarę (jeszcze większa wrzawa) i zaśpiewał wraz z nią "Will there be enough water" to coś się stało. Nie wiem co, ale patrzyłam na scenę jak zahipnotyzowana, prawie zawstydzona, taki erotyzm bił ze sceny.
Jack, czekam na Ciebie w przyszłym roku!
Garść spostrzeżeń:
Na teren festiwalu, wbrew powszechnej opinii, nie dowoziły autobusy, tylko gimbusy. Choć wciąż uparcie nie zgadzam się ze swoją metryczką, to jednak wraz z Konikiem zawyżałyśmy średnią wieku. Stylizacje najróżniejsze, ale w tym roku przebijały się tlenione blond lub nawet platynowe włosy, wdzięczna opaska, często w grochy i okulary muchy.
Albo wciąż wpadałam na tę samą dziewczynę.
Nagroda specjalna wędruje dla pana na plaży, który mimo palącego słońca miał koszulę i krawat. Indie-look wiecznie w modzie, nawet mimo upałów.
Dla Ciebie Jay, za strój plażowy też się jakąś specjalną nagrodę znajdzie.
Jesteśmy z Konikiem zachłanne. Przyjechałyśmy, by zobaczyć i usłyszeć jak najwięcej wykonawców. Każdy bawi się jak lubi, ale mimo to jestem pełna podziwu dla ludzi, którzy wydają ponad 300 złoty na bilet, żeby napić się słabego piwa, siedząc na trawie i od czasu do czasu zerkać na scenę, kto też tam gra. Ba, podziwiam tych, którzy w ogóle decydują się tam pić piwo, które jest moczopędne, a mimo wszelkich wysiłków organizatorów, do ubikacji wciąż są kolejki. Toi-Toi wcale nie zapewnia lepszej akustyki, gdyby ktoś to sugerował.
W Gdyni są bilety czasowe. Naprawdę.
Jestem skłonna uwierzyć, że zmasowany najazd ludzi z pola namiotowego na osiedle, nie jest niczym miłym. Goście są zapewne głośni, śmiecą i co tylko. Ale gdyby taki festiwal odbywał się w Poznaniu, to mam dziwne wrażenie, że Kompania Piwowarska odnotowywałaby znikanie znacznej części piwa na odcinku między linią rozlewniczą, a ciężarówką dostawczą. Choć pewnie to piwo potem cudownie odnalazłoby się na osiedlu, gdzie, choćby z pryczy, byłoby sprzedawane spragnionym festiwalowiczom.
Pora na koncerty!
Łąki Łan
Widziałam część. Panowie w przebraniu owadów (i foki) grają pociesznie, choć wbrew tego co sądzą, ich muzyka "cipki nie zdoła naoliwić".
Ben Harper & Relentless 7
Nigdy przedtem nie słyszałam o tym panu, choć gra całkiem sympatycznego, klasycznego rocka. Ale stracił koncert kiedy na scenę zaprosił Eddiego z Pearl Jam, do wspólnego wykonania "Under pressure" Queenów. Nawet, gdy potem zagrali "Heartbreaker'a" Zepellinów, dalej wszyscy przebierali nerwowo nóżkami, czekając na
Pearl Jam
...czyli danie główne wieczoru. Po tym jak kiedyś stratowano im ludzi na koncercie, Eddie usilnie prosił i zaklinał, żeby wszyscy bawili się bezpiecznie. Tia, gadaj zdrów, chciałoby się powiedzieć, gdy się widziało kocioł pod sceną. Nie wiem dlaczego dla wielu zamieszanie pod sceną to kwintesencja dobrej zabawy.
Koncert był poprawny, wszystko grało, choć odniosłam wrażenie, że pozostawił pewien niedosyt.
Fox
Tanecznie, radośnie, tylko czemu tak krótko? Fox zgromadził na scenie wielu wykonawców, łącznie z Noviką czy Marysią Peszek. Tylko wyobraźcie sobie te bisy! No właśnie... wyobraźcie, bo żadnej bomby na koniec nie było. Szkoda.
Grace Jones
Nie widziałam całości, a przyszłam z ciekawości. Mało widziałam, jak to w namiocie. Ale chciałabym tak wyglądać w wieku tej pani, bo figurę ma wspaniałą. Co piosenka to inne nakrycie głowy, i inne wdzianko. Ale przebieranki szły jej sprawnie. A muzyka? Disco podlewane rytmami z Jamajki.
Massive Attack
Kolejny raz, chciałoby się powiedzieć. Jakże to inny koncert od tego, co dał Pearl Jam. Jak tam ludzie szaleli i uczestnictwo groziło zdeptaniem, tak tu spokój. Każdy kołysał się w swoim tempie.
Ciekawe kiedy zmienią wizualizację, bo aranż do "Teardrop" zmienili tak mocno, jakby się obawiali, że ktoś krzyknie "Hej, to czołówka z House'a!".
Empire of the Sun
Widziałam fragment. Było kolorowo, zalatywało Prince'm i pan na perkusji był całkiem całkiem. Nawet z pióropuszem na głowie. Gdy usłyszałam dwie piosenki, które znałam, mogłam sobie iść.
L.U.C
Wesoła muzyka gdzieś z okolic hip-hopu, choć to stanowczo zbyt wąska klasyfikacja. Bardzo pozytywny człowiek, rzucający anegdotami na prawo i lewo.
Skunk Anansie
Skin to błyskające zębem w rekinim uśmiechu zwierzę sceniczne. Wszędzie jej pełno, biega, skacze, fika i pływa na tłumie. Co ważniejsze, wciąż przy tym śpiewa czysto. Czapki z głów!
Kasabian
Po żywiołowym występie Skin zastanawiałam się, co też muszą zrobić chłopaki z Kasabian, żeby to przebić. Cóż, po tym jak już dźwiękowcy uporali się z pewnymi niedociągnięciami, wystarczyło zagrać przeboje i już. Szkoda "Shoot the runner" - kłopoty z dźwiękiem zabiły tę piosenkę, choć i tak nabiłam sobie siniaka, skacząc przy niej. Uważają się obecnie za największy brytyjski zespół. Nie, nie są aż tak dobrzy, ale koncerty dają dobre. Gdy skończyli, miałam opuchnięte kolano, zdarte gardło i miałam ochotę na więcej.
Hot Chip
Konik stwierdziła, że nie schodzi poniżej dwóch gitar i coś w tym jest. Elektronika jednak aż tak do mnie nie przemawia.
Matisyahu
Chasydzkie reggae. Ni mniej ni więcej. Bardzo przyjemna, bujająca muzyka. Czułam się bardzo uduchowiona po koncercie, choć nie mogę powiedzieć, że rozumiałam co pan śpiewał.
Muchy
Mam do nich słabość. Nawet większą, gdy widzę gitarzystę topless. Z pewnością mieli lepiej udźwiękowiony koncert niż ostatnio, kiedy grali w Gdyni.
Ale moglibyście panowie jednak grać dłużej!
The Hives
Szał. Inaczej tego nie można nazwać. Totalne szaleństwo, które udzieliło się wszystkim. Wszyscy skakali, śpiewali, śmiali się z dowcipów wokalisty (o ile dało się je zrozumieć - bo tempo mówienia i skrzekliwy głos nijak nie ułatwiało zadania) Już dawno nie widziałam tak radosnego koncertu. I tak skandalicznie krótkiego.
The Dead Weather
Jack White i jeśli o mnie chodzi, to byłoby na tyle. Wszedł, usiadł za bębnami, po chwili weszła reszta i zaczęli grać. Cieszę się, że grali mieszankę piosenek z obu płyt. Choć pierwsza wydawała mi się cięższa, to na koncercie zabrzmiała zaskakująco świeżo i lekko. A może to jeszcze efekt zjawiskowej pani Alison? W każdym razie, gdy Jack wyszedł zza bębnów (wrzawa), chwycił gitarę (jeszcze większa wrzawa) i zaśpiewał wraz z nią "Will there be enough water" to coś się stało. Nie wiem co, ale patrzyłam na scenę jak zahipnotyzowana, prawie zawstydzona, taki erotyzm bił ze sceny.
Jack, czekam na Ciebie w przyszłym roku!
Subskrybuj:
Posty (Atom)