Do obowiązku lektora należy:
- dojazd do ucznia
- przeprowadzenie wcześniej przygotowanej lekcji
- sprawdzenie dowodu wpłaty
Składając podpis pod umową o pracę, takiż to właśnie obowiązek na siebie nałożyłam. Kiedy dwa pierwsze wydają się jeszcze dość oczywiste, o tyle ten trzeci cały czas budzi moje bezbrzeżne zdumienie.
Skoro lekcja odbywa się u ucznia, skoro muszę tam dojechać na swój koszt, to za co szkoła bierze drugie tyle pieniędzy co płacą mi? Mogliby np. za to, że to oni będą pilnować, czy ich klienci jednak płacą...
Biję się w pierś, zapomniałam sprawdzić ten jeden dowód wpłaty.
W czasach powszechnych płatności przez Internet, ten świstek papieru jest naprawdę czymś archaicznym, czymś co za chwilę będzie jedynie wspomnieniem.
Ale pieniądze, przez zwykłe przeoczenie rodziców uczennicy, nie wpłynęły, o czym dowiaduję się dziś. Jeśli nie wpłyną, komu potrącą tę sumę?
Mi, za niedotrzymanie warunków umowy (czyt. nie sprawdziłaś cholernego kwitka!).
To ja przeprowadziłam lekcje, u uczennicy w domu i z mojej wypłaty chcą mi potrącić pieniądze, które mi za to powinni zapłacić, plus drugie tyle, które bierze szkoła. Szkoła nie musi pokrywać wydatków za energię eklektyczną, którą zużyłam, nie musi płacić za lokal w którym siedziałam.
O co zatem chodzi? Dlaczego nie wystarczy, że mi zwyczajnie nie zapłacą?
Nie wiem...
Dzwoniłam do rodziców uczennicy, obiecali jak najszybciej sprawę wyjaśnić.
Przelewy idą dziś szybko.
Mam nadzieję, że zdążą to jakoś zaksięgować.
I bez tego mało zarabiam.
wtorek, 29 stycznia 2008
sobota, 26 stycznia 2008
Styczeń w pigułce
Podsumowanie stycznia:
1. Ilość postanowień noworocznych - zero. Skoro i takich nie pamiętam przy końcu roku, to po co zawracać sobie głowę?
2. Ilość godzin w tygodniu które poświęcam na nauczanie innych - 8,5 +/- godzina w zależności gdzie spędzam weekend. Wbrew pozorom, zamiast pławić się w luksusie, ze zgrozą zauważam jak zarobki na koncie topnieją mi zawsze w tempie astronomicznym a przecież miały służyć jako baza na: a)Open'er Festival b)Grand Prix w Brnie c)okazjonalne mecze siatkówki.
Open'er jak najbardziej wchodzi w grę, Grand Prix zamienia się w World Superbike (jak widzę ceny za bilet wstępu na paddock i porównuję to z ceną biletu na Grand Prix to mnie krew zalewa...czemu Grand Prix jest TAKIE drogie?! Za jeden bilet na trybunę na GP mam 3(TRZY) bilety na trybunę+paddock w Superbike...). Siatkówka męska jakoś nagle straciła swój urok od kiedy mój ulubieniec, Michał Bąkiewicz raczej pogrywa niż regularnie grywa. Przecież nie dla gry to oglądam, tylko dla widoków, prawda?
3. Ilość miłostek - jedna. I zagadka, jak to zrobić, by nie będąc w związku korzystać jednak z tego, co związek może zaoferować (relacje intymne i te sprawy)? Nie bardzo rozumiem zachowanie kogoś, kto mówi mi "skarbie, nie jestem materiałem na związek bo (tu wstaw powody)", i, chwilę później, całuje mnie. No to albo jesteśmy tylko znajomymi co to umawiają się na kawę albo jednak pakujemy się w coś na kształt związku i korzystamy z opcji dodatkowych. Inaczej, w moim staroświecko-małomiasteczkowym modelu wychowania i postrzegania świata, się nie da.
Przynajmniej kiedy jest się kobietą, bo stwierdzam, że mężczyźni z tym to akurat problemów nie mają.
Panowie, nie wierzcie nigdy kobiecie gdy ta zgadza się na "wolny związek" i wmawia Wam, że sam seks bez zobowiązań jej wystarczy.
Kłamie.
Może i na początku wystarczy, ale potem jednak zacznie wiercić dziurę w brzuchu albo czynić wymówki i coś co miało być łatwe, lekkie i przyjemne, skończy się w wyjątkowo podły sposób. Dla nas, kobiet, wolne związki nie mają racji bytu.
Zatem, moja miłostka, chwilowo, jest odwleczona do wyjaśnienia.
4. Ilość przeziębień - jedno.
Zaczyna się coś na kształt tradycji, że gdy zbliża się wolne to muszę się przeziębić. Prychałam w Boże Narodzenie i wyglądało, że będę prychać w ferie. Na szczęście aspiryna i parę innych środków naprawdę potrafią zdziałać cuda. Następny termin na przeziębienie - Wielkanoc.
5. Ilość szaleństw - na razie jedno.
Jedna mini-spódniczka. Jeszcze na tyle długa, że mogę w niej siadać i chodzić bez narażania się na posądzenie, że wyszłam ubrana jedynie w szeroki pas. Zresztą jej kupno to wpływ namowy A., która użyła argumentu, którego nijak nie mogłam (nie chciałam!) odrzucić.
Ponoć im dziewczyna szczęśliwsza tym krótsze spódnice nosi. Jak zatem zinterpretować fakt, że chodzę w spodniach, ale kupiłam spódnicę? Ano tym, że ci co wymyślają powiedzenia o kobietach guzik o nas wiedzą!
6. Ilość zajęć jogi na których byłam - zero.
Ale się wybieram!
7. Ilość nowych płyt - jedna.
"Terroromans", Muchy.
Fajna!
Szkoda, że nie weszło "Nie mów", jako, że uwielbiam szybkie,nieskomplikowane kawałki, ten u mnie króluje. Bardzo, ale to bardzo chciałabym go mieć w dobrej jakości (bo mam w dość średniej). Chłopaki, obyście byli w Gdyni w tym roku!
8. Ilość przepisów kulinarnych do sprawdzenia - trzy. Leczo (wydaje się jeszcze najłatwiejsze do zrobienia), skrzydełka zapiekane z ryżem (muszę wpisać się na listę kolejkową do piekarnika) i ... ciasto z jabłkami.
Z tym ciastem to byłby mój pierwszy raz. Jak myślę o tych wszystkich dziewiczych obszarach mego życia, to mam ochotę od razu przywdziać kapelusz podróżnika i ruszyć przed siebie, ot co!
9. Cechy, których chciałabym się pozbyć a które kurczowo się mnie trzymają - moja "łatwopalność". Zawsze to co nowe (ludzie, sytuacje) wywołuje u mnie entuzjazm porównywalny jedynie z rauszem. Płonę jak jakaś supernowa na dopingu, oślepiając wszystko blaskiem aż z wolna zacznę się wypalać, aż stracę zainteresowanie. Tylko co zrobić, kiedy ja się już zapaliłam a tu się okazuje, że płonąć nie powinnam (patrz punkt3)? Jak zarazem płonąć i żyć jakby się nic nie stało? Przełącznika w tryb "standby" niestety na wyposażeniu nie dali.
10. Ilość wyjść do kina - zero.
Czas najwyższy to zmienić!
1. Ilość postanowień noworocznych - zero. Skoro i takich nie pamiętam przy końcu roku, to po co zawracać sobie głowę?
2. Ilość godzin w tygodniu które poświęcam na nauczanie innych - 8,5 +/- godzina w zależności gdzie spędzam weekend. Wbrew pozorom, zamiast pławić się w luksusie, ze zgrozą zauważam jak zarobki na koncie topnieją mi zawsze w tempie astronomicznym a przecież miały służyć jako baza na: a)Open'er Festival b)Grand Prix w Brnie c)okazjonalne mecze siatkówki.
Open'er jak najbardziej wchodzi w grę, Grand Prix zamienia się w World Superbike (jak widzę ceny za bilet wstępu na paddock i porównuję to z ceną biletu na Grand Prix to mnie krew zalewa...czemu Grand Prix jest TAKIE drogie?! Za jeden bilet na trybunę na GP mam 3(TRZY) bilety na trybunę+paddock w Superbike...). Siatkówka męska jakoś nagle straciła swój urok od kiedy mój ulubieniec, Michał Bąkiewicz raczej pogrywa niż regularnie grywa. Przecież nie dla gry to oglądam, tylko dla widoków, prawda?
3. Ilość miłostek - jedna. I zagadka, jak to zrobić, by nie będąc w związku korzystać jednak z tego, co związek może zaoferować (relacje intymne i te sprawy)? Nie bardzo rozumiem zachowanie kogoś, kto mówi mi "skarbie, nie jestem materiałem na związek bo (tu wstaw powody)", i, chwilę później, całuje mnie. No to albo jesteśmy tylko znajomymi co to umawiają się na kawę albo jednak pakujemy się w coś na kształt związku i korzystamy z opcji dodatkowych. Inaczej, w moim staroświecko-małomiasteczkowym modelu wychowania i postrzegania świata, się nie da.
Przynajmniej kiedy jest się kobietą, bo stwierdzam, że mężczyźni z tym to akurat problemów nie mają.
Panowie, nie wierzcie nigdy kobiecie gdy ta zgadza się na "wolny związek" i wmawia Wam, że sam seks bez zobowiązań jej wystarczy.
Kłamie.
Może i na początku wystarczy, ale potem jednak zacznie wiercić dziurę w brzuchu albo czynić wymówki i coś co miało być łatwe, lekkie i przyjemne, skończy się w wyjątkowo podły sposób. Dla nas, kobiet, wolne związki nie mają racji bytu.
Zatem, moja miłostka, chwilowo, jest odwleczona do wyjaśnienia.
4. Ilość przeziębień - jedno.
Zaczyna się coś na kształt tradycji, że gdy zbliża się wolne to muszę się przeziębić. Prychałam w Boże Narodzenie i wyglądało, że będę prychać w ferie. Na szczęście aspiryna i parę innych środków naprawdę potrafią zdziałać cuda. Następny termin na przeziębienie - Wielkanoc.
5. Ilość szaleństw - na razie jedno.
Jedna mini-spódniczka. Jeszcze na tyle długa, że mogę w niej siadać i chodzić bez narażania się na posądzenie, że wyszłam ubrana jedynie w szeroki pas. Zresztą jej kupno to wpływ namowy A., która użyła argumentu, którego nijak nie mogłam (nie chciałam!) odrzucić.
Ponoć im dziewczyna szczęśliwsza tym krótsze spódnice nosi. Jak zatem zinterpretować fakt, że chodzę w spodniach, ale kupiłam spódnicę? Ano tym, że ci co wymyślają powiedzenia o kobietach guzik o nas wiedzą!
6. Ilość zajęć jogi na których byłam - zero.
Ale się wybieram!
7. Ilość nowych płyt - jedna.
"Terroromans", Muchy.
Fajna!
Szkoda, że nie weszło "Nie mów", jako, że uwielbiam szybkie,nieskomplikowane kawałki, ten u mnie króluje. Bardzo, ale to bardzo chciałabym go mieć w dobrej jakości (bo mam w dość średniej). Chłopaki, obyście byli w Gdyni w tym roku!
8. Ilość przepisów kulinarnych do sprawdzenia - trzy. Leczo (wydaje się jeszcze najłatwiejsze do zrobienia), skrzydełka zapiekane z ryżem (muszę wpisać się na listę kolejkową do piekarnika) i ... ciasto z jabłkami.
Z tym ciastem to byłby mój pierwszy raz. Jak myślę o tych wszystkich dziewiczych obszarach mego życia, to mam ochotę od razu przywdziać kapelusz podróżnika i ruszyć przed siebie, ot co!
9. Cechy, których chciałabym się pozbyć a które kurczowo się mnie trzymają - moja "łatwopalność". Zawsze to co nowe (ludzie, sytuacje) wywołuje u mnie entuzjazm porównywalny jedynie z rauszem. Płonę jak jakaś supernowa na dopingu, oślepiając wszystko blaskiem aż z wolna zacznę się wypalać, aż stracę zainteresowanie. Tylko co zrobić, kiedy ja się już zapaliłam a tu się okazuje, że płonąć nie powinnam (patrz punkt3)? Jak zarazem płonąć i żyć jakby się nic nie stało? Przełącznika w tryb "standby" niestety na wyposażeniu nie dali.
10. Ilość wyjść do kina - zero.
Czas najwyższy to zmienić!
Subskrybuj:
Posty (Atom)