wtorek, 9 października 2007

Miłość w formacie SMS

Czytałam tytułowy artykuł kilka dni temu i uważałam, że jest w jakiś sposób zatrważająco prawdziwy.
Zrywanie przez SMS, chciałoby się powiedzieć, normalna rzecz dziś, nie wymaga odwagi. Nie ma spoglądania tej drugiej osobie w twarz i wypowiadania TYCH SŁÓW "Że to już koniec". A potem oczekiwania na reakcje, może westchnięcie, może spojrzenie pełne bólu, może płacz. W każdym razie coś, co może nie być łatwe do opanowania. A tak, cisza i niezmącony nadmiernymi przeżyciami spokój.

Załączam gg, mruga koperta. To klikam.
"Po naszym wczorajszym spotkaniu doszedłem do silnego przekonania, że więcej się spotykać nie powinniśmy. Może powinienem Ci to powiedzieć osobiście, ale to chyba nie ma większego sensu. Jestem od dłuższego czasu w kimś zakochany. Liczyłem, że może uda mi się zapomnieć o tej osobie przy Tobie,ale tak się nie stało. Byłoby z mojej strony nieuczciwe dłużej przeciągać naszą znajomość. Przepraszam Cię za zmarnowanie Ci tej, mam nadzieję, niewielkiej ilości czasu. Mam nadzieję że nie sprawiam Ci zbytniej przykrości. Życzę Ci wszystkiego dobrego."

Los bywa złośliwy, prawda?
No ale zawsze to więcej niż SMS i się chłopak wysilił, bo nawet polskich znaków użył (czego ja nie robię). Co nie zmienia jednak faktu, że taka rozmowa powinna się jak najbardziej odbyć twarzą w twarz. A tak? Owszem, mogłabym go zezwać, ale co z tego? Kliknie i zamknie wiadomość nawet bez czytania i tyle. Moja złość trafi w pustkę.
To jest chyba kolejny powód, dlaczego ludzie wybierają ten sposób zakomunikowania pewnych wieści, bo mogą uniknąć "kontrataku", usłyszenia paru gorzkich słów, które byłyby wskazówką co poszło nie tak. A gdyby się ze mną spotkał, musiałby oglądać moje pochmurne spojrzenie i wysłuchać jak wysykuję mu, że jeśli chciał o kimś zapomnieć, to mógł zaopatrzyć się w butelkę wódki i lustro a nie zawracać mi głowę.

Ciekawa jestem cy mi odpisze, bo przecież bez komentarza tego zostawić nie mogłam (a może powinnam była?). Czy jednak podkuli ogon i zniknie tęsknić do "tamtej"...?

niedziela, 7 października 2007

M

M. zawsze mnie zaskakuje.
Już podczas pierwszego wyjścia, które miało na celu zintegrowanie pierwszaków, M. pokazał, że swobodnie czuje się w towarzystwie dziewcząt, by na koniec, pożegnać mnie całusem, który do dziś nie daje mi spokoju.
Różne były nasze ścieżki, od obojętnych po wyglądające na bliskie. "Wyglądające", bo do prawdziwej bliskości dużo nam brakowało. M. potrafi stwarzać pozory, że się otwiera, że oto zaraz da poznać swoje prawdziwe "ja". Nic bardziej błędnego. Pod tą pozorną otwartością jest twardy mur maskowany tylko drobnymi półprawdami.
Nie wiedziałam tego kiedyś...i...i był czas, że gdyby poprosił bym skoczyła z nim na głęboką wodę, zrobiłabym to. Chyba. Ale M. szybko mnie wyleczył z niewiedzy. Nie wiem czy zrobił to specjalnie czy tylko nie przemyślał jak jego zachowanie może zostać odebrane. Nawet jeśli była to zwykła gafa, to wiąz było to coś, nad czym nie można było przejść, ot tak, do porządku dziennego.
Ech słodko-gorzki M...