czwartek, 6 stycznia 2011

Satyra czy horror?

Znam parę osób, które uważają "Paragraf 22" Josepha Hellera za bardzo zabawną książkę, do której regularnie wracają. Nie sposób się z nimi nie zgodzić - jest dobrze napisana, język tej satyry jest ostry, a bohaterowie to zbiorowisko wariatów większego i mniejszego kalibru. Tylko, że poza kilkoma zupełnie komicznymi momentami, ta książka mnie przeraża. Satyra to czy może jednak horror? Nie do końca potrafię się śmiać, kiedy przerysowane do granic absurdy (czy to aby nie oksymoron...?) wydają się być dziwnie znajome...

...urząd pracy, gdzie nic się nie załatwi, jeśli się przyjdzie dwa dni przed wyznaczonym terminem. I mogłam mówić miesiąc wcześniej, że nie będę mogła stawić się w wyznaczonym dniu, więc niech od razu wyznaczą mi wcześniejszą datę. Nie. Mogę przyjść dzień wcześniej i zgłosić wyjazd... żeby stawić się dziesięć dni później. Jakby nie można było od razu załatwić całej procedury, skoro i tak w urzędzie się pojawię. A czemu? Ponieważ człowiek, który miał mi tylko dać świstek do podpisania musi sobie przynieść kartę z dołu. Ponieważ takie są procedury. Ponieważ po co ułatwiać komukolwiek życie. Tu jest urząd! Petent się dostosuje!
...piekarz, któremu fiskus wlepił olbrzymią karę za to, że zamiast wyrzucać chleb, oddawał go biednym.
...ludzie, którzy dostali zgodę na budowę, nagle dowiadują się, że przez ich działki będzie biegła droga. Ale ponieważ procedury są takie, a nie inne i nikomu nie spieszy się z przepływem informacji, nie mogli dowiedzieć się tego przed kupnem lub rozpoczęciem budowy.
...zamknięta stacja diagnostyczna, bo w dokumentacji rolek hamujących nie ma wzmianki o traktorach (choć nie ma przeciwwskazań, żeby te traktory na nich sprawdzać). Jakby one przyjeżdżały dzień w dzień na przeglądy tysiącami.
...załatwienie wszelkich spraw urzędowych wymagające pojawienia się w miejscu zameldowania, nawet jeśli nie mieszka się tam od dobrych paru lat, bo nikt się nie kwapił, by zmienić przestarzałe prawo meldunkowe (choć to jedno na szczęście ma się zmienić) .

Przerażające jest to, że taki pułkownik Cathcart może czaić się tuż za rogiem... np. w najbliższym urzędzie.

Czy już zaczynacie się bać?

6 komentarzy:

  1. oj tam, oj tam. Piekarz mógłby sobie rozdawać chleb do woli.... gdyby Vat za niego płacił :P

    Może nie da się inaczej podejść do tego absurdu jak tylko się z niego śmiejąc... alternatywa wydaje się nazbyt przygnębiająca.
    Skądinąd, nie zastanawiałam się nad tym wcześniej, ale masz rację, tak popularny zwrot (popularny tak bardzo, że stał się prawidłem) jak "przerysowany do granic absurdu" jest w swej konstrukcji co najmniej niepoprawny. W końcu w przerysowaniu chodzi o absurd, zaś absurd ukazujemy przerysowując... więc co to znaczy "przerysowany do granic absurdu"? Takie nieudane przerysowanie, czy stonowany absurd?

    Ciekawe.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ta Joanna to ta Asia, czy jakaś inna?

    OdpowiedzUsuń
  3. To na pewno ta Asia i żadna inna Joanna. :)

    Asiu, może zwrot "przerysowany do granic absurdu" to taki sam kulawy twór jak "cofać się do tyłu" i inne "najmniejsze linie oporu"? Weszły do języka nie wiadomo jak i którędy, zadomowiły się i... ani myślą sobie pójść.

    OdpowiedzUsuń
  4. *rozgląda się niepewnie*

    A kto pyta? Oo
    Na pewno nie ta, na pewno jakaś inna *włącza kamuflaż*

    i do tego masło maślane. Zabawne jak długo potrafią te konstrukty funkcjonować niezauważenie... może nawet sama używałam tego zwrotu, nie myśląc, co wyraża? errrrr, może... ale zasłonię się pomrocznością w tej materii. :P

    OdpowiedzUsuń
  5. "Pomroczność jasna" to jest dopiero piękny konstrukt! Wiadomo, że pomroczność, więc dlatego jasna, jakby nieszczęśnik ją posiadający zdawał sobie sprawę, że ją ma... tylko czy to wtedy jest pomroczność, skoro wiadomo, że występuje? Oj długo można o niej rozprawiać. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ania... aż się chce wcisnąć "lubię" do twojego komentarza :P

    OdpowiedzUsuń