Sobota, dzień w którym ze znajomymi mieliśmy udać się na wspólne oglądanie żaglowców. Skwer i nabrzeże pękało w szwach od tłumów. Poprzednio byli tylko letnicy, teraz byli także ci, którzy w ciągu tygodnia musieli pracować. Gdy już się ze znajomymi odnaleźliśmy, nacieszyliśmy się dosłownie chwilę swoim towarzystwem, bo zaraz ponownie zgubiliśmy się w tłumie. Wypróbowałam nowe umiejętności wykształcone przy mojej współlokatorce, niedoścignionej mistrzyni przeciskania się przez tłum (ma atut ulepszone przeciskanie się i do tego +17 do wynajdywania ścieżek) i dziarsko ruszyłam w ludzką masę. Chciałam zacząć od największych (i najdalej ustawionych, tych najbardziej okazałych) żaglowców.
Nie, że lecę na rozmiar, po prostu mniejszych nie było widać przez przelewający się tłum. A nie miałam ochoty oglądać tylko masztów, bo dla mnie i tak wszystkie są do siebie podobne.
Chwilowe załamanie pogody, kilka kropel z nieba (chyba tego dnia pobiłam rekord jeśli chodzi o przebieranie się) i wreszcie oto jest pora obiadu.
I tabuny gości, którzy też stwierdzili, że coś by zjedli. Żywe potoki przelewały się przez Gdynię wypatrując ostatnich wolnych stolików.
Skończyło się na kupieniu paczki pierogów.
Po przybyciu na pole od razu złe wieści, koncert Madness opóźniony o godzinę i przeniesiony na scenę światową. Szybkie wertowanie mapy gdzie to jest, bo tak daleko to jeszcze nie dotarłam.
Miałam rację.
Ten punkt hen hen daleko to była właśnie ta scena.
Zatem czekała mnie wyprawa na koniec świata.
Ale przedtem wizyta w toalecie.
Weszłam, przekręciłam wihajster, odpinam spodnie i... słyszę nagle growlujący głos, śpiewający(?) "szaaataaan".
Zdębiałam.
Trafiłam do nawiedzonej budki, gdzie zaraz porwana zostanie moja dusza i rzyć zarazem. Co to ja... Po chwili znowu "szaaataaaan". Ej no! Szybciej przez to i tak nie wyjdę!
Dobra, wychodzę.
Kawałek dalej stała grupka facetów, którzy wymieniali poglądy na tematy muzyczne, akurat postanowili przedyskutować cięższe klimaty.
Lżejsza o kubeł wody mogłam ruszać.
Z każdej podróży wraca się bogatszym o nowe wrażenia, także i ja wzbogaciłam się o coś. Znalazłam stragany z ręcznie robioną biżuterią i wypatrzyłam owocowe kolczyki. Potem trzeba było zahaczyć o ostatnie niebieskie miasteczko TOI-TOI (spora ilość wody naprawdę robi swoje...). Niestety mniejsze niż to w cywilizowanej części, a i tym samym z dłuższą kolejką. Podłoże pod kabinami było dziwnie mokre, zapach, choć wszyscy woleliśmy wierzyć, że to rozlane piwo, wcale piwny nie był. Im dłużej tam staliśmy, tym było weselej, czyżby te opary tak na nas działały?
A wszystkiemu winni mężczyźni.
I wcale nie przemawia przeze mnie wojujący feminizm.
Panowie, zamiast czekać w kolejce woleli przejść się za kabiny i je nieco podlać.
A fe! I mała uwaga, przez szpary między kabinami wszystko widać drodzy Panowie.
Teraz biegiem na Madness!
Nie wiedziałam, że znam aż tyle ich piosenek."Kiedy byliśmy tu ostatni raz, nie było Was jeszcze na świecie, to było jakieś 25 milionów lat temu!" Plecak porzucony i tłum kołysze się w takt wesołych, tanecznych piosenek. "Fuckin' lovely!". A jasne! I nawet deszcz specjalnie nie przeszkadzał. Żółty płaszczyk przeciwdeszczowy i podskakuję dalej w radosnym tańcu jak nomen omen wiedźma jakaś. Szkoda, że nie mogłam doczekać do końca. Na głównej scenie (czyli po drugiej stronie galaktyki) szykował się koncert zreaktywowanego Faith No More. Ostatni rzut oka na scenę światową, ostatni podryg i podróż na drugą stronę.
Daleko jeszcze?
Mijam scenę-namiot.
Dopiero!?
Wreszcie, cel mojej wędrówki.
Deszcz rozpadał się na dobre, tłum gęstnieje.
Wreszcie wychodzą...
Zaczynają grać. W tłumie pełna kultura (przynajmniej tam gdzie stałam), każdy słucha jak lubi, nikt nikomu nie przeszkadza.
Mike Patton w czerwonym komplecie i gładko zaczesanych włosach prezentuje się iście diabolicznie. Prawdziwe zwierzę sceniczne.
"Kto widzi nas pierwszy raz?" Las rąk.
"Zapytam jeszcze raz, kto widzi nas pierwszy raz?" Ponownie las rąk.
"A gdzie nasi przyjaciele z Katowic albo Warszawy? To kto widzi nas kolejny raz? Hm, jakieś 50 osób. A myślałem, że jesteśmy popularni."
Dwa bisy.
To rozumiem.
Świetny koncert.
A potem podróż do domu, którą kierowca postanowił urozmaicić, nie zatrzymując się na żądanie. "Bo ludzie się bawią!" No rewelacja. "Oby sraczki dostał!", rzuciła nienawistnie moja koleżanka. Niezła klątwa, muszę ją dopisać do swoich.
Pomarańczowy księżyc-prawie-w-pełni.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz