niedziela, 12 lipca 2009

Open'er 2009 prolog

Za namową znajomego postanowiłam całą relację podzielić na odcinki, dla łatwiejszego czytania. Nie wiem czy zdołam wszystkie wrzucić od razu, pewnie nie.

Najlepsze podsumowanie festiwalu, po prostu szaleństwo.

Gdy nagle ze sklepów giną wszelkie kalosze to znak, że coś zbliża. Deszcze, albo festiwal. W moim przypadku, Open'er Festival. Impreza zaczęła się od złamanej obietnicy. Właściwie to nie powinnam była myśleć, że będzie inaczej, ale cóż... bywam naiwna kiedy bardzo chcę w coś wierzyć.
No to w drogę!

Parę spostrzeżeń z trasy i pierwszego rozpoznawczo-zapoznawczego spacerku po Gdyni:
- nazwy miejscowości to istna skarbnica ciekawostek: Wilcze Laski, Dziki, Parchowo, Babi Dół (pojedynczy, bo w Gdyni jest ich więcej), Ciemno. Więcej nie zapamiętałam.
Pamiętam skąd sama pochodzę. I od razu uprzedzam, mieszkanki tej miejscowości to nie są nowe solniczki.
- niektóre miejscowości wbrew nazwie nie chcą leżeć nad morzem. Drawsko Pomorskie nie leży nad samym morzem. Żebym była nieco lepsza z geografii, to bym tam się nie pokierowała. Na szczęście nie zajechałyśmy ze współlokatorką zbyt daleko. GPS stracił kontakt z satelitą (czyt. nie przekartkowałam zbyt szybko atlasu)
- drogowcy są wszędzie. Szczególnie w wakacje.
- wyciąg narciarski w drodze nad morze. W życiu bym nie pomyślała, że coś takiego tam będzie.
- zajazd "U kota Wasyla"; salon piękności i SPA "Niedźwiadek", nazwy mnie zwalił z nóg.
- "Błyskawica" dalej ma niegodny kolor, majtkowy niebieski.
- Metalmania, jak nazwa wskazuje to festiwal muzyki metalowej, Open'er Festival, jak nazwa wskazuje, to festiwal muzyki granej pod gołym niebem. Czy może nie? Tak zaczęłam się nad tym zastanawiać, kiedy znajomy, którego namawiałam, a który nawet nie chciał słyszeć o wyjeździe, powiedział, że nie jedzie, bo on nie lubi takiej muzyki. I wtedy dodał, że to tak samo jakby mnie chciał zaprosić na rzeczoną Metalmanię. Czy to oznacza, że on chodzi na koncerty grane jedynie pod dachem?

2 lipca
Tego dnia, choć pogoda rano zbytnio nie rozpieszczała, to jednak przekonałam się jak skuteczne są kremy z filtrami. Wystarczyło jedno źle nasmarowane miejsce, kawałek skóry wystawiony na okropne promienie UV. Po 1,5h owo miejsce było całe czerwone. Ot taki trójkąt jak po przyłożeniu żelazka. Na udzie.
Po ściągnięciu okularów okazało się, że wyglądam jak panda (mała).
Opalanie to jednak trudna sprawa.
Pojawiły się żaglowce. Na szczęście tłum był jeszcze znośny i mogłam spokojnie je pooglądać.

Największy z nich, Siedow.

Przekonałam się wtedy, że prawdziwy szczur lądowy ze mnie, nic a nic we mnie nie drgnęło, żadne dzikie pragnienie wolności ani nic w te gusta.
W Kwadransie jak zawsze kolejka. Chciałam zjeść w pizzerii, ale zabrakło sera i były tylko sałatki.
Mało.
Pora wracać i zasuwać na koncerty!
Transport działał bez zarzutu. Widać, że mają już to opanowane.
Nie ma już pola ziemniaków. Została tylko trawa.
Główna scena tam gdzie była, namiotowa jakby większa... niby wszystko wydaje się takie wielkie, ale i tak można utknąć w tłumie.
Na pierwszy ogień scena namiotowa i The Car is on Fire.
Mój znajomy jest ich wielkim fanem i chyba dałby się za nich pokroić, z kolei moja współlokatorka opowiadała, że widziała ich kiedyś jako support i stwierdziła, że wokalista nie umie śpiewać.
Trochę sprzeczne sygnały podsycał moją ciekawość. No bo jak to? Albo śpiewa albo nie!
Nie.
Generalnie melodie są fajne, wpadają w ucho, nóżka chodzi, ale zamarłam kiedy jeden z wokalistów zaczął śpiewać. Czy to wina odsłuchu, że muzyk sam siebie nie słyszał czy co, ale on naprawdę fałszował. Za pierwszym razem pomyślałam, że nie wyszło, za drugim, że znowu nie wyszło, a za trzecim zaczęłam się zastanawiać, kiedy mu wyjdzie. Szkoda. Wierzę, że płyty mają dobre, bo melodie są porządne, a i w studiu pewnie można i głos poprawić. Z koncertami to już nieco gorzej. Pomijam to, że piosenki po angielsku, co oznacza, że nic nie rozumiem (niekoniecznie z powodu nieznajomości języka). Trzeba było stamtąd iść. Na głównej scenie miał grać Renton. Nic mi ta nazwa nie mówiła, że podsłuchałam w autobusie, że chłopaki grają prostego, melodyjnego rocka, ot takiego do poskakania sobie.
I tak jest.
Bez fałszów, nawet coś po angielsku zrozumiałam. Melodie proste łatwe i przyjemne, ale bez szaleństw. Porządna rzemieślnicza robota.
Stałam dość blisko sceny (choć nie naprawdę blisko), widok niezły, myślałam, że będzie wszystko w porządku. Nie doceniłam fanów(?) następnego zespołu, Arctic Monkeys. Tłum zaczął się dziwnie zagęszczać. Potem zaczął dziwnie napierać, potem jakiś głośny typ zacząć macać wszystkie wokół. A potem wyszli oni i tłum zaczął się niebezpiecznie kołysać. Kiedy nagle poczułam, że tracę kontakt z podłożem nieco się zestresowałam, właściwie to na tyle, by spanikować i uciekać do tyłu.
Wtedy dotarło do mnie ile ludzi stoi pod sceną, kiedy wieża-reżyserka zdaje się być coraz bliżej, a tłum wciąż tak samo gęsty.
Przerażające.
Jak już się wydostałam, szybki SMS do koleżanki z nową lokalizacją. Już zaczynałam od nowa słuchać tego koncertu, kiedy... padło nagłośnienie. Cisza. Na telebimie widać jak Alex porusza ustami i gra, ale nic nie słychać. Chwila przerwy (zdołałam odnaleźć się z koleżanką) i słuchamy dalej.
Jakie nudy.
Jeśli cały klimat trzeciej płyty będzie tak, to nie chcę jej słuchać.
Potem coś ciepłego (Jacobs miał tańszą herbatę niż Wild Bean) i powrót pod główną scenę na Basement Jaxx.
I na to właśnie czekałam, na coś co da mi kopa i zmusi nogi do tańca!
Pump up the jam
Pump it up
While your feet are stompin'
And the jam is pumpin'
Look at here the crowd is jumpin'

Ktoś to jeszcze pamięta? Okazuje się, że tak, bo rozgrzało to tłum do czerwoności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz