wtorek, 29 stycznia 2008

Kwity, kwity, kwity, czyli rzecz święta dla lektora...jak się może niektórym zdawać

Do obowiązku lektora należy:
- dojazd do ucznia
- przeprowadzenie wcześniej przygotowanej lekcji
- sprawdzenie dowodu wpłaty
Składając podpis pod umową o pracę, takiż to właśnie obowiązek na siebie nałożyłam. Kiedy dwa pierwsze wydają się jeszcze dość oczywiste, o tyle ten trzeci cały czas budzi moje bezbrzeżne zdumienie.
Skoro lekcja odbywa się u ucznia, skoro muszę tam dojechać na swój koszt, to za co szkoła bierze drugie tyle pieniędzy co płacą mi? Mogliby np. za to, że to oni będą pilnować, czy ich klienci jednak płacą...

Biję się w pierś, zapomniałam sprawdzić ten jeden dowód wpłaty.
W czasach powszechnych płatności przez Internet, ten świstek papieru jest naprawdę czymś archaicznym, czymś co za chwilę będzie jedynie wspomnieniem.
Ale pieniądze, przez zwykłe przeoczenie rodziców uczennicy, nie wpłynęły, o czym dowiaduję się dziś. Jeśli nie wpłyną, komu potrącą tę sumę?
Mi, za niedotrzymanie warunków umowy (czyt. nie sprawdziłaś cholernego kwitka!).

To ja przeprowadziłam lekcje, u uczennicy w domu i z mojej wypłaty chcą mi potrącić pieniądze, które mi za to powinni zapłacić, plus drugie tyle, które bierze szkoła. Szkoła nie musi pokrywać wydatków za energię eklektyczną, którą zużyłam, nie musi płacić za lokal w którym siedziałam.
O co zatem chodzi? Dlaczego nie wystarczy, że mi zwyczajnie nie zapłacą?
Nie wiem...

Dzwoniłam do rodziców uczennicy, obiecali jak najszybciej sprawę wyjaśnić.
Przelewy idą dziś szybko.
Mam nadzieję, że zdążą to jakoś zaksięgować.
I bez tego mało zarabiam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz