poniedziałek, 1 września 2008

13 rund za mną

Hamowanie i złożenie maszyny w zakręt.
Samotny jeździec pędzący do przodu niby huragan.
Ułamek sekundy, mniej niż mrugnięcie oka i...
Czerwone Ducati sunie w żwir.

Melandri? Jaka szkoda...
Nie ten kask...
Nie ten fragment toru...
Nie wierzę....
To Stoner!

Mistrz świata próbuje podnieść wciąż powarkującą maszynę, ale i tak jest już po zabawie.
Granatowa Yamaha z odblaskowym dwucyfrowym numerem mknie naprzód.

Myślałam, że będę musiała ten obraz nagrać i odtwarzać sobie, bo zapewne czegoś takiego drugi raz nie zobaczę zbyt szybko.
Brno było dwa tygodnie temu.
Wczoraj, w San Marino, doświadczyłam deja vu.
Znowu czerwony pocisk skończył w piachu.
75 punktów zapasu na pięć rund do końca to duży zapas.
Jest jeszcze za wcześnie na radość i na chłodzenie szampana, ale nadzieja trzepocze skrzydełkami i coraz śmielej ciche głosy szepczą: "czy to możliwe, żeby Vale znowu był tym najlepszym na świecie?".

Już dawno nie było tak wesoło.
Trzy wielkie fabryki, mistrzowie świata Ducati, podnosząca się z kolan Yamaha i Honda. Fabryka z którą zawsze trzeba się liczyć, choć która ostatnio wydaje się cieniem samej siebie.
Dwie firmy oponiarskie: Bridgestone, który przebojem zdobył mistrzostwo świata wraz z Ducati i zostawił swojego konkurenta, francuskiego Michelin'a w pobitym polu.
Sensacyjne przejście Rossiego z Michelin'ów na Bridgestone'y, które było komentowane, że oto mistrz się kończy i robi co może by zamaskować swoją nieudolność.
Wzmocnienie pozycji satelickiego zespołu Tech 3 Yamaha i ściągnięcie tam gwiazdy serii SBK, Jamesa Toselanda.

A teraz główni bohaterowie opowieści:
Casey Stoner, obecny mistrz świata, który na swym czerwonym ryczącym Ducati robił z przeciwnikami co chciał. Zadziwiającym jest fakt jak włoska maszyna odpowiada stylowi jazdy Australijczyka. Desmosedici zdaje się być jego przedłużeniem. Piekielnie szybki. I pewny.
Valentino Rossi, legenda. Wciąż z Yamahą, na dobre i złe. Człowiek, który hamuje w sposób nieosiągalny dla innych.
Daniel Pedrosa, wielka nadziej na mistrza świata. Dobry, szybki zawodnik. Ma potencjał, ale... wciąż okazuje się odrobinę wolniejszy.
Jorge Lorenzo. Największa niespodzianka, chłopak, który potrafił szybciej niż Rossi pomknąć na Yamasze. Gdyby nie straszliwe wypadki, kto wie jak tabela wyglądałaby teraz?

Ta czwórka od samego początku rozdawała karty. Najpierw Jorge, potem Daniel aż wreszcie wraca Rossi i Stoner. Daniel i Jorge borykają się z kontuzjami po upadkach mrożących krew w żyłach.
Zostaje Rossi i Stoner, który wraca po trochę słabszym starcie sezonu w glorii chwały.
A właściwie tylko Stoner bo jego atomowy start bardzo utrudnia życie Rossiemu.
Wygląda, że ten sezon ma być jednak jak poprzedni, Stoner zgarnia pole position, startuje i tyle go widzieli.

Ale Rossi nie odpuszcza.
Tor Laguna Seca w słonecznej Kalifornii topi się od ostrego słońca. I od walki jaką prowadzi ze sobą dwóch gigantów.
Mistrz hamowania i mistrz ucieczki na prostej.
Pojedynek jest tak zacięty jakby od niego zależały losy świata i ludzkości.
Żaden nie chce odpuścić, każdy zakręt wydaje się być ich ostatnim.
Wreszcie Stoner nie wytrzymuje i popełnia mały błąd.
Rossi wygrywa.

Wakacyjna przerwa podczas której wszyscy się zastanawiają jak to się skończy. Rossi wciąż prowadzi w klasyfikacji generalnej ale Stoner jest szybki. Aż za szybki, chciałoby się powiedzieć.

Brno.
Stało się. Stoner z przodu i ... wywraca się.
San Marino i znowu Casey leży.

Pięć ostatnich rund.
Vale, wierzę w Ciebie!
Forza!

1 komentarz: