Czasem jest taki dzień, że zdarza się coś zupełnie dziwnego, czego nijak nie szło przewidzieć.
Ale wpierw, krótki wstęp, by wprowadzić w temat.
Jakiś rok temu spotkałam, a raczej zobaczyłam, pewnego jegomościa, który ewidentnie lubił wyścigi motocyklowe.
I na pewno lubił Rossiego.
I zamiast wtedy podejść i zgadać, to tylko gapiłam się na niego, jakby mnie kto obuchem trzepnął.
Więcej go nie widziałam.
Do dzisiaj, gdy w tramwaju minął mnie chłopak ze znajomo wyglądającymi emblematami(stylizowane słońce, księżyc no i rzecz jasna TEN numer) na plecaku i bluzie. Ale tym razem ja byłam ubrana w swoją wściekle żółtą kurtkę z wielkim numerem 46. Spojrzeliśmy po sobie i uśmiechnęliśmy się oboje. To był ten sam chłopak co go widziałam rok temu. Nie żebym poznała go po twarzy.
Tylko po emblematach.
A tym bardziej było miło, bo w Jerez Vale miał wcale niezły wyścig. Nie, nie wygrał, był drugi. Ten który wygrał, Daniel Pedrosa, był absolutnie poza zasięgiem kogokolwiek. Po słabszym wyścigu w Katarze, to drugie miejsce na pewno poprawiło mu (o wiernych kibicach nawet nie wspominam) humor.
I miejsce w klasyfkacji generalnej.
Zabawne, kiedy młodzi zawodnicy mówią, że wychowywali się na jego wyścigach. Jak to, przecież on jest taki młody! Ma dopiero...no właśnie, 29 lat. Nagle, zupełnie niepostrzeżenie z młodego wilczka, sam stał się starym wygą, weteranem niemalże, którego już niektórzy chcą wysłać na sportową emeryturę.
I kogo ja wtedy będę oglądać!?
Kiedyś ta chwila i tak nadejdzie, kiedy więcej na starcie nie pojawi się maszyna z jaskrawym numerem 46.
Będą nowi mistrzowie, będą nowe nazwiska, ale czy będą równie charyzmatyczni (nie liczę tej pseudo-charyzmy Lorenzo...), czy będą równie dobrze zdawać sobie sprawę z tego, że ludzie liczą na widowisko i chcą się dobrze bawić? Czy będą mieli ten uśmiech łobuza i wolę by walczyć do samego końca, nawet jeśli wszystko sprzysięga się przeciw nim?
I pomyśleć, że gdyby nie pewien deszczowy dzień w Czechach, to mogłabym nie wiedzieć kim jest Valentino Rossi.
Ale byłoby wtedy nudno.
PS. Co wjeżdżam ostatnio do Poznania, zastanawia mnie jedna rzecz, ozdoby na budynku Giełdy Odzieżowej. Kiedy było Boże Narodzenie to te gwiazdy (choć tak ustawione, że wyglądają jak odwrócony pentagram) mogłam zrozumieć, po Wielkanocy już mi jakoś trudniej... A może to czort opuścił swe legowisko i z Wildy przeniósł się na Górczyn?
poniedziałek, 31 marca 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ty sie odczep od Wildy! ;)
OdpowiedzUsuńToż ja się żadnej dzielnicy nie czepiam, pretensje proszę składać u autora piosenki. ;)
OdpowiedzUsuń