Ostatnio, gdy przeglądałam prasę, trafiłam na ciekawy artykuł - "Unshaven Women: Free Spirits or Unkempt?". Tekst jest o kobietach, które postanowiły "zaniedbać" obowiązek golenia nóg albo miejsc pod pachami.
Gdy go przeczytałam, absolutnie nie potrafiłam stwierdzić, czy zgadzam się z jego bohaterkami, czy też nie.
Kiedy Bridget Jones szykowała się na wielki raut, spędziła w łazience mnóstwo czasu, robiąc się na przysłowiowe bóstwo. Porównuje się wtedy do rolnika - w końcu piękno wymaga bezustannej pielęgnacji, przycinania, nawilżania, masowania, ścierania, itd.
Ile czasu spędza przeciętna kobieta w łazience? Ile pieniędzy wydaje na kosmetyki? Ile trudu i pracy ją to kosztuje?
Oto skrócony spis działań:
- od czasu do czasu regulacja brwi, chyba, że matka natura dała łuk idealny,
- henna, o ile nie ma się ciemnej oprawy oczu
- oczyszczanie twarzy... brrr...
- pozbywanie się zbędnego owłosienia
- wcieranie różnych specyfików, żeby nie zadrapać się na śmierć
- wizyta u fryzjera od czasu do czasu
- solarium albo inne sposoby na przyciemnienie skóry (szczególnie wiosną/latem, tudzież przed ważnymi imprezami)
- manikiur i pedikiur
... i zapewne wiele innych, ale to w końcu skrócony opis.
A co robią mężczyźni?
- kąpią się
- ogolą się (albo i nie)
- włączą maszynkę do golenia i przejadą po głowie, zostawiając 3-4 mm
Jawna dysproporcja w ilości zabiegów.
A gdyby tak to wszystko rzucić w diabły i zacząć radośnie zarastać? W końcu to naturalne! Mogę się zgodzić, że owłosienie pod pachami to rzecz dyskusyjna, ze względu na to, że człowiek to jednak zwierzę stadne, ale z drugiej strony... wielu mężczyzn ma tam owłosienie i jakoś nikt ich nie wytyka palcami. Nogi? W sumie co to komu przeszkadza? Zimą może jest cieplej? Mężczyzn nikt z tego powodu nie wytyka palcami...
W artykule autorka wspomina o zdjęciach Madonny, które ukazały się dawno temu w Playboyu - zdawałoby się w miejscu, gdzie zawsze można znaleźć samo piękno.
Dokopałam się do nich.
I mam mieszane uczucia.
Czyżby obraz pięknego, a zatem gładkiego ciała, był tak głęboko zakorzeniony w mojej głowie, że jednak nic innego nie może mi się spodobać? A jeśli tak, to co jeszcze tam tkwi? Czyżby typ mężczyzn jaki mi się podoba też był tam zakodowany (w sumie badacze sugerują, że tak)? Czy w ogóle potrafię powiedzieć, że cokolwiek mi się podoba, czy będzie to jedynie reakcja na zapisy tkwiące w mojej głowie?
Wolnym jest się ponoć wtedy, kiedy można obudzić się rano, stwierdzić co chce się robić i zrobić to.
Nie umiem wyrwać się spod presji społeczeństwa.
Zostaję przy gładkich nogach.
środa, 28 kwietnia 2010
środa, 14 kwietnia 2010
Czarna lista
Bohater książki "Cappuccino" miał wydłużającą się listę rzeczy, których nie lubił.
Mam taką listę pytań, których nie lubię i których lepiej mi nie zadawać. Śmieszne? Być może.
1. "O czym myślisz?"
Oj tak, to pytanie z pewnością zasługuje na pierwsze miejsce. Jesteście razem, zapada ta cisza, kiedy można nie myśleć zupełnie o NICZYM tylko cieszyć się towarzystwem drugiej osoby i nagle bach! Czasami aż mnie korci, żeby chlapnąć wtedy coś zupełnie dziwnego jak:
- Zastanawiam się, czy właśnie nie przecieka mi podpaska.
- Kiedy jednak rozważysz inną długość spodni/włosów/czegokolwiek?
- Czy byłabym jednak szczęśliwsza, gdybym kiedyś nie odrzuciła tak szybko tamtego chłopaka...
...itd...
Mało przyjemne? A jasne! Skoro o czymś nie mówię, to może nie chcę o tym wspominać, bo nie warto? Zawsze mogłabym odpowiedzieć wymijająco, że o niczym nie myślę, ale pewnie wtedy usłyszę numer dwa na liście, czyli
2. "Co tak zamilkłaś?"/"Czemu się nie odzywasz?"
Nie widzę korbki, więc nie jestem katarynką. Poza tym skoro komuś za cicho, to niech sam zacznie mówić. Jakiej właściwie odpowiedzi spodziewa się ten, kto zadaje takie pytanie?
3. "Tęskniłaś?"
Nie jestem wylewna. Nie lubię po prostu tych wielkich słów i gestów. W ogóle jestem mało uczuciowa i bardzo rzadko zdarza mi się tęsknić. Zapytana, zapewne uśmiechnę się, skłamię wymijająco, że może trochę albo, że byłam tak zajęta, że nie miałam nawet na to czasu.
Nie cierpię tego. Nie cierpię kłamać, żeby kogoś nie urazić, szczególnie jeśli sam się o to prosi, zadając takie, a nie inne pytanie.
4. "Co u ciebie?"
To jest prawdziwy killer. Od zatrważająco długiego czasu trwa u mnie pewna stagnacja, która mnie męczy, przeraża i wywołuje regularnie czarne myśli.
Naprawdę nie lubię o tym mówić. Tym bardziej uśmiechać się sztucznie, mówiąc, że po staremu (co już powinno dawać do myślenia...) i że jakoś tam leci.
5. "Czy nie mogłabyś obejrzeć wyścigu kiedy indziej?"
Czy mogłabym prosić o pozostawienie mojego kalendarza w spokoju? Mój bzik i innym od tego wara. Możesz się przyłączyć, ale nie każ mi wybierać.
Oby lista się nie wydłużyła...
Mam taką listę pytań, których nie lubię i których lepiej mi nie zadawać. Śmieszne? Być może.
1. "O czym myślisz?"
Oj tak, to pytanie z pewnością zasługuje na pierwsze miejsce. Jesteście razem, zapada ta cisza, kiedy można nie myśleć zupełnie o NICZYM tylko cieszyć się towarzystwem drugiej osoby i nagle bach! Czasami aż mnie korci, żeby chlapnąć wtedy coś zupełnie dziwnego jak:
- Zastanawiam się, czy właśnie nie przecieka mi podpaska.
- Kiedy jednak rozważysz inną długość spodni/włosów/czegokolwiek?
- Czy byłabym jednak szczęśliwsza, gdybym kiedyś nie odrzuciła tak szybko tamtego chłopaka...
...itd...
Mało przyjemne? A jasne! Skoro o czymś nie mówię, to może nie chcę o tym wspominać, bo nie warto? Zawsze mogłabym odpowiedzieć wymijająco, że o niczym nie myślę, ale pewnie wtedy usłyszę numer dwa na liście, czyli
2. "Co tak zamilkłaś?"/"Czemu się nie odzywasz?"
Nie widzę korbki, więc nie jestem katarynką. Poza tym skoro komuś za cicho, to niech sam zacznie mówić. Jakiej właściwie odpowiedzi spodziewa się ten, kto zadaje takie pytanie?
3. "Tęskniłaś?"
Nie jestem wylewna. Nie lubię po prostu tych wielkich słów i gestów. W ogóle jestem mało uczuciowa i bardzo rzadko zdarza mi się tęsknić. Zapytana, zapewne uśmiechnę się, skłamię wymijająco, że może trochę albo, że byłam tak zajęta, że nie miałam nawet na to czasu.
Nie cierpię tego. Nie cierpię kłamać, żeby kogoś nie urazić, szczególnie jeśli sam się o to prosi, zadając takie, a nie inne pytanie.
4. "Co u ciebie?"
To jest prawdziwy killer. Od zatrważająco długiego czasu trwa u mnie pewna stagnacja, która mnie męczy, przeraża i wywołuje regularnie czarne myśli.
Naprawdę nie lubię o tym mówić. Tym bardziej uśmiechać się sztucznie, mówiąc, że po staremu (co już powinno dawać do myślenia...) i że jakoś tam leci.
5. "Czy nie mogłabyś obejrzeć wyścigu kiedy indziej?"
Czy mogłabym prosić o pozostawienie mojego kalendarza w spokoju? Mój bzik i innym od tego wara. Możesz się przyłączyć, ale nie każ mi wybierać.
Oby lista się nie wydłużyła...
piątek, 9 kwietnia 2010
Bo razem raźniej
Czasem miło zrobić coś razem. Można na nowo odkryć ile nas łączy.
Ostatnio obejrzałam z Tatą "Będzie głośno". To film, w którym trzech gitarzystów rozmawia o gitarze elektrycznej.
Jimmy Page z Led Zeppelin, Edge z U2 i Jack White z m.in. White Stripes.
Już pierwsza scena jest ciekawa - Jack niczym Adam Słodowy tu wbije parę gwoździ, tam podstawi butelkę po Coli, naciągnie strunę, podłączy całość pod wzmacniacz i... zagra. "Bo kto powiedział, że musisz kupować gitarę?"
Gdy bohaterowie filmu wspominali jak budowali swoje gitary, Tato uśmiechnął się pod nosem i powiedział, że też coś takiego robił.
A myślałam, że poza podręcznikiem do samodzielnej nauki węgierskiego, który kiedyś znalazłam, już nic nie zdoła mnie zaskoczyć.
