Gdynia. 472 kilometry do przejechania w pociągu. Czyli jakieś prawie 8 godzin. Ale skoro miałam gdzie siedzieć to nie ma się czym przejmować.
Po przyjeździe obowiązkowy spacer na Skwer Kościuszki i smażona ryba. Uwaga na ceny, bo podana jest cena za 100g ryby, a nie za cały kawałek. A trzeba przyznać, że ryby nie żałują...
Dzień 1. Kocham Jacka White’a!
Póki jeszcze byłam świeża i wypoczęta, poszliśmy ze znajomymi do Akwarium Gdyńskiego, które słynie ponoć ze swojej hodowli koników morskich. Słowo ostrzeżenia, nie chodzić do takich przybytków z fanatykami życia podwodnego, bo kończy się to oglądaniem jak rozgwiazda robi gwiazdę nad inną rozgwiazdą, albo dopingowaniem kraba pustelnika, który na moich oczach zaczynał już n-te okrążenie swojego akwarium. Ale widok otwartych paszcz muren to widok jedyny w swoim rodzaju!
Po tych widokach czas na obiad. Tym razem zrezygnowaliśmy ze smażalni, poszliśmy do bistro „Kwadrans”, gdzie jak żartowaliśmy, kwadrans (a raczej parę) czeka się na złożenie zamówienia. Kolejka od lady do drzwi to widok powszechny tam, ale nie działo się tak dlatego, że przyjmujący zamówienie są tacy opieszali, tylko tylu chętnych na obiad było. I nic dziwnego, karmią dobrze, duże porcje i tanio. No i blisko Skweru Kościuszki, czyli centrum jak dla mnie.
I wreszcie na koncerty!
Scena namiot, jeszcze w miarę zielona trawa i L.Stadt na scenie. Nie załapałam się na cały koncert, raczej pół, jeśli nie ¼. I okropnie żałowałam, że nie usłyszałam „Londynu” na żywo (jedyną piosenkę jaką kojarzę...). A potem mini-wywiad dla Pani z Trójki. Jeśli usłyszeliście jak ktoś opowiada, że zna jedna piosenkę, ale i tak jest fajnie to właśnie byłam ja. A potem sprint pod główną scenę bo miały być Muchy. Swoją drogą, żeby oglądać występ poznańskiego zespołu pierwszy raz w Gdyni to też niezła heca.
I przy okazji słówko dygresji. Jeśli komuś się prezentowana muzyka nie podoba, to na litość boska, czemu sterczy pod sceną? Iść dalej na trawkę (jeszcze zieloną) i tam marudzić do woli! A to sterczą malkontenci pod sceną, zabierają widok i radość ze słuchania swoimi narzekaniami. Paszoł won!
Muchy zagrały piosenki ze swojej płyty plus jedno bodajże nowe nagranie i ... hm, spytałam się znajomej, która dzielnie mi towarzyszyła, czy ten koncert jest lepszy niż ten który widziała ostatnio w ich wykonaniu. Potwierdziła, choć bez entuzjazmu. Zabawne, ale oni lepiej brzmią z płyty. I piszę to z bólem serca bo naprawdę dużo sobie obiecałam po tym koncercie. Myślałam, że przy „Mieście doznań” doznam tam naprawdę ale mój stan można jedynie było porównać do lekkiego podniecenia. Wmawiam sobie, że to dźwiękowiec zarżnął im koncert podkręcając basy tak, że właściwie solówek nie było ni chusteczki słychać. Tylko czemu moja znajoma te moje nadzieje kwitowała lekko kpiącym uśmieszkiem?
Ale na obronę Poznaniaków muszę powiedzieć, że wyszli, na bis, „nieprzygotowani”, jak stwierdzili. Ale zawsze. Pan basista wspomagający perkusistę to był przedni widok a co ważniejsze, kiedy odłączono bas, wreszcie było coś słychać!
Chwila oddechu i Editors.
Moja znajomość tego zespołu ogranicza się do „hiciorów”, genialny „Munich”, szybkie „Blood” i przyjemne „All sparks”. Reszta jakoś mnie nie powalała, ale po koncercie zmieniam zdanie. W życiu by mi nie przyszło do głowy, że kolejni „następcy Joy Division” potrafią wykrzesać z siebie tyle ognia. Przynajmniej osłodzili mi lekkie rozczarowanie po Muchach i mogłam się wyskakać! Ale na bis nie wyszli...ponoć bardzo spieszyli się na inny festiwal. Na pewno nie na Roskilde bo ponoć wybrali Open’er zamiast tamtego. Miło z ich strony.
Znowu chwila na wzmocnienie (a z namiotu dochodziły zawrotne dźwięki The Cribs...ach...że też nie potrafię się rozdwoić..).
A za chwile to, na co najbardziej czekałam, The Raconteurs.
I, nie oszukujmy się, Jack White z The White Stripes.
Może i powinien pozbyć się drugiego podbródka, może i adres dobrego fryzjera byłby mu potrzebny, ale to co wyprawia na gitarze absolutnie mi pasuje!
Miałam to szczęście, że ogrywali drugą płytę, którą akurat znam. Oczywiście nie mogłoby się obyć bez „Steady as she goes”, przy którym wszyscy oszaleli.
Godzina plus dwadzieścia minut bisu wyskakana i wykrzyczana z adrenalina w żyłach. Jak się miało później okazać, najlepszy koncert według mnie.
Dzień 2. Ścisk.
Pogoda nad morzem jest faktycznie dziwna, najpierw lunie deszcz by za chwilę wyszło szalone, prażące słońce, smażące wolno wszystkie ciała leniwie leżące na plaży (albo części, które przez przeoczenie nie zostały wysmarowane kremem z baaardzo wysokim filtrem.... i nie ma się co śmiać, nie chce powtórki z rozrywki, czyli silnej wysypki przez trzy tygodnie na nogach!).
Obiad (trwający z parę kwadransów...) i na lotnisko!
Wąska alejka pośród drzew. Chwila nieuwagi i maska wygina się po uderzeniu w drzewo. Policja, karetka, straż, wszyscy na miejscu. Można by pomyśleć, „jakie szczęście, że to stało się na tak mało uczęszczanej drodze”. Zapewne każdego innego dnia tak by było, ale akurat między 4 a 6 lipca to była droga na Babie Doły. Ruch wahadłowy zatrzymał kursujące autobusy a w mieście urósł tłum, który na nie czekał.
Kataklizm, inaczej nie szło tego określić.
Spróbowaliśmy swojego szczęścia linia podmiejską. Ścisk i upał okrutny. Nawet paru kilometrowy spacer na płytę lotniska wydał mi się przy tym wręcz błogosławieństwem. Koncert Eryki Badu zamieniony z występem Cool Kids of Death (cholera...a ich właśnie chciałam zobaczyć!). Właściwie to i tak szczęście, że zdążyliśmy na Interpol, czyli na 21.
Kolejni „następcy Joy Division” wyszli nienagannie ubrani. Krawaty, kamizelki, stylowy kapelusik wokalisty. 10 punktów za styl. I popłynęły dźwięki... Oni mają specyficzną muzykę, trudno do niej skakać (no, chyba, że do „hiciorów”), raczej można było usiąść pochylić głowę i chłonąć te dźwięki.
A potem gwałtowna zmiana klimatów bo oto w namiocie, po tym, jak skończyły grać oblężone CocoRosie, rozkładali się Sex Pistols.
Tak, jeszcze grają, jak się okazuje.
O tym zespole napisano już wszystko, właściwie dzięki jednej płycie zapisali się w historii muzyki, ściana dźwięki i takie tam.
Powiem tak, każda piosenka jest podobna do poprzedniej, wywrzeszczana w towarzystwie dzikiego gitarowego jazgotu i ogłuszającej perkusji.
Ale o to w tym chodzi właśnie.
Panowie korzystają ze swojej legendy, ale koncert był jak najbardziej poprawny, można było się wyszaleć. Sądziliśmy, że w połowie namiotu kotła już nie będzie...oj pomyliliśmy się srodze. Wtedy przekonałam się, że potrafię zająć dużo mniej miejsca niż sądziłam. Pierwsze co to panika w oczach i chęć ucieczki, ale nawet nie było jak się ruszyć. Dopiero po chwili znajomi pomogli mi wydostać się do tyłu.
Doświadczyłam na własnej skórę uroku koncertów punkowych. Aż dziwne, że nie nabawiłam się siniaków.
Ale gdy już się schowałam i uciekłam zza pleców pana, który pot próbował maskować Axe (w namiocie, gdzie słabo z wentylacją, takie coś to prawdziwa bomba biologiczna...), mogłam swobodnie słuchać. Podwójny bis i ... miałam serdecznie dość na dziś.
Dzień 3. Gibanie się.
Rano, dla podtrzymania zabawowych klimatów, „Kung Fu Panda”. Słabe raczej. Faktycznie film dla dzieci, dorośli nie bardzo mają czego szukać.
Mając w pamięci, co działo się dnia poprzedniego, wyjechaliśmy trochę szybciej. Tym razem komunikacja działała jak powinna, czyli sprawnie.
Miejscówka pod sceną główną i bujanie się do Lao Che. Potem Goldfrapp. Oczywiście trochę spóźniona, ale artyści ponoć już tak mają. Jak się obawiałam, pierwsza część koncertu to było smętne zawodzenie mające chyba promowa najnowszą płytę. Dopiero druga część, po „Ooh la la” było z nerwem i w stylu, który sprawił, że swego czasu cieplej myślałam o tym zespole. Bujania ciąg dalszy przy Massive Attack. Ale bujanie dość spokojne...wręcz za spokojne bo stojąc w tłumie...zmarzłam. Ale choć można tek koncert zaliczyć do tych nielicznych, kiedy to nie obawiałam się, że mnie ktoś nadepnie, choć stałyśmy ze znajomą dość blisko sceny.
A dnia następnego powrót do domu. Sprawne wejście do pociągu i wysyłanie podziękowań do szczęśliwej gwiazdki za miejsce siedzące.
I jedno postanowienie.
W przyszłym roku też jadę.
Jacyś chętni?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
*Tu byłby jakiś ciekawy komentarz gdybym miał pomysł po jakichś 4 godzinach słuchania muzyki*
OdpowiedzUsuńPo takiej ilości słuchania muzyki, najczęściej można z siebie wydukać tylko jedno słowo, ale roziskrzone spojrzenie i szeroki uśmiech mówi wszystko. :)
OdpowiedzUsuńByłam też w Akwarium zatem najpopularniejsze rzeczy do zrobienia w Gdyni odhaczone. :)
OdpowiedzUsuń