Każdy ma jakiegoś wroga rasowego. Kogoś, kto egzystuje obok i nijak nie można go wytępić.
To może być każdy, sąsiad, pani z okienka albo... kierowca.
Są różni. Jedni mili i uprzejmi, pamiętający jak to jest być pieszym. Inni z kolei sprawiają wrażenie, jakby im na mózg padło z chwilą posadzenia zada na fotelu kierowcy. Zawsze się znajdzie taki, który:
- swój samochód o rozmiarach stodoły postawi na chodniku, zapominając o pozostawieniu 1,5m wolnej przestrzeni. Pieszy wtedy zrywa ubranie, pod którym kryje się kostium Spidermana i używając lepkiej sieci przełazi po murze. Chyba, że potrafi przecisnąć się przez szparę, łaskawie pozostawioną przez właściciela rzeczonej stodoły, niczym skradający się kot. Albo wyciąga klucz i sapiąc, próbując przedostać się przez wąskie przejście, zostawia wiadomość dla właściciela na karoserii auta. I na pamiątkę jakże miłego spotkania zabiera lusterko.
- skorzysta z zielonej strzałki i wjedzie ślamazarnie na pasy, kiedy zielone dla pieszego już zaczyna migać, zatrzymując tegoż pieszego na chodniku i zmuszając go do utraty kolejki. Może wyrzucenie dubletu, albo wylosowanie stosownej karty powinno chronić przed czymś takim?
- musi pokazać jakiż to jest szybki w każdych warunkach i nie zważając na kałużę wielkości małego stawu, wjedzie w nie z impetem. Intrygujący wzór na chodniku utworzony przez falę błota z pewnością mógłby zainteresować fanów twórczości Pollocka. A pieszy, który nieopatrznie akurat był w tym miejscu chodnika sam sobie winien. Toż tu powstawała sztuka!
- na najspokojniejszej ulicy, gdzie przejazd samochodu jest wydarzeniem, wyskoczy zza zakrętu, z bramy lub z innej jeszcze mniejszej uliczki, kiedy akurat chcesz przejść.
- musi wyjechać swoim rzęchem, żeby go potem pozostawić na awaryjnych (bo wreszcie przyszła pora, żeby złom zwyczajnie odmówił posłuszeństwa) w jakimś dość newralgicznym punkcie miasta, blokując przejazd pojazdów transportu miejskiego, jakże przecież ważnych dla prawidłowego funkcjonowania owego miasta. Właściwie to do tej kategorii można zaliczyć każdego, który udaje, że nie widzi uporczywego mrugania kierunkowskazu autobusu, próbującego włączyć się do ruchu.
- będzie biadolił na stan dróg. Że ślisko, że śnieg, że mokro, że krzywe, że dziurawe. Pieszy powinien wtedy zaproponować delikwentowi spacer nieodśnieżonym, śliskim od topiącej się brei pośniegowej, chodnikiem, gdzie przy odrobinie szczęścia jest ścieżyna szerokości dwóch stóp. A jeśli nie ma szczęścia, to zalegają na nim hałdy brudnego błota, zgarniętego z drogi, by udręczony kierowca mógł przejechać.
- będzie dusił klakson, dając znać całej okolicy, że oto stoi pod domem. Najwyraźniej pomysł, by wyjść z samochodu i użyć dzwonka jest zbyt abstrakcyjny i wymaga wykonania zbyt wielu zbędnych ruchów (jak choćby przejście kilku kroków).
czwartek, 23 grudnia 2010
sobota, 20 listopada 2010
Szybciej, mocniej...nudniej?
Jakiś czas temu David Coulthard w wywiadzie stwierdził, że F1 musi mieć duże budżety, żeby ten sport wciąż był elitarny. Jeśli pieniądze będą mniejsze, to seria zmieni się w wyścigi nieco podrasowanych gokartów. Jeśli oznaczałoby to więcej walki na torze, to może nie byłby to taki zły pomysł? F1 czy też MotoGP (które jest mi znacznie bliższe) to poligon najbardziej zaawansowanych technologicznie maszyn. Zanim coś trafi do seryjnej produkcji, najpierw przechodzi testy na torze (albo prawie wszystko).
Te cuda techniki trafiają w ręce najlepszych kierowców na świecie, którzy ujeżdżają je ku uciesze gawiedzi. Nie ma lepszych kierowców od tych z najbardziej prestiżowych serii wyścigowych. I tak za czasów dwusuwowych "pięćsetek" musieli uważać, bo narowiste, niczym dzikie rumaki, maszyny mało komu wybaczały błędy, katapultując jeźdźca na pobocze. Potem ryczące czterosuwowe "dziewięćsetki", które pozwalały na bajecznie głębokie uślizgi (chyba, że było się Garrym McCoyem, który takie cuda robił też na "pięćsetce"), ale za to były bezlitosne dla opon, pożerając je w okamgnieniu. Kto się nie pilnował, kończył przedwcześnie z marnymi gumowymi resztkami na kole. I wtedy pojawiły się "osiemsetki", które były łagodne dla kierowców i opon. W ogóle były tak łagodne, że oszczędzały też nerwy kibiców. Denerwować się w trakcie wyścigu? A czym? Toż wieje nudą...
Nowoczesny motocykl to dzieło sztuki samo w sobie. Odpowiednio zaprogramowanie jego komputera tak, by prawidłowo reagował na każdy zakręt czy wzniesienie, to nie lada wyczyn. Wolałam jednak kiedy wyścigi wygrywali kierowcy, a nie programiści. Nie chcę oglądać czegoś, co wygląda jak jazda indywidualna na czas, tyle, że ze wspólnego startu. Chcę emocji! W tym sezonie prawdziwym thrillerem był wyścig w Motegi, który odbył się pod koniec sezonu. Znowu pojawiły się te zapomniane uczucia jak ekscytacja i niedowierzanie. Przecież taki manewr nie może być możliwy! I pomyśleć, że kiedyś ta seria chlubiła się jednymi z najbardziej ekscytujących wyścigów.
W jakimś stopniu jestem w stanie zrozumieć szefów fabryk, którzy ładują w swoje prototypy wszelkie nowinki techniczne, by je przetestować i doskonalić. Ale z drugiej strony oddają te maszyny w ręce ludzi, których talent i umiejętności są niezrównane. Oni nie potrzebują tych cudów, są zbyt dobrzy. Najchętniej dałabym im jak najprostsze maszyny, żeby mogli pokazać, co potrafią. Z pewnością kiedyś łatwiej było zachować równowagę między talentem jeźdźca, a technologicznym zaawansowaniem maszyny. Teraz walka trwa na starcie, zanim po paru zakrętach wszyscy ustawią się w linii.
Od 2012 roku wracają do gry większe maszyny. Może FIM coś zrobi i nakaże wyłączenie kilku systemów? Może wtedy jeźdźcy znowu będą mogli pokazać, czego nauczyli się jeżdżąc w niższych klasach, kiedy o zwycięstwo trzeba było twardo walczyć?
Podrasowane motorynki? Jeśli dostarczą emocji, to nie miałabym chyba nic przeciwko.
Te cuda techniki trafiają w ręce najlepszych kierowców na świecie, którzy ujeżdżają je ku uciesze gawiedzi. Nie ma lepszych kierowców od tych z najbardziej prestiżowych serii wyścigowych. I tak za czasów dwusuwowych "pięćsetek" musieli uważać, bo narowiste, niczym dzikie rumaki, maszyny mało komu wybaczały błędy, katapultując jeźdźca na pobocze. Potem ryczące czterosuwowe "dziewięćsetki", które pozwalały na bajecznie głębokie uślizgi (chyba, że było się Garrym McCoyem, który takie cuda robił też na "pięćsetce"), ale za to były bezlitosne dla opon, pożerając je w okamgnieniu. Kto się nie pilnował, kończył przedwcześnie z marnymi gumowymi resztkami na kole. I wtedy pojawiły się "osiemsetki", które były łagodne dla kierowców i opon. W ogóle były tak łagodne, że oszczędzały też nerwy kibiców. Denerwować się w trakcie wyścigu? A czym? Toż wieje nudą...
Nowoczesny motocykl to dzieło sztuki samo w sobie. Odpowiednio zaprogramowanie jego komputera tak, by prawidłowo reagował na każdy zakręt czy wzniesienie, to nie lada wyczyn. Wolałam jednak kiedy wyścigi wygrywali kierowcy, a nie programiści. Nie chcę oglądać czegoś, co wygląda jak jazda indywidualna na czas, tyle, że ze wspólnego startu. Chcę emocji! W tym sezonie prawdziwym thrillerem był wyścig w Motegi, który odbył się pod koniec sezonu. Znowu pojawiły się te zapomniane uczucia jak ekscytacja i niedowierzanie. Przecież taki manewr nie może być możliwy! I pomyśleć, że kiedyś ta seria chlubiła się jednymi z najbardziej ekscytujących wyścigów.
W jakimś stopniu jestem w stanie zrozumieć szefów fabryk, którzy ładują w swoje prototypy wszelkie nowinki techniczne, by je przetestować i doskonalić. Ale z drugiej strony oddają te maszyny w ręce ludzi, których talent i umiejętności są niezrównane. Oni nie potrzebują tych cudów, są zbyt dobrzy. Najchętniej dałabym im jak najprostsze maszyny, żeby mogli pokazać, co potrafią. Z pewnością kiedyś łatwiej było zachować równowagę między talentem jeźdźca, a technologicznym zaawansowaniem maszyny. Teraz walka trwa na starcie, zanim po paru zakrętach wszyscy ustawią się w linii.
Od 2012 roku wracają do gry większe maszyny. Może FIM coś zrobi i nakaże wyłączenie kilku systemów? Może wtedy jeźdźcy znowu będą mogli pokazać, czego nauczyli się jeżdżąc w niższych klasach, kiedy o zwycięstwo trzeba było twardo walczyć?
Podrasowane motorynki? Jeśli dostarczą emocji, to nie miałabym chyba nic przeciwko.
środa, 17 listopada 2010
Co w trawie piszczy
Porost nie oczekuje wiele. Trochę słońca, troszkę wody i skrawek powierzchni, której można się trzymać. Nie jest okazały, nie kwitnie tysiącami kolorów i nie pachnie odurzająco. To tylko taki mały, zielonkawy kleks.
Porost nie narzeka, choć czasem zdarza mu się zastanowić, jakby to było, być okazałą, zieloną rośliną. Dumnie prężyć się do słońca i zachwycać barwą. Częściej jednak myśli o własnym wzroście, gwałtownej (w granicach rozsądku) ekspansji, która pozwoli zająć mu co najmniej pół kamienia albo sztachety.
Czasem w sąsiedztwie porostu pojawiają się rośliny dobrze mu znane. Opowiadają z przejęciem o intensywnej fotosyntezie i ekspansji na nowe terytoria. Szczegółowo omawiają nowe łodyżki i listki, tudzież kto z kim jaki pyłek wymienił. A porost słucha i tak jakoś szarzeje nieco. I nagle czuje lekkie ukłucie, jakby go ziarnko piasku uwierało. Ale kłucie narasta i narasta. Porost szarzeje jeszcze bardziej, więdnie z lekka i ucieka, zanim kiełkująca zazdrość zapuści korzenie i wyrośnie w zawiść.
Porost wstydzi się tego, co poczuł. Przecież ta bujna roślinność, to jego dobrzy znajomi! Wredne igiełki nie powinny się były pojawić. Męczony wyrzutami sumienia porost przyjmuje nawet mniej wody i słońca. Poszarzały, wystawia swe rachityczne ciałko na działanie zmiennych warunków atmosferycznych.
I tak pewnie trwałby, samobiczując się na swój porostowy sposób, gdyby nie pojawiły się na jego drodze grzyby - dorodne o pięknych kapeluszach. Grzyby, które także nie dostają zbyt wiele. Pochyliły swe imponujące kapelusze nad porostem i powiedziały mu coś, co musiał usłyszeć. Nie był już więcej poszarzały i zwiędły. Uspokoił się i ... robił swoje, czekając na swój moment.
Porost nie narzeka, choć czasem zdarza mu się zastanowić, jakby to było, być okazałą, zieloną rośliną. Dumnie prężyć się do słońca i zachwycać barwą. Częściej jednak myśli o własnym wzroście, gwałtownej (w granicach rozsądku) ekspansji, która pozwoli zająć mu co najmniej pół kamienia albo sztachety.
Czasem w sąsiedztwie porostu pojawiają się rośliny dobrze mu znane. Opowiadają z przejęciem o intensywnej fotosyntezie i ekspansji na nowe terytoria. Szczegółowo omawiają nowe łodyżki i listki, tudzież kto z kim jaki pyłek wymienił. A porost słucha i tak jakoś szarzeje nieco. I nagle czuje lekkie ukłucie, jakby go ziarnko piasku uwierało. Ale kłucie narasta i narasta. Porost szarzeje jeszcze bardziej, więdnie z lekka i ucieka, zanim kiełkująca zazdrość zapuści korzenie i wyrośnie w zawiść.
Porost wstydzi się tego, co poczuł. Przecież ta bujna roślinność, to jego dobrzy znajomi! Wredne igiełki nie powinny się były pojawić. Męczony wyrzutami sumienia porost przyjmuje nawet mniej wody i słońca. Poszarzały, wystawia swe rachityczne ciałko na działanie zmiennych warunków atmosferycznych.
I tak pewnie trwałby, samobiczując się na swój porostowy sposób, gdyby nie pojawiły się na jego drodze grzyby - dorodne o pięknych kapeluszach. Grzyby, które także nie dostają zbyt wiele. Pochyliły swe imponujące kapelusze nad porostem i powiedziały mu coś, co musiał usłyszeć. Nie był już więcej poszarzały i zwiędły. Uspokoił się i ... robił swoje, czekając na swój moment.
sobota, 30 października 2010
"Seks w wielkim mieście 2" czyli jak zniszczyć markę
Nie wiem, naprawdę nie wiem, co mnie podkusiło. Już pierwsza część mnie rozczarowała, a druga wcale nie miała takich rewelacyjnych recenzji. Czemu zatem się skusiłam? Pewnie naiwnie wierząc, że może będzie lepiej.
Gorzej. Jest znacznie gorzej.
Idylla zakochania minęła i przyjaciółki próbują odnaleźć się w roli żon, kochanek i czasem matek. Stereotyp goni stereotyp - rozwrzeszczane dzieciaki, zmęczenie po całodniowym robieniu kariery, powszednienie związku, itd.
Niektóre rzeczy miały być pokazane bodajże w ironicznym ujęciu, ale wyszły karykaturalne - Samantha próbująca zatrzymać młodość za wszelką cenę wzbudza żal. Przykro się robi, kiedy ta niegdyś najodważniejsza z przyjaciółek, która nie bała się nikogo ani niczego jest tak okropnie traktowana przez scenarzystów. Chyba zasługuje na coś więcej niż zrobienie z niej podstarzałej rozpustnicy?
Ameryka zmęczona jest kryzysem, zatem bohaterki przenoszą się do cudownie luksusowego Abu Zabi, gdzie przepych i przesada są na porządku dziennym. Trochę pobieżnych obserwacji środowiskowych, ale nie za dużo, bo fabuła(?) musi gnać naprzód! I to jak? Jeśli ktoś coś musi zgubić, to przecież tak się stanie! Nie oczekuję Bóg wie jakich zwrotów akcji, ale nie chcę co scenę przewidywać co się stanie.
Oglądając ten film, odniosłam dziwne wrażenie, że to jeden wielki pokaz mody. Tak jak w serialu moda była smaczkiem, który dodawał sznytu, tak tutaj wysunęła się na pierwszy plan. Co scena to inne kostiumy. Przecież nie moda stanowiła duszę "Seksu..."!
Serial miał lepsze lub gorsze odcinki, ale przede wszystkim miał pazur. Prawdą jest, że niektórych rzeczy nie opłaca się zamieniać na film - gry i seriale chociażby, bo tracą. Upakowanie wszystkich smaczków w 90 minut fabuły nie jest zadaniem prostym. Oby nikt nie wpadł na pomysł zrobienia filmu pełnometrażowego z "Dextera" albo "It Crowds".
Gorzej. Jest znacznie gorzej.
Idylla zakochania minęła i przyjaciółki próbują odnaleźć się w roli żon, kochanek i czasem matek. Stereotyp goni stereotyp - rozwrzeszczane dzieciaki, zmęczenie po całodniowym robieniu kariery, powszednienie związku, itd.
Niektóre rzeczy miały być pokazane bodajże w ironicznym ujęciu, ale wyszły karykaturalne - Samantha próbująca zatrzymać młodość za wszelką cenę wzbudza żal. Przykro się robi, kiedy ta niegdyś najodważniejsza z przyjaciółek, która nie bała się nikogo ani niczego jest tak okropnie traktowana przez scenarzystów. Chyba zasługuje na coś więcej niż zrobienie z niej podstarzałej rozpustnicy?
Ameryka zmęczona jest kryzysem, zatem bohaterki przenoszą się do cudownie luksusowego Abu Zabi, gdzie przepych i przesada są na porządku dziennym. Trochę pobieżnych obserwacji środowiskowych, ale nie za dużo, bo fabuła(?) musi gnać naprzód! I to jak? Jeśli ktoś coś musi zgubić, to przecież tak się stanie! Nie oczekuję Bóg wie jakich zwrotów akcji, ale nie chcę co scenę przewidywać co się stanie.
Oglądając ten film, odniosłam dziwne wrażenie, że to jeden wielki pokaz mody. Tak jak w serialu moda była smaczkiem, który dodawał sznytu, tak tutaj wysunęła się na pierwszy plan. Co scena to inne kostiumy. Przecież nie moda stanowiła duszę "Seksu..."!
Serial miał lepsze lub gorsze odcinki, ale przede wszystkim miał pazur. Prawdą jest, że niektórych rzeczy nie opłaca się zamieniać na film - gry i seriale chociażby, bo tracą. Upakowanie wszystkich smaczków w 90 minut fabuły nie jest zadaniem prostym. Oby nikt nie wpadł na pomysł zrobienia filmu pełnometrażowego z "Dextera" albo "It Crowds".
wtorek, 5 października 2010
Z pamiętnika anonimowej chudziny cz. II
Wróg jest podstępny. Uśpił moją czujność i wziął mnie z zaskoczenia. Trzyma się mnie kurczowo i śmieje mi się w twarz.
Przeklęty Fałd!
Z dnia na dzień spodnie stały się ciaśniejsze, a nad paskiem zawisła mi miękka oponka. Waga potwierdziła - błysnęło mi 48 kilo z groszami.
Tak nie może być!
Znam lepsze miejsce, gdzie te dodatkowe 1,5 kilo mogłoby się odłożyć i wcale nie jest to pas! Pływać umiem, koło ratunkowe noszone cały czas nijak nie jest mi potrzebne.
Mam w nosie modę na kobiece kształty - z dużym biustem i taką samą pupą trzeba się urodzić, a nie dać się wykiwać Fałdowi. Wolę swoje sterczące obojczyki i wyraźnie zaznaczające się pod skórą kości miednicy.
Wypowiadam mu wojnę! I to taką, w której nie ma brania jeńców!
Nie będzie mi byle Fałd zmiękczał i zaokrąglał kształtów, co to to nie!
Przeklęty Fałd!
Z dnia na dzień spodnie stały się ciaśniejsze, a nad paskiem zawisła mi miękka oponka. Waga potwierdziła - błysnęło mi 48 kilo z groszami.
Tak nie może być!
Znam lepsze miejsce, gdzie te dodatkowe 1,5 kilo mogłoby się odłożyć i wcale nie jest to pas! Pływać umiem, koło ratunkowe noszone cały czas nijak nie jest mi potrzebne.
Mam w nosie modę na kobiece kształty - z dużym biustem i taką samą pupą trzeba się urodzić, a nie dać się wykiwać Fałdowi. Wolę swoje sterczące obojczyki i wyraźnie zaznaczające się pod skórą kości miednicy.
Wypowiadam mu wojnę! I to taką, w której nie ma brania jeńców!
Nie będzie mi byle Fałd zmiękczał i zaokrąglał kształtów, co to to nie!
wtorek, 21 września 2010
Pilot do bramy
W wakacje widziałam taki oto obrazek: pod wielki, bardzo piękny dom podjechał wielki, bardzo ładny samochód. Za kierownicą siedział dojrzały pan, obok niego pani w takim samym wieku. Gdy zatrzymali się przed bramą, drzwi od strony pasażerki się otworzyły i pani dziarsko skoczyła ją otwierać, podczas gdy pan cierpliwie czekał za kierownicą. Gdy już wrota stały otworem, przejechał przez nie, zamknięcie ich zostawiając pani.
Mój tato zaśmiał się złośliwie, mówiąc, że takiego modelu pilota do bramy to jeszcze nie widział. Mama mu zawtórowała i dodała, że drzwi do samochodu pewnie jej otwiera, ale do bramy to sam się już nie ruszy. Przyznałam im rację i zapomniałam o całej sprawie...
... dopóki sama nie zostałam poproszona o otwarcie bramy. A nawet dwóch. Wyskoczyłam jak na sprężynie, by walczyć ze sztabami i wtedy przypomniałam sobie tamtą scenkę z gór.
Niby zostałam poproszona i pewnie mogłabym odmówić (ha, jestem wtedy ciekawa miny kierowcy!), ale... wypada to, skoro już mnie podwozi? I tu pojawia się paradoks - kierowca to często dżentelmen, który drzwi pasażerce otworzy, nawiewy wyreguluje, żeby nie marzła, ba, spokojnie jechać będzie, żeby fryzury czy też samopoczucia nie popsuć. A przed domem i tak zmieni ją w pilota do bramy.
Pik-pik!
Mój tato zaśmiał się złośliwie, mówiąc, że takiego modelu pilota do bramy to jeszcze nie widział. Mama mu zawtórowała i dodała, że drzwi do samochodu pewnie jej otwiera, ale do bramy to sam się już nie ruszy. Przyznałam im rację i zapomniałam o całej sprawie...
... dopóki sama nie zostałam poproszona o otwarcie bramy. A nawet dwóch. Wyskoczyłam jak na sprężynie, by walczyć ze sztabami i wtedy przypomniałam sobie tamtą scenkę z gór.
Niby zostałam poproszona i pewnie mogłabym odmówić (ha, jestem wtedy ciekawa miny kierowcy!), ale... wypada to, skoro już mnie podwozi? I tu pojawia się paradoks - kierowca to często dżentelmen, który drzwi pasażerce otworzy, nawiewy wyreguluje, żeby nie marzła, ba, spokojnie jechać będzie, żeby fryzury czy też samopoczucia nie popsuć. A przed domem i tak zmieni ją w pilota do bramy.
Pik-pik!
poniedziałek, 13 września 2010
Wdech, wydech
Nadzieja umiera ostatnia i rodzi się jako pierwsza.
Nienawidzę jej i zarazem jej szukam.
Jest mi potrzebna, kiedy wszystko idzie źle, kiedy sprawy mają smutny, szary odcień. "Przecież kiedyś musi być lepiej!" - zasłaniam się tym zdaniem jak tarczą i idę naprzód.
Jedna rozmowa i płonie iskierka nadziei. Wszystko nabiera cieplejszych barw, od niechcenia zaczynam snuć plany i... nagle łapię się na tym, że dzielę skórę na niedźwiedziu, który jeszcze w najlepsze biega po lesie. W głowie odzywają się głosiki "cicho, bo zapeszysz!". Małe, wredne głosiki, dla których szklanka jest zawsze do połowy pusta. Nie znoszę tego nieokreślonego poczucia winy, który pozostawiają.
Nie zapeszam. Jak sportowcy, wyobrażam sobie zwycięstwo. Porażka zawsze ma nieprzyjemny smak, ale myślenie o niej niczego przecież i tak nie poprawi.
Nienawidzę jej i zarazem jej szukam.
Jest mi potrzebna, kiedy wszystko idzie źle, kiedy sprawy mają smutny, szary odcień. "Przecież kiedyś musi być lepiej!" - zasłaniam się tym zdaniem jak tarczą i idę naprzód.
Jedna rozmowa i płonie iskierka nadziei. Wszystko nabiera cieplejszych barw, od niechcenia zaczynam snuć plany i... nagle łapię się na tym, że dzielę skórę na niedźwiedziu, który jeszcze w najlepsze biega po lesie. W głowie odzywają się głosiki "cicho, bo zapeszysz!". Małe, wredne głosiki, dla których szklanka jest zawsze do połowy pusta. Nie znoszę tego nieokreślonego poczucia winy, który pozostawiają.
Nie zapeszam. Jak sportowcy, wyobrażam sobie zwycięstwo. Porażka zawsze ma nieprzyjemny smak, ale myślenie o niej niczego przecież i tak nie poprawi.
piątek, 20 sierpnia 2010
Bo moje zdanie jest najmojsze!
W szkole powinien być nowy przedmiot, mianowicie "dyskusja". Doszłam do takiego wniosku, obserwując forum dyskusyjne.
Niemalże każdy temat, w którym pojawiały się ciekawe pomysły, najczęściej kończył się jedną wielką awanturą. Smutne to.
Często widzę coś takiego:
1. "Gra X jest do bani!"
2. "Mnie się podobała, bo miała to, to i tamto."
1. "A ja uważam, że jest do bani i jest gupia i w ogóle ma cienką fabułe! Ale to moja skromna opinia i nie musisz się z nią zgadzać."
Za używanie zwrotu "to tylko moja skromna opinia" powinien być od razu ban za obrażanie inteligencji czytającego. Bo niby czyja ma być?
Brakuje jeszcze opcji "na temat gustów się nie dyskutuje".
Skoro tak, to po co zakładać temat, który do gustu nawiązuje? Uważam, że powinno się o upodobaniach dyskutować o ile da się. Poziom "lubienia" i "podobania się" jest różny. Niektóre rzeczy są oczywiste i nie wymagają dopełnienia. "Lubię czerwony" - to jest przykład "lubienia" z którym trudno polemizować. Mogę to rozszerzyć i próbować uzasadnić - Lubię czerwony, bo ładnie kontrastuje i dodaje kolorytu, ale czy naprawdę cokolwiek to zmienia? Z kolei stwierdzenie, że lubię literaturę Philipa Dicka, za paranoiczny klimat i gorzkie obserwacje natury ludzkiej, jest czymś, z czym już można podyskutować.
W przytoczonym przez mnie przykładzie z grą do bani razi mnie jeszcze jedno - napastliwy charakter wypowiedzi. Jest tyle sposobów, by swoją niechęć wyrazić dużo spokojniej. Zupełnie jak w tym starym dowcipie, że "dyplomacja to umiejętność powiedzenia komuś `spierdalaj` w taki sposób, żeby poczuł podniecenie na myśl o czekającej go podróży." I jak prowadzić dyskusję w takich warunkach, kiedy zamiast konkretów, są puste słowa? Bo niby czemu coś jest do bani? Co wpłynęło na tak słabą ocenę?
W odpowiedzi pada najczęściej kolejna litania wypełniaczy, które mają nadać powagi i ważności wypowiedzi. Czytanie ich męczy.
Skoro tak trudno jest spokojnie rozmawiać o rzeczach błahych, to jak można dyskutować o tematach trudnych?
Nie chcę oglądać (w życiu czy w TV) ludzi, którzy obrzucają się wyzwiskami i plotą trzy po trzy. Chcę słyszeć sensownie prowadzoną dyskusję, dlatego jeszcze raz proszę - niech ktoś wprowadzi taki przedmiot do szkół!
Niemalże każdy temat, w którym pojawiały się ciekawe pomysły, najczęściej kończył się jedną wielką awanturą. Smutne to.
Często widzę coś takiego:
1. "Gra X jest do bani!"
2. "Mnie się podobała, bo miała to, to i tamto."
1. "A ja uważam, że jest do bani i jest gupia i w ogóle ma cienką fabułe! Ale to moja skromna opinia i nie musisz się z nią zgadzać."
Za używanie zwrotu "to tylko moja skromna opinia" powinien być od razu ban za obrażanie inteligencji czytającego. Bo niby czyja ma być?
Brakuje jeszcze opcji "na temat gustów się nie dyskutuje".
Skoro tak, to po co zakładać temat, który do gustu nawiązuje? Uważam, że powinno się o upodobaniach dyskutować o ile da się. Poziom "lubienia" i "podobania się" jest różny. Niektóre rzeczy są oczywiste i nie wymagają dopełnienia. "Lubię czerwony" - to jest przykład "lubienia" z którym trudno polemizować. Mogę to rozszerzyć i próbować uzasadnić - Lubię czerwony, bo ładnie kontrastuje i dodaje kolorytu, ale czy naprawdę cokolwiek to zmienia? Z kolei stwierdzenie, że lubię literaturę Philipa Dicka, za paranoiczny klimat i gorzkie obserwacje natury ludzkiej, jest czymś, z czym już można podyskutować.
W przytoczonym przez mnie przykładzie z grą do bani razi mnie jeszcze jedno - napastliwy charakter wypowiedzi. Jest tyle sposobów, by swoją niechęć wyrazić dużo spokojniej. Zupełnie jak w tym starym dowcipie, że "dyplomacja to umiejętność powiedzenia komuś `spierdalaj` w taki sposób, żeby poczuł podniecenie na myśl o czekającej go podróży." I jak prowadzić dyskusję w takich warunkach, kiedy zamiast konkretów, są puste słowa? Bo niby czemu coś jest do bani? Co wpłynęło na tak słabą ocenę?
W odpowiedzi pada najczęściej kolejna litania wypełniaczy, które mają nadać powagi i ważności wypowiedzi. Czytanie ich męczy.
Skoro tak trudno jest spokojnie rozmawiać o rzeczach błahych, to jak można dyskutować o tematach trudnych?
Nie chcę oglądać (w życiu czy w TV) ludzi, którzy obrzucają się wyzwiskami i plotą trzy po trzy. Chcę słyszeć sensownie prowadzoną dyskusję, dlatego jeszcze raz proszę - niech ktoś wprowadzi taki przedmiot do szkół!
sobota, 17 lipca 2010
Wyzwanie
Co ty robisz dziewczynko? Próbujesz się ze mną zmierzyć?
Raz i dwa, raz i dwa.
Powoli. Szybciej i tak nie dam rady.
Co za duchota. Powietrze jest nieruchome, skwar wypija ze mnie całą wilgoć.
Mam spierzchnięte usta.
Zawróć, nie męcz się.
Każde naciśnięcie na pedały pali żywym ogniem.
Kolejny raz zastanawiam się, po co to robię.
Muszka, która przysiadła mi na ręce, topi się w warstewce potu.
Nie będzie łatwo. Nie myśl sobie.
Nie cierpię zwodniczych zakrętów.
Takich, które obiecują koniec męki, by potem bezczelnie zakpić, odsłaniając kolejne wzniesienie.
Nabierasz się raz, drugi, trzeci... Nie chcę patrzeć na kolejne, opuszczam głowę, zbierając resztkę sił.
Dlaczego te metry przyrastają tak powoli?
Jeszcze trochę, jeszcze odrobinę.
Koniec męki.
Na szczycie towarzyszy mi szum wiatru. I głosy ludzi. "Chcę loda! Chcę pić! Chcę..." - słyszę tylko szum własnej krwi. Ludzie patrzą na mnie z niemym pytaniem - po co się tak męczyć, skoro jest kolejka gondolowa? Spójrz tylko na siebie, jesteś cała spocona i zakurzona. Wyglądasz jak siedem nieszczęść.
Po co?
Nie czeka na mnie szampan czy też Andy z gratulacjami.
Ale utarłam górze nosa.
Raz i dwa, raz i dwa.
Powoli. Szybciej i tak nie dam rady.
Co za duchota. Powietrze jest nieruchome, skwar wypija ze mnie całą wilgoć.
Mam spierzchnięte usta.
Zawróć, nie męcz się.
Każde naciśnięcie na pedały pali żywym ogniem.
Kolejny raz zastanawiam się, po co to robię.
Muszka, która przysiadła mi na ręce, topi się w warstewce potu.
Nie będzie łatwo. Nie myśl sobie.
Nie cierpię zwodniczych zakrętów.
Takich, które obiecują koniec męki, by potem bezczelnie zakpić, odsłaniając kolejne wzniesienie.
Nabierasz się raz, drugi, trzeci... Nie chcę patrzeć na kolejne, opuszczam głowę, zbierając resztkę sił.
Dlaczego te metry przyrastają tak powoli?
Jeszcze trochę, jeszcze odrobinę.
Koniec męki.
Na szczycie towarzyszy mi szum wiatru. I głosy ludzi. "Chcę loda! Chcę pić! Chcę..." - słyszę tylko szum własnej krwi. Ludzie patrzą na mnie z niemym pytaniem - po co się tak męczyć, skoro jest kolejka gondolowa? Spójrz tylko na siebie, jesteś cała spocona i zakurzona. Wyglądasz jak siedem nieszczęść.
Po co?
Nie czeka na mnie szampan czy też Andy z gratulacjami.
Ale utarłam górze nosa.
niedziela, 11 lipca 2010
Heineken Open'er Festival 2010
Festiwal się skończył. Przypomina mi o nim już tylko kolejna, wiecznie trzecia opaska na nadgarstku. Oby nie były co rok to większe.
Garść spostrzeżeń:
Na teren festiwalu, wbrew powszechnej opinii, nie dowoziły autobusy, tylko gimbusy. Choć wciąż uparcie nie zgadzam się ze swoją metryczką, to jednak wraz z Konikiem zawyżałyśmy średnią wieku. Stylizacje najróżniejsze, ale w tym roku przebijały się tlenione blond lub nawet platynowe włosy, wdzięczna opaska, często w grochy i okulary muchy.
Albo wciąż wpadałam na tę samą dziewczynę.
Nagroda specjalna wędruje dla pana na plaży, który mimo palącego słońca miał koszulę i krawat. Indie-look wiecznie w modzie, nawet mimo upałów.
Dla Ciebie Jay, za strój plażowy też się jakąś specjalną nagrodę znajdzie.
Jesteśmy z Konikiem zachłanne. Przyjechałyśmy, by zobaczyć i usłyszeć jak najwięcej wykonawców. Każdy bawi się jak lubi, ale mimo to jestem pełna podziwu dla ludzi, którzy wydają ponad 300 złoty na bilet, żeby napić się słabego piwa, siedząc na trawie i od czasu do czasu zerkać na scenę, kto też tam gra. Ba, podziwiam tych, którzy w ogóle decydują się tam pić piwo, które jest moczopędne, a mimo wszelkich wysiłków organizatorów, do ubikacji wciąż są kolejki. Toi-Toi wcale nie zapewnia lepszej akustyki, gdyby ktoś to sugerował.
W Gdyni są bilety czasowe. Naprawdę.
Jestem skłonna uwierzyć, że zmasowany najazd ludzi z pola namiotowego na osiedle, nie jest niczym miłym. Goście są zapewne głośni, śmiecą i co tylko. Ale gdyby taki festiwal odbywał się w Poznaniu, to mam dziwne wrażenie, że Kompania Piwowarska odnotowywałaby znikanie znacznej części piwa na odcinku między linią rozlewniczą, a ciężarówką dostawczą. Choć pewnie to piwo potem cudownie odnalazłoby się na osiedlu, gdzie, choćby z pryczy, byłoby sprzedawane spragnionym festiwalowiczom.
Pora na koncerty!
Łąki Łan
Widziałam część. Panowie w przebraniu owadów (i foki) grają pociesznie, choć wbrew tego co sądzą, ich muzyka "cipki nie zdoła naoliwić".
Ben Harper & Relentless 7
Nigdy przedtem nie słyszałam o tym panu, choć gra całkiem sympatycznego, klasycznego rocka. Ale stracił koncert kiedy na scenę zaprosił Eddiego z Pearl Jam, do wspólnego wykonania "Under pressure" Queenów. Nawet, gdy potem zagrali "Heartbreaker'a" Zepellinów, dalej wszyscy przebierali nerwowo nóżkami, czekając na
Pearl Jam
...czyli danie główne wieczoru. Po tym jak kiedyś stratowano im ludzi na koncercie, Eddie usilnie prosił i zaklinał, żeby wszyscy bawili się bezpiecznie. Tia, gadaj zdrów, chciałoby się powiedzieć, gdy się widziało kocioł pod sceną. Nie wiem dlaczego dla wielu zamieszanie pod sceną to kwintesencja dobrej zabawy.
Koncert był poprawny, wszystko grało, choć odniosłam wrażenie, że pozostawił pewien niedosyt.
Fox
Tanecznie, radośnie, tylko czemu tak krótko? Fox zgromadził na scenie wielu wykonawców, łącznie z Noviką czy Marysią Peszek. Tylko wyobraźcie sobie te bisy! No właśnie... wyobraźcie, bo żadnej bomby na koniec nie było. Szkoda.
Grace Jones
Nie widziałam całości, a przyszłam z ciekawości. Mało widziałam, jak to w namiocie. Ale chciałabym tak wyglądać w wieku tej pani, bo figurę ma wspaniałą. Co piosenka to inne nakrycie głowy, i inne wdzianko. Ale przebieranki szły jej sprawnie. A muzyka? Disco podlewane rytmami z Jamajki.
Massive Attack
Kolejny raz, chciałoby się powiedzieć. Jakże to inny koncert od tego, co dał Pearl Jam. Jak tam ludzie szaleli i uczestnictwo groziło zdeptaniem, tak tu spokój. Każdy kołysał się w swoim tempie.
Ciekawe kiedy zmienią wizualizację, bo aranż do "Teardrop" zmienili tak mocno, jakby się obawiali, że ktoś krzyknie "Hej, to czołówka z House'a!".
Empire of the Sun
Widziałam fragment. Było kolorowo, zalatywało Prince'm i pan na perkusji był całkiem całkiem. Nawet z pióropuszem na głowie. Gdy usłyszałam dwie piosenki, które znałam, mogłam sobie iść.
L.U.C
Wesoła muzyka gdzieś z okolic hip-hopu, choć to stanowczo zbyt wąska klasyfikacja. Bardzo pozytywny człowiek, rzucający anegdotami na prawo i lewo.
Skunk Anansie
Skin to błyskające zębem w rekinim uśmiechu zwierzę sceniczne. Wszędzie jej pełno, biega, skacze, fika i pływa na tłumie. Co ważniejsze, wciąż przy tym śpiewa czysto. Czapki z głów!
Kasabian
Po żywiołowym występie Skin zastanawiałam się, co też muszą zrobić chłopaki z Kasabian, żeby to przebić. Cóż, po tym jak już dźwiękowcy uporali się z pewnymi niedociągnięciami, wystarczyło zagrać przeboje i już. Szkoda "Shoot the runner" - kłopoty z dźwiękiem zabiły tę piosenkę, choć i tak nabiłam sobie siniaka, skacząc przy niej. Uważają się obecnie za największy brytyjski zespół. Nie, nie są aż tak dobrzy, ale koncerty dają dobre. Gdy skończyli, miałam opuchnięte kolano, zdarte gardło i miałam ochotę na więcej.
Hot Chip
Konik stwierdziła, że nie schodzi poniżej dwóch gitar i coś w tym jest. Elektronika jednak aż tak do mnie nie przemawia.
Matisyahu
Chasydzkie reggae. Ni mniej ni więcej. Bardzo przyjemna, bujająca muzyka. Czułam się bardzo uduchowiona po koncercie, choć nie mogę powiedzieć, że rozumiałam co pan śpiewał.
Muchy
Mam do nich słabość. Nawet większą, gdy widzę gitarzystę topless. Z pewnością mieli lepiej udźwiękowiony koncert niż ostatnio, kiedy grali w Gdyni.
Ale moglibyście panowie jednak grać dłużej!
The Hives
Szał. Inaczej tego nie można nazwać. Totalne szaleństwo, które udzieliło się wszystkim. Wszyscy skakali, śpiewali, śmiali się z dowcipów wokalisty (o ile dało się je zrozumieć - bo tempo mówienia i skrzekliwy głos nijak nie ułatwiało zadania) Już dawno nie widziałam tak radosnego koncertu. I tak skandalicznie krótkiego.
The Dead Weather
Jack White i jeśli o mnie chodzi, to byłoby na tyle. Wszedł, usiadł za bębnami, po chwili weszła reszta i zaczęli grać. Cieszę się, że grali mieszankę piosenek z obu płyt. Choć pierwsza wydawała mi się cięższa, to na koncercie zabrzmiała zaskakująco świeżo i lekko. A może to jeszcze efekt zjawiskowej pani Alison? W każdym razie, gdy Jack wyszedł zza bębnów (wrzawa), chwycił gitarę (jeszcze większa wrzawa) i zaśpiewał wraz z nią "Will there be enough water" to coś się stało. Nie wiem co, ale patrzyłam na scenę jak zahipnotyzowana, prawie zawstydzona, taki erotyzm bił ze sceny.
Jack, czekam na Ciebie w przyszłym roku!
Garść spostrzeżeń:
Na teren festiwalu, wbrew powszechnej opinii, nie dowoziły autobusy, tylko gimbusy. Choć wciąż uparcie nie zgadzam się ze swoją metryczką, to jednak wraz z Konikiem zawyżałyśmy średnią wieku. Stylizacje najróżniejsze, ale w tym roku przebijały się tlenione blond lub nawet platynowe włosy, wdzięczna opaska, często w grochy i okulary muchy.
Albo wciąż wpadałam na tę samą dziewczynę.
Nagroda specjalna wędruje dla pana na plaży, który mimo palącego słońca miał koszulę i krawat. Indie-look wiecznie w modzie, nawet mimo upałów.
Dla Ciebie Jay, za strój plażowy też się jakąś specjalną nagrodę znajdzie.
Jesteśmy z Konikiem zachłanne. Przyjechałyśmy, by zobaczyć i usłyszeć jak najwięcej wykonawców. Każdy bawi się jak lubi, ale mimo to jestem pełna podziwu dla ludzi, którzy wydają ponad 300 złoty na bilet, żeby napić się słabego piwa, siedząc na trawie i od czasu do czasu zerkać na scenę, kto też tam gra. Ba, podziwiam tych, którzy w ogóle decydują się tam pić piwo, które jest moczopędne, a mimo wszelkich wysiłków organizatorów, do ubikacji wciąż są kolejki. Toi-Toi wcale nie zapewnia lepszej akustyki, gdyby ktoś to sugerował.
W Gdyni są bilety czasowe. Naprawdę.
Jestem skłonna uwierzyć, że zmasowany najazd ludzi z pola namiotowego na osiedle, nie jest niczym miłym. Goście są zapewne głośni, śmiecą i co tylko. Ale gdyby taki festiwal odbywał się w Poznaniu, to mam dziwne wrażenie, że Kompania Piwowarska odnotowywałaby znikanie znacznej części piwa na odcinku między linią rozlewniczą, a ciężarówką dostawczą. Choć pewnie to piwo potem cudownie odnalazłoby się na osiedlu, gdzie, choćby z pryczy, byłoby sprzedawane spragnionym festiwalowiczom.
Pora na koncerty!
Łąki Łan
Widziałam część. Panowie w przebraniu owadów (i foki) grają pociesznie, choć wbrew tego co sądzą, ich muzyka "cipki nie zdoła naoliwić".
Ben Harper & Relentless 7
Nigdy przedtem nie słyszałam o tym panu, choć gra całkiem sympatycznego, klasycznego rocka. Ale stracił koncert kiedy na scenę zaprosił Eddiego z Pearl Jam, do wspólnego wykonania "Under pressure" Queenów. Nawet, gdy potem zagrali "Heartbreaker'a" Zepellinów, dalej wszyscy przebierali nerwowo nóżkami, czekając na
Pearl Jam
...czyli danie główne wieczoru. Po tym jak kiedyś stratowano im ludzi na koncercie, Eddie usilnie prosił i zaklinał, żeby wszyscy bawili się bezpiecznie. Tia, gadaj zdrów, chciałoby się powiedzieć, gdy się widziało kocioł pod sceną. Nie wiem dlaczego dla wielu zamieszanie pod sceną to kwintesencja dobrej zabawy.
Koncert był poprawny, wszystko grało, choć odniosłam wrażenie, że pozostawił pewien niedosyt.
Fox
Tanecznie, radośnie, tylko czemu tak krótko? Fox zgromadził na scenie wielu wykonawców, łącznie z Noviką czy Marysią Peszek. Tylko wyobraźcie sobie te bisy! No właśnie... wyobraźcie, bo żadnej bomby na koniec nie było. Szkoda.
Grace Jones
Nie widziałam całości, a przyszłam z ciekawości. Mało widziałam, jak to w namiocie. Ale chciałabym tak wyglądać w wieku tej pani, bo figurę ma wspaniałą. Co piosenka to inne nakrycie głowy, i inne wdzianko. Ale przebieranki szły jej sprawnie. A muzyka? Disco podlewane rytmami z Jamajki.
Massive Attack
Kolejny raz, chciałoby się powiedzieć. Jakże to inny koncert od tego, co dał Pearl Jam. Jak tam ludzie szaleli i uczestnictwo groziło zdeptaniem, tak tu spokój. Każdy kołysał się w swoim tempie.
Ciekawe kiedy zmienią wizualizację, bo aranż do "Teardrop" zmienili tak mocno, jakby się obawiali, że ktoś krzyknie "Hej, to czołówka z House'a!".
Empire of the Sun
Widziałam fragment. Było kolorowo, zalatywało Prince'm i pan na perkusji był całkiem całkiem. Nawet z pióropuszem na głowie. Gdy usłyszałam dwie piosenki, które znałam, mogłam sobie iść.
L.U.C
Wesoła muzyka gdzieś z okolic hip-hopu, choć to stanowczo zbyt wąska klasyfikacja. Bardzo pozytywny człowiek, rzucający anegdotami na prawo i lewo.
Skunk Anansie
Skin to błyskające zębem w rekinim uśmiechu zwierzę sceniczne. Wszędzie jej pełno, biega, skacze, fika i pływa na tłumie. Co ważniejsze, wciąż przy tym śpiewa czysto. Czapki z głów!
Kasabian
Po żywiołowym występie Skin zastanawiałam się, co też muszą zrobić chłopaki z Kasabian, żeby to przebić. Cóż, po tym jak już dźwiękowcy uporali się z pewnymi niedociągnięciami, wystarczyło zagrać przeboje i już. Szkoda "Shoot the runner" - kłopoty z dźwiękiem zabiły tę piosenkę, choć i tak nabiłam sobie siniaka, skacząc przy niej. Uważają się obecnie za największy brytyjski zespół. Nie, nie są aż tak dobrzy, ale koncerty dają dobre. Gdy skończyli, miałam opuchnięte kolano, zdarte gardło i miałam ochotę na więcej.
Hot Chip
Konik stwierdziła, że nie schodzi poniżej dwóch gitar i coś w tym jest. Elektronika jednak aż tak do mnie nie przemawia.
Matisyahu
Chasydzkie reggae. Ni mniej ni więcej. Bardzo przyjemna, bujająca muzyka. Czułam się bardzo uduchowiona po koncercie, choć nie mogę powiedzieć, że rozumiałam co pan śpiewał.
Muchy
Mam do nich słabość. Nawet większą, gdy widzę gitarzystę topless. Z pewnością mieli lepiej udźwiękowiony koncert niż ostatnio, kiedy grali w Gdyni.
Ale moglibyście panowie jednak grać dłużej!
The Hives
Szał. Inaczej tego nie można nazwać. Totalne szaleństwo, które udzieliło się wszystkim. Wszyscy skakali, śpiewali, śmiali się z dowcipów wokalisty (o ile dało się je zrozumieć - bo tempo mówienia i skrzekliwy głos nijak nie ułatwiało zadania) Już dawno nie widziałam tak radosnego koncertu. I tak skandalicznie krótkiego.
The Dead Weather
Jack White i jeśli o mnie chodzi, to byłoby na tyle. Wszedł, usiadł za bębnami, po chwili weszła reszta i zaczęli grać. Cieszę się, że grali mieszankę piosenek z obu płyt. Choć pierwsza wydawała mi się cięższa, to na koncercie zabrzmiała zaskakująco świeżo i lekko. A może to jeszcze efekt zjawiskowej pani Alison? W każdym razie, gdy Jack wyszedł zza bębnów (wrzawa), chwycił gitarę (jeszcze większa wrzawa) i zaśpiewał wraz z nią "Will there be enough water" to coś się stało. Nie wiem co, ale patrzyłam na scenę jak zahipnotyzowana, prawie zawstydzona, taki erotyzm bił ze sceny.
Jack, czekam na Ciebie w przyszłym roku!
poniedziałek, 7 czerwca 2010
Marcowanie
Ona: Kochanie, musimy porozmawiać.
On: Co takiego skarbie?
Ona: Mam wrażenie, że zmieniłeś się.
On (rozbawiony): Zmieniłem?
Ona: Wydajesz się być taki... zdystansowany. Pochłonięty swoimi sprawami. Po prostu... zimny.
On: Przesadzasz. Nic się wcale takiego nie dzieje.
Ona: No jak to nie? Kiedy próbuję się do ciebie przytulić, wykręcasz się zmęczeniem. Kiedyś tak nie było.
On (lekko poirytowany): Ależ o czym ty mówisz?! Wiesz dobrze, że naprawdę mam sporo na głowie.
Ona: W ogóle przestałeś mnie zauważać. Nie wiem, czy w ogóle cię jeszcze interesuję...
On (uspokajająco): Jak możesz tak mówić. No chodź tu bliżej.
Ona: Kocham cię.
On: Ja ciebie też.
Ona: Kochanie... chyba nie jesteśmy sami. Te trzy dwunogi gapią się nas...
On: Szlag by to... zero prywatności...
1: Patrzcie na te koty! Tam na dachu!
2: O, jak się tulą do siebie!
3: Jakie one słodkie!
2: Patrzcie jak na nas patrzą, ale mają śmieszne miny.
1: No i sobie poszły...
On: Co takiego skarbie?
Ona: Mam wrażenie, że zmieniłeś się.
On (rozbawiony): Zmieniłem?
Ona: Wydajesz się być taki... zdystansowany. Pochłonięty swoimi sprawami. Po prostu... zimny.
On: Przesadzasz. Nic się wcale takiego nie dzieje.
Ona: No jak to nie? Kiedy próbuję się do ciebie przytulić, wykręcasz się zmęczeniem. Kiedyś tak nie było.
On (lekko poirytowany): Ależ o czym ty mówisz?! Wiesz dobrze, że naprawdę mam sporo na głowie.
Ona: W ogóle przestałeś mnie zauważać. Nie wiem, czy w ogóle cię jeszcze interesuję...
On (uspokajająco): Jak możesz tak mówić. No chodź tu bliżej.
Ona: Kocham cię.
On: Ja ciebie też.
Ona: Kochanie... chyba nie jesteśmy sami. Te trzy dwunogi gapią się nas...
On: Szlag by to... zero prywatności...
1: Patrzcie na te koty! Tam na dachu!
2: O, jak się tulą do siebie!
3: Jakie one słodkie!
2: Patrzcie jak na nas patrzą, ale mają śmieszne miny.
1: No i sobie poszły...
poniedziałek, 17 maja 2010
Nowy-stary smak?
"Chcesz spróbować"? - jak kusicielka, potrząsa foliową saszetką.
Przygryzam wargę, nie jestem do końca zdecydowana. Ale ta saszetka wygląda tak zachęcająco...
Biorę.
Potrząsam saszetką, żeby proszek opadł na dno, następnie ostrożnie ją otwieram.
Ślinię czubek palca i delikatnie dotykam proszku. Jego cieniutka warstwa zostaje mi na skórze.
Ostrożnie, żeby nie zgubić ani odrobinki, podnoszę palec do ust. Przymykam lekko oczy, smakując proszek.
To nie jest TEN smak.
Nowy vibovit to jednak już nie to samo co kiedyś.
Przygryzam wargę, nie jestem do końca zdecydowana. Ale ta saszetka wygląda tak zachęcająco...
Biorę.
Potrząsam saszetką, żeby proszek opadł na dno, następnie ostrożnie ją otwieram.
Ślinię czubek palca i delikatnie dotykam proszku. Jego cieniutka warstwa zostaje mi na skórze.
Ostrożnie, żeby nie zgubić ani odrobinki, podnoszę palec do ust. Przymykam lekko oczy, smakując proszek.
To nie jest TEN smak.
Nowy vibovit to jednak już nie to samo co kiedyś.
wtorek, 11 maja 2010
TV marzeń
Są filmy, które ogląda się choć nie ma w nich świetnego aktorstwa, zbijających z nóg efektów specjalnych, ani zaplątanej intrygi. Ogląda się je, żeby przyjrzeć się z bliska temu, co mamy pod nosem, ale z jakichś powodów tego nie zauważamy.
Filmy dokumentalne to nie tylko lwy na Serengeti i bajecznie kolorowa rafa z komentarzem czytanym przez p. Czubównę.
Siódmy Doc Review to okazja, żeby się o tym przekonać.
"Wideokracja" przedstawia współczesne Włochy, w których rządzi telewizja, z kolei telewizją rządzi Berlusconi, który też (tak przy okazji) rządzi krajem.
Telewizja daje sławę, pieniądze i piękne towarzystwo.
Młodzi, mniej lub bardziej zdolni, próbują się do niej dostać na wszelkie możliwe sposoby, żeby spełnić swe marzenia.
Kiedy czytałam książki, albo oglądałam filmy rozgrywające się we Włoszech, często przewijał się motyw pracy w telewizji - dziewczyny szukające szczęścia jako veliny. Velina to dziewczyna-ozdoba. Ma się nie odzywać, tylko ładnie się uśmiechać i od czasu do czasu wykonać krótki taniec, który przyciągnie uwagę widza. Taka zgrabna zabawka do oglądania.
Migawki z włoskiej telewizji to ciekawe obrazki - teleturnieje prowadzone przez dojrzałych mężczyzn oraz młode, bardzo ładne kobiety (dużo młodsze od prowadzących). Do tego wszędobylskie veliny w strojach tak skąpych, że aż się wierzyć nie chce, że takie rzeczy można pokazywać tak wcześnie. Tok-szoły, albo inne programy pełne rozmawiających mężczyzn i ich niemych towarzyszek, które wdzięczą się do kamer.
Nabór na veliny. Centrum handlowe, jakaś mała scenka. Kolejka chętnych i mężczyzna, który prosi dziewczynę, by pokazała się z profilu, zatańczyła, albo powiedziała, czemu chce dostać się do telewizji. Potem kolejna scena. Klub dla VIPów na Sardynii, Bilioner. Dziewczyna tam wybrana będzie, przez dwa tygodnie, pogodynką w telewizji Berlusconiego.
Nalane, spocone twarze mężczyzn patrzących na te dziewczyny, każą się poważnie zastanowić, co jeszcze trzeba zrobić, żeby zostać veliną. Ale reżyser nie odpowiada. Odpowiedź daje Riccardo, chłopak, który chce odmienić swój los i jedyny na to sposób widzi w dostaniu się do telewizji.
"Mógłbym oddać swoje ciało komuś, ale tylko za główną rolę w filmie."
W czasie projekcji w głowie kołacze mi się natrętna myśl. Skoro to jest film o mechanizmach manipulacji, to czy właśnie sama nie padam jej ofiarą? Może to i paranoja, ale...
Nie dzieje się dobrze w pięknej Italii, bez wątpienia sytuacja, gdy jeden człowiek kontroluje środki masowego przekazu, (i do tego sprawuje władzę) nie jest czymś, czym można się chwalić. Może jednak to co mi pokazano, to tylko skrajne przypadki, specjalnie dobrane, żeby wzmocnić przekaz?
Czy można opowiedzieć o czymś, zupełnie się dystansując od tematu? Czy można pokazywać wszystko na chłodno, bez próby przemycenia swojego zdania, jak idealnie wypolerowane zwierciadło, odbijające obraz bez zniekształceń?
Filmy dokumentalne to nie tylko lwy na Serengeti i bajecznie kolorowa rafa z komentarzem czytanym przez p. Czubównę.
Siódmy Doc Review to okazja, żeby się o tym przekonać.
"Wideokracja" przedstawia współczesne Włochy, w których rządzi telewizja, z kolei telewizją rządzi Berlusconi, który też (tak przy okazji) rządzi krajem.
Telewizja daje sławę, pieniądze i piękne towarzystwo.
Młodzi, mniej lub bardziej zdolni, próbują się do niej dostać na wszelkie możliwe sposoby, żeby spełnić swe marzenia.
Kiedy czytałam książki, albo oglądałam filmy rozgrywające się we Włoszech, często przewijał się motyw pracy w telewizji - dziewczyny szukające szczęścia jako veliny. Velina to dziewczyna-ozdoba. Ma się nie odzywać, tylko ładnie się uśmiechać i od czasu do czasu wykonać krótki taniec, który przyciągnie uwagę widza. Taka zgrabna zabawka do oglądania.
Migawki z włoskiej telewizji to ciekawe obrazki - teleturnieje prowadzone przez dojrzałych mężczyzn oraz młode, bardzo ładne kobiety (dużo młodsze od prowadzących). Do tego wszędobylskie veliny w strojach tak skąpych, że aż się wierzyć nie chce, że takie rzeczy można pokazywać tak wcześnie. Tok-szoły, albo inne programy pełne rozmawiających mężczyzn i ich niemych towarzyszek, które wdzięczą się do kamer.
Nabór na veliny. Centrum handlowe, jakaś mała scenka. Kolejka chętnych i mężczyzna, który prosi dziewczynę, by pokazała się z profilu, zatańczyła, albo powiedziała, czemu chce dostać się do telewizji. Potem kolejna scena. Klub dla VIPów na Sardynii, Bilioner. Dziewczyna tam wybrana będzie, przez dwa tygodnie, pogodynką w telewizji Berlusconiego.
Nalane, spocone twarze mężczyzn patrzących na te dziewczyny, każą się poważnie zastanowić, co jeszcze trzeba zrobić, żeby zostać veliną. Ale reżyser nie odpowiada. Odpowiedź daje Riccardo, chłopak, który chce odmienić swój los i jedyny na to sposób widzi w dostaniu się do telewizji.
"Mógłbym oddać swoje ciało komuś, ale tylko za główną rolę w filmie."
W czasie projekcji w głowie kołacze mi się natrętna myśl. Skoro to jest film o mechanizmach manipulacji, to czy właśnie sama nie padam jej ofiarą? Może to i paranoja, ale...
Nie dzieje się dobrze w pięknej Italii, bez wątpienia sytuacja, gdy jeden człowiek kontroluje środki masowego przekazu, (i do tego sprawuje władzę) nie jest czymś, czym można się chwalić. Może jednak to co mi pokazano, to tylko skrajne przypadki, specjalnie dobrane, żeby wzmocnić przekaz?
Czy można opowiedzieć o czymś, zupełnie się dystansując od tematu? Czy można pokazywać wszystko na chłodno, bez próby przemycenia swojego zdania, jak idealnie wypolerowane zwierciadło, odbijające obraz bez zniekształceń?
środa, 28 kwietnia 2010
Owłosione, znaczy wolne?
Ostatnio, gdy przeglądałam prasę, trafiłam na ciekawy artykuł - "Unshaven Women: Free Spirits or Unkempt?". Tekst jest o kobietach, które postanowiły "zaniedbać" obowiązek golenia nóg albo miejsc pod pachami.
Gdy go przeczytałam, absolutnie nie potrafiłam stwierdzić, czy zgadzam się z jego bohaterkami, czy też nie.
Kiedy Bridget Jones szykowała się na wielki raut, spędziła w łazience mnóstwo czasu, robiąc się na przysłowiowe bóstwo. Porównuje się wtedy do rolnika - w końcu piękno wymaga bezustannej pielęgnacji, przycinania, nawilżania, masowania, ścierania, itd.
Ile czasu spędza przeciętna kobieta w łazience? Ile pieniędzy wydaje na kosmetyki? Ile trudu i pracy ją to kosztuje?
Oto skrócony spis działań:
- od czasu do czasu regulacja brwi, chyba, że matka natura dała łuk idealny,
- henna, o ile nie ma się ciemnej oprawy oczu
- oczyszczanie twarzy... brrr...
- pozbywanie się zbędnego owłosienia
- wcieranie różnych specyfików, żeby nie zadrapać się na śmierć
- wizyta u fryzjera od czasu do czasu
- solarium albo inne sposoby na przyciemnienie skóry (szczególnie wiosną/latem, tudzież przed ważnymi imprezami)
- manikiur i pedikiur
... i zapewne wiele innych, ale to w końcu skrócony opis.
A co robią mężczyźni?
- kąpią się
- ogolą się (albo i nie)
- włączą maszynkę do golenia i przejadą po głowie, zostawiając 3-4 mm
Jawna dysproporcja w ilości zabiegów.
A gdyby tak to wszystko rzucić w diabły i zacząć radośnie zarastać? W końcu to naturalne! Mogę się zgodzić, że owłosienie pod pachami to rzecz dyskusyjna, ze względu na to, że człowiek to jednak zwierzę stadne, ale z drugiej strony... wielu mężczyzn ma tam owłosienie i jakoś nikt ich nie wytyka palcami. Nogi? W sumie co to komu przeszkadza? Zimą może jest cieplej? Mężczyzn nikt z tego powodu nie wytyka palcami...
W artykule autorka wspomina o zdjęciach Madonny, które ukazały się dawno temu w Playboyu - zdawałoby się w miejscu, gdzie zawsze można znaleźć samo piękno.
Dokopałam się do nich.
I mam mieszane uczucia.
Czyżby obraz pięknego, a zatem gładkiego ciała, był tak głęboko zakorzeniony w mojej głowie, że jednak nic innego nie może mi się spodobać? A jeśli tak, to co jeszcze tam tkwi? Czyżby typ mężczyzn jaki mi się podoba też był tam zakodowany (w sumie badacze sugerują, że tak)? Czy w ogóle potrafię powiedzieć, że cokolwiek mi się podoba, czy będzie to jedynie reakcja na zapisy tkwiące w mojej głowie?
Wolnym jest się ponoć wtedy, kiedy można obudzić się rano, stwierdzić co chce się robić i zrobić to.
Nie umiem wyrwać się spod presji społeczeństwa.
Zostaję przy gładkich nogach.
Gdy go przeczytałam, absolutnie nie potrafiłam stwierdzić, czy zgadzam się z jego bohaterkami, czy też nie.
Kiedy Bridget Jones szykowała się na wielki raut, spędziła w łazience mnóstwo czasu, robiąc się na przysłowiowe bóstwo. Porównuje się wtedy do rolnika - w końcu piękno wymaga bezustannej pielęgnacji, przycinania, nawilżania, masowania, ścierania, itd.
Ile czasu spędza przeciętna kobieta w łazience? Ile pieniędzy wydaje na kosmetyki? Ile trudu i pracy ją to kosztuje?
Oto skrócony spis działań:
- od czasu do czasu regulacja brwi, chyba, że matka natura dała łuk idealny,
- henna, o ile nie ma się ciemnej oprawy oczu
- oczyszczanie twarzy... brrr...
- pozbywanie się zbędnego owłosienia
- wcieranie różnych specyfików, żeby nie zadrapać się na śmierć
- wizyta u fryzjera od czasu do czasu
- solarium albo inne sposoby na przyciemnienie skóry (szczególnie wiosną/latem, tudzież przed ważnymi imprezami)
- manikiur i pedikiur
... i zapewne wiele innych, ale to w końcu skrócony opis.
A co robią mężczyźni?
- kąpią się
- ogolą się (albo i nie)
- włączą maszynkę do golenia i przejadą po głowie, zostawiając 3-4 mm
Jawna dysproporcja w ilości zabiegów.
A gdyby tak to wszystko rzucić w diabły i zacząć radośnie zarastać? W końcu to naturalne! Mogę się zgodzić, że owłosienie pod pachami to rzecz dyskusyjna, ze względu na to, że człowiek to jednak zwierzę stadne, ale z drugiej strony... wielu mężczyzn ma tam owłosienie i jakoś nikt ich nie wytyka palcami. Nogi? W sumie co to komu przeszkadza? Zimą może jest cieplej? Mężczyzn nikt z tego powodu nie wytyka palcami...
W artykule autorka wspomina o zdjęciach Madonny, które ukazały się dawno temu w Playboyu - zdawałoby się w miejscu, gdzie zawsze można znaleźć samo piękno.
Dokopałam się do nich.
I mam mieszane uczucia.
Czyżby obraz pięknego, a zatem gładkiego ciała, był tak głęboko zakorzeniony w mojej głowie, że jednak nic innego nie może mi się spodobać? A jeśli tak, to co jeszcze tam tkwi? Czyżby typ mężczyzn jaki mi się podoba też był tam zakodowany (w sumie badacze sugerują, że tak)? Czy w ogóle potrafię powiedzieć, że cokolwiek mi się podoba, czy będzie to jedynie reakcja na zapisy tkwiące w mojej głowie?
Wolnym jest się ponoć wtedy, kiedy można obudzić się rano, stwierdzić co chce się robić i zrobić to.
Nie umiem wyrwać się spod presji społeczeństwa.
Zostaję przy gładkich nogach.
środa, 14 kwietnia 2010
Czarna lista
Bohater książki "Cappuccino" miał wydłużającą się listę rzeczy, których nie lubił.
Mam taką listę pytań, których nie lubię i których lepiej mi nie zadawać. Śmieszne? Być może.
1. "O czym myślisz?"
Oj tak, to pytanie z pewnością zasługuje na pierwsze miejsce. Jesteście razem, zapada ta cisza, kiedy można nie myśleć zupełnie o NICZYM tylko cieszyć się towarzystwem drugiej osoby i nagle bach! Czasami aż mnie korci, żeby chlapnąć wtedy coś zupełnie dziwnego jak:
- Zastanawiam się, czy właśnie nie przecieka mi podpaska.
- Kiedy jednak rozważysz inną długość spodni/włosów/czegokolwiek?
- Czy byłabym jednak szczęśliwsza, gdybym kiedyś nie odrzuciła tak szybko tamtego chłopaka...
...itd...
Mało przyjemne? A jasne! Skoro o czymś nie mówię, to może nie chcę o tym wspominać, bo nie warto? Zawsze mogłabym odpowiedzieć wymijająco, że o niczym nie myślę, ale pewnie wtedy usłyszę numer dwa na liście, czyli
2. "Co tak zamilkłaś?"/"Czemu się nie odzywasz?"
Nie widzę korbki, więc nie jestem katarynką. Poza tym skoro komuś za cicho, to niech sam zacznie mówić. Jakiej właściwie odpowiedzi spodziewa się ten, kto zadaje takie pytanie?
3. "Tęskniłaś?"
Nie jestem wylewna. Nie lubię po prostu tych wielkich słów i gestów. W ogóle jestem mało uczuciowa i bardzo rzadko zdarza mi się tęsknić. Zapytana, zapewne uśmiechnę się, skłamię wymijająco, że może trochę albo, że byłam tak zajęta, że nie miałam nawet na to czasu.
Nie cierpię tego. Nie cierpię kłamać, żeby kogoś nie urazić, szczególnie jeśli sam się o to prosi, zadając takie, a nie inne pytanie.
4. "Co u ciebie?"
To jest prawdziwy killer. Od zatrważająco długiego czasu trwa u mnie pewna stagnacja, która mnie męczy, przeraża i wywołuje regularnie czarne myśli.
Naprawdę nie lubię o tym mówić. Tym bardziej uśmiechać się sztucznie, mówiąc, że po staremu (co już powinno dawać do myślenia...) i że jakoś tam leci.
5. "Czy nie mogłabyś obejrzeć wyścigu kiedy indziej?"
Czy mogłabym prosić o pozostawienie mojego kalendarza w spokoju? Mój bzik i innym od tego wara. Możesz się przyłączyć, ale nie każ mi wybierać.
Oby lista się nie wydłużyła...
Mam taką listę pytań, których nie lubię i których lepiej mi nie zadawać. Śmieszne? Być może.
1. "O czym myślisz?"
Oj tak, to pytanie z pewnością zasługuje na pierwsze miejsce. Jesteście razem, zapada ta cisza, kiedy można nie myśleć zupełnie o NICZYM tylko cieszyć się towarzystwem drugiej osoby i nagle bach! Czasami aż mnie korci, żeby chlapnąć wtedy coś zupełnie dziwnego jak:
- Zastanawiam się, czy właśnie nie przecieka mi podpaska.
- Kiedy jednak rozważysz inną długość spodni/włosów/czegokolwiek?
- Czy byłabym jednak szczęśliwsza, gdybym kiedyś nie odrzuciła tak szybko tamtego chłopaka...
...itd...
Mało przyjemne? A jasne! Skoro o czymś nie mówię, to może nie chcę o tym wspominać, bo nie warto? Zawsze mogłabym odpowiedzieć wymijająco, że o niczym nie myślę, ale pewnie wtedy usłyszę numer dwa na liście, czyli
2. "Co tak zamilkłaś?"/"Czemu się nie odzywasz?"
Nie widzę korbki, więc nie jestem katarynką. Poza tym skoro komuś za cicho, to niech sam zacznie mówić. Jakiej właściwie odpowiedzi spodziewa się ten, kto zadaje takie pytanie?
3. "Tęskniłaś?"
Nie jestem wylewna. Nie lubię po prostu tych wielkich słów i gestów. W ogóle jestem mało uczuciowa i bardzo rzadko zdarza mi się tęsknić. Zapytana, zapewne uśmiechnę się, skłamię wymijająco, że może trochę albo, że byłam tak zajęta, że nie miałam nawet na to czasu.
Nie cierpię tego. Nie cierpię kłamać, żeby kogoś nie urazić, szczególnie jeśli sam się o to prosi, zadając takie, a nie inne pytanie.
4. "Co u ciebie?"
To jest prawdziwy killer. Od zatrważająco długiego czasu trwa u mnie pewna stagnacja, która mnie męczy, przeraża i wywołuje regularnie czarne myśli.
Naprawdę nie lubię o tym mówić. Tym bardziej uśmiechać się sztucznie, mówiąc, że po staremu (co już powinno dawać do myślenia...) i że jakoś tam leci.
5. "Czy nie mogłabyś obejrzeć wyścigu kiedy indziej?"
Czy mogłabym prosić o pozostawienie mojego kalendarza w spokoju? Mój bzik i innym od tego wara. Możesz się przyłączyć, ale nie każ mi wybierać.
Oby lista się nie wydłużyła...
piątek, 9 kwietnia 2010
Bo razem raźniej
Czasem miło zrobić coś razem. Można na nowo odkryć ile nas łączy.
Ostatnio obejrzałam z Tatą "Będzie głośno". To film, w którym trzech gitarzystów rozmawia o gitarze elektrycznej.
Jimmy Page z Led Zeppelin, Edge z U2 i Jack White z m.in. White Stripes.
Już pierwsza scena jest ciekawa - Jack niczym Adam Słodowy tu wbije parę gwoździ, tam podstawi butelkę po Coli, naciągnie strunę, podłączy całość pod wzmacniacz i... zagra. "Bo kto powiedział, że musisz kupować gitarę?"
Gdy bohaterowie filmu wspominali jak budowali swoje gitary, Tato uśmiechnął się pod nosem i powiedział, że też coś takiego robił.
A myślałam, że poza podręcznikiem do samodzielnej nauki węgierskiego, który kiedyś znalazłam, już nic nie zdoła mnie zaskoczyć.
Lubię Jacka White'a do czego już się wielokrotnie przyznawałam. Lubię ten brud i przestery. Próbowałam już wcześniej przeszczepić jego muzykę na tatowy grunt, ale trafiałam na ugór. Aż do czasu, gdy usłyszał to, co Jack potrafi. Z zapałem wartym lepszej sprawy podstawiłam mu "Elephanta" pod nos. A w kolejce czekają jeszcze inne świeżynki, w których słychać znajome nuty z lat 60.
