Nadzieja umiera ostatnia i rodzi się jako pierwsza.
Nienawidzę jej i zarazem jej szukam.
Jest mi potrzebna, kiedy wszystko idzie źle, kiedy sprawy mają smutny, szary odcień. "Przecież kiedyś musi być lepiej!" - zasłaniam się tym zdaniem jak tarczą i idę naprzód.
Jedna rozmowa i płonie iskierka nadziei. Wszystko nabiera cieplejszych barw, od niechcenia zaczynam snuć plany i... nagle łapię się na tym, że dzielę skórę na niedźwiedziu, który jeszcze w najlepsze biega po lesie. W głowie odzywają się głosiki "cicho, bo zapeszysz!". Małe, wredne głosiki, dla których szklanka jest zawsze do połowy pusta. Nie znoszę tego nieokreślonego poczucia winy, który pozostawiają.
Nie zapeszam. Jak sportowcy, wyobrażam sobie zwycięstwo. Porażka zawsze ma nieprzyjemny smak, ale myślenie o niej niczego przecież i tak nie poprawi.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
to chyba główna słabość naszego znaku zodiaku :(
OdpowiedzUsuń