Lubię Jacka White'a do czego już się wielokrotnie przyznawałam. Lubię ten brud i przestery. Próbowałam już wcześniej przeszczepić jego muzykę na tatowy grunt, ale trafiałam na ugór. Aż do czasu, gdy usłyszał to, co Jack potrafi. Z zapałem wartym lepszej sprawy podstawiłam mu "Elephanta" pod nos. A w kolejce czekają jeszcze inne świeżynki, w których słychać znajome nuty z lat 60.
Gdy byłam mała on zarażał mnie swoją muzyką. Powoli, acz skutecznie. I jeśli na początku był to dla mnie hałas to z czasem zaczęłam słyszeć w tym muzykę. Może i po drodze miałam przygody z innymi gatunkami, ale do gitar zawsze mnie ciągnęło. Do brudu, szarpania strun, przesterów i potężnego uderzenia.
Oj było głośno...
Z Mamą łączy mnie pasja do historii.
Nie zawsze podobają nam się te same filmy czy książki, ale dobrze się je nam razem ogląda. Teraz aplikowałyśmy sobie w zawrotnych dawkach "Seks w wielkim mieście". Zabawne jak zmieniło się moje podejście do tego serialu. Gdy puszczała go polska telewizja(! aż się wierzyć nie chce, ale wydaje mi się, że to TVP 2 go wyświetlała... późno bo późno, ale zawsze...) to budził moje średnie zainteresowanie. Ale byłam wtedy młodsza i niektóre moje wyobrażenia były zupełne inne. To jak w tej scenie "W chmurach", gdzie bardziej doświadczona bohaterka tłumaczy młodszej jak zmieniają się priorytety i oczekiwania.
Nie, nie dorosłam.
To banalne, ale chyba "okoliczności przyrody" (a przede wszystkim ludzie, z którymi się stykam) rzucili nowe światło na to i owo.
Bo razem czasem bywa raźniej, czy to wtedy, gdy słucha się muzyki, ogląda film, włóczy się po sklepach, pije herbatę rozmawiając, rozmawiając i rozmawiając...
"...so come on home, but don't forget to leave..."
Ostatnio obejrzałam z Tatą "Będzie głośno". To film, w którym trzech gitarzystów rozmawia o gitarze elektrycznej.
Jimmy Page z Led Zeppelin, Edge z U2 i Jack White z m.in. White Stripes.
Już pierwsza scena jest ciekawa - Jack niczym Adam Słodowy tu wbije parę gwoździ, tam podstawi butelkę po Coli, naciągnie strunę, podłączy całość pod wzmacniacz i... zagra. "Bo kto powiedział, że musisz kupować gitarę?"
Gdy bohaterowie filmu wspominali jak budowali swoje gitary, Tato uśmiechnął się pod nosem i powiedział, że też coś takiego robił.
A myślałam, że poza podręcznikiem do samodzielnej nauki węgierskiego, który kiedyś znalazłam, już nic nie zdoła mnie zaskoczyć.
Lubię Jacka White'a do czego już się wielokrotnie przyznawałam. Lubię ten brud i przestery. Próbowałam już wcześniej przeszczepić jego muzykę na tatowy grunt, ale trafiałam na ugór. Aż do czasu, gdy usłyszał to, co Jack potrafi. Z zapałem wartym lepszej sprawy podstawiłam mu "Elephanta" pod nos. A w kolejce czekają jeszcze inne świeżynki, w których słychać znajome nuty z lat 60.
Gdy byłam mała on zarażał mnie swoją muzyką. Powoli, acz skutecznie. I jeśli na początku był to dla mnie hałas to z czasem zaczęłam słyszeć w tym muzykę. Może i po drodze miałam przygody z innymi gatunkami, ale do gitar zawsze mnie ciągnęło. Do brudu, szarpania strun, przesterów i potężnego uderzenia.
Oj było głośno...
Z Mamą łączy mnie pasja do historii.
Nie zawsze podobają nam się te same filmy czy książki, ale dobrze się je nam razem ogląda. Teraz aplikowałyśmy sobie w zawrotnych dawkach "Seks w wielkim mieście". Zabawne jak zmieniło się moje podejście do tego serialu. Gdy puszczała go polska telewizja(! aż się wierzyć nie chce, ale wydaje mi się, że to TVP 2 go wyświetlała... późno bo późno, ale zawsze...) to budził moje średnie zainteresowanie. Ale byłam wtedy młodsza i niektóre moje wyobrażenia były zupełne inne. To jak w tej scenie "W chmurach", gdzie bardziej doświadczona bohaterka tłumaczy młodszej jak zmieniają się priorytety i oczekiwania.
Nie, nie dorosłam.
To banalne, ale chyba "okoliczności przyrody" (a przede wszystkim ludzie, z którymi się stykam) rzucili nowe światło na to i owo.
Bo razem czasem bywa raźniej, czy to wtedy, gdy słucha się muzyki, ogląda film, włóczy się po sklepach, pije herbatę rozmawiając, rozmawiając i rozmawiając...
"...so come on home, but don't forget to leave..."
Subskrybuj:
Posty (Atom)