Gdy byłam mała on zarażał mnie swoją muzyką. Powoli, acz skutecznie. I jeśli na początku był to dla mnie hałas to z czasem zaczęłam słyszeć w tym muzykę. Może i po drodze miałam przygody z innymi gatunkami, ale do gitar zawsze mnie ciągnęło. Do brudu, szarpania strun, przesterów i potężnego uderzenia.
Oj było głośno...
Z Mamą łączy mnie pasja do historii.
Nie zawsze podobają nam się te same filmy czy książki, ale dobrze się je nam razem ogląda. Teraz aplikowałyśmy sobie w zawrotnych dawkach "Seks w wielkim mieście". Zabawne jak zmieniło się moje podejście do tego serialu. Gdy puszczała go polska telewizja(! aż się wierzyć nie chce, ale wydaje mi się, że to TVP 2 go wyświetlała... późno bo późno, ale zawsze...) to budził moje średnie zainteresowanie. Ale byłam wtedy młodsza i niektóre moje wyobrażenia były zupełne inne. To jak w tej scenie "W chmurach", gdzie bardziej doświadczona bohaterka tłumaczy młodszej jak zmieniają się priorytety i oczekiwania.
Nie, nie dorosłam.
To banalne, ale chyba "okoliczności przyrody" (a przede wszystkim ludzie, z którymi się stykam) rzucili nowe światło na to i owo.
Bo razem czasem bywa raźniej, czy to wtedy, gdy słucha się muzyki, ogląda film, włóczy się po sklepach, pije herbatę rozmawiając, rozmawiając i rozmawiając...
"...so come on home, but don't forget to leave..."
Ostatnio obejrzałam z Tatą "Będzie głośno". To film, w którym trzech gitarzystów rozmawia o gitarze elektrycznej.
Jimmy Page z Led Zeppelin, Edge z U2 i Jack White z m.in. White Stripes.
Już pierwsza scena jest ciekawa - Jack niczym Adam Słodowy tu wbije parę gwoździ, tam podstawi butelkę po Coli, naciągnie strunę, podłączy całość pod wzmacniacz i... zagra. "Bo kto powiedział, że musisz kupować gitarę?"
Gdy bohaterowie filmu wspominali jak budowali swoje gitary, Tato uśmiechnął się pod nosem i powiedział, że też coś takiego robił.
A myślałam, że poza podręcznikiem do samodzielnej nauki węgierskiego, który kiedyś znalazłam, już nic nie zdoła mnie zaskoczyć.
Lubię Jacka White'a do czego już się wielokrotnie przyznawałam. Lubię ten brud i przestery. Próbowałam już wcześniej przeszczepić jego muzykę na tatowy grunt, ale trafiałam na ugór. Aż do czasu, gdy usłyszał to, co Jack potrafi. Z zapałem wartym lepszej sprawy podstawiłam mu "Elephanta" pod nos. A w kolejce czekają jeszcze inne świeżynki, w których słychać znajome nuty z lat 60.
Gdy byłam mała on zarażał mnie swoją muzyką. Powoli, acz skutecznie. I jeśli na początku był to dla mnie hałas to z czasem zaczęłam słyszeć w tym muzykę. Może i po drodze miałam przygody z innymi gatunkami, ale do gitar zawsze mnie ciągnęło. Do brudu, szarpania strun, przesterów i potężnego uderzenia.
Oj było głośno...
Z Mamą łączy mnie pasja do historii.
Nie zawsze podobają nam się te same filmy czy książki, ale dobrze się je nam razem ogląda. Teraz aplikowałyśmy sobie w zawrotnych dawkach "Seks w wielkim mieście". Zabawne jak zmieniło się moje podejście do tego serialu. Gdy puszczała go polska telewizja(! aż się wierzyć nie chce, ale wydaje mi się, że to TVP 2 go wyświetlała... późno bo późno, ale zawsze...) to budził moje średnie zainteresowanie. Ale byłam wtedy młodsza i niektóre moje wyobrażenia były zupełne inne. To jak w tej scenie "W chmurach", gdzie bardziej doświadczona bohaterka tłumaczy młodszej jak zmieniają się priorytety i oczekiwania.
Nie, nie dorosłam.
To banalne, ale chyba "okoliczności przyrody" (a przede wszystkim ludzie, z którymi się stykam) rzucili nowe światło na to i owo.
Bo razem czasem bywa raźniej, czy to wtedy, gdy słucha się muzyki, ogląda film, włóczy się po sklepach, pije herbatę rozmawiając, rozmawiając i rozmawiając...
"...so come on home, but don't forget to leave..."
wtorek, 9 marca 2010
RPG
Jestem...
...Szarą Strażniczką. Ostatnią z Couslandów z Wysokoża. Mam ważne zadanie. Muszę powstrzymać Plagę, zło, które podniosło swój plugawy łeb. Dokonam tego za wszelką cenę, nawet jeśli potem kraj zostanie spustoszony przez wojnę domową albo nieudolne rządy.
Nie obchodzi mnie to.
Moja rodzina została zdradzona, bo ktoś chciał więcej władzy. Nikt nie stanął w ich obronie. W tamtej chwili wiele rzeczy straciło sens. Napędza mnie pragnienie zemsty i zadanie. Powstrzymanie Plagi. Nie pisałam się na tę misję, nie chciałam być Strażniczką. Zmusiły mnie okoliczności. Została nas tylko dwójka, a ten użalający się nad sobą mazgaj nie podoła zadaniu sam.
Uratuję Ferelden od mrocznych pomiotów i doprowadzę do jego upadku z powodu słabych rządów.
To będzie moja zemsta.
...Molly Shepard. Komandor. Różnie na mnie mówią - "Rzeźnik Torfanu", albo "Bohaterka Galaktyki". Zabawne, bo oba miana dostałam za to samo - za posłanie wielu istot na śmierć w imię wyższej konieczności. Rada mogła szybciej dać wiarę moim słowom. Nie chcieli wierzyć w powrót Żniwiarzy dopóki jeden z nich nie zniszczył statku z nimi na pokładzie. Mogłam wydać rozkaz osłaniania ich, ale wtedy nie mogłabym skupić się na ostrzale wroga.
Najpierw Rada dokonała swego wyboru, potem nadeszła moja kolej.
Nie, nie zrobiłam tego, żeby wzmocnić pozycję ludzi. Uważałam, że wtedy to była jedynie słuszna decyzja, nawet jeśli wydaje się dyskusyjna.
Dlatego jestem wciąż potrzebna. Ponieważ potrafię zacisnąć szczęki i iść dalej kiedy rozsądek każe zawrócić. Mam misję. Cholernie trudną misję i potrzebuję pomocy największych skurczybyków, żeby ją wypełnić. Muszą mi ufać, a ja muszę być pewna, że kiedy zrobi się naprawdę gorąco, oni mnie nie zostawią.
...tieflingiem. Żadnym diabelstwem, bo skąd pewność kogo mam w rodzinie? Nie jestem zbyt ufna. Gdyby ci wszyscy wokół wiedzieli, co naprawdę umiem... nie czuliby się zbyt swobodnie w moim towarzystwie. Nie chcę żeby się denerwowali, wolę, żeby mieli mnie za nieszkodliwą. To takie łatwe do osiągnięcia. I wygodne. Wystarczy nie mówić wszystkiego. Nie muszę nawet kłamać zbyt często. Oni wszyscy zwyczajnie słyszą to, co chcą usłyszeć. Reszta ich nie obchodzi.
Naiwni. Myślą, że trochę blachy albo znajomość magicznych sztuczek ich ochroni. A potem wracają z podkulonymi ogonami, albo trzeba wzywać kapłana, żeby ich wskrzesił.
Bohaterowie od siedmiu boleści.
...sobą?
...Szarą Strażniczką. Ostatnią z Couslandów z Wysokoża. Mam ważne zadanie. Muszę powstrzymać Plagę, zło, które podniosło swój plugawy łeb. Dokonam tego za wszelką cenę, nawet jeśli potem kraj zostanie spustoszony przez wojnę domową albo nieudolne rządy.
Nie obchodzi mnie to.
Moja rodzina została zdradzona, bo ktoś chciał więcej władzy. Nikt nie stanął w ich obronie. W tamtej chwili wiele rzeczy straciło sens. Napędza mnie pragnienie zemsty i zadanie. Powstrzymanie Plagi. Nie pisałam się na tę misję, nie chciałam być Strażniczką. Zmusiły mnie okoliczności. Została nas tylko dwójka, a ten użalający się nad sobą mazgaj nie podoła zadaniu sam.
Uratuję Ferelden od mrocznych pomiotów i doprowadzę do jego upadku z powodu słabych rządów.
To będzie moja zemsta.
...Molly Shepard. Komandor. Różnie na mnie mówią - "Rzeźnik Torfanu", albo "Bohaterka Galaktyki". Zabawne, bo oba miana dostałam za to samo - za posłanie wielu istot na śmierć w imię wyższej konieczności. Rada mogła szybciej dać wiarę moim słowom. Nie chcieli wierzyć w powrót Żniwiarzy dopóki jeden z nich nie zniszczył statku z nimi na pokładzie. Mogłam wydać rozkaz osłaniania ich, ale wtedy nie mogłabym skupić się na ostrzale wroga.
Najpierw Rada dokonała swego wyboru, potem nadeszła moja kolej.
Nie, nie zrobiłam tego, żeby wzmocnić pozycję ludzi. Uważałam, że wtedy to była jedynie słuszna decyzja, nawet jeśli wydaje się dyskusyjna.
Dlatego jestem wciąż potrzebna. Ponieważ potrafię zacisnąć szczęki i iść dalej kiedy rozsądek każe zawrócić. Mam misję. Cholernie trudną misję i potrzebuję pomocy największych skurczybyków, żeby ją wypełnić. Muszą mi ufać, a ja muszę być pewna, że kiedy zrobi się naprawdę gorąco, oni mnie nie zostawią.
...tieflingiem. Żadnym diabelstwem, bo skąd pewność kogo mam w rodzinie? Nie jestem zbyt ufna. Gdyby ci wszyscy wokół wiedzieli, co naprawdę umiem... nie czuliby się zbyt swobodnie w moim towarzystwie. Nie chcę żeby się denerwowali, wolę, żeby mieli mnie za nieszkodliwą. To takie łatwe do osiągnięcia. I wygodne. Wystarczy nie mówić wszystkiego. Nie muszę nawet kłamać zbyt często. Oni wszyscy zwyczajnie słyszą to, co chcą usłyszeć. Reszta ich nie obchodzi.
Naiwni. Myślą, że trochę blachy albo znajomość magicznych sztuczek ich ochroni. A potem wracają z podkulonymi ogonami, albo trzeba wzywać kapłana, żeby ich wskrzesił.
Bohaterowie od siedmiu boleści.
...sobą?
środa, 10 lutego 2010
Przełomy
Pamiętam dobrze moje zdumienie, kiedy zorientowałam się, że pedałuję i utrzymuję równowagę. Przedtem tylko odpychałam się na rowerku moich koleżanek, markując jazdę. Aż nagle posiadłam cudowną umiejętność jazdy na rowerze.
Pamiętam moment w ósmej klasie (stare czasy), kiedy meandry polskiej gramatyki stały się nagle prostą, gładką drogą (najwyższy czas, zbliżały się egzaminy do liceum!). Duża w tym zasługa mojej polonistki, która wierzyła, że warto dać mi szansę i pomóc mi w przygotowaniach do olimpiady. Żeby nie jej upór w ogóle bym się na to nie porwała. Aż pewnego dnia, dzięki niej rozkład zdania, tryby, strony i takie inne trudne dotychczas nazwy przestały zakłócać mi sen.
Pamiętam radość jaka towarzyszyła odkryciu, że po odłożeniu deski nie idę na dno, jak przysłowiowy kamień, tylko unoszę się na powierzchni wody. Nie mniejsza była radość po pierwszym udanym skoku do wody. Z pozycji stojącej!
Pamiętam jaka byłam z siebie dumna, gdy zaprojektowałam (i utworzyłam) swoją pierwszą, nieco ambitniejszą bazę danych (w MS Access, więc i tak bez szału). Szczerzyłam się do wszystkich, aż aplikacja z sobie tylko znanych przyczyn, całkowicie się posypała.
Pamiętam ćwiczenie "szpetanki", to rodzaj tłumaczenia, podobnego do symultanicznego (tyle, że bez kabiny i sprzętu). Szepcze się osobie wprost do ucha. Choć potknęłam się parę razy i nadziwić się nie mogłam, jak koleżanka cokolwiek zrozumiała z tych moich polskich łamańców, to jednak to zrobiłam. Przedtem wydawało mi się, że to umiejętność garstki wybrańców z dziwacznym defektem mózgu, który pozwala im na słuchanie jednego, a mówienie drugiego. Bezcenne wrażenie!
Pamiętam słodki zapach paliwa wyścigowego, ekscytację tłumu i blask bijący od motocykli. I ten moment zgaszenia czerwonych świateł, kiedy ziemia i niebo zostały rozerwane dźwiękiem dwudziestu maszyn z piekła rodem. Przelatujące od czasu do czasu nad głową F-16 przypominają mi tamtą chwilę. Choć motocykle mają zdecydowanie bardziej seksowne brzmienie. Niższe.
Zamierzam spamiętać jeszcze wiele nowych rzeczy .
Pamiętam moment w ósmej klasie (stare czasy), kiedy meandry polskiej gramatyki stały się nagle prostą, gładką drogą (najwyższy czas, zbliżały się egzaminy do liceum!). Duża w tym zasługa mojej polonistki, która wierzyła, że warto dać mi szansę i pomóc mi w przygotowaniach do olimpiady. Żeby nie jej upór w ogóle bym się na to nie porwała. Aż pewnego dnia, dzięki niej rozkład zdania, tryby, strony i takie inne trudne dotychczas nazwy przestały zakłócać mi sen.
Pamiętam radość jaka towarzyszyła odkryciu, że po odłożeniu deski nie idę na dno, jak przysłowiowy kamień, tylko unoszę się na powierzchni wody. Nie mniejsza była radość po pierwszym udanym skoku do wody. Z pozycji stojącej!
Pamiętam jaka byłam z siebie dumna, gdy zaprojektowałam (i utworzyłam) swoją pierwszą, nieco ambitniejszą bazę danych (w MS Access, więc i tak bez szału). Szczerzyłam się do wszystkich, aż aplikacja z sobie tylko znanych przyczyn, całkowicie się posypała.
Pamiętam ćwiczenie "szpetanki", to rodzaj tłumaczenia, podobnego do symultanicznego (tyle, że bez kabiny i sprzętu). Szepcze się osobie wprost do ucha. Choć potknęłam się parę razy i nadziwić się nie mogłam, jak koleżanka cokolwiek zrozumiała z tych moich polskich łamańców, to jednak to zrobiłam. Przedtem wydawało mi się, że to umiejętność garstki wybrańców z dziwacznym defektem mózgu, który pozwala im na słuchanie jednego, a mówienie drugiego. Bezcenne wrażenie!
Pamiętam słodki zapach paliwa wyścigowego, ekscytację tłumu i blask bijący od motocykli. I ten moment zgaszenia czerwonych świateł, kiedy ziemia i niebo zostały rozerwane dźwiękiem dwudziestu maszyn z piekła rodem. Przelatujące od czasu do czasu nad głową F-16 przypominają mi tamtą chwilę. Choć motocykle mają zdecydowanie bardziej seksowne brzmienie. Niższe.
Zamierzam spamiętać jeszcze wiele nowych rzeczy .
piątek, 29 stycznia 2010
Tak. Nie. Nie wiem.
A: Dlaczego się tym interesujesz?
B: Bo to interesujące.
A: OK, ale co sprawia, że to takie pasjonujące?
B: ??
Jeśli mówię, że znam jakiś język, to muszę umieć w nim mówić. Lepiej gorzej, ale muszę. Dlatego moi uczniowie są bezustannie zachęcani do rozmowy. To młodzi ludzie, najczęściej z liceum. Co może ich zajmować? Szkoła, przyjaciele, muzyka, filmy, gry komputerowe.
Sporo tego, prawda?
Schody zaczynają się, gdy proszę ich o rozwinięcie tematu. Jaki film zachwycił Cię ostatnio? Dlaczego akurat ten?
Dwa zdania.
Najczęściej tylko tyle słyszę w odpowiedzi.
Skoro nie wypaliło z hobby, próbowałam z innymi tematami. Ogólnymi na początek.
Odpowiedzi były podobne. To straszne. Bo w końcu ileż mogę wymyślać pytań dodatkowych? Ileż mogę ich ciągnąć za ten język?
Może mnie nie lubią i nie chcą ze mną rozmawiać? Może się wstydzą?
A może nie mają mi nic ciekawego do powiedzenia?
B: Bo to interesujące.
A: OK, ale co sprawia, że to takie pasjonujące?
B: ??
Jeśli mówię, że znam jakiś język, to muszę umieć w nim mówić. Lepiej gorzej, ale muszę. Dlatego moi uczniowie są bezustannie zachęcani do rozmowy. To młodzi ludzie, najczęściej z liceum. Co może ich zajmować? Szkoła, przyjaciele, muzyka, filmy, gry komputerowe.
Sporo tego, prawda?
Schody zaczynają się, gdy proszę ich o rozwinięcie tematu. Jaki film zachwycił Cię ostatnio? Dlaczego akurat ten?
Dwa zdania.
Najczęściej tylko tyle słyszę w odpowiedzi.
Skoro nie wypaliło z hobby, próbowałam z innymi tematami. Ogólnymi na początek.
Odpowiedzi były podobne. To straszne. Bo w końcu ileż mogę wymyślać pytań dodatkowych? Ileż mogę ich ciągnąć za ten język?
Może mnie nie lubią i nie chcą ze mną rozmawiać? Może się wstydzą?
A może nie mają mi nic ciekawego do powiedzenia?
sobota, 9 stycznia 2010
Tańcz!
Po co się chodzi na koncerty?
Żeby posłuchać muzyki na żywo (zdecydowanie), żeby spotkać się z innymi fanami zespołu (opcjonalnie), żeby potańczyć (?).
Gdy szłam na koncert Much w klubie Blue Note, myślałam, że sobie potańczę, ale tak się nie stało. Ludzie wokół mnie nie mieli jakoś ochoty, a sama nie czułam się na siłach, by rozpalać gorączkę tłumu i tylko podrygiwałam do rytmu.
Teraz, gdy szłam do tego samego klubu na koncert zespołu Samokhin Band myślałam, że będzie inaczej. Choć pani sprzedająca mi bilet zasugerowała, że będzie dużo stolików i znalezienie miejsca do tańca może nie być tak prostym zadaniem.
Ale przecież kiedy publika tylko usłyszy te dźwięki, to się sama poderwie!
Tak myślałam...
Trudna sprawa z tym podrywaniem się.
Na pewno się publika kołysała, siedząc przy swoich stoliczkach. Obserwowałam ją zaskoczona. No bo jak można usiedzieć przy tej muzyce? Ledwo sama mogłam ustać w miejscu, cały czas albo przytupywałam, albo się kołysałam.
Na szczęście pod koniec duch w narodzie się odezwał i parę osób ruszyło na środek, a ja z nimi.
Za to po koncercie mogłam zatańczyć salsę. Z 3/8 zespołu.
Moje postanowienie noworoczne - rozruszać się. Zatem Drodzy Panowie, jak następnym razem wpadniecie do Poznania na koncert, to dopiero pokażemy wszystkim na parkiecie gdzie ich miejsce, a co!
Żeby posłuchać muzyki na żywo (zdecydowanie), żeby spotkać się z innymi fanami zespołu (opcjonalnie), żeby potańczyć (?).
Gdy szłam na koncert Much w klubie Blue Note, myślałam, że sobie potańczę, ale tak się nie stało. Ludzie wokół mnie nie mieli jakoś ochoty, a sama nie czułam się na siłach, by rozpalać gorączkę tłumu i tylko podrygiwałam do rytmu.
Teraz, gdy szłam do tego samego klubu na koncert zespołu Samokhin Band myślałam, że będzie inaczej. Choć pani sprzedająca mi bilet zasugerowała, że będzie dużo stolików i znalezienie miejsca do tańca może nie być tak prostym zadaniem.
Ale przecież kiedy publika tylko usłyszy te dźwięki, to się sama poderwie!
Tak myślałam...
Trudna sprawa z tym podrywaniem się.
Na pewno się publika kołysała, siedząc przy swoich stoliczkach. Obserwowałam ją zaskoczona. No bo jak można usiedzieć przy tej muzyce? Ledwo sama mogłam ustać w miejscu, cały czas albo przytupywałam, albo się kołysałam.
Na szczęście pod koniec duch w narodzie się odezwał i parę osób ruszyło na środek, a ja z nimi.
Za to po koncercie mogłam zatańczyć salsę. Z 3/8 zespołu.
Moje postanowienie noworoczne - rozruszać się. Zatem Drodzy Panowie, jak następnym razem wpadniecie do Poznania na koncert, to dopiero pokażemy wszystkim na parkiecie gdzie ich miejsce, a co!
niedziela, 3 stycznia 2010
Słowa
"Cóż to czytasz, mości książę?
Słowa, słowa, słowa."
Wystarczy jedno zdanie, fraza, by wzbudzić zainteresowanie. Słowa pokryte haczykami, na które daję się złapać.
Ładne, okrągłe, gładkie łączone w aksamitne łańcuchy słodyczy, łechczące moją próżność.
Zadziorne, dwuznaczne cięte, dowcipne uwagi wymieniane niczym ciosy w szermierce.
Atak, blok, kontra, unik.
I każde zdanie, które coś ujawnia, coś zataja, podsyca wciąż rosnącą ciekawość.
Przebiegam wzrokiem po tekście, rozsypuję go, by ponownie poskładać. Sprawdzam, czy coś nie ukryło się między słowami.
Ale ze słowami trzeba ostrożnie. Te same ładne, okrągłe i gładkie gdy łączone bez fantazji, są do bólu zwyczajne i zamiast nęcić, nudzą.
Łatwa zdobycz, to żadna zdobycz.
Nie chcę słów łatwych, ogólnodostępnych! Nie chcę szablonów!
Chcę... wyzwań.
Bywa, że błyskotliwy przeciwnik okazuje się rozczarowaniem, gdy dopada go "nawał pracy" (zapewne o pięknym imieniu). Bywa też, że okazuje się malkontentem, którego narzekania budzą furię.
A wtedy trzeba szukać nowych słów.
Tyle ich jest, z pewnością trafię na jakieś przeznaczone tylko dla mnie!
Słowa, słowa, słowa."
Wystarczy jedno zdanie, fraza, by wzbudzić zainteresowanie. Słowa pokryte haczykami, na które daję się złapać.
Ładne, okrągłe, gładkie łączone w aksamitne łańcuchy słodyczy, łechczące moją próżność.
Zadziorne, dwuznaczne cięte, dowcipne uwagi wymieniane niczym ciosy w szermierce.
Atak, blok, kontra, unik.
I każde zdanie, które coś ujawnia, coś zataja, podsyca wciąż rosnącą ciekawość.
Przebiegam wzrokiem po tekście, rozsypuję go, by ponownie poskładać. Sprawdzam, czy coś nie ukryło się między słowami.
Ale ze słowami trzeba ostrożnie. Te same ładne, okrągłe i gładkie gdy łączone bez fantazji, są do bólu zwyczajne i zamiast nęcić, nudzą.
Łatwa zdobycz, to żadna zdobycz.
Nie chcę słów łatwych, ogólnodostępnych! Nie chcę szablonów!
Chcę... wyzwań.
Bywa, że błyskotliwy przeciwnik okazuje się rozczarowaniem, gdy dopada go "nawał pracy" (zapewne o pięknym imieniu). Bywa też, że okazuje się malkontentem, którego narzekania budzą furię.
A wtedy trzeba szukać nowych słów.
Tyle ich jest, z pewnością trafię na jakieś przeznaczone tylko dla mnie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)