wtorek, 11 maja 2010

TV marzeń

Są filmy, które ogląda się choć nie ma w nich świetnego aktorstwa, zbijających z nóg efektów specjalnych, ani zaplątanej intrygi. Ogląda się je, żeby przyjrzeć się z bliska temu, co mamy pod nosem, ale z jakichś powodów tego nie zauważamy.
Filmy dokumentalne to nie tylko lwy na Serengeti i bajecznie kolorowa rafa z komentarzem czytanym przez p. Czubównę.
Siódmy Doc Review to okazja, żeby się o tym przekonać.

"Wideokracja" przedstawia współczesne Włochy, w których rządzi telewizja, z kolei telewizją rządzi Berlusconi, który też (tak przy okazji) rządzi krajem.
Telewizja daje sławę, pieniądze i piękne towarzystwo.
Młodzi, mniej lub bardziej zdolni, próbują się do niej dostać na wszelkie możliwe sposoby, żeby spełnić swe marzenia.

Kiedy czytałam książki, albo oglądałam filmy rozgrywające się we Włoszech, często przewijał się motyw pracy w telewizji - dziewczyny szukające szczęścia jako veliny. Velina to dziewczyna-ozdoba. Ma się nie odzywać, tylko ładnie się uśmiechać i od czasu do czasu wykonać krótki taniec, który przyciągnie uwagę widza. Taka zgrabna zabawka do oglądania.

Migawki z włoskiej telewizji to ciekawe obrazki - teleturnieje prowadzone przez dojrzałych mężczyzn oraz młode, bardzo ładne kobiety (dużo młodsze od prowadzących). Do tego wszędobylskie veliny w strojach tak skąpych, że aż się wierzyć nie chce, że takie rzeczy można pokazywać tak wcześnie. Tok-szoły, albo inne programy pełne rozmawiających mężczyzn i ich niemych towarzyszek, które wdzięczą się do kamer.

Nabór na veliny. Centrum handlowe, jakaś mała scenka. Kolejka chętnych i mężczyzna, który prosi dziewczynę, by pokazała się z profilu, zatańczyła, albo powiedziała, czemu chce dostać się do telewizji. Potem kolejna scena. Klub dla VIPów na Sardynii, Bilioner. Dziewczyna tam wybrana będzie, przez dwa tygodnie, pogodynką w telewizji Berlusconiego.
Nalane, spocone twarze mężczyzn patrzących na te dziewczyny, każą się poważnie zastanowić, co jeszcze trzeba zrobić, żeby zostać veliną. Ale reżyser nie odpowiada. Odpowiedź daje Riccardo, chłopak, który chce odmienić swój los i jedyny na to sposób widzi w dostaniu się do telewizji.
"Mógłbym oddać swoje ciało komuś, ale tylko za główną rolę w filmie."

W czasie projekcji w głowie kołacze mi się natrętna myśl. Skoro to jest film o mechanizmach manipulacji, to czy właśnie sama nie padam jej ofiarą? Może to i paranoja, ale...
Nie dzieje się dobrze w pięknej Italii, bez wątpienia sytuacja, gdy jeden człowiek kontroluje środki masowego przekazu, (i do tego sprawuje władzę) nie jest czymś, czym można się chwalić. Może jednak to co mi pokazano, to tylko skrajne przypadki, specjalnie dobrane, żeby wzmocnić przekaz?

Czy można opowiedzieć o czymś, zupełnie się dystansując od tematu? Czy można pokazywać wszystko na chłodno, bez próby przemycenia swojego zdania, jak idealnie wypolerowane zwierciadło, odbijające obraz bez zniekształceń?